Home / Publicystyka  / Listek figowy – ŁUKASZ WARZECHA o stanie świadomości młodych dziennikarzy

Listek figowy – ŁUKASZ WARZECHA o stanie świadomości młodych dziennikarzy

Mimo mojego upodobania do szukania słabych stron – jak chcą niektórzy: marudzenia – dzisiaj postaram się być choć trochę optymistyczny. Oto Wirtualne Media porozmawiały z kilkorgiem dziennikarzy w okolicach trzydziestki – a więc jedno pokolenie niżej niż moje – pytając ich o to, jak widzą przyszłość zawodu i co sądzą o tym, jak dziś wyglądają polskie media. Zapytano siedmioro młodych dziennikarzy: Esterę Flieger z Ngo.pl i OKO.Press, Pawła Kapustę ze Sportowych Faktów WP, Łukasza Rogojsza z Gazeta.pl, Maryjkę Szurowską z 300gospodarka.pl, Jakuba Wiecha z Energetyka24.pl, Kamila Tureckiego z Onetu i Patryka Słowika z „Dziennika Gazety Prawnej”. Z tej grupy śledzę aktywność i znam teksty trojga: Estery Flieger, Jakuba Wiecha i Patryka Słowika.

 

Lektura całego tekstu Wirtualnych Mediów pokazuje dwie kwestie. Po pierwsze – że młodzi dziennikarze wiedzą, na czym polegają problemy polskiego dziennikarstwa i dobrze wskazują, co powinno się zmienić. Po drugie – że ich deklaracje to jedna rzecz, ale praktyka to coś całkiem innego.

 

Zacznę od drugiego punktu, bo tu szczególnie groteskowy jest przypadek Łukasza Rogojsza. Powiada on: „Uczono mnie, że podstawą pracy dziennikarza jest obiektywizm, otwartość umysłu, niuansowanie, dbałość o szczegóły. Że zawsze powinniśmy przedstawiać możliwie wiele punktów widzenia i dawać głos wszystkim stronom. Nie chodzi o to, że dziennikarz nie może zabierać głosu i wyrażać swoich opinii. Chodzi o to, żeby robił to w uczciwy dla odbiorcy sposób, a więc nazywając opinię opinią, a nie przedstawiając ją jako jedyną słuszną wersję wydarzeń. Dzisiaj publicystyka – w polskich realiach bardzo wybrakowana, przewidywalna i odtwórcza – zlewa się z dziennikarstwem newsowym, informacyjnym, a czasami nawet śledczym. Efekt tego jest taki, że na końcu odbiorca kompletnie nie wie, co jest faktem, a co opinią. Zresztą co do faktów też już przestaliśmy się zgadzać. Każde »plemię« ma własne i jest mu z tym dobrze”.

 

Według niego [Rogojsza] wielu starszych kolegów i koleżanek myli dziennikarstwo z polityką. – Zwłaszcza ci zajmujący się na co dzień polityką i tematyką społeczną”.

 

Właściwie mogę się pod tym podpisać niemal bez uwag. Problem w tym, że Rogojsz (którego dawno temu zablokowałem na Twitterze z powodu jego agresywnie antypisowskich komentarzy) pracuje w portalu, który jest modelowym przykładem wszystkich wad, na które się zżyma. Szefowie redakcji gazety, która jest integralną i najbardziej reprezentacyjną częścią koncernu, do którego należy będący jego miejscem pracy portal, są żywą ilustracją tezy o myleniu dziennikarstwa z polityką. Gdy poczyta się Rogojsza na Twitterze, można odnieść wrażenie, że to konto całkiem innej osoby niż autora wypowiedzi, przywoływanych przez Wirtualne Media.

 

Obawiam się, że to casus reprezentatywny dla wielu młodych dziennikarzy: wygłaszają poglądy jak najsłuszniejsze, bo czują, że tak trzeba, a także traktując je jako listek figowy, zarazem w realnym życiu robiąc coś całkiem innego. Gdyby Rogojsz traktował własne słowa poważnie, powinien natychmiast złożyć w Gazeta.pl wypowiedzenie i skasować konta w mediach społecznościowych, których zawartość niewiele odbiega od poziomu Soku z Buraka. Lecz w takich przypadkach ma miejsce racjonalizacja własnego wyboru. Jestem pewien, że każdy w podobnej sytuacji będzie twierdził, że przestrzega chwalebnych, słusznych zasad i może nawet będzie o tym faktycznie przekonany. Zarazem praktyka nie będzie mieć z tym nic wspólnego.

