ŁUKASZ WARZECHA: Dziennikarze jako polityczni żołnierze

Wiele już razy czytałem, także na portalu SDP, rytualne żale dotyczące rzekomego lub domniemanego naruszania niezależności dziennikarskiej. W najnowszej odsłonie takie tezy w kwestii Polska Press stawia choćby Jerzy Kłosiński (TUTAJ), jak zwykle zresztą – podobnie było w sporze o repolonizację mediów – nie przytaczając żadnych dowodów ani przykładów. Wiadomo jednak, twierdzi Kłosiński, że dotychczasowy zły niemiecki właściciel dziennikarzy traktował instrumentalnie, a media te były „antyprawicowe” (przy czym „prawicowość” jest tu chyba rozumiana jako sprzyjanie obecnemu obozowi władzy – nie wiadomo, dlaczego).

 

Nie chcę tu wchodzić w polemikę z Jerzym Kłosińskim na ten konkretny temat. Swoje obawy, związane z przejęciem Polska Press przez Orlen już kilkakrotnie opisywałem i uzasadniałem w kilku miejscach. Jak będzie – zobaczymy. Problem widzę natomiast szerzej. Dyskusja przy okazji Polska Press, a już szczególnie jej część wybrzmiewająca po stronie mediów bliskich obecnej władzy, zasadza się na niedostrzeganiu słonia w pokoju. Tym słoniem jest całkiem już w wielu przypadkach otwarte traktowanie mediów i dziennikarzy jako narzędzia realizacji nawet już nie politycznych, ale wprost partyjnych interesów. Czasami jeszcze zdarza się, że przy tym, raczej przypadkiem, zostanie zrealizowany jakiś interes publiczny – ale nie zawsze. W każdym razie nie jest to cel główny lub nawet nie jest to cel w ogóle.

 

Trudno zgodzić się z machnięciem ręką: zawsze tak było. Nie, aż tak nie było zawsze. Owszem, bywało, w różnych okresach i w różnym stopniu, z całą jednak pewnością nigdy jeszcze ta zasada nie działała tak otwarcie, tak bezwstydnie i z takim nasileniem, ani też nie dotyczyła tak wielkiej części dziennikarzy. Przynajmniej po 1989 r.

 

Tu znów warto się odwołać do tekstu Kłosińskiego, który gładko utożsamił „antyprawicowość” z nieprzychylnością czy może jedynie krytyką obozu rządzącego. Podobna zresztą była linia sporu, gdy kilkanaście już miesięcy temu polemizowałem z Kłosińskim na temat repolonizacji. Wskazywałem wówczas, że część zwolenników takiej operacji bez mrugnięcia okiem i śladu refleksji utożsamia wspieranie polskiego interesu ze wspieraniem rządu – a zatem, a contrario, krytykę rządu uznają za atakowanie polskiego interesu. To utożsamienie absolutnie niedopuszczalne, ale bardzo częste.

 

Jasne, że nie są to sprawy proste i zero-jedynkowe. Jak bowiem dokładnie odseparować całkowicie przecież normalną linię światopoglądową danej redakcji od wsparcia konkretnej partii? Owszem, w moim przekonaniu da się, ale niektórzy będą tu na siłę szukali szarych stref. Podobnie jak będą przekonywać, że gorliwe poparcie niektórych dziennikarzy dla konkretnej partii to nie wynik nacisków czy podporządkowania medium potrzebom politycznym, ale wyłącznie skutek poglądów danego dziennikarza. A przecież faktycznie dziennikarz takie poglądy może mieć – choć znów, działając w zgodzie z zasadami zawodu, nie powinien ich w ogóle ujawniać będąc dziennikarzem informacyjnym, będąc zaś publicystą czy komentatorem – nie powinien przekraczać granicy między wyrażaniem swojego światopoglądu a wspieraniem konkretnego ugrupowania.

 

Jeżeli ktoś chciałby się w tym tekście dopatrywać natrętnego symetryzowania i twierdzenia, że wina rozkłada się równo na obie strony politycznego sporu, to wyprowadzam z błędu: nie taki jest mój zamiar. Mój zawód i żal koncentrują się głównie na do pewnego przynajmniej momentu bliższej mi światopoglądowo stronie. Na moich kolegach, utożsamianych (moim zdaniem w wielu przypadkach całkowicie błędnie) z konserwatywną stroną medialnej sceny. Dlaczego? Bo co do stanowiska drugiej strony nie miałem złudzeń, tutaj zaś – jak się okazuje: niesłusznie – jednak je miałem. Tak jak sądziłem, że przynajmniej w niektórych sferach możliwa jest po 2015 r. choćby względna naprawa państwa (nie były to wielkie nadzieje, ale jakieś tam były), tak wydawało mi się, że przynajmniej duża część dziennikarzy przed 2015 r. krytycznie nastawionych wobec władzy ten swój krytycyzm będzie w stanie przenieść do nowej sytuacji politycznej, a więc nie zgodzą się na ustawienie ich w pozycji żołnierzy konkretnego politycznego obozu. Ogromnie się zawiodłem.

 

Mamy zatem sytuację, w której na żołnierskie podejście do dziennikarskiej profesji godzą się bez problemu obie strony, coraz bardziej uznając to za normalne, naturalne i niewymagające żadnej dyskusji. I jest niestety jak w tym starym powiedzeniu Kisiela, dotyczącym realnego socjalizmu: największym problemem nie jest to, że jesteśmy w dupie, ale że zaczynamy się w niej urządzać.

 

Łukasz Warzecha