Martwię się o paparazzi – felieton SŁAWOMIRA JASTRZĘBOWSKIEGO

Już się martwiłem o paparazzi wielokrotnie. Czasem w środku nocy budzono mnie, bo trzeba było wyciągać jakiegoś z policyjnej izby zatrzymań, czasem inny brał udział w szarpaninie z różnym skutkiem, czasem jeszcze innemu zniszczono sprzęt czy uszkodzono samochód, czasem grożono. Różnie. Dziś moje zmartwienie ma inny charakter. Że znikają nam paparazzi. A są potrzebni. Niestety, są nam, społeczeństwu bardzo potrzebni.

 

Ja wiem, wiem, wiem, przecież widziałem filmy. Paparazzi są odpowiedzialni za połowę zła na świecie, a na przykład w symptomatycznym filmie „Paparazzi” nawet za tragedię i z myśliwych przeistaczają się w zwierzynę. Ja wiem, wiem, wiem, scenarzyści tak prowadzą widza, żeby emocje były zawsze przeciw paparazzi. Wszystko rozumiem. Wiem nawet, że generalnie paparazzi dzielili mi się na artystów, którzy zawsze przestrzegając najwyższych standardów chcieli mieć coś absolutnie wyjątkowego i na barbarzyńców, którzy mając nadmiar dynamiki nie pielęgnowali skrupułów. Chciałem mieć obie kategorie.

 

Redaktor naczelny tabloidu oglądając ich zdumiewający urobek stawał przed dwoma pytaniami. Po pierwsze, przed amerykańskim: jeśli ja coś wiem i widzę, to dlaczego mój czytelnik ma tego nie zobaczyć? Dlaczego mam być cenzorem, dlaczego mam się stawiać ponad czytelnikiem? I przed drugim, bardziej europejskim: jaki jest interes społeczny w opublikowaniu zdjęcia, które zdecydowanie wkracza w prywatność? A tak na marginesie, sądzą Państwo, że dziś ktokolwiek opublikowałby jedno z najsłynniejszych i jedno z najbardziej przerażających w historii zdjęć autorstwa Nicka Uta z 1972 roku? Nagą krzyczącą z bólu dziewczynkę poparzoną napalmem? Nie wiem. Chyba nie. Interes społeczny kontra dobra osobiste.

 

Wróćmy do paparazzi. Wydaje się, że najlepsze ekonomicznie czasy mają za sobą. Jeszcze kilka lat temu popyt na zdjęcia paparazzi był tak duży, że najlepsi mogli liczyć na kilka średnich krajowych za jedną udaną sesję z politykiem lub celebrytą. Ceny przyhamowała konkurencja, która rosła jak na drożdżach, ale także kształtowana poprzez rozpoznanie bojem linia orzecznicza polskich sądów w procesach o naruszenia dóbr osobistych. Powiedzmy szczerze, polskie sądy i polskie prawo nie byli gotowi do takich procesów. Do dziś katalog dóbr osobistych jest katalogiem otwartym i to sędziowie decydują o tym czy publikacja była w interesie publicznym czy nie. Czy zdjęcie pijanego aktora leżącego na ulicy, a na co dzień chętnie moralizującego na tematy różne może być opublikowane czy nie? Czy w interesie publicznym leży ujawnienie prawdziwych zachowań naszego świętoszka czy też pielęgnujemy wyłącznie jego fałszywy, ale pożądany przez niego wizerunek? Czy opalająca się toples w hotelu na tysiąc osób gwiazda może powiedzieć, że nie życzy sobie, żeby ktoś oglądał jej piersi, skoro zdjęcia robią i rozpowszechniają turyści przebywający w tym samym hotelu?

 

Powiedzmy szczerze, sądy nie kochały paparazzi i tabloidów, bo burzyły zastany świat, zdobywały władzę, a władzą sędziowie nie chcieli się dzielić. Ciekawe pytania, ale z nie najciekawszej sfery. Ciekawsza i gatunkowo cięższa jest sfera polityków. Polityk łamiący prawo, zachowujący się amoralnie może być sfotografowany przez paparazzi, a jego zdjęcia mogą być opublikowane? Twierdzę, że w zasadzie tak. Twierdzę, że fakt, iż gdzieś w mroku mogą czaić się paparazzi dyscyplinował i dyscyplinuje polityków. Dzięki paparazzi mogli naprawdę bać się opinii publicznej. Dziś? No cóż. Chyba coraz mniej. Niestety. Martwię się, że znikają, a są, choć ta opinia jest nieco wyświechtana, watchdogami pilnującymi demokratycznych mechanizmów. Są demokracji potrzebni.

 

Sławomir Jastrzębowski