Dziennikarze i policja – komentarz ŁUKASZA WARZECHY

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie zachowania policji wobec dziennikarzy 11 listopada ubiegłego roku. Przy czym neutralne słowo „zachowanie” zdecydowanie nie oddaje istoty sytuacji. Kto oglądał filmy nagrywane zwłaszcza na stacji Warszawa-Stadion, ten wie, że policjanci byli najzwyczajniej agresywni – bez powodu i wobec osób, w tym dziennikarzy właśnie, stojących z boku i niebiorących udziału w starciach. W pamięci mogła utkwić scena, gdy jeden z funkcjonariuszy rzucał granatem hukowym w dziennikarzy zgromadzonych w niszy obok schodów na peron stacji oraz ta, gdy zebranym na peronie przedstawicielom mediów kazano go opuścić, po czym popędzano ich, bijąc pałkami, także na schodach. No i oczywiście dramatyczny moment wcześniej, gdy gumowym pociskiem w twarz oberwał fotoreporter „Tygodnika Solidarność” Tomasz Gutry. W tym ostatnim przypadku film pokazujący moment oddania strzału nie pozostawia wątpliwości: policjant strzelał do oddalającego się już napastnika, który rzucał czymś w funkcjonariuszy – trafił dziennikarza. Strzelanie do osoby oddalającej się to ewidentne złamanie Ustawy o broni palnej i środkach przymusu bezpośredniego.

 

Bardzo niepokojące było, że niemal natychmiast po wydarzeniach, wieczorem 11 listopada, minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński oznajmił, że wszystko działo się zgodnie z prawem i do działań policji nie ma żadnych zastrzeżeń. Tego typu narracja jest zresztą powtarzana wielokrotnie przez rządzących w ostatnim czasie zawsze, gdy pojawiają się jakiekolwiek zastrzeżenia do działalności policji. To ogromnie niepokojące, również w aspekcie bezpieczeństwa pracy przedstawicieli mediów w sytuacjach dynamicznych i gwałtownych, a takich jest ostatnio bardzo wiele.

 

Kwestia współpracy z policją może w ogóle budzić zastrzeżenia. Po interwencji policyjnej w dwóch wrocławskich klubach pod koniec stycznia skierowałem dotyczące jej pytania do oficera prasowego Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu. Zrobiłem to dwukrotnie: 31 stycznia i 5 lutego. Mimo kontaktu telefonicznego 19 lutego – odpowiedzi nie było. Tymczasem według Ustawy o dostępie do informacji publicznej organ ma dwa tygodnie na udzielenie odpowiedzi bądź poinformowanie wnioskodawcy, że jej termin zostaje wydłużony.

 

Dopiero gdy 3 marca w kolejnym piśmie wskazałem na złamanie przez wrocławską policję ustawy oraz gdy kolejny raz do wydziału prasowego zadzwoniłem (rozmawiający ze mną funkcjonariusz twierdził, że odpowiedzi mi wysłano, co jest nieprawdą) – w końcu otrzymałem wyjaśnienia (9 marca), tym razem podpisane przez zastępcę komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. To jest niestety standard komunikacji policji z mediami, gdy chodzi o sprawy dla tej służby niewygodne – alternatywnie odpowiedzi przychodzą bez opóźnień, ale są wymijające, niekonkretne i zbywające.

 

Spośród iście już surrealistycznych sytuacji, obejrzanych w internetowych relacjach, zapadła mi w pamięć ta, gdy w jednym z miast policjanci znów obstawili groteskowo wielkimi siłami czynny lokal. Obecni na miejscu dziennikarze (tym razem chodziło bez wątpienia o dziennikarzy, nie o internetowych aktywistów, którzy tak się czasami przedstawiają) zadawali dowódcy akcji proste pytanie: od jak dawna policja jest na miejscu. W odpowiedzi dowódca odsyłał ich do rzecznika prasowego.

 

Postawa policji w ostatnim czasie budzi wiele zastrzeżeń. Wygląda na to, że stosunek do mediów – zarówno do dziennikarzy obecnych na miejscu zdarzenia, jak i próbujących wydobywać informacje – jest częścią szerszego zjawiska. Ta sytuacja przypomina mi czasy ministrów CichockiegoSienkiewicza oraz rzecznika KGP Mariusza Sokołowskiego (złośliwie nazywanego przeze mnie „niedorzecznikiem”), gdy media drążące zachowania funkcjonariuszy wobec Marszu Niepodległości albo kibiców natykały się na podobną barierę. Różnica polega na tym, że wtedy policja dziennikarzy nie biła i nie rzucała w nich granatami hukowymi. Ówczesny rzecznik też miał inny modus operandi: na Twitterze aktywnie spierał się z krytykami policji (w tym ze mną). Obecny rzecznik, insp. Mariusz Ciarka, zamieszcza w tym serwisie jedynie oficjalne stanowiska, poza tym wrzucając śmieszne w swoim mniemaniu filmiki lub obrazki znalezione w sieci. Na pytania na Twitterze nie odpowiada, wątpliwości nie wyjaśnia.

 

Łukasz Warzecha