Home / Publicystyka  / MIROSŁAW USIDUS: Czy guzik „TV” zniknie z pilota?

MIROSŁAW USIDUS: Czy guzik „TV” zniknie z pilota?

O tym, że telewizja będzie ostatnia w kolejności do „wyrównania” przez internetowy walec wspominałem w jednym z tekstów na swoim blogu już ok. 15 lat temu, zwracając uwagę, że powinna wyciągać wnioski z błędów jakie popełniła prasa. Polsat, TVN, jak też TVP już w drugiej połowie ubiegłej dekady startowały z serwisami VOD. Jednak gdy przyszedł Netflix, natychmiast je pokonał.

 

I jego przewaga się na naszym rynku powiększa. Według styczniowych badań Geminud/PBI ma już prawie siedem milionów użytkowników w naszym kraju. Platformy związane z tradycyjnymi największymi polskimi telewizjami są obecne w pierwszej dziesiątce, zarówno TVP VOD, jak też tvn-owski Player i polsatowska Ipla. Jednak ich wzrosty zasięgu nie imponują tempem A przypomnę, że to nie nowicjusze. To co mają, należy interpretować jako dorobek wielu lat na rynku.

 

Już w 2014 roku Tom Rutledge, prezes amerykańskiej firmy Charter Communications jednej z największych amerykańskich platform medialnych, która dostarcza swoim klientom telewizję kablową, internet i usługi telefoniczne, w rozmowie z dziennikarzem „The Wall Street Journal” wspomniał, że spośród 5,5 mln klientów, już ponad 1,3 mln decyduje się jedynie na wykupienie dostępu do internetu, całkowicie rezygnując z kablówki. Rewolucja VOD na amerykańskim rynku już wtedy trwała w najlepsze. A był to dopiero wstęp do wielkiej ekspansji globalnej amerykańskiej machiny telewizyjno-medialno-rozrywkowej, która zaczęła się podbojami Netflixa, ale na nim się zapewne nie skończy.

 

Telewizji oglądam mało, prawie w ogóle. Nie czuję się więc szczególnie kompetentny, by wypowiadać się na temat jakości i rodzaju treści. Zapewne jednak nie jestem odosobniony w przekonaniu że oferowanie w VOD treści typowo telewizyjnych, programów, które widzowie znają z anteny, to nie jest recepta na sukces. W tym sektorze trzeba zaoferować coś nowego, własne wciągające produkcje, czyli filmy i seriale takie jak oferuje Netflix. Rodzime VOD-y, zwłaszcza Player, próbują to robić. Jednak bez takiego globalnego lewara i skalowania jakie ma Netflix jest to bardzo trudne.

 

Jednakże, powtarzam, nie jestem znawcą tego rodzaju biznesu. Piszę raczej, co mi się wydaje. Z mojego punktu widzenia istotne jest to, że pewien rodzaj oferty programowej, typowej dla tradycyjnej telewizji, nie cieszy się zainteresowaniem klientów, którzy mieliby płacić za treści wideo w internecie. Nie do końca sprawdza się w nowych mediach system gwiazd telewizji i generowanych przez nią celebrytów. Niezłą rynkową ich weryfikacją może być tu porównanie zasięgów i oglądalności gwiazd TV z siłą oddziaływania najpopularniejszych YouTuberów. Proponuję wycieczkę po kanałach jednych i drugiej z weryfikacją liczby odsłon generowanych przez te dwa typy „gwiazd”.

 

Weźmy do zestawienie np. Friza i Macieja Orłosia. Pierwszy ma liczbę widzów każdego filmu liczoną w miliony. Drugi? Cóż, weryfikacja na YouTube jest bolesna. Nie wiecie kim jest Friz? A to szkoda bo YT słabo kojarzy Orłosia.

 

Czy jesteś wystarczająco linearny?

