MIROSŁAW USIDUS: Flirt z fejkiem

Może wielu zdziwię, ale opowieści TVN o Ibrahimie, który płynął lodowatą rzeką sześć dni, nie uważam za fejka. Oczywiście nie jest to też reportaż, czy jakakolwiek faktografia. To zupełnie inny gatunek sztuki, sporo mający wspólnego z twórczością Andy’ego Kaufmana, prowokacyjnymi rozbudowanymi inscenizacjami, które miały zszokować i wstrząsnąć odbiorcą.

 

Za fake newsy bez wątpienia natomiast należy uznać wiele innych doniesień z granicy polsko-białoruskiej, które trafiły do przestrzeni publicznej w ostatnich tygodniach, o rzekomym dziecku, które zmarło w polskim lesie, o głodujących polskich żołnierzach, o polskich szkoleniach białoruskiego OMON, o grzebaniu zmarłych w lesie patykiem itp., itd.

 

Największych chyba fejkiem jest nazywanie migrantów szturmujących polską granicę „uchodźcami” w sytuacji, gdy mają oni tyle wspólnego z uchodźcami w rozumieniu Konwencji Genewskiej, ile wchodząca na tereny Polski w 1944 roku Armia Czerwona z wyzwoleniem Polaków. Można by nawet powiedzieć, że osobnicy sprowadzeni przez Łukaszenkę na granicę mają więcej wspólnego z tamtymi czerwonoarmiejcami niż z uchodźcami i nie chodzi jedynie o to, że również maszerują ze wschodu.

 

W serwisie fact checkingowym Polskiej Agencji Prasowej FakeHunter, którego byłem współtwórcą u zarania pandemii, z powodu zalewu fejków, nie tylko zresztą z polsko-białoruskiego pogranicza, otworzyliśmy właśnie nową, geopolityczną kategorię, przeznaczoną do weryfikacji tego wszystkiego, co płynie w lejącej się ze wschodu rzece, a nie są to bynajmniej nie „uchodźcy”, ile kłamstwa, dezinformacje, fake newsy, manipulacje i zwykłe oszustwa, ulewające się z szerokich rur ściekowych znanego i nieznanego pochodzenia.

 

Odbiorem tej nowej, silnej fali fejków i dezinformacji, nawet, gdy są to dość ewidentnie bzdury, jak owa historia człeka płynącego lodowatym Bugiem sześć dni, lub rewelacje szybko dementowane, jak opowieści o niedożywieniu polskich żołnierzy, rządzą reguły nie różniące się od tych, które już kilka razy na portalu SDP opisywałem. Uaktywniły się dające się rozpoznać centra dystrybucji i sieci rozpowszechniania. I tym razem nie brakuje ludzi, którzy nie wracają uwagi na jakąkolwiek weryfikację podawanych dalej treści, jeśli wywodzą się z ich plemienia politycznego. Są mechanizmy lekceważenia prawdy i faktów napędzające powielanie nawet już zdemaskowanych fake newsów, zwłaszcza jeśli są niekorzystne dla „nich” a korzystne dla „nas”. I jest w końcu mechanika mediów społecznościowych, która daje przewagę efektownej i szokującej nieprawdzie nad mniej atrakcyjnymi informacjami oddającymi rzeczywisty stan rzeczy.

 

To wszystko widać było i wciąż jest bardzo wyraźnie widoczne w przypadku rozpowszechniania dezinformacji pandemicznych. FakeHunter, który fake newsów na temat koronawirusa, pandemii i szczepień zweryfikował setki, raz po raz był obiektem agresji ze strony dystrybutorów dezinformacji, gdy psuł im ukształtowany przez spiskowe teorie obraz świata a nierzadko całkiem świadomy, misterny plan zrobienia wody z mózgu jak największej liczbie osób.

 

Z mojego punktu widzenia, osoby, która z fact checkingiem miała sporo w sensie zawodowym do czynienia, rzeka fejków z pogranicza polsko-białoruskiego, w sensie „technicznym” niczym nie różni się od infodemii covidowej. Rolę panów Januszy z Facebooka, „Bobów Gedronów” z Twittera, wszelkiego rodzaju anonimowych i, co tu kryć, dość podejrzanych jestestw serwujących nieprzerwany ciąg manipulacji, dezinformacji albo po prostu ordynarnych kłamstw na temat pandemii, w przypadku ataku Łukaszenki „uchodźcami” przejęli różnego rodzaju aktywiści, politycy i karmieni „informacjami” zaangażowanych politycznie mediów celebryci.

