Sędzia Juszczyszyn i dziennikarz Kowalewski – rozważania ŁUKASZA WARZECHY

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy TVP rozrabiała historię o tym, jak to w 2015 r. sędzia Juszczyszyn nie zapłacił mandatu za przekroczenie prędkości, a tym bardziej nie stracił prawa jazdy na trzy miesiące (przekroczenie było o 51 km na godz. w obszarze zabudowanym), „Gazeta Wyborcza” opublikowała rozmowę Agnieszki Kublik z Mariuszem Kowalewskim, byłym dziennikarzem TVP, który opublikował właśnie książkę „TVPropaganda. Za kulisami TVP”.

 

Jakoś mi się te dwa zdarzenia połączyły. Dlaczego?

 

Sprawa sędziego Juszczyszyna jest znacząca podwójnie. Po pierwsze, ponieważ jej przebieg pokazuje autentyczną patologię w wymiarze sprawiedliwości, której uznania odmawiają obrońcy sądów i sędziów. Sędzia, złapany na zwykłym wykroczeniu drogowym, przedstawił legitymację, potwierdzającą immunitet. W ówczesnym stanie prawnym tak zrobić musiał – przyjęcie mandatu byłoby deliktem dyscyplinarnym (od tego czasu to się na szczęście zmieniło). Ale później kolegium sędziów z sądu, w którym sędzia Juszczyszyn orzeka, zajęło się odpowiednim wnioskiem policji i uznało, że „wykroczenie nie stanowi rażącej obrazy przepisów prawa wykroczeń i nie nastąpiło uchybienie zasad etyki i godności urzędu sędziego oraz w zachowaniu sędziego brak jest znamion oczywistego i rażącego naruszenia przepisów prawa, które uzasadniałoby skierowanie wniosku o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego”.

 

To, co zrobił sędzia, nie było żadną zbrodnią. Ale trudno uznać za zdrową sytuację, w której sędzia unika odpowiedzialności za ewidentne wykroczenie, za które zwykły obywatel straciłby prawo do prowadzenia pojazdów na trzy miesiące. Immunitet nie służy przecież uprzywilejowaniu, ale zlikwidowaniu możliwości wywierania nacisków. Tu żadnych nacisków nie było, było natomiast wykorzystanie immunitetu w celu uniknięcia prywatnych uciążliwości.

 

To wątek pierwszy. Wątek drugi to sama informacja o perypetiach sędziego podana przez TVP w tonie takim, jakby Juszczyszyn popełnił najcięższą zbrodnię. I tu trzeba zadać pytanie w gruncie rzeczy retoryczne: dlaczego akurat sędzia Juszczyszyn znalazł się na celowniku państwowej telewizji i czemu akurat teraz? Odpowiedź jest oczywista: bo takie jest polityczne zapotrzebowanie. Bo od jego wniosku o przejrzenie list poparcia dla członków Krajowej Rady Sądownictwa rozpoczęła się najnowsza odsłona bitwy o sądownictwo.

 

Nie ma tu znaczenia, że działania sędziego Juszczyszyna oceniam bardzo krytycznie, a jego wniosek jest w mojej opinii umotywowany nie troską o przestrzeganie prawa, ale czystą polityką. Nie ma to znaczenia, bo trudno się zgodzić z sytuacją, gdy publiczna w teorii telewizja bierze na celownik tę czy inną osobę tylko dlatego, że tak akurat pasuje władzy.

 

TVP przed 2015 rokiem niewiele mówiła o patologiach w sądownictwie. To się zdarzało w klasycznych programach interwencyjnych, ale niejako przy okazji i na marginesie. Można by sobie życzyć, żeby tę lukę wypełnić, ale – wiem, że brzmię teraz jak niepoprawny idealista – od telewizji autentycznie publicznej należałoby oczekiwać, że zabierze się za temat sądownictwa jak najrzetelniej. Pokazując, co jest czy było złe, ale pokazując też sędziów solidnych, otwartych, rzetelnych. I z całą pewnością nie wypełniając zadań zlecanych przez polityków. Sędzia Juszczyszyn stał się obiektem zainteresowania TVP przecież tylko dlatego, że wszedł w konflikt z władzą. Nie dlatego, że zrobił coś, czego sędzia robić nie powinien (co też jest faktem). Mogę spokojnie założyć, że gdyby był członkiem KRS z nowej nominacji albo sędzią którejś z nowych izb SN i miał na koncie podobną sprawę, TVP nie zająknęłaby się o tym ani słowem.

 

I tu pojawia się Kowalewski ze swoją książką i wywiadem. Tak, wiem – Kublik zawodowo zohydza media publiczne, odkąd w Polsce rządzi PiS. Ale też, trzeba przyznać, pretekstów ma aż nadto i wciąż pojawiają się nowe. O rewelacjach Kowalewskiego można powiedzieć, że to żale dziennikarza, którego telewizja się pozbyła. Ale to byłoby tłuczenie termometru, żeby nie pokazywał, że ma się gorączkę. Czytając to, co Kowalewski mówi, przypominam sobie identyczne opowieści zza kulis TVP, zasłyszane przeze mnie tu i tam. Nawet gdyby przyjąć, że Kowalewski czasem koloryzuje lub przesadza, wystarczy, aby połowa z tego, co mówi, była prawdą, a już jest to nie do obrony, jeśli myśleć o publicznej telewizji w kategoriach jakichkolwiek standardów.

 

Te dwa wątki – sędzia Juszczyszyn i wyznania Kowalewskiego – łączą się w całość, bo przecież doskonale można sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać podejmowanie w TVP decyzji o tym, w jaki sposób przedstawić sprawę olsztyńskiego sędziego i dlaczego.

 

O TVP pisałem już na portalu SDP wielokrotnie. Wiem doskonale, że to w dużej mierze ars gratia artis, bo za obecnym kształtem telewizji faktycznie po prostu rządowej stoją racje polityczne całkowicie niezależne od myślenia w kategoriach dziennikarskiej etyki, powinności publicznych mediów czy dobrych praktyk. Zdaję sobie jednak sprawę, że TVP pracuje w ten sposób na swoją przyszłą katastrofę. Jestem przekonany, że im dłużej trwa obecny stan rzeczy, tym w przyszłości, przy innej władzy, mocniejsza będzie presja, aby się TVP po prostu pozbyć poprzez prywatyzację lub w jakikolwiek inny sposób. Jak z domem w fatalnym stanie: lepiej i taniej jest zburzyć niż naprawiać.

 

Łukasz Warzecha