 

Wróćmy jednak do tematu telewizja vs. VOD. Oglądanie telewizji, do niedawna pewna sprecyzowana „aktywność” i swoisty rytuał w młodszych grupach wiekowych uchodzi raczej za relikt przeszłości. Młodzi, ale też i coraz starsi, bo młodzi nie robią się roku na rok młodsi, coraz bardziej „siedzą w necie” a dokładniej „na fejsie”, „na insta” lub „na tiktoku”. Oczywiście  telewizja, a raczej formy pochodne, np. serwisy VOD, może być częścią tego „siedzenia”, ale jako jedna z wielu form konsumpcji treści audiowizualnych w strumieniu.

 

To strumień (ang. stream) jest zasadniczym doświadczeniem medialnym użytkownika ery internetu. TV staje się czasem częścią tego strumienia, pod warunkiem, że jest dopasowana do streamu i ma wszystkie cechy, do których użytkownik strumienia jest przyzwyczajony. Wszelkie nielinearne media, jak np. prasa, jeszcze narzekają na to, ale w gruncie rzeczy pogodziły się z tym i starają się dostosować, broniąc jednak wciąż swoich dochodów, co dobitnie pokazuje przykład batalii australijskich mediów z Facebookiem. Należy to interpretować w ten sposób, że większość mediów starej daty godzi się z uniformizacją w postaci streamu, ale chce zachować możliwość zarabiania.

 

Telewizję, która w tradycyjnym modelu również jest nielinearna, czeka to już nie w jakiejś odległej przyszłości, ale właściwie musi znaleźć strumieniu swoje miejsce już teraz. Musi zarazem podobnie jak prasa i serwisy internetowe walczyć o dochody. Telewizja typu nadawczego, której przychody oparte są na reklamach może mieć z tym problemy w świecie zdominowanych przez Big Tech. Facebook, Google i inni giganci tego świata znani są z tego, że wysysają pieniądze reklamodawców z mediów. Nie powodu by zakładać, że nie stanie się to z tradycyjnymi kanałami przychodowymi telewizji. Treści z kanałów zamkniętych, premium, VOD to co innego. Ale te z kolei czeka zacięta bitwa na atrakcyjność oferty, która dopiero się zaczęła a wszyscy potężni konkurenci jeszcze nie rozwinęli skrzydeł.

 

Telewizor?

 

Telewizor to w dzisiejszych czasach stosunkowo prymitywne „drewniane”, jak w niektórych kręgach się mówi, urządzenie. Bo nie można z nim wiele zrobić. Można tylko oglądać, regulować głośność i przerzucać kanały. Oczywiście w rzeczywistości nowoczesne odbiorniki „smart” mają znacznie więcej funkcji, co bardzo zbliża je do pecetów, czy tabletów. Jednak każdy młodszy konsument multimediów i tak w końcu zauważy zgryźliwie, że nie można telewizora nigdzie zabrać ze sobą.

 

Nie, ci, którzy nie mają dziś telewizora w domu, wcale nie gardzą telewizją. Przecież ewentualnie mogą coś, co oferuje tradycyjna telewizja obejrzeć. Pod warunkiem, że jest to dostępne w sieci. Dziś „nieposiadanie telewizora w domu” to wcale nie snobistyczna poza, jaką spotykało się dawniej, lecz naturalna kolej rzeczy. Jest to mebel zbędny jak stacjonarny telefon (obie te rzeczy były zresztą przedmiotem pożądania naszych dziadków).

 

Za kamień milowy wielkiej przemiany telewizyjnej w USA uważa się 2012 rok, popularny serial „Dexter” miał w sieci większą widownię niż w telewizji. Nielsen Media Research został zmuszony w Stanach Zjednoczonych do poszerzenia swoich badań oglądalności o kategorię „Zero TV Households” – czyli gospodarstwa domowe, które nie mają telewizora.

