Liczą się fakty, nie plotki – ŁUKASZ WARZECHA o tym, jak pisać o prywatnym życiu polityków

Materiały dziennikarskie informujące o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego powinny być warsztatowo niepodważalne. W artykule „Sieci” o Jarosławie Gowinie warsztat jednak leży.

 

Trzy lata temu na portalu wPolityce.pl opublikowano tekst zatytułowany: „Obrzydliwy atak Misiły. Zdrowie Jarosława Kaczyńskiego powodem do jątrzenia: »Polacy mają prawo wiedzieć, jaki jest stan zdrowia kogoś, kto rządzi Polską«”. Pod ówczesną opinią posła Nowoczesnej jestem gotów się podpisać. Problem w tym, że wtedy nie podpisywali się pod nią członkowie redakcji portalu braci Karnowskich oraz redagowanego przez nich tygodnika, a teraz opublikowali tekst o problemach Jarosława Gowina, kierując się logiką posła Misiły, którą nie tak dawno potępiali. Jak widać, o problemach jednych informować warto i można, a o problemach innych – nie. Widocznie mają jakiś immunitet.

 

Czy można tu sformułować ogólne zasady? W Polsce granica tolerancji dla wchodzenia w życie prywatne osób publicznych zwykle jest ustawiona bardzo nisko. Przyjęło się uznawać, że problemy zdrowotne czy osobiste nawet pierwszoplanowych polityków są wyłącznie ich sprawą, a informowanie o nich instynktownie kojarzy się raczej z tabloidami. Takie informacje niejednokrotnie się pojawiały, ale często spotykały się z potępieniem, a i nie wygląda na to, żeby miały zasadniczy wpływ czy to na postrzeganie danego polityka, czy na sondaże.

 

Uważam, że to błąd. Znacznie bliższe jest mi podejście amerykańskie, zgodnie z którym stan zdrowia najważniejszych osób w państwie, w tym członków Kongresu, jest podawany do publicznej wiadomości. Wyborcy wiedzą też, jakie są rezultaty badań, którym poddawani są prezydenci USA, a jeśli o czymś mówić się nie chce, wzbudza to natychmiast podejrzenia.

 

Liberalne (w znaczeniu amerykańskim) media próbowały rozkręcić histerię, gdy na prezydenta po raz pierwszy kandydował Ronald Reagan, sugerując, że 70-letni wówczas pretendent zdrowotnie nie sprosta wyzwaniu. Jak wiadomo, Reagan rządził przytomnie przez dwie kadencje, a z obaw o swój stan zdrowia żartował wielokrotnie z właściwą sobie swadą. Dziś ta sama liberalna frakcja oburza się, gdy przeciwnicy prezydenta Joego Bidena wskazują na konkretne zachowania, budzące ogromny niepokój co do stanu jego zdrowia.

 

Ostatnio karierę robią migawki, na których wyraźnie zdezorientowany Biden jest wprowadzany w jakieś miejsce i pyta bezradnie współpracowników: „Where am I?” („Gdzie jestem?”). Wziąwszy pod uwagę, że mówimy o najpotężniejszym z urzędu polityku świata, robi to przerażające wrażenie. Jest to jednak najlepszy argument za tym, żeby opinia publiczna miała do informacji o zdrowiu decydentów dostęp. Trzeba też pamiętać, że informacja, która stała się publiczna, nie może być już wykorzystywana jako narzędzie szantażu.

 

W Polsce toczyła się jakiś czas temu debata, gdy Pałac Prezydencki nie chciał ujawnić rezultatów badań lekarskich prezydenta Bronisława Komorowskiego. Niestety, skończyło się na niczym. Z Jarosławem Gowinem sytuacja nie jest jednak taka prosta. Nie mówimy bowiem o polityku aktualnie sprawującym ważną funkcję, ale o polityku w tym momencie już całkowicie marginalnym. Można odnieść wrażenie, że zajmowanie się jego zdrowiem i przeżytą traumą jest motywowane wyłącznie chęcią napiętnowania go na zawsze: wiadomo, wariat, więc do czynnej polityki nie powinien wracać.

 

Można by jednak mimo to uznać, że tekst Marka PyzyMarcina Wikły się broni, gdyby był warsztatowo mocny. Takie zresztą powinny być wszystkie materiały informujące właśnie o stanie zdrowia polityków albo o innych aspektach ich życia prywatnego: warsztatowo niepodważalne. W tym konkretnym artykule warsztat jednak leży. Autorzy nie poczynili żadnych własnych ustaleń, nie zweryfikowali żadnych plotek, za to obficie zrelacjonowali je w swoim tekście. Wypowiedzi są wyłącznie anonimowe, a dwie trzecie artykułu to rozważania o karierze politycznej byłego wicepremiera. Oczywiście krytyczne. Gdyby tak napisany był artykuł o stanie zdrowia prezydenta, premiera lub kogokolwiek innego, nie powinien był się ukazać. A tu mamy tekst o osobie w tej chwili spoza kręgu decydentów.

 

To samo dotyczy Jarosława Kaczyńskiego, niewątpliwie najpotężniejszego obecnie w Polsce polityka. Wokół stanu zdrowia prezesa PiS plotki krążą od kilku lat. Chętnie przeczytałbym – i broniłbym – materiału, niezależnie od tego, w jakim medium by się ukazał, który przedstawiałby w tej sprawie zweryfikowane, potwierdzone, twarde fakty. Gdyby jednak miał być oparty na plotkach, pogłoskach, a jego autor nie wykonałby praktycznie żadnej własnej pracy, byłby to zwykły paszkwil.

 

Niestety, nierzetelna robota dziennikarska, wykonywana ewidentnie na polityczne zamówienie, kompromituje samą ideę informowania opinii publicznej o zdrowotnych i szerzej – osobistych problemach polityków. I o to mam do autorów tekstu w „Sieciach” największy żal.