Depresja, choroba zawodowa – TOMASZ PLASKOTA o jednym z najgorszych zabójców dziennikarzy

Depresja dotyka wielu dziennikarzy. Niektórzy określają ją jako chorobę zawodową dziennikarzy. Jednak o tym poważnym problemie, mówi się dopiero od niedawna.

 

Jako dziennikarz z dosyć długim stażem, a także szef dziennikarskiego związku zawodowego niejednokrotnie miałem styczność z osobami zmagającymi się z depresją. To jedna z chorób, które nieodłącznie wiążą się z zawodem dziennikarza – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz i pisarz, obecnie wydawca w programie interwencyjnym „Telekurier” TVP. Ocenia, że depresja jest skutkiem długotrwałej pracy w silnym stresie, towarzyszącej jej presji czasu, a także podejmowanej zawodowo tematyki. – Mamy częsty kontakt z ofiarami nieszczęśliwych wydarzeń i przestępstw, przebywamy na miejscach zbrodni, katastrof czy śmiertelnych wypadków – wskazuje. Powody depresji w jego ocenie są różne, od podejmowanych, traumatycznych tematów po relacje redakcyjne. – Niektórzy z nas pracują w poczuciu zagrożenia realizując tematy śledcze. Taki stan na dłuższą metę może wywoływać okresowe lub długotrwałe stany depresyjne. Zdarza się, że są one również skutkiem warunków pracy dziennikarskiej, przede wszystkim relacji z przełożonymi, które w naszym zawodzie bywa, że noszą cechy mobbingu – ocenia dziennikarz.

 

Nie jest to regułą, ale zdarza się, że depresja idzie w parze z nałogiem.

 

Fot. Pixabay

Niestety, często depresji dziennikarzy towarzyszy nadużywanie alkoholu czy stosowanie narkotyków lub farmaceutyków o podobnym jak one działaniu. Jest to próba ratunku przed stanami depresyjnymi, która jednak tylko pogłębia problem. Dopiero od niedawno mówi się wśród dziennikarzy o depresji, na ogół jednak dotknięte nią osoby wciąż ukrywają, że same z nią się zmagają lub bagatelizują swoje dolegliwości – podkreśla Kaźmierczak.

 

Większość ludzi i dziennikarzy, którzy mają depresje, nie chce o tym mówić. Nie przyznają się do cierpienia. Znoszą swoją chorobę w milczeniu. To błąd. Bo depresja jest jednym z najgorszych, bo cichym zabójcą – mówi 54-letni dziennikarz, kiedyś wydawca jednego z największych dzienników regionalnych, obecnie pracuje w prasie ogólnopolskiej. Na potrzeby tego artykułu nazwijmy go T. – Nie obnoszę się ze swoim problemem, ale skoro rozmawiamy, to znaczy, że nie boję się o tym mówić – kontynuuje swoją opowieść i dodaje: – Nie mówię o tym pod nazwiskiem, bo nie jestem celebrytą. Nie chcę kierować świateł reflektorów na siebie. Nie potrzebuję tego.

 

Ocenia, że na jego depresję wpłynęła niestabilność w pracy. Wydawca zaczął mieć więcej obowiązków. Jego obowiązki rozszerzono o zdobywanie newsów, czyli informacji. Część stanowisk zredukowano, więc pojawił się strach przed utratą pracy i obawa o odnalezienie nowego miejsca zatrudnienia.

 

Czasem depresję można pomylić z długotrwałym napięciem nerwowym i emocjonalnym. – Czułem ciągły niepokój. Nie byłem w stanie skupić się w pracy. Pracowałem przy komputerze, po chwili miałem wrażenie, że muszę wstać i wyjść. Kiedy szedłem, miałem obawy, że się przewrócę. Dziwnie się czułem – wspomina  T. Dodaje, że bał się wychodzić z domu. Lęk był irracjonalny. Nie wynikał z zajmowania się niebezpiecznymi tematami. U każdego jednak depresja działa inaczej. – Jestem introwertykiem. To też ma znaczenie. Wykrzykując złe emocje, łatwiej ich się pozbyć – mówi.