 

Parę lat później Reed Hastings, szef Netflixa zapowiedział upadek tradycyjnej telewizji w ciągu 15 lat, czyli gdzieś w okolicach 2030 roku. Porównał wtedy jej sytuację do faksu, który jest już praktycznie  nieużywany jako sprzęt (poza Japonią). Wraz z rozwojem nowych technologii i internetu zmieni się całkowicie sposób odbioru telewizji przez użytkowników – prognozował Hastings.

 

Tego rodzaju prognoz było w ostatnich latach więcej. Prawie 78 proc. menedżerów płatnych telewizji, portali z treściami wideo oraz ekspertów ankietowanych na początku 2016 roku przez Informa Telecoms & Media uważało, że za dziesięć lat telewizja, jaką znaliśmy do tej pory, będzie już tylko niewielką niszą na rynku, zdominowanym przez Internet.  Większość przedstawicieli telewizyjnej branży wierzy, że już w ciągu dekady dominującym urządzeniem do oglądania telewizji będzie smart TV, które oparte jest np. na systemie Android i właściwie nie różni się od urządzeń takich jak tablet czy smartfon.

 

Mam w domu takie właśnie urządzenie. Gdy je nabyłem, zauważyłem, że na pilocie jest guzik „TV”, który w systemu urządzenia pozwala jednym przyciśnięciem przejść do „po prostu telewizji”. Pomyślałem sobie, że warto zwrócić uwagę na ten guzik. Jego bowiem zniknięcie będzie można uznać za symboliczny koniec „ po prostu telewizji”. Co nie znaczy, że nadawanie i TV znikną, ale urządzenia, które będziemy mieć w domu będą już czymś zdecydowanie czymś innym niż tradycyjnie rozumiane telewizory.

 

Wojny streamingowe

 

Jest takie pojęcie jak „limit Hastingsa”, pochodzące od uwagi cytowanego już wyżej prezesa Netflixa, że dla jego serwisu jedyną prawdziwą konkurencją jest sen. Nie chodzi o jakąś nieokreśloną bliżej granicę marzeń, lecz o moment, w którym widz nie daje rady już oglądać więcej wideo na żądanie, bo zasypia…

 

Według mediów już od prawie dwóch lat trwają „wojny streamingowe”, na razie głównie w USA, ale akurat w tej branży, jak w żadnej innej, amerykański rynek, tamtejsze firmy i produkcje wytyczają wszystkim innym na świecie kierunek. Gdy na tamtejszym rynku do boju z popularnym na całym świecie Netflixem, ruszyli Disney, Apple, AT&T, Comcast i inni, to znak, że należy się spodziewać ekspansji konkurentów poza Stany Zjednoczone. A produkt, który oferują, jest od dekad ceniony i chętnie konsumowany na całym świecie.

 

Sami zainteresowani zaprzeczają zwykle, że trwa jakakolwiek wojna, podkreślając, że moją różne oferty dla różnych grup odbiorców. Przed debiutem DisneyPlus w listopadzie 2019 r., Bob Iger, wieloletni dyrektor generalny Disneya, nalegał, aby nowa usługa streamingowa firmy nie konkurowała bezpośrednio z Netflixem i innymi platformami. „Z perspektywy konsumenta, nasz produkt jest bardzo różny od tego, co kupuje się od Netflixa, Amazona i Apple,” powiedział Iger w wystąpieniu na Uniwersytecie w Pensylwanii. Także Tim Cook z Apple nie uważa, że działająca od kilkunastu miesięcy usługa VOD firmy z jabłuszkiem w godle jest konkurentką Netflixa. Zaś Eddy Cue, dyrektor wykonawczy Apple, który nadzoruje działalność firmy, jeśli chodzi o treści wideo, wielokrotnie podkreślał, że Apple TV+ jest propozycją na rynku transmisji strumieniowej nie mającą odpowiednika i porównania z czymkolwiek.

