„Synu, jeśli musisz być pismakiem, pisz prawdę!” – ADAM SOCHA o swoich grzechach dziennikarskich

Redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański zaproponował mi napisanie o mojej hierarchii największych grzechów dziennikarskich. Właśnie kończę 65 lat, a więc udało mi się doczołgać do emerytury w zawodzie dziennikarskim, który wykonuję od 1 maja 1981 roku. Dobry moment na rachunek sumienia dziennikarskiego.

 

Do zawodu trafiłem dzięki nauczycielce historii w Technikum Mechaniczno-Energetycznym w Szczecinie. Od urodzenia byłem humanistyczny, ale syn robotnika zwyczajowo trafiał do zawodówki. W technikum był konkurs na wspomnienie z obozu OHP. Wygrałem go, wtedy pani od historii powiedziała, że powinienem zostać dziennikarzem. Moja świadomość polityczna i historyczna wówczas była niewielka, ale wystarczająca, by jako 17-latek wraz z kolegą namalować w nocy na murze przed trybuną 1-Majową „ZSRR RĘCE PRECZ od POLSKI” (w miasteczku Braniewo przy granicy z Rosją, z 7 jednostkami wojska, w tym jedną radziecką). Czułem jako nastolatek, że głoszone hasła nie pokrywają się z tym czego doświadczam i obserwuję na co dzień.

 

Niestety, nie miałem tego szczęścia, jak Adam Michnik czy Aleksander Kwaśniewski, którzy mieli regularnie dostęp do „Kultury Paryskiej”. Ja nawet o jej istnieniu nie miałem bladego pojęcia. W gazetach interesowały mnie tylko rubryki poświęcone big-beatowi. Czytałem też Radar, Poezję, Nowy Wyraz (jak każdy w tym wieku pisałem okropne wiersze). Z Radia Wolna Europa słuchałem tylko audycji poświęconej muzyce rockowej „Rendez-vous o 6:10” Basi Nawratowicz (też zagłuszali).

 

Za radą nauczycielki posłałem dokumenty na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Okazało się, że był to najbardziej oblegany kierunek studiów, trafiały na niego dzieci wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych (na moim roku był np. syn Mieczysława RakowskiegoJózefa Czyrka)!

 

Do dzisiaj pamiętam pytanie na ustnym. Miałem podać przykład wyboru tragicznego. Powołałem się na Antygonę oraz Popiół i diament. Komisja nie była zadowolona z mojej odpowiedzi, że Maciek musiał wykonać rozkaz i zabić sekretarza PPR. Długo mnie maglowali, ale ja uparcie powtarzałem, że musiał zabić. Mimo to zdałem. Dopiero w stanie wojennym wpadł mi w ręce numer „Kultury Paryskiej” a w nim esej o książce Andrzejewskiego i z niego dowiedziałem, jaka była prawidłowa odpowiedź. Tragedia Maćka polegała na tym, że źle wybrał, a nie że był wierny przysiędze.

 

Pierwszy reportaż napisałem na I roku studiów (1977 rok). Z grupą kolegów szliśmy Krakowskim Przedmieściem i przed Prokuraturą Generalną zobaczyłem wiejską babinę w zniszczonym palcie przewiązanym sznurkiem. Płakała. Przyjechała do stolicy po sprawiedliwość. Naczelnik gminy zabrał jej gospodarstwo i wyrzucił do zrujnowanego budynku wraz z siostrą. Pojechałem z dwoma kolegami do tej mazowieckiej gminy. Napisałem z tej wyprawy reportaż wraz z Irkiem Sewastianowiczem (niedawno zmarł) i zanieśliśmy go do „Polityki”. To był w PRL kultowy tygodnik, numer 1. Młodym reporterkom reportaż się podobał, ale decyzja należała do kierownika działu krajowego Jerzego Urbana, który był na urlopie. Wrócił i odrzucił.

 

Po III roku studiów, po wakacjach, żegnając się z Ojcem przed wyjazdem na uczelnię, Ojciec zapytał: „Synu, czy to prawda, że Ty będzie robił za psa?”. Zamurowało mnie. O co Ojcu chodzi? „No, będziesz szczekał, tak jak ci każą, w gazetach?”. Poraziło mnie. Ojciec, półanalfabeta z mazowieckiej wsi, robotnik w pierwszym pokoleniu, który prenumerował tylko „Działkowca” i od czasu do czasu kupił jakieś pismo pod kościołem, bezbłędnie  podsumował istotę propagandy socjalistycznej. Ojciec widząc moje zmieszanie, dodał po chwili: „Synu, jeśli już musisz być pismakiem, to pisz prawdę”.