 

Nie widzę istotnej różnicy pomiędzy nieznaną gębą pomstującą na „morderców covidowych” a znaną gębą bredzącą w mediach, czy w social mediach o „polskich żołnierzach mordujących kobiety i dzieci na granicy”. Co do zasady to tacy sami siewcy kłamstwa. Tak samo trzeba treści, które rozpowszechniają tak samo poddawać weryfikacji, i, opierając się na wiarygodnych źródłach, rzetelnej wiedzy o faktach, przekazać opinii publicznej informację o wartości faktograficznej tego co głoszą.

 

Internet i prawica. Czyżby?

 

Wiele razy o tym już pisałem, ale nie zaszkodzi przypomnieć kilka prawd o fake newsach. Po pierwsze o tym, że w gruncie rzeczy jest nimi większość obiegowych przekonań o fake newsach. Np. o tym, która polityczna opcja dominuje w ich rozpowszechnianiu, o tym, że tzw. media mainstreamowe z natury rzeczy są od nich wolne i w końcu również o tym, że ludzie łatwo się na nie nabierają.

 

Lewica lansowała i wciąż lansuje teorię o przemożnym wpływie fałszywych wiadomości podawanych w Internecie na wyniki wyborów prezydenckich w USA w 2016 r. To fejki według tych poglądów miały dać zwycięstwo Donaldowi Trumpowi. Tymczasem, według badań, wpływ fake newsów na efekty kampanii prezydencką w USA z 2016 roku był niewielki we wszystkich kategoriach wiekowych oprócz jednej – osób powyżej 65 roku życia. Ogólnie z badań wyszło, że około 90 proc. osób nie udostępniło na swojej tablicy żadnego „fake newsa”. Jednak emeryci mieli udostępniać nieprawdziwe informacje w sieciach społecznościowych siedmiokrotnie częściej niż osoby z najmłodszej badanej kategorii wiekowej (18-25 lat).

 

Oczywiście dało to upust fali „ejdżystowskich” komentarzy. Zastanówmy się jednak, co to w rzeczywistości oznacza. Wychodzi, iż większość ludzi jest nieźle immunizowana na fake newsy a starsze osoby po prostu są „słabsze w social media”. Ich brak krytycyzmu wynika także z tego, że wychowali się w starym, przedinternetowym świecie, w którym mediom się wierzy. Młodsi, którzy media (zarówno te social jak i te mass) traktują z większą rezerwą, są bardziej ostrożni.

 

Jeszcze w 2017 r., firma F-Secure sprawdzała, jak korelują się poglądy polityczne internautów z zamiłowaniem do upowszechniania fake newsów. Z badań wynikło, że liderami w dystrybucji fałszywek są sympatycy lewicy (35 proc.), z niewielką, ale mimo wszystko, przewagą nad prawicowcami (32 proc.). Centrowcy mieli skłonność do tego w wyraźnie mniejszym stopniu (28 proc.).

 

Burzy to budowaną przez dużą część mediów mitologię wokół armii „prawicowych trolli” prowadzących informacyjną wojnę na za pomocą fałszywek. Także najgłośniejsze polskie przypadki rozpowszechniania fake newsów w polskich sieciach społecznościowych z ostatnich kilku lat to robota raczej lewicy niż prawicy. Nie znaczy to oczywiście, że prawica nie ma na koncie tego rodzaju grzechów, ale to przecież przede wszystkim lewica lansuje tezę, że fake newsy są narzędziem prawicy. Przykłady, że często jest zgoła odwrotnie, obalają mitologię nawarstwiającą się wokół problemu fałszywek. Podobnie jak przykłady spektakularnych wpadek środków przekazu głównego nurtu, które z kolei nader chętnie widzą problem dystrybucji fejków jako problem wyłącznie Internetu. Tak nie jest.