 

Nawet osoby oferującą nową usługę, u nas jeszcze niezbyt znaną, o nazwie Quibi, która skupia się na krótkich strumieniach wideo w sieci mobilnej (czyżby chcieli powalczyć z TikTokiem), również zaprzeczają, że biorą udział w jakiejkolwiek wojnie. „Nie sądzimy, że jesteśmy w trakcie wojny streamingowej,” powiedział w serwisie „The Verge” Jeffrey Katzenberg, założyciel Quibi i były szef Walt Disney Studios. Nie jest to byle kto, o czym powinny wiedzieć osoby znające Hollywood. Zatem i na ten nowy produkt warto zwrócić uwagę.

 

Nie bez znaczenia dla dalszego biegu wydarzeń jest chyba fakt, że wśród najpotężniejszych w tej rywalizacji, Netflix jest w gruncie rzeczy jedyną firmą, której cała strategia opiera się na transmisji strumieniowej VOD. Apple VOD dla odmiany jest usługa służebną, mająca pomagać sprzedawać iPhone’y i utrzymywać klientów w stanie pożądanego marketingowo oczekiwania na nowości techniczne, co obserwatorzy specyficznego stylu promocji Apple dobrze znają. Z punktu widzenia Amazona streaming służy sprzedaży nowych abonamentów usługi Amazon Prime, mającej charakter szerszej, wykraczającej poza ofertę  telewizyjną, oferty handlowej. Operatorowi telekomunikacyjnemu AT&T transmisja strumieniowa (HBO Max) dodaje abonentów i rozwija bezprzewodowy biznes firmy. Dla Disneya streaming jest sposobem na gromadzenie bezcennych danych konsumenckich, aby skuteczniej oferować całą gamę usług i produktów, parki tematyczne, filmy i programy TV.

 

Z tych wszystkich usług za poważna konkurencję dla Netflixa był uważany przede wszystkim DisneyPlus. Firma jest właścicielem wszystkich filmów z serii „Gwiezdne Wojny” jak również produkcji Marvel Studios i Pixar. Jest również właścicielem wytwórni filmowej 20th Century Fox i jest większościowym właścicielem kanału National Geographic.  Wśród nowych, oryginalnych treści nowego kanału VOD była seria „The Mandalorian”, osadzona w świecie „Gwiezdnych Wojen”, która zdobyła szaloną popularność a mały Yoda („baby Yoda”) stał się już ikoną kultury masowej. Panuje powszechne przekonanie, że kanał strumieniowy Disneya wyprzedzi globalnie Netflixa pod względem liczby abonentów w ciągu pięciu lat. Stanie się tak głównie dzięki rynkom azjatyckim. Warto pamiętać, że należąca do disneya platforma VOD HotStar ma na ogromnym rynku indyjskim już sześć razy więcej klientów niż Netflix.

 

Komentatorzy, nawet jeśli nie lubią retoryki wojennej, nie wątpią, że obecnie zachodzą na rynku „post-telewizji” zmiany, które zdecydują o obliczu tego biznesu na co najmniej dwie dekady. A liczba graczy ostatecznie nie będzie duża, gdyż w dziedzinie oryginalnej produkcji filmowej, telewizyjnej i rozrywkowej, koszty są tak wysokie, że jedynie duża skala może pozwolić na rentowność tego typu przedsięwzięć. Bo trzeba mieć nowe hity własnej produkcji, o czym zarówno Netflix jak i HBO GO doskonale wiedzą. To one ciągną popularność całej platformy.

 

Amerykański rynek jest niezwykle konkurencyjny i ma swoje ograniczenia. Większość wymienionych wielkich konkurentów Netflixa prędzej czy później podobnie jak on ruszy w świat w poszukiwaniu nowych przychodów. Amerykańskie filmy czy produkcje telewizyjne mają wysoką renomę na świecie od dawna, więc nie trzeba będzie nikogo specjalnie przekonywać do oglądania. Jednak nie jest tak, że Ziemia poza Ameryką jest w tej mierze całkowicie dziewicza.