 

Ojciec zabił mi ćwieka. Potwierdzeniem jego oceny była miesięczna praktyka wakacyjna w organie KW PZPR „Gazecie Olsztyńskiej”, w dziale terenowym. Napisałem tekst interwencyjny. Jakie było moje zdumienie następnego dnia, gdy otworzyłem gazetę. Nie wierzyłem własnym oczom. Mój krytyczny tekst zamienił się w laurkę! Dobrze, że nie było tam mojego nazwiska, tylko literki. Mogłem sobie wyobrazić, co sobie o mnie pomyśleli ci ludzie, którzy zwrócili się o pomoc! Toteż, gdy po wakacjach do akademika zadzwonili z redakcji proponując pracę, odmówiłem. Po kilku latach dowiedziałem się, że w redakcji moją odmową byli zdumieni. Byli przekonani, że spotkało mnie wielkie wyróżnienie.

 

Resztki złudzeń pozbawiło mnie spotkanie ze studentami sekretarza KC od propagandy (chyba Główczyka?). Powiedział wprost, że jesteśmy od „łatania dziur rzeczywistości”.

Istnienie cenzury odkryłem po napisaniu reportażu do tygodnika „Literatury” o życiu w olsztyńskich slumsach zwanych „Pekinem”. Tekst długo się nie ukazywał, traciliśmy ze współautorem cierpliwość. Reportaż ukazał się w końcu, ale bardzo pocięty.

Na to nałożyła się potężna dawka marksizmu-leninizmu serwowana na wydziale. Chciałem zmienić dziennikarstwo na historię, poszedłem do pani dziekan, ale okazało się to już niemożliwe.

 

Moje rozterki przerwał wybuch „Solidarności”. Zastał mnie w RFN. Był to mój pierwszy wyjazd za „żelazną kurtynę” i z tamtej perspektywy obserwowałem wydarzenia w Polsce. Gdy wróciłem we wrześniu chciałem być blisko tej rewolucji. Akurat nauczyciele i pracownicy kultury rozpoczęli strajk okupacyjny w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Natychmiast tam pojechałem. Napisałem reportaż, biegałem z nim po redakcjach, aż znów trafiłem do „Polityki”. I znów na mojej drodze stanął Jerzy Urban, który napisał m.in., że tekst „godzi w Układ Warszawski”.

 

Ale dziennikarstwo już mnie wciągnęło na amen. Przysiągłem sobie tylko, że nigdy nie podpiszę tekstu, z którym się nie zgadzam.

 

W 1981 roku dostałem ofertę pracy w nowo powołanym tygodniku w Łomży, „Kontakty”. Miałem też propozycję od Jacka Maziarskiego odbycia stażu w „Kulturze”. Wybrałem potwornie zaniedbaną, zapyziałą Łomżę, jako wyzwanie reporterskie.

 

Trwał karnawał „Solidarności”, cenzura poluzowała i mogłem się wypisać.

 

Na samym starcie pracy zawodowej dręczyło mnie pytanie: „kto mi dał prawo, jako reporterowi, oceniania innych?” Dlatego postanowiłem pisać tak, jakby tekst miał być przezroczystą szybą. Ja mam rzetelnie przedstawić fakty, wypowiedzi, a wnioski zostawić czytelnikowi. Jeden mój reportaż powędrował do KC PZPR, o rzeszowskiej wsi, z której pochodził świeżo upieczony I sekretarz Stanisław Kania. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie odnalezienie matki Kani, prostej chłopki, żyjącej skromnie w drewnianej chałupie. Niemal spadłem z krzesła, gdy powiedziała mi, że słucha Wolnej Europy, i że mówią prawdę! W KC te najsmaczniejsze kawałki mi wycięli.

 

Najpiękniejszym przeżyciem nie tylko dziennikarskim, był udział w obu turach Zjazdu „Solidarności”. Na japońskich dziennikarzy z laptopami patrzyłem jak na kosmitów.