 

Wiadomo bowiem nie od dziś, że także renomowane media z tradycjami zaliczają kompromitujące wpadki z fałszywkami. Cytowałem w jednym z dawniejszych artykułów na portalu SDP przykład  cytowania i komentowania przez dziennikarzy „New York Timesa”, „Washington Post” i agencji Bloomberg danych statystycznych na temat seksizmu w branży technologicznej. Okazało się, że badań, o których pisali tak łacno, w ogóle nie było. Wymienione media najwyraźniej nie pofatygowały się, aby to sprawdzić, choć nie było to szczególnie trudne, zwłaszcza dla redakcji, które opierają się na „solidnym warsztacie” i „standardach”.

 

Amerykańskie media lubią upatrywać w byłym prezydencie Trumpie głównego winowajcę obniżenia poziomu zaufania do ich przekazu, ale czy po takich wpadkach mają coś na swoją obronę? Tamtejsi odbiorcy rzeczywiście darzą środki przekazu niewielkim zaufaniem. Jak wynika z sondażu Monmouth University z kwietnia 2018 roku, trzech w czterech Amerykanów uważa, że tradycyjne główne stacje telewizyjne i gazety podają fake newsy,  31 proc.  jest zdanie, że dzieje się to regularnie, a 46 proc. – że zdarza się to sporadycznie.  Przekonanie, że media mainstreamu przynajmniej sporadycznie rozpowszechniają fałszywe wiadomości, wzrosło rok do roku wśród wszystkich grup politycznych, w tym wśród republikanów (89 proc. – wzrost z 79 proc. w 2017 r.), niezależnych (82 proc. wzrost z 66 proc.) i demokratów (61 proc. wzrost z 43 proc.). Republikanie, czyli po naszemu prawica, tradycyjnie nie mają zaufania do mass mediów. Ponad połowa z nich twierdzi, że media regularnie kłamią. Jednak fakt, że przekonanie o skażeniu fake newsami środków przekazu silnie wzrosło również wśród demokratów, raczej nie może być „zasługą” krytyki wygłaszanej przez Donalda Trumpa.

 

W świecie europejskich mediów głośnym w ostatnich latach skandalem była sprawa Claasa Relotiusa, znanego dziennikarza niemieckiego, który skończył swoją karierę w niesławie, jak twórca fake newsów, które publikowały znane tytuły, m. in. „Der Spiegel”. Inny niemiecki dziennikarz, którego nazwiska nie podano, ale widomo, że była to osoba znana i nagradzana, został zdymisjonowanych przez „Süddeutsche Zeitung Magazin”, za materiał, w którym uczynił bohaterką swojego tekstu nieistniejącą w rzeczywistości osobę.

 

Co z tego wynika? Choćby wniosek, że chętnie powtarzana przez przedstawicieli mainstreamu medialnego teza o zasadniczo wyższej wiarygodności „starych mediów” w porównaniu z Internetem,  jest coraz bardziej wątpliwa. Co więcej, jeśli przypomnimy sobie dane o znacznie wyższej łatwowierności osób z pokolenia, chętniej konsumującego tradycyjne media, to całkiem na miejscu wydaje się spostrzeżenie, że odziedziczone po dawnych czasach zaufanie do mediów bardziej szkodzi niż pomaga. Dlaczego odbiorca, któremu mówi się, aby był ostrożny, sceptyczny i nieufny, miałby wszystkie swoje receptory weryfikacyjne wyłączać, gdy ma do czynienia ze „starymi” mediami? Zwłaszcza, że jak pokazują powyższe i dziesiątki innych przykładów, receptory te trzeba mieć tak samo wyostrzone dziś w przy każdym kontakcie z publikowanymi w przestrzeni publicznej informacjami.

 

Kocham cię, fake newsie

 

Wracając do analizy fake newsów, warto też przypomnieć, iż mechanizm ich dystrybucji jest czymś znacznie bardziej złożonym niż propagowany często model „potężnych graczy” (politycznych?, komercyjnych?), którzy manipulują, jak chcą, bezwolną masą za pomocą fałszywek, na które masa się bezwolnie nabiera”. To wcale tak nie działa. Np. w cytowanych przez mnie w starszych tekstach przykładach rzekomego spalenia flagi na Marszu Niepodległości, napastliwego człowieka z demonstracji, statystyk o seksizmie, miało się nieodparte wrażenie, że udostępniający fejki wiedzą o niskiej wiarygodności tych informacji lub przynajmniej „przeczuwają” to, ale kłamstwa te tak bardzo zgadzają się z ich poglądami i obrazem świata, że nie mogą się oprzeć.

