MARIA GIEDZ: Reportaż ze świata w dobie pandemii

Fot. Pixabay

Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi?

Od najmłodszych lat kocham podróże i te bliskie i te dalekie. Chętnie o nich opowiadam, a ludzie lubią mnie słuchać. Często te opowieści przelewam na papier, aby podzielić się z szerszym gronem miłośników podróży oraz tych ciekawych świata. Pomimo najróżniejszych trudności, braku pieniędzy, czekania na paszport przez rok, a potem na wizę, jakoś udawało mi się poznawać świat. I im trudniej było dotrzeć w dany rejon, czasem objęty konfliktem zbrojnym, tym większe wzbudzało zainteresowanie wśród odbiorców moich relacji. I nagle wszystko się urwało. Nastała pandemia. Ludzie zamknięci w domach nawet nie chcą słyszeć o innych kulturach, o pięknych krajobrazach czy problemach społeczeństw żyjących na drugim końcu świata, którzy też zostali zamknięci, albo próbuje się to z nimi zrobić. No, może niektórzy, zmęczeni oglądaniem „kosmicznych” postaci i słuchaniem przerażających statystyk szukają czegoś, co pozwoliłoby im oderwać się od ponurej rzeczywistości. Ale jak to zrealizować, jeśli dziennikarze, ci reportażyści turystyczni również nie cieszą się pełną swobodą?

Oczywiście z tym zamknięciem trochę przesadzam, bo nadal można podróżować i można o tych podróżach pisać. Nawet znajdą się chętni, którzy to przeczytają. Tylko od podróżującego dziennikarza wymaga się spełnienia wiele dodatkowych warunków. Musi on: wykazać się posiadaniem specjalnego „zielonego” dokumentu, niestety niezbyt długo ważnego; poddawać się kilkukrotnemu pędzlowaniu nosa, bo ów specjalny dokument nie w każdym miejscu jest wystarczający; czasem bez powodu dać się zamknąć na kilka, a nawet kilkanaście dni i to na własny koszt, a przede wszystkim respektować przyjęte niemal na całym świecie stereotypowe i standardowe zasady w kontakcie z drugim człowiekiem.

Obrazek z Ciudad de Mexico, niemal dziesięciomilionowego miasta, a z przyległościami trzy razy większego, tej do niedawna barwnej, tętniącej życiem aglomeracji, miejscami niebezpiecznej również dla miejscowych, a czasem wesołej, dzisiaj ukazuje w ponad 90 proc. snujące się lub chyłkiem przemieszczające postacie. Chociaż do Meksyku wjeżdża się bez specjalnych formalności, to po co jechać na drugi koniec świata, skoro, poza pogodą, krajobrazem i językiem jakim posługują się tamtejsi ludzie, nie różni się on zbytnio od mojego kraju? Męczyć się, wydawać pieniądze i jeszcze żyć w ciągłym strachu, że zaleje mnie kolejna fala?

To lepiej zostać w domu. Tylko jak w tej rzeczywistości uprawiać dziennikarstwo turystyczne? Jak być korespondentem wojennym? Jak relacjonować ważne, często spontanicznie rozgrywające się wydarzenia gdzieś „na antypodach”? Bywa, że nawet nie potrafimy „z marszu” zlokalizować miejsca owych wydarzeń. Chociaż czytelnikowi, w myśl przekonania wszechwiedzących reporterów, że jest mało zorientowany, jest wszystko jedno, gdzie ten konflikt się rozgrywa. Wystarczy wskazać kierunek, że np. Kazachstan leży na wschodzie. Można jeszcze dodać, że to była republika Związku Sowieckiego, azjatycka, położona daleko od Moskwy.

