O niemieckiej akcji wysiedleń na Zamojszczyźnie pisze TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: „Mężczyźni” wywożą Polaków

Wysiedlenia rolników z Zamojszyzny zima 1942/1943; Zdj. archiwalne - Wikipedia

24 czerwca 1943 r. Niemcy rozpoczęli drugą fazę masowych wysiedlenia ludności polskiej z Zamojszczyzny. W ciągu kilku miesięcy 1942 r. i 1943 r. z ok. 300 wsi wypędzili ponad 100 tys. mieszkańców, w tym ok. 30 tys. dzieci, częściowo przeznaczonych do germanizacji.

Wynikało to z rozkazu Heinricha Himmlera, który polecił utworzenie Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Zresztą Zamojszczyzna od początku okupacji szczęścia nie mała. Niemcy zaczęli od zbrodni na inteligencji (akcja „AB”).

Pierwsze wysiedlenie 2 tys. polskich chłopów z sześciu wsi niemiecki okupant przeprowadził w listopadzie 1941 r. Rok później akcja nabrała zbrodniczego rozmachu w ramach Generalnego Planu Wschodniego.

O co chodziło na Zamojczyźnie? O stworzenie niemieckiego pasa wzdłuż ówczesnej granicy III Rzeszy ze Związkiem Sowieckim i bazy wypadowej dla germanizacji Ukrainy i Białorusi. W przejściowych obozach Polacy byli segregowani do pracy przymusowej, eksterminacji w obozach koncentracyjnych, część została zakwalifikowana do rasy panów (należało posiadać niemieckie cechy rasowe) i zgermanizowana. Dotyczyło to również polskich dzieci, które trafiały do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Łodzi (wówczas Litzmannstadt).

Polacy oczywiście stawili opór. Kolejarze informowali o transportach śmierci do Auschwitz, Majdanka, Łodzi. Na trasie przejazdu mieszkańcy z narażeniem życia wykupywali szczególnie małoletnie ofiary. Opór przybrał charakter masowy i zbrojny. Polegał na samoobronie, przeciwdziałaniu ekspedycjom wysiedlającym. Wielka w tym rola komendanta głównego Batalionów Chłopskich Franciszka Kamińskiego. Partyzanci różnych formacji skutecznie walczyli z kolonizatorami, paląc zasiedlone przez nich wsie i uwalniając represjonowanych Polaków.

1 lutego 1943 r. Polacy stoczyli zwycięską bitwę pod Zaborecznem, która zapobiegła pacyfikacji tej wsi i powstrzymała na pół roku wysiedlenia Zamojszczyzny. Pokonany major Ernst Schweiger, dowódca I Zmechanizowanego Batalionu Żandarmerii w swoim raporcie mówił o ataku 700–800-osobowego oddziału (naprawdę partyzantów było 250), używając terminu „powstanie”. Kolejni niemieccy dowódcy też pisali o „powstaniu zamojskim”, które zagraża nie tylko pacyfikacjom i wysiedleniom, ale całej III Rzeszy.

Niemcy wywieźli z Zamojszczyzny ok. 110 tys. Polaków, w tym ponad 30 tys. polskich dzieci. Na miejsce Polaków chcieli osiedlić ok. 60 tys. etnicznych Niemców z innych krajów, głównie z Besarabii, Bośni, Serbii, Słowenii, ZSRS, oraz Ukrainy. Wszystko pod hasłem Heim ins Reich („Do domu w Rzeszy”) i tworzenia na wschodzie „przestrzeni życiowej” („Lebensraum”). Z Ukrainy Niemcy przesiedlali nie tylko swoich etnicznych obywateli, ale także Ukraińców (Ukraineraktion).

Gdyby nie powstanie zamojskie, ofiar byłoby znacznie więcej. I gdyby nie Elna Gistedt-Kiltynowicz, szwedzka śpiewaczka operowa, która we wrześniu 1939 r. zdecydowała się pozostać w podbitej Warszawie. Z ambasady neutralnej Szwecji wypożyczyła ciężarówkę, którą pojechała na Zamojszczyznę i wykupywała od Niemców polskie dzieci. Zmuszona do wyjazdu w 1949 r. przez komunistów Elna polskim sierotom zapisała przed samotną śmiercią w domu opieki w Szwecji cały swój majątek.

O rozpoczętym w listopadzie 1945 r. procesie niemieckich morderców: procesie norymberskim, szef niemieckiego MSZ Heiko Maas dwa lata temu napisał: „Przed sądem stanęli mężczyźni odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii”. Wpis powielił ambasador mężczyzn w Polsce Arndt Freytag von Loringhoven.

A zatem nie Niemcy byli zbrodniarzami, tylko mężczyźni.

Przeróbmy zatem (z języka niemieckiego na „mężczyźniany”) wspomnienia Leonarda Szpugi, polskiego rolnika wysiedlonego ze wsi Topólcza w gminie Zwierzyniec: „W tym czasie widziałem naocznie, jak [mężczyźni] odłączali dzieci od matek. (…) Najgorsze tortury, jakie zniosłem, były niczym w porównaniu z tym widokiem. [Mężczyźni] zabierali dzieci, a w razie jakiegoś oporu, nawet bardzo nikłego, bili nahajami do krwi – i matki i dzieci. Wtedy w obozie rozlegał się pisk i płacz nieszczęśliwych. Nieraz matki zwracały się do [mężczyzn] z prośbą o żywność dla zgłodniałych i zmarzniętych dzieci. Jedyne, co mogły otrzymać, to uderzenie laską lub bykowcem. Widziałem, jak [mężczyźni] zabijali małe dzieci”.

Jeśli nie Niemcy są winni, tylko jacyś kosmiczni mężczyźni, to powiedzmy również tak: Ojciec mężczyźnianego dyplomaty, Bernd Freytag von Loringhoven, pochodzący ze starej mężczyźnianej rodziny szlacheckiej, w czasie wywołanej przez mężczyzn II wojny światowej należał do mężczyźnianego Wehrmachtu, brał udział w bitwie między mężczyznami i sowietami pod Stalingradem. W kwietniu przebywał w schronie przywódcy mężczyzn – Adolfa Hitlera. Dlatego współcześnie strona polska nie była zachwycona nominacją mężczyzny Arndta, syna Bernarda na ambasadora mężczyzn w Warszawie.

Szczęśliwie Arndt Freytag von Loringhoven zakończył swoją misję ambasadora Niemiec, przepraszam – mężczyzn – w Polsce. Będzie kolejny ambasador. Czy lepszy?