 

Ale jest też punkt pierwszy. Przepytywani dziennikarze, jako się rzekło, rozumieją, co jest z mediami nie tak: brak odseparowania opinii od informacji, oddanie się w pacht partyjnym interesom, posunięta do absurdu plemienność. I przyznać trzeba, że niektórzy wyciągają z tych spostrzeżeń wnioski. Wspomniana przeze mnie wcześniej trójka młodych tak właśnie robi.

 

Flieger ma lewicowe poglądy, ale potrafi wychodzić poza swoją bańkę, umie rozmawiać, nie ma w niej zaciekłości. „Ponadto pojęcie »symetryzmu« stało się pałką, którą dziennikarze jasno opowiadający się po jednej ze stron stosują, by walić po głowie niezainteresowanych myśleniem plemiennym” – zauważa słusznie. Gdy mówi, że dziennikarz powinien opowiadać się za wartościami, a nie za kandydatami, w katalogu wartości, jakie wymienia, widzimy oczywiście wzór charakterystyczny dla lewej strony, ale w tym nie ma nic złego. Dziennikarz, a już zwłaszcza publicysta, zawsze ma jakieś poglądy. Jest różnica między posiadaniem poglądów, nawet wyrazistych, a wspieraniem partii.

 

Wiech uprawia dziennikarstwo nowego typu, na które popyt wydaje się rosnąć: wysoko wyspecjalizowane – zajmuje się bowiem energetyką. I robi to naprawdę bardzo dobrze – wiem to, bo zdarzało mi się zapraszać go do moich programów jako gościa, a było i tak, że to ja byłem gościem Wiecha jako jeden z rozmówców jego projektu, dotyczącego podejścia do spraw klimatycznych. Młodego dziennikarza spotkały za to zresztą wyrzuty ze strony klimatystów – bo jak to, zapraszać do rozmowy „denialistę klimatycznego”, czyli kogoś, kto śmie się nie zgadzać z obowiązującą narracją?! To była ze strony Wiecha dziennikarska odwaga i chęć pokazania innego punktu widzenia. Doceniałem i doceniam.

 

Oczywiście w każdej dziedzinie, również w dziennikarstwie specjalistycznym, w tym dotyczącym tak czułej sfery jak energetyka, możliwe jest pisanie nie zgodnie z najlepszym rozeznaniem i wiedzą, ale na polityczne zamówienie. Wiech jest jednak ostatnią osobą, którą bym o to podejrzewał.

 

Słowik to bardzo solidny dziennikarz, zajmujący się między innymi zagadnieniami prawnymi, który umie swoje sympatie polityczne schować do kieszeni tak głęboko, że nie mam pojęcia, do kogo na politycznej scenie mu najbliżej. W rozmowach, również w mediach społecznościowych, zawsze kulturalny, daleki od plemiennego zaangażowania niektórych, również piszących o tych samych kwestiach. A o takie zaangażowanie bardzo łatwo, bo przecież ład prawny jest jednym z najgorętszych frontów od ponad czterech lat.

 

Gdybym miał wskazać, jakiego typu dziennikarze dają nadzieję, że być może nie jesteśmy na drodze tylko w jedną stronę, to wskazałbym tych troje – i jeszcze znalazłoby się trochę podobnych. Mając za sobą blisko 25 lat pracy w zawodzie, chciałbym chuchać i dmuchać na tych, którzy nie poszli na łatwiznę. Choć najłatwiej zrobić dzisiaj karierę, jasno deklarując przynależność do plemienia. Tym, którzy tego konsekwentnie odmawiają, jest niełatwo, nawet jeśli mają już pozycję i markę – by wskazać choćby Piotra Zarembę czy Piotra Skwiecińskiego, który z dziennikarstwa po angielsku wyszedł, ale, mam nadzieję, kiedyś do niego wróci.

 

Mimo swojego wrodzonego realizmu, który każe być pesymistą, mam szczerą nadzieję, że ludzie tacy jak Flieger, Słowik czy Wiech wytrwają i nie pozwolą się skorumpować rzeczywistości. A jeśli takich ludzi dziś około trzydziestki będzie więcej – kto wie, może stworzą pozytywną masę krytyczną?

 

Łukasz Warzecha

Podziel się!

Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta "Do Rzeczy". Karierę dziennikarską rozpoczynał w tygodniku „Najwyższy Czas!” Był redaktorem działu opinii dziennika „Życie” oraz wieloletnim komentatorem w „Fakcie”. Publikował m.in. w tygodniku „wSieci” oraz w dzienniku „Rzeczpospolita”. Był jednym z prowadzących program „W tyle wizji” w TVP Info. Obecnie jego teksty ukazują się m.in. w „Super Expressie” i na portalu Onet.pl.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close