Home / Publicystyka  / Najważniejsi są dla mnie ludzie – JANUSZ MILISZKIEWICZ o pisaniu o kolekcjonerach dzieł sztuki

Najważniejsi są dla mnie ludzie – JANUSZ MILISZKIEWICZ o pisaniu o kolekcjonerach dzieł sztuki

   W 1979 roku zadebiutowałem jako dziennikarz w miesięczniku „Kolekcjoner Polski”. Zacząłem opisywać dorobek prywatnych kolekcjonerów, którzy chronili dobra kultury narodowej. Przez 40 lat stworzyłem kronikę tej dziedziny życia.  O kolekcjonerstwie pisałem w kilkudziesięciu czasopismach.  

 

Opisałem zbiory nie tylko prominentnych osób jak np. Jan Nowak – Jeziorański, Władysław Bartoszewski, Zbigniew Porczyński czy Grażyna Kulczyk, ale przede wszystkim setek anonimowych miłośników pamiątek narodowych.  Ludzie zawsze byli dla mnie ważniejsi niż dzieła sztuki! Rejestrowałem motywacje kolekcjonerów, ich złudzenia,  tęsknoty.

 

Wycinek polskiej cywilizacji

 

Kolekcjonerów tropiłem z detektywistyczną pasją. W pierwszej kolejności starałem się dotrzeć do ostatnich świadków dwudziestolecia międzywojennego. Szukałem na przykład  Bronisława Krystalla (1887-1983), który w 1937 roku obdarował Muzeum Narodowe w Warszawie. Pytane przeze mnie osoby pukały się w czoło. Mówiły, że Krystall dawno nie żyje. Nie pomógł mi nawet Jerzy Waldorff.

 

Do spotkania z Krystallem doszło w 1981 roku. Różnica wieku między nami wynosiła 67 lat. Rozmowa trwała kilka godzin. Odnalazłem i opisałem kilku kolekcjonerów, którzy jak Krystall, byli samodzielni już w XIX stuleciu.

 

Od początku celowo tworzyłem źródła informacji. Zależało mi, żeby moje artykuły czytano na bieżąco. Zależało mi również,  żeby za kilkadziesiąt lat były one źródłem nieznanych faktów dla nauki.  Opisałem niedoceniany wycinek polskiej cywilizacji.

 

Studiowałem nieliczne publikacje o dobrach kultury utraconych przez Polskę w czasie wojny. Natrafiłem np. na wzmiankę o kolekcji przemysłowca Edwarda Natansona, która spłonęła w 1939 roku. Na chybił trafił pytałem różne osoby o tę kolekcję.

 

Pianista i kolekcjoner Roman Jasiński nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie, ale zaprotegował mnie do Jerzego Grohmana. Grohman nie znał  kolekcji, ale w 1987 roku umówił  mnie z sędziwym Ludwikiem Natansonem, synem (!) Edwarda.  Ludwik Natanson, dzięki moim namowom, zrekonstruował z pamięci zbiory ojca, a ja to uwieczniłem w artykule.

 

Zaufanie i bezinteresowność

 

Byłem amatorem. Nikt nie uczył mnie jak pisać.  Stosowałem się do rad Melchiora Wańkowicza, które zawarł w „Karafce la Fontaine’a”.  Miałem też swoich mistrzów. W „Kurierze Polskim” byli to Stefan Zawadzki i Maciej Łukasiewcz, po latach mój szef w „Rzeczpospolitej”. W „Spotkaniach z zabytkami” był redaktor Krzysztof Nowiński, który drukował mój cykl „Gniazda rodzinne”.

 

Od początku stosowałem zasadę: „po pierwsze nie szkodzić”. Pomijałem wątki, które mogły zaszkodzić bohaterom moich artykułów. Opiszę tu przygodę, która uświadomiła mi konieczność stosowania takiej taktyki.

 

W latach 70. w Warszawie w witrynie państwowego antykwariatu książkowego przy ul. Świętokrzyskiej 14 kolekcjoner Wacław Grymowski  organizował edukacyjne wystawy pamiątek narodowych, np. pocztówek patriotycznych z XIX w. W 1981 roku zaczepiłem starszego pana na ulicy. Zaproponowałem,  że napiszę o nim artykuł.

 

   Grymowski zaufał mi,  zaprosił mnie do swojego mieszkania. Poza protokołem  pokazał mi plakaty, gazety, ulotki z czasów zwycięskiej wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Dokumenty miały skrajnie antyradziecki charakter. Gdybym upowszechnił wiedzę o nich, to zostałyby zarekwirowane i zniszczone, a kolekcjoner miałby problemy z prawem.

 

U Wacława Grymowskiego uświadomiłem sobie, że zaufanie i bezinteresowność to podstawa dobrych relacji z kolekcjonerami. Dzięki temu zdobywałem nowe kontakty w hermetycznym środowisku. Pominięte w latach 80.  wątki, wykorzystałem po 1990 roku.

 

W artykule napisałem, że Grymowski bezskutecznie walczy o utworzenie Muzeum Oświaty i Wychowania. Chciał muzeum bezinteresownie wyposażyć w zbiór zabytkowych dokumentów i eksponatów. Dziś nikt nie pamięta  o Wacławie Grymowskim!

 

Poznałem ludzi kolorowych jak rajskie ptaki. Moje artykuły to najczęściej jedyne ślady po ich kolekcjonerskim, życiowym dorobku.

 

Stworzyłem  dla siebie zawodową niszę. 7 sierpnia 2009 roku red. Anita Gargas przeprowadziła ze mną rozmowę dla „Gazety Polskiej”. Powiedziałem, że chcę, żeby stu dziennikarzy na co dzień, tak wnikliwie i fachowo jak ja,  pisało o kolekcjonerstwie i rynku sztuki. Byłby to wtedy ważny problem społeczny. A skoro pisuję praktycznie tylko ja, to jest to traktowane najwyżej jako ciekawostka.

 

Po 1990 r. z konieczności piszę przede wszystkim o powodzi falsyfikatów, cenowych oszustwach i innych patologiach na wolnym rynku. To główne tematy moich artykułów, które od 2001 roku co czwartek publikuję w dziale ekonomicznym „Rzeczpospolitej”.

 

Dlaczego zainteresowałem się kolekcjonerstwem? Pewnie dlatego, że mój ojciec był kolekcjonerem, dla relaksu zbierał etykiety zapałczane. Ojciec stale czytał „Kolekcjonera Polskiego”, od 1972 roku co miesiąc były to cztery kolumny dziennika „Kurier Polski”.

 

Janusz Miliszkiewicz

Podziel się!

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close