 

Można by to opisać jako specyficzną odmianę dysonansu poznawczego, niechęci do informacji prawdziwych, ale zaprzeczających naszej wizji świata. W konsekwencji prowadzi to do flirtu z fejkiem, o którym albo wie się, że jest fałszem, albo tylko to podejrzewa, ale jest on tak miły naszym poglądom, że folgujemy sobie. Dochodzi do tego, wierzmy, że tylko czasem i jedynie u niektórych, całkowity cynizm, czyli udostępnianie fałszywek z premedytacją, aby pognębić oponentów. Granica jest płynna, więc trudno orzec, ilu jest „uwiedzionych”, ilu zaś kłamie świadomie. Moim skromnym zdaniem, a wynika to z wieloletnich obserwacji, z pełną premedytacją fejki udostępniają politycy, ponieważ w ich świecie liczy się narzucanie narracji i zdobywanie przewagi a nie dochodzenie do prawdy.

 

Ponadto fake newsy mają większą siłę przyciągania, choćby dlatego, że są zazwyczaj informacjami nowymi. nie powielają wiedzy już znanej. Takie wnioski wynikają z badań przeprowadzonych kilka lat temu w Massachusetts Institute of Technology, których wyniki opublikowano w prestiżowym „Science”. Aby zbadać, jak rozpowszechniają się fałszywe wiadomości w Internecie, Soroush Vosoughi i jego koledzy przyjrzeli się danym zebranym na Twitterze z okresu obejmującego aż dwanaście lat. Po odfiltrowaniu pewnych treści np. rozpowszechnianych przez boty, mieli próbę 126 tysięcy fake newsów udostępnionych na Twitterze 4,5 miliona razy przez około trzy miliony ludzi. Przyjrzeli się tempu, w jakim treści te rozprzestrzeniają się w porównaniu z wpisami zawierającymi prawdziwe informacje. Odkryli, że fałszywe historie dotarły do większej liczby osób i propagowane były szybciej niż prawdziwe publikacje.

 

„Fałszywe informacje radzą sobie w społecznościach lepiej niż prawdziwe informacje” –  komentował Vosoughi. Na podstawie wyników badania uczeni sugerowali, że ludzie są o 70 proc. bardziej skłonni dzielić się ze znajomymi fałszywymi informacjami niż prawdziwymi.  Badacze stawiają hipotezę, że nowość fałszywych wiadomości czyni je bardziej atrakcyjnymi z punktu widzenia udostępniania. Okazuje się, że ludzie choć wierzą w doniesienia, które przeczytali lub słyszeli wiele razy wcześniej, to jednak są mniej skłonni je udostępniać, bo nie są to atrakcyjne treści. Bardziej prawdopodobne jest, że będą ze swoimi społecznościowymi znajomymi dzielić się czymś nowym, dotychczas nieznanym, tym bardziej, jeśli są to treści z dużym ładunkiem emocjonalnym lub moralnym, nawet jeśli nie są one dostatecznie zweryfikowane lub w ogóle „śmierdzą fejkiem na odległość”.

 

Rozliczne dowody wskazują, że dzieją się w tej sferze rzeczy niezbyt racjonalne. Facebook np. udostępnił jakiś czas temu użytkownikom możliwość etykietowania informacji podejrzewanych o bycie fake news. Okazało się, że oznaczanie wpisu, jako wątpliwego, przyczyniało się czasem do jego szybszego i szerszego rozpowszechnienia. Gdy facebookowa strona Rhode Island napisała, że setki tysięcy Irlandczyków przywieziono do Stanów Zjednoczonych jako niewolników, wpis został słusznie opatrzony alertem fake news. Jednak rzesza użytkowników uznała to za próbę cenzury i wyciszania niewygodnych opinii. Na apel aby tę fałszywkę udostępniać pozytywnie odpowiedziały tysiące użytkowników. Nie wiadomo, ilu z udostępniających robiło to tylko dla zgrywy. Wiadomo, że taka czysto rozrywkowa motywacja, wcale nie należy do rzadkości. Cała, potężna w Internecie, fala publikacji propagujących teorię płaskiej Ziemi wydaje się jednym wielkim wygłupem. Młodzi ludzie kolportują te treści „dla beki”. Jeśli trafi się ktoś, kto to poważnie potraktuje i w fałszywkę uwierzy, to „beka” jest tym większa a fałszywka osiąga sukces. Gdy ktoś próbuje podjąć poważną polemikę z tezami płaskoziemców, to też powód do zabawy. Polską odmianą tego folkloru jest rozpowszechnianie teorii o „turbo-Słowianach” i „Lechickim Imperium”. U ich podłoża są jacyś ludzie, którzy traktują te teorie być może nawet poważnie, ale większość treści na ten temat, które znaleźć można w sieci to „beka”.