 

Przede wszystkim prawie wszędzie jest już Netflix, którego międzynarodowa baza klientów jest już o ponad 50 proc. większa od amerykańskiej. Okazuje się, że tworzenie wysokojakościowych produkcji w językach lokalnych rynków jest bardzo pożądane, gdy ktoś myśli o międzynarodowej ekspansji. Dla niektórych z wymienionych wyżej amerykańskich gigantów byłoby to zupełnie nowe doświadczenie, dla innych, np. HBO, które m. in. uruchomiło w Polsce VOD HBO GO jako drugim kraju po USA, już niekoniecznie.

 

Netflix trochę nie miał wyjścia. W latach 2018 – 2019 zanotował 55-procentowy spadek wzrostu liczby przyłączeń na rynku USA, zyskując jedynie 2,6 mln abonentów. To wciąż dużo. To ponad 20 proc. całkowitej bazy abonenckiej HBO Now w USA i prawie 10 procent całej bazy klientów tamtejszej popularnej platformy Hulu. Jednak Netflix dostrzegł już czekającą go Ameryce ścianę. Stąd pomysły na zróżnicowaną lokalnie i językowo ofertę programową. Na ogół tak jak w Polsce Netflix dominuje na krajowym rynku VOD. Jednak są na świecie pewne obszary, w których Netflix ma do czynienia z ostrą konkurencją. Tak jest np. we wspomnianych Indiach.

 

Konkurencja na jakość oferty, na treści to branży telewizyjnej gra wykluczająca małych i wątłych finansowo graczy. Jeśli amerykański gigant w dodatku angażuje środki w lokalne produkcje, angażując i wykorzystując siły twórcze polskiej branży, to walka z nim staje się dla polskiego rynku telewizyjnego mission niemal impossible.

 

To nie VOD-y walczą z telewizją, ale wszyscy ze wszystkimi

 

W sensie bardziej ogólnym walka toczy się nie pomiędzy różnymi platformami VOD, a nawet nie pomiędzy telewizją z internetu a starą telewizją nadawczo-kablową, lecz o uwagę i czas odbiorców, ostatnio coraz częściej mobilnych. W tej grze wygrywa na razie i to zdecydowanie ktoś inny. W 2019 roku YouTube mogło pochwalić się, że 70 proc. całkowitego czasu, jaki ludzie spędzili na swoich telefonach oglądając, którąś z grona pięciu najlepszych aplikacji rozrywkowych. Jest to również jedyna z tych aplikacji (mierzona wśród telefonów z systemem Android, które dominują w 75 procentach telefonów na świecie), która nie pochodzi z Chin, obszaru, w którym zarówno Google jak należący doń YT jest zablokowane. Dane pochodzą z raportu firmy AppAnnie.

 

Porównywanie YouTube z Netflixem i innymi płatnymi serwisami VOD budzi pewne wątpliwości, bo są to różne modele działalności. YouTube jest platformą dla treści generowanych przez użytkowników, która opiera się na dochodach z reklam i bazie ich twórców. Netflix jest usługą subskrypcyjną, która inwestuje miliardy dolarów we własne produkcje. W miarę jak na rynek trafiają kolejne subskrypcyjne usługi strumieniowe (DisneyPlus, HBO Max), nowe usługi strumieniowe oparte na reklamie (Pluto TV) i darmowe aplikacje krótkiego wideo (TikTok), rośnie konkurencja dla YouTube. Ale patrzmy na to jak na walkę przede wszystkim o to, kto w największym stopniu przyciągnie uwagę ludzi.

 

W tym sensie Netflix konkuruje nie tylko z Disneyem, telewizjami, czy kablówkami, które oferują podobne treści i modele działania, ale także z Google. Inaczej mówiąc każda minuta spędzona na YouTube, które, nawiasem mówiąc, oferuje też kablową telewizję YouTube TV, czy na TikToku jest potencjalnie tracona dla treści wideo z płatnych serwisów VOD i odwrotnie. Jeśli widz wybierze rozrywkę w serwisie społecznościowym wideo zamiast treści z platformy streamingowej, nawet jeśli są one nieporównywalnie wyższej jakości, to jest porażka nie różniąca się zasadniczo od porażki, którą tradycyjna telewizja od dawna ponosi w walce z internetem o czas i zainteresowanie młodych ludzi.

 

Sport na żywo ostatnią deską ratunku

 

Tradycyjni telewizyjni nadawcy, jak się powszechnie uważa, nie nadążają mentalnie za zmianami. Trzeba im jednak przyznać, że poszukują sposobów na powstrzymanie stałego i nieprzerwanego odpływu widzów. Wspierają ich w tym producenci telewizorów. Na przykład ok. dekadę temu podjęto próbę implementacji telewizji 3D, jako oferty, której Internet nie może przebić. To już przeszłość, bo nie za bardzo było co w tej technice oglądać a widzowie też się do niej nie palili.

 

Gdy to nie wypaliło zaczęła się zabawa w „mnożenie K” czyli najpierw 4K, następnie 8K. Ta zabawa jednak dobiega końca, gdyż w przeciętnym domowych rozmiarów telewizorze możliwości rozdzielcze ludzkiego oka kończą się już nieco powyżej 8K. Czyli 16K, 32K itd. ma sens jedynie dla bardzo wielkich ekranów.

 

Niewiele to pomaga, gdyż konkurencja się zaostrza. O uwagę i czas widzów tradycyjna, także ta unowocześniona TV musi walczyć z wieloma różnymi nowymi graczami. To nie tylko sieciowi nadawcy i producenci internetowi, ale również usługodawcy w rodzaju YouTube, Vimeo, dostawcy treści tacy jak HBO GO i Netflix, producenci urządzeń mobilnych, komórek i tabletów. W szranki stają internetowi giganci, jak Google lub Amazon, także firmy Apple,  Microsoft i nawet Intel, które stać na to, by spróbować swoich sił w multimedialnej konkurencji.

 

Ostatnią szansą tradycyjnej telewizji wydawał się i wciąż się wydaje sport na żywo. Transmisje o wysokiej jakości na żywo w sieci to wciąż trudne wyzwanie dla platform online. Oczywiście w dobie smartfonów mecz transmitować może i sto tysięcy widzów na stadionie. Jednak widzom widowisk sportowych nie o to chodzi. Tu ceniona jest jakość obrazu i realizacji. I tu stara dobra telewizja może jeszcze powalczyć, zwłaszcza jeśli otworzy się na najnowsze technologie, zwłaszcza takie przy których nawet Internet czuje się trochę staro. Tak, trzeba by uciec, droga telewizjo, o krok albo o kilka technologicznych kroków do przodu. To super-technologie multimedialne jutra są szansą a nie naśladowanie YouTube’a przez starą telewizję.

 

Już mecze Euro 2016 były rejestrowane kamerami 360º. Nie dla widzów i użytkowników gogli VR, lecz wyłącznie dla przedstawicieli europejskiej organizacji piłkarskiej, którzy testowali i oceniali potencjał nowej technologii.  Technologia 360º VR była testowana wcześniej podczas półfinałów Ligi Mistrzów. UEFA zdecydowała się skorzystać z oferty Nokii, której kamery zostały rozstawione w kilku strategicznych miejscach stadionu, w tym na murawie.  Francuski nadawca publiczny France Télévisions realizował bezpośrednie transmisje z niektórych pojedynków turnieju Rolanda Garrosa w technologii 360° 4K. Mecze odbywające się na korcie głównym oraz wszystkie spotkania francuskich tenisistów zostały udostępnione poprzez aplikację Roland-Garros 360 na iOS i Androida oraz na platformie Samsung Gear VR, a także na kanale YouTube i fanpage FranceTVSport.

 

Być może telewizja powinna sięgnąć również po takie rozwiązania jak technologia FreeD, która wykorzystuje ogromną moc obliczeniową, dostarczaną przez centra danych Intela. Umożliwia przesyłanie z aren sportowych obrazu 360° w stylu „Matriksa”, który producenci telewizji Sky mogą dowolnie obracać, by pokazywać akcję pod każdym możliwym kątem. Wokół boiska zainstalowane są kamery, które nagrywają obraz z rozmaitych perspektyw. Następnie strumienie wideo ze wszystkich kamer przesyłane są do komputerów wyposażonych w procesory Intel Xeon E5 oraz Intel Core i7, generujących jeden wirtualny obraz w oparciu o tę ogromną ilość danych.

 

Np. piłkarz, w momencie strzału na bramkę, jest w tych zapierających dech technikach pokazywany z różnej perspektywy i z niespotykaną dokładnością. Ten imponujący efekt otrzymuje się dzięki 32 kamerom 5K, o rozdzielczości 5120 x 2880 pikseli, rozmieszczonym na stadionie pod dachem, wokół boiska. Pole gry zostało pokryte za pomocą siatki wideo, składającej się z trzech wymiarów, gdzie każdy kawałek można precyzyjnie reprezentować w trójwymiarowym układzie współrzędnych. Dzięki temu, dowolny moment można pokazać z różnych kątów i w wybranym powiększeniu, bez znaczącej utraty jakości obrazu. Zbierając obraz ze wszystkich kamer, system wytwarza 1TB danych na sekundę.

 

Jest też rozszerzona rzeczywistość (augmented reality – AR), która połączy elementy wielu technologii, w tym także czysty VR. Ciekawym i efektownym przykładem tego kierunku rozwoju technik wizualnych jest FVL – Fencing Visualized Project, Pierwszy pokaz FVP odbył się w 2013 roku podczas wyborów gospodarza igrzysk olimpijskich. AR sprawia w tej technice, że np. szybki i nie zawsze dla widza czytelny sport, jakim jest szermierka, zaczyna być dla przejrzysty i widowiskowy, że specjalnymi efektami ryzującymi przebieg sztychów i pchnięć.

 

Parę lat temu firma Microsoft zaprezentował swoją wizję przyszłości związanej z holograficznymi okularami  mieszanej rzeczywistości Hololens na przykładzie oglądania transmisji z wydarzeń sportowych. Firma postanowiła wykorzystać największą coroczną imprezę sportową w USA jakim jest Super Bowl. Jednakże pomysły takie jak prezentacja poszczególnych zawodników, którzy wchodzą do naszego pokoju przez ścianę, makieta obiektu sportowego wyświetlana na stole czy efektowne przedstawianie różnego rodzaju statystyk oraz powtórek można śmiało wykorzystać w praktycznie każdej innej dyscyplinie sportu.

 

Telewizja wciąż dysponuje atutami takimi jak profesjonalizm i wysoka jakość realizacji, które w przypadku wydarzeń sportowych (i może innych widowisk na dużą skalę) bronią się doskonale. Wniosek jest taki, że telewizja, aby przetrwać musi się dość radykalnie zmienić i tych zmian się nie bać. Musi zrobić krok do przodu w porównaniu z platformami VOD i przeróżnymi serwisami oraz aplikacjami wideo od YouTube po TikToka, z którymi coraz trudniej będzie rywalizować. Doświadczenie ostatnich lat uczy, że proste naśladownictwo to nie jest droga do sukcesu.

 

Mirosław Usidus

Podziel się!

Redaktor naczelny miesięcznika m.technik ("Młody Technik"). Dziennikarz i przedsiębiorca. Weteran Internetu. Współtwórca „Rzeczpospolitej" Online, portalu TVP, i wielu innych serwisów internetowych. Jako partner, mentor i szkoleniowiec pomaga ludziom, organizacjom i firmom, ulepszać komunikację w nowych mediach

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close