 

Szok stanu wojennego. Nie pojechałem do Łomży na weryfikację. Wkrótce straciłem oparcie materialne. Najpierw teść, a miesiąc później zmarła na raka teściowa i właśnie urodziło mi się dziecko. Zostałem jedynym żywicielem rodziny i musiałem znaleźć pracę. W tym momencie dotarł do mnie mój szef śp. Stanisław Zagórski. Przekonał mnie do powrotu. Nakłamał komisji, że leżę w szpitalu ze złamaną nogą na nartach i dlatego nie mogłem się stawić. (Narty to ja pierwszy raz w życiu założyłem w latach 90.). Dzięki Zagórskiemu mogłem publikować uczciwe reportaże, inna rzecz, że cięte przez cenzurę niemiłosiernie. Przede wszystkim udało mi zebrać materiał na książkę „Jedwabne życie”. Musiałem jednak opuścić tę bezpieczną przystań, z powodów rodzinnych i przenieść się do Olsztyna, do popołudniówki „Dziennik Pojezierza”. Wytrzymałem tam rok. Potem był „Tygodnik Kulturalny”, z którego też wyleciałem i przygarnął mnie wspaniały człowiek, śp. ks. red. Benedykt Przeracki do dwutygodnika diecezji warmińskiej „Posłaniec Warmiński”.

 

Klepiąc biedę, dotrwałem do upadku komuny. Wydawało mi się, że oto wkraczam do raju wolności słowa. Czekało mnie jedno rozczarowanie po drugim. Pierwszym wstrząsem było przekazanie organów KW PZPR w ręce pracujących tam dziennikarzy. W czasie najważniejszego przełomu dziennikarze wierni PZPR dysponowali w moim mieście nadal najpotężniejszym medium, a ja do dyspozycji miałem biuletyn „Solidarności”, w formacie A4, składany i drukowany jak podziemne gazetki, w nakładzie 2 tys. egzemplarzy. Łamy „Gazety Olsztyńskiej” wypełniały depesze PAP-owskie. Nie było słowa o tym, o czym ja pisałem: o „czerwonym kapitalizmie”, spółkach nomenklaturowych i uwłaszczaniu się nomenklatury, o rodzącej się nowej elicie władzy i pieniądza.

 

W tym momencie dostałem propozycję od szefa Solidarności białostockiej objęcia redakcji „Gazety Współczesnej”. To był jedyny organ KW PZPR, który Komisja Likwidacyjna sprzedała „Solidarności”. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego ściągał mnie z Olsztyna. Nikt z białostockich dziennikarzy nie chciał się tego zadania podjąć. Szybko zrozumiałem, dlaczego. Musiałem robić codziennie gazetę z ludźmi, którzy nienawidzili „Solidarności”, a nie miałem ich na kogo wymienić. Przetrwałem rok.

 

Wówczas już ton całej prasie nadawała „Gazeta Wyborcza”. I to było moje kolejne, straszne rozczarowanie. Oto na moich oczach, jak feniks z popiołów odrodziła się „Trybuna Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I zjeździe reaktywowanego SDP w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Dodam, że dostałem propozycję pracy jako korespondent „Wyborczej” z Olsztyna, jeszcze zanim ukazał się pierwszy numer. Człowiek, który mi ją przekazał właśnie przed chwilą na zebraniu opozycjonistów wyjawił, iż współpracował z SB do czasu powstania „Solidarności”. „Czy potrzebują propagandzisty, czy dziennikarza?” – wypaliłem bez namysłu. „No wiesz, na tym etapie konieczna jest propaganda, czekają nas wybory do Sejmu kontraktowego, musimy je wygrać” – odparł Bohdan Kurowski. „A to ja dziękuję” – odmówiłem i wyszedłem z jego auta.

 

Traf chciał, że wkrótce stanąłem oko w oko z Adamem Michnikiem. Przyjechał na zjazd Solidarności w Łęcznej pod Lublinem, witany jak półbóg. Dał polityczny wykład, tłumacząc, dlaczego związek zawodowy ma być parasolem dla rządu Mazowieckiego. Jako jedyny na sali odważyłem się mieć inne zdanie. Powiedziałem na koniec, że czuję się jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella. Włączam telewizję i coraz trudniej rozróżniam ludzi od świń. Ależ mnie zbeształ, szczególnie za tę metaforę. Kilka lat później, jeszcze raz miałem propozycję zostania sekretarzem redakcji Wyborczej w Olsztynie, ale mimo ciężkiej sytuacji życiowej, też odmówiłem.

 

Jeśli mamy mówić o grzechach dziennikarskich, to dla mnie piekłem dziennikarskim była właśnie Wyborcza, która weszła w rolę Wydziału Propagandy PZPR i w warunkach praktycznie monopolu narzuciła społeczeństwu swój system ocen rzeczywistości. Nie zapomnę dreszczy, jakie miałem oglądając program „Foksal” w TVP za prezesa Andrzeja Drawicza, w którym  brylowali dziennikarze „Wyborczej” na czele z Konstantym Gebertem, mówiąc mi w co mam wierzyć, a co potępiać.

 