 

Podważasz wiarygodność źródeł – nie oczekuj wiary w twoją wiarygodność

 

To czym zajmujemy się w FakeHunterze, czyli fact checking zaczyna się, moim zdaniem, od uznania własnej, ludzkiej niedoskonałości, podatności na błędy poznawcze, uprzedzenia i manipulacje. Chodzi o to, by uniknąć nastawienia, że wiem lepiej i założenia z góry, że mam rację. Z pułapek zastawianych przez manipulatorów i trzęsawisk sprzeczności faktograficznych dobrze pomyślana weryfikacja faktów ratować powinna za pomocą czegoś, co możemy nazwać uczenie aparatem metodologicznym, choć nie jest to wcale aż tak skomplikowana konstrukcja. A mówiąc dokładnie – nie jest skomplikowana sama konstrukcja i metoda, ale już przeprowadzanie na jej podstawie fact checkingu to na ogół trudna, żmudna i czasem niewdzięczna robota. Z doświadczenia własnego i kolegów weryfikujących informacje wiem, że poprawne, zdyscyplinowane metodologicznie, odwołujące się do rzeczywistego stanu rzeczy i wiarygodnych źródeł, sprawdzanie nazywane fact checkingiem, to ciężka, intelektualnie bardzo wymagająca, praca.

 

Wydawane werdykty – „prawda” lub „fałsz” – muszą być oparte na wiarygodnych źródłach. Trudno sobie inaczej wyobrazić rzetelny fact checking. I na tym, gdy dochodzi do konfrontacji, wykładają się zwykle i demaskują dystrybutorzy fejków. Oni nie potrafią wskazać żadnych wiarygodnych źródeł swoich informacji. Nawiasem mówiąc, za pomocą formy reakcji na pytania o źródła można rozpoznać i odróżnić amatora, nazywanego różnie, czasem użytecznym idiotą, czasem po prostu trollem, które zwykle coś tam nieporadnie próbuje podać na podparcie swoich tez, zwykle posta z Facebooka i Twittera podobnego mu nieboraka, od zawodowca, który zapytany o źródła nie reaguje (bo dobrze wie, że ich nie ma, ale nie za podawanie wiarygodnych źródeł mu płacą).

 

Trochę inny problem to wiarygodne źródła. Dla antyszczepionkowych fanatyków publikacje w renomowanych, recenzowanych naukowo periodykach takich jak np. „Lancet”, „Science” czy „Nature”, nie mają większej wartości niż wpis kolegi po poglądach na Fejsie, a nawet mniejszą. Podobnie upolitycznieni dziennikarze nie wierzą w informacje polskiej straży granicznej, policji i wojska. Bez zastrzeżeń natomiast „łykają” i bezkrytycznie powielają opowieści migrantów o trupach leżących w lesie i grzebaniu zmarłych patykiem. Bo zakładam, że rzeczywiście jacyś migranci im coś powiedzieli. Chyba to przynajmniej jest prawdą.

 

Jeśli nie ma konsensusu, co do tego, co uznamy za wiarygodne źródła, weryfikacja informacji rzeczywiście traci sens. Pamiętajcie jednak, o bracia dziennikarze, że to rozciąga się na wszystkich. W rzeczywistości, w której nie ma wiarygodnych źródeł, wasze publikacje również nie mają szans na taki status. Wszystko co piszecie i pokazujecie, będzie zawsze wyglądało jak co najwyżej kreacja w stylu wspominanego przeze mnie na początku Andy’ego Kaufmana. A to i tak będzie ten lepszy dla was scenariusz odbioru.