W tym momencie przypomniała mi się sytuacja z jaką się spotkałam w regionalnej redakcji, w której przez lata pracowałam i nawet przez jakiś czas prowadziłam dział podróży. Otóż pewnego dnia napisałam tekst o indonezyjskiej wyspie Bali, gdzie główną religią jest hinduizm w tym zdominowanym przez muzułmanów kraju. Bali jest jednak wyjątkiem i to tam mieszkają hinduiści, ale i chrześcijanie, w większości katolicy. Muzułmanie występują w śladowej ilości. Pisząc o Bali dołączyłam czarno-białe zdjęcia, bo wówczas fotografowało się analogowo, a kolorowe filmy były trudno dostępne. Redakcja chciała być jednak nowoczesna i zamieścić zdjęcie kolorowe, więc zamówiła je w agencji. Wybierała moja szefowa, jednocześnie pracownik lokalnego biura podróży. Mnie w te działania nawet nie wtajemniczono. Zobaczyłam swój tekst wraz z piękną fotografią dopiero, gdy gazeta ukazała się drukiem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ilustracją do mojego tekstu o Bali, dla przypomnienia azjatyckiej wyspy, była piękna kobieta w stroju karnawałowym z Rio De Janeiro, a to Brazylia. Roznegliżowana piękność nijak miała się do niemal purytańskich hinduistek z Bali. A jednak można! Mój protest zakończył się stwierdzeniem, że czytelnikowi jest wszystko jedno i tak się nie zorientuje, a zdjęcie ma zachęcać do przeczytania tekstu. W tej redakcji przestałam zajmować się podróżami i pisaniem reportaży ze świata.

Dlaczego przytoczyłam ten przykład sprzed niemal trzydziestu lat? Bo dzisiejsza sytuacja nieco się powtarza, chociaż polskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej jest „wyrobione” i świadome rzeczywistości o innych częściach kuli ziemskiej. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polacy podróżowali na potęgę, fakt, że najczęściej w grupach zorganizowanych. A więc dość biernie oglądając ten świat, a nie poznając go. Jednak podróżowali, a obecnie?

Ograniczenia podróży, utrudnienia, najróżniejsze obostrzenie sprawiają, że wiedza przeciętnego Kowalskiego zaczyna zawężać się do tego co zobaczy, usłyszy lub przeczyta w mainstreamowych mediach albo „wygugla” w Internecie. A to wszystko nie koniecznie musi być prawdziwe. Modne stały się fake newsy, bo przy relacji ze świata, zwłaszcza z miejsc, które trudno sprawdzić, a w dobie pandemii mogły się diametralnie zmienić, liczy się głównie kasa i świadome lub nie wprowadzanie dezinformacji. Na dodatek, w ramach oszczędności i pandemii coraz częściej reportaże czy relacje z różnych miejsce opiera się na dziennikarstwie obywatelskim. Inaczej mówiąc, korzystając z pomocy innych, miejscowych, którzy chcą zaistnieć w sieci. Jeśli są to stali korespondenci, to można im wierzyć. Co innego, jeśli informatorem jest tzw. każdy, kto ma dostęp do Internetu. Jak sprawdzić wiarygodność informacji zamieszczanych na Facebooku, czy innych portalach społecznościowych? I na takiej podstawie pisać reportaż?

Zazwyczaj podróżuję sama, z jedną osobą, w gronie przyjaciół, sporadycznie z grupą zorganizowaną. Zanim wyruszę w świat „obkładam się” najróżniejszymi publikacjami dotyczącymi rejonu, w który się wybieram. Dzwonię po znajomych i nieznajomych, wypytuję o szczegóły, aby uniknąć przykrych niespodzianek, a raczej zmniejszyć ich liczbę, bo te i tak będą. Kiedy już dotrę w nieznane mi miejsce wsadzam nos wszędzie, gdzie trzeba i nie trzeba. O wszystko pytam, sprawdzam, nie polegam na informacjach z katalogów reklamowych, bo są przekłamane, o czym przekonałam się wielokrotnie. Chętnie nocuję – o ile to możliwe – u miejscowych, a nie w hotelach. I nie chodzi tu o finanse, tylko o możliwość obserwacji życia lokalnego, poznania atmosfery miejsca, próbę zrozumienia innej mentalności…

Czy jestem w stanie to zrobić dzięki Facebookowi albo Twitterowi tak chętnie stosującym cenzurę? Czy reportażem z najdalszych zakątków świata można będzie nazwać tekst napisany na podstawie wiedzy zdobytej z portali społecznościowych i ilustrowany zdjęciami wykonanymi telefonem w przypadkowych miejscach przez przypadkowych ludzi? Jak pogodzić wiarygodne dziennikarstwo z restrykcjami pandemicznymi? Czy już nigdy nie będziemy opisywać miejsc oglądanych z autopsji, relacjonować konfliktów zbrojnych obserwując, jak żołnierze, czy partyzanci repetują broń?