 

Osoby z depresją z reguły nie są agresywne. – Byłem bardziej wycofany niż zwykle. Nie krzyczałem na nikogo. Przeżywałem problem w samotności. Dusiłem wszystko w sobie, spinałem się i cały czas pracowałem. Nie brałem wolnego. Ukrywałem problem i przez dłuższy czas jakoś funkcjonowałem – opowiada T. Ale w pewnym momencie żona zauważyła, że ma problem. – Po długiej rozmowie uznaliśmy, że powinienem iść do lekarza – dodaje T. Lekarka przepisała mu antydepresanty. Kuracja trwała prawie rok. Była skuteczna, dziś czuje się dobrze, cały czas pracuje. Dostał też skierowanie do poradni psychologicznej. – Nie lubiłem tam chodzić, bo czułem się jak w „Locie nad kukułczym gniazdem” – wspomina. Po kuracji farmakologicznej, jak mówi, wrócił do normy. Przestał silnie reagować na sytuacje stresowe, chociaż w pracy ich nie ubyło. Jest wdzięczny żonie i lekarzowi za pomoc. – Samemu trudno sobie poradzić z depresją, bo człowiek zawija się w kokon. Mi pomogła żona – podkreśla. Konieczna jest też szybka reakcja. – Pójście do psychologa nie jest powodem do wstydu. Im szybciej to zrobisz, jeżeli źle się czujesz ze sobą, tym lepiej – zaznacza.

 

Wcześniej nie miałam depresji. Zaczęła się, kiedy po kilku latach przerwy wróciłam do zawodu – mówi była dziennikarka jednego z tabloidów. – Czasem  jest mi bardzo ciężko normalnie funkcjonować, ale da się żyć z depresją – podkreśla. Niewątpliwie depresja to schorzenie ściśle związane z pracą dziennikarską. – Nasz zawód jest mocno stresujący – zaznacza i wskazuje, że jest to wynikiem połączenia różnych czynników. – Problemem jest m.in. mieszanie życia zawodowego z prywatnym. Wielu dziennikarzy nie ma życia poza pracą. Niestety, też do nich należę. 90 proc. moich znajomych to informatorzy oraz osoby z poprzednich albo z obecnej redakcji. Zamiast po pracy zająć się tym, czym ludzie powinni zająć się w wolnym czasie, czyli iść do kina, zjeść dobrą kolację z przyjaciółmi, toczę dyskusje na tematy zawodowe czy okołozawodowe. 24 godziny na dobę jestem pod telefonem. W domu słucham jednocześnie TOK FM i oglądam TVP Info. Czy to już uzależnienie? Coś w tym rodzaju – opowiada.

 

Do czynników, które są przyczyną depresji wśród dziennikarzy, rozmówczyni portalu sdp.pl zalicza również zły klimat w miejscu pracy, niskie zarobki, umowy śmieciowe i towarzystwo wzajemnej adoracji funkcjonujące w środowisku zawodowym. – Praca w redakcji, gdzie nie możesz publikować tego co chcesz, nie jest, delikatnie mówiąc, komfortowa. W Polsce na ten moment nie ma mediów wolnych. Takie zjawisko nie występuje. Wszystkie są zależne od władzy albo sponsorów. Zawsze, kiedy partia rządząca zakorzenia się na dłużej niż na jedną kadencję zaczyna występować taki problem, że przejmuje media także te niezależne – wskazuje. Można być wolnym strzelcem, czyli publikować w różnych redakcjach. – Wtedy trzeba się wiecznie zastanawiać, gdzie oddać który artykuł, żeby żadna z redakcji, z którą współpracuję, nie poczuła się urażona, albo nie zobaczyła w takim działaniu spisku – podkreśla i dodaje, że z bycia freelancerem ciężko wyżyć.

 

Ocenia, że w środowisku dziennikarskim istnieje nieformalna grupa, którą można określić towarzystwem wzajemnej adoracji.

 

Dziennikarze są hermetycznym środowiskiem. Jest sporo ludzi, którzy znają się z dawnych czasów, albo łączy ich wspólne źródło, o którego to źródła interesy nieformalnie dbają, otrzymując w zamian atrakcyjne informacje. Ci ludzie trzymają się razem i nie wpuszczają nikogo z zewnątrz – mówi. – Jak ktoś taki wejdzie im w drogę, np. przez wpuszczenie tekstu, który jest nie po ich myśli, będą go bagatelizować, udawać, że go nie ma, albo za pomocą mediów społecznościowych pokażą go jako zagubionego wariata, który nie wie co czyni – dodaje.

 

Kolejna sprawa, która przyczynia się do popadania w depresję w tym zawodzie to niskie zarobki. Przynajmniej w prasie, póki nie osiągnie się stanowiska szefa działu, zastępcy naczelnego albo funkcji redaktora naczelnego ta sprawa się nie zmienia. Ale nie ma się co łudzić. Większość z nas nigdy takich stanowisk nie osiągnie, więc właściwie nie ma szans na poprawienie swojej sytuacji materialnej – mówi i podkreśla, że wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, bez ubezpieczenia i możliwości pójścia na zwolnienie lekarskie i urlop.

 

Dziennikarze problemy topią w alkoholu, który jest nieodłącznym elementem ich pracy. „Chcesz się tego dowiedzieć? To chodź, napij się z nami, wszystko ci opowiemy”. Tak to w praktyce wygląda – podsumowuje dziennikarka.

 

Tomasz Plaskota, dziennikarz portalu wPolityce.pl.