Home / Publicystyka  / Druga pensja – TOMASZ PLASKOTA o korupcji wśród dziennikarzy

Druga pensja – TOMASZ PLASKOTA o korupcji wśród dziennikarzy

Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o – mówi Aleksander Majewski z portalu wPolityce.pl. Czy żurnaliści stosują się do tej zasady?

 

– Obawiam się, że mniejsze, większe czy największe zjawiska korupcyjne są czymś powszechnym wśród dziennikarzy. Nastąpiła degeneracja środowiska – ubolewa dziennikarz portalu wPolityce.pl i telewizji wPolsce.pl Aleksander Majewski. – Mówi się o korupcji wśród urzędników czy korupcji wśród policjantów, chociaż w ostatnich latach nie jest to już tak poważny problem jak kiedyś, ale warto zwrócić uwagę na proceder korupcyjny wśród dziennikarzy – podkreśla.

 

Korupcję bez względu na jej rodzaj bardzo trudno udowodnić. Ale ona istnieje, także w środowisku dziennikarskim. Pieniądze za przychylne teksty, albo za pomijanie pewnych tematów są przekazywane w ramach legalnych umów. Dziennikarzom zajmującym się stykiem wielkiego biznesu i polityki proponuje się luksusowe wycieczki zagraniczne czy konto w banku, z którego można sfinansować zakup domu czy samochodu. Propozycje dostosowane są do wymagań konkretnego dziennikarza. – Przez korupcję rozumiemy sytuację, w której dziennikarz za napisanie określonej treści, czasem pozytywnej, a czasem negatywnej dostaje jakąś formę wynagrodzenia – definiuje problem redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki.

 

Czasem z propozycjami korupcyjnymi przychodzą znajomi. Wysyłający liczy, że dzięki temu skuteczniej dotrze do adresata i łatwiej go przekona. – Miałem wiele dziwnych propozycji. Najczęściej zgłaszał się ktoś znajomy, bo jak niektórzy mówią, „tylko ch…e nagrywają kolegów”. Nikogo więc nie nagrywałem, mówiłem tylko, że nie interesują mnie żadne propozycje – mówi były dziennikarz „Pulsu Biznesu”, obecnie pisarz Mariusz Zielke.

 

Dziennikarzom najczęściej oferuje się pieniądze.

 

– Jarosław Ziętara zginął, bo odrzucił propozycję przyjęcia pieniędzy. Tak twierdzili świadkowie na procesie. Pieniądze mieli mu zaproponować ludzie, których przemytnicze biznesy tropił i opisywał – wskazuje poznański dziennikarz Krzysztof M. Kaźmierczak, który od 27 lat bada sprawę porwania i zabójstwa dziennikarza Jarosława Ziętary. Dodaje, że nie miał żadnych propozycji korupcyjnych związanych ze sprawą Ziętary, ale otrzymywał groźby i był zastraszany. Z propozycją dodatkowego wsparcia finansowego spotkał się wielokrotnie dziennikarz śledczy Witold Gadowski. Proponowano mu określone pieniądze za napisanie artykułu na dany temat.

 

– Zwykle było to kilka lub kilkanaście tysięcy złotych za tekst – twierdzi wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i publicysta „Sieci”. – Odrzucałem jednak takie motywacje – podkreśla.

 

Jedna z anegdot ze środowiska dziennikarskiego mówi, że któryś z dziennikarzy zajmujących się ekonomią otrzymał propozycję łapówki. Kiedy usłyszał kwotę oburzony odpowiedział: „Nie będę schylał się po grosze”. Kiedy otrzymał dziesięć razy więcej, pieniądze przyjął. Ale to tylko miejska legenda.

 

Niektóre firmy i korporacje starają się dbać o to, żeby wszystkie teksty, które powstają na ich temat były pozytywne. Dbając o swoje dobre imię i walcząc o kontrakty ogromnej wartości uciekają się do łamania prawa. A dziennikarze chcąc zarobić więcej łamią i prawo, i zasady.

 

– To zdarzyło się w 1999 r. Już w pierwszym dniu pracy, kiedy zacząłem zajmować się branżą informatyczną w „Pulsie Biznesu” zgłosił się do mnie człowiek z międzynarodowej korporacji. Powiedział, że mój poprzednik był u nich na etacie, więc i mi proponuje współpracę. Za każdy tekst, w którym dobrze o nich napiszę, zaproponował mi drugą pensję. Byłem zszokowany. Od razu odmówiłem – wspomina Mariusz Zielke.

 

Propozycje korupcyjne trudno jednak udowodnić, bo wszystko robione jest w białych rękawiczkach. Nikt przecież nie przychodzi i nie mówi, że chce kogoś skorumpować. – Usłyszałem, że mają swoją gazetkę w której będą przedrukowywać moje teksty i za to będą mi wypłacać honorarium. Miałem dostawać drugie tyle co w gazecie. Wydaje mi się, że ta praktyka była powszechnie stosowana w mediach. Nie byłem wyjątkowym dziennikarzem, nikt mnie wtedy nie znał. Nie napisałem jeszcze żadnego tekstu na temat nowej branży – podkreśla autor pierwszego polskiego thillera finansowego zatytułowanego „Wyrok”. Temat korupcji w Polsce Zielke szerzej przedstawi w książce „Lobbysta”, która ukaże się we wrześniu.

 

Czasem pieniądze proponują osoby doprowadzone do ostateczności i pokrzywdzone przez los. Chociażby poszkodowani przez wymiar sprawiedliwości, czy przez banki szukają za wszelką ceną nagłośnienia swojej sprawy i walczą o sprawiedliwość. Nie jest to etyczne, ale trudno ich za to do końca winić.

 

– Osoba pokrzywdzona przez wymiar sprawiedliwości zapytała mnie, ile chciałbym pieniędzy za napisanie tekstu, w którym poruszyłbym jej problem. Zdziwiło mnie to i zapytałem dlaczego składa mi taką propozycję. Okazało się, że dziennikarze z ogólnopolskich redakcji, do których zwracała się z prośbą o pomoc, mówili, że zajmą się jej tematem. Ale mówili, że trzeba zapłacić, bo sprawa wiążę się z dodatkowymi kosztami. W końcu ta osoba trafiła do mnie i opisałem jej sprawę. Była zdziwiona, że zrobiłem swoje i nic za to nie chciałem. Oczekiwanie dodatkowej gratyfikacji jest obrzydliwe – mówi  Aleksander Majewski.

 

Dziennikarz może być urażony przekazaniem mu pieniędzy w kopercie. Może też ten fakt jakimś cudem udokumentować i narobić przychodzącemu z ofertą kłopotów. A przecież nikt ich nie chce. Można też takim zachowaniem „obrazić” dziennikarza. Lepiej więc zaproponować mu tajne konto, na przykład w banku szwajcarskim. – Mój informator, którego oceniam jako oficera polskich służb specjalnych, zaproponował mi w imieniu jednego z największych banków na świecie założenia konta w Szwajcarii. Mógłbym skorzystać z tego konta gdybym chciał sobie kupić dom, samochód czy jechać na luksusową wycieczkę – mówi Mariusz Zielke.

 

Oprócz pieniędzy pojawiają się również dobra materialne chociażby w postaci samochodów.

 

– Pod koniec lat 90. pracowałem w „Rzeczpospolitej”, wtedy jeden z szefów dużej wówczas sieci handlowej zaproponował mi napisanie historii dotyczącej jego konkurencji. Na zakończenie rozmowy powiedział mi: Jak pan to dobrze opisze, wyjedzie pan ode mnie samochodem – wspomina współprowadzący programu „Studio Polska” w TVP Info Jacek Łęski . – Drugie zdarzenie miało miejsce również w tamtym czasie. Firma Banpol kierowana przez Krzysztofa Suskiego sprzedawała różne, często zbędne rzeczy Poczcie Polskiej. Było to możliwe, ponieważ on korumpował szefów regionalnych oddziałów Poczty Polskiej. Podczas rozmowy z Suskim mówię, że jeżeli ktoś potrzebuje dwóch motocykli, a kupuje Renault Megane, to jest to nie w porządku. A on bardzo grzecznie odpowiedział mi: Panie redaktorze, jeżeli potrzebuje pan Renault Megane, nie ma żadnego problemu – śmieje się Łęski i dodaje, że nie skorzystał z propozycji przyjęcia auta. Historia Suskiego ukazała się na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” i od tamtej pory Łęski nie miał już propozycji korupcyjnych.

 

Pieniądze za pozytywne pisanie o nich albo na interesujące ich tematy proponują różne „instytuty”, które gromadzą samozwańczych ekspertów, a w rzeczywistości zajmują się promowaniem środowisk określonych przedsiębiorców. Niektóre z nich działają bardzo ofensywnie. Inspirują kampanie, nie zawsze bezpośrednio związane z ich celem. Służy to uwiarygadnianiu się i zdobywaniu przychylności w społeczeństwie.

 

– Zgłosił się do mnie przedstawiciel pewnego instytutu. Zaproponował pieniądze za napisanie i opublikowanie interesującego ich materiału. Pieniądze miały być przekazane na podstawie umowy o dzieło. Odmówiłem i powiedziałem, że są standardy, których trzeba przestrzegać. Reakcją był śmiech i słowa: o jakich standardach mówisz, przecież takie zachowania są na porządku dziennym. Usłyszałem, że wszyscy dziennikarze w tym kraju są po jakiejś stronie i wykonują czyjeś polecenia. Określenie się po danej stronie to jedno, ale sytuacja, w której dziennikarz podpisuje umowę z innym podmiotem niż własna redakcja czy wydawnictwo z którym współpracuje jest naganne. Propozycję złożyła mi osoba, która przedstawiała się jako dziennikarz i redaktor jednego z mediów. Nie chciałbym jednak wskazywać o kogo chodzi. Zastanawia mnie rola tego człowieka, bo z jednej strony występuje jako przedstawiciel określonego instytutu i konkretnego biznesmena, a jednocześnie, żeby było śmieszniej, przedstawia się jako dziennikarz – mówi Aleksander Majewski i podkreśla: – Mamy pomieszanie z poplątaniem. Ale niestety nikogo to specjalnie nie bulwersuje.

 

Granice w kontaktach z dziennikarzami przekraczają instytucje publiczne. Przykład? Proszę bardzo. Instytucja oferuje dziennikarzowi umowę o dzieło, żeby promował jej pozytywne działania. Efektem takiej umowy są teksty opisujące, jak wspaniale instytucja wypełnia swoją misję. Jeżeli tak jest rzeczywiście to jeszcze pół biedy. A co będzie jeżeli instytucja zacznie fatalnie działać? Dziennikarz związany z nią umową i pieniędzmi dalej będzie chwalił jej działania?

 

Czasami dziennikarza kusi się egzotyczną wycieczką lub darmowym lotem. Wielu korzysta, a później widzimy zdjęcia na portalach społecznościowych i czytamy tekst promocyjny, który nie jest oznaczony stosownym dopiskiem.

 

– Kiedy byłem łódzkim korespondentem „Rzeczpospolitej” zadzwoniła do mnie asystentka wiceprezesa lotniska Lublinek w Łodzi. Otwierano wtedy połączenie duńskiej linii Cimber na trasie Łódź – Kopenhaga. Powiedziała, że jeżeli moja relacja ukaże się na pierwszej stronie dodatku do „Rzeczpospolitej” – „Moje podróże” – to polecę do Kopenhagi. Odpowiedziałem, że nie do mnie taka propozycja – mówi redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański. Na szczęście nie zawsze tak jest. – Byłem raz w Rzymie z łódzkimi dziennikarzami na zaproszenie linii Centralwings, taniego przewoźnika LOT. Poleciałem tylko dlatego, że nie stawiali żadnych warunków. Nie żądali tekstów. Przedsiębiorstwa mają fundusze na dobre relacje z dziennikarzami. Warto mieć dobre relacje z firmą, ale nie znaczy, że dziennikarz ma pisać laurki i teksty pod dyktando. O przyjmowaniu pieniędzy czy prezentów przez dziennikarzy nie może być mowy. To oczywiste – podkreśla Torański.

 

Podobnie widzi problem uczestnictwa w lotach sponsorowanych przez rządy czy przedsiębiorstwa Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”. – Jeżeli państwo albo instytucja organizuje wyjazd dla grupy dziennikarzy pozwalając im dotrzeć do miejsc, do których w inny sposób nie mogą dotrzeć i w warunkach wyjazdu nie ma informacji, że dziennikarz będzie musiał pisać o wyjeździe, albo że będzie zobowiązany do pisania w określony sposób, to nie jest to forma korupcji – ocenia Paweł Lisicki. – Problemem byłoby, gdyby dziennikarz po takim wyjeździe był zobowiązany napisać określone treści. Tylko, że to też nie jest korupcja, ale forma nadużycia – dodaje.

 

Nikt z dziennikarzy, którzy skorzystali z propozycji korupcyjnych w takiej czy innej formie nie przyzna się do tego. Jest również problem z udowodnieniem takich czynów, ale wiadomo, że propozycje korupcyjne trafiały na podatny grunt.

 

– Jest dość znana historia z połowy lat 90. Nie chcę podawać nazwisk, ale znam historię z pierwszej ręki. Dziennikarz pracujący w dużym tygodniku opisywał znanego biznesmena. Pewnego dnia ten dziennikarz zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Zobaczyliśmy się. Okazało się, że był już szefem biura prasowego biznesmena, którego jeszcze niedawno opisywał. Biznesmen spotkał się z nim i spytał ile zarabia. Dziennikarz powiedział, że 8-10 tysięcy złotych miesięcznie. Przedsiębiorca zaproponował mu trzy razy tyle. Spotkaliśmy się jeszcze raz, dziennikarz próbował przekonać mnie i Rafała Kasprowa, bo razem pracowaliśmy nad tematem, żebyśmy poruszyli pewien aspekt sprawy ważny dla biznesmena, dla którego zaczął pracować. Ale nas to nie interesowało – mówi Jacek Łęski. Łamanie etyki zawodowej nie zawsze popłaca. Kariera dziennikarza w roli rzecznika firmy nie trwała długo, po trzech miesiącach został zwolniony.

 

Nie wszystkie, krążące w środowisku opowieści o przyjętych przez dziennikarzy łapówkach są prawdziwe. Często służą one zdyskredytowaniu konkurenta czy podważeniu do niego zaufania. – Gdy zająłem się pisaniem o funduszach emerytalnych zaczęto rozpuszczać informacje, że za napisanie tekstu dostałem milion złotych. Później pojawiła się plotka, że dostałem nie milion złotych, ale milion dolarów. Była to kompletna bzdura – mówi Mariusz Zielke.

 

Ciężko jednoznacznie stwierdzić jak szeroki zasięg ma korupcja wśród dziennikarzy. Jeszcze trudniej złapać kogoś za rękę podczas przyjmowania korzyści. Ale fakty wskazują, że ten naganny proceder stanowi problem. Nie należy go bagatelizować. Trzeba z nim walczyć. Nie przy pomocy przepisów prawnych, ale przez trzymanie się zasad etyki. Na korupcję bez względu na jej formę nie powinno być miejsca w dziennikarstwie. – Dziennikarzy wiele dzieli, ale powinna ich łączyć niechęć do brania łapówek, bo korupcja to zwykłe k……o. To zawodowa łobuzeria, do której nie powinno dochodzić – podkreśla Aleksander Majewski.

 

Tomasz Plaskota, portal wPolityce.pl

Podziel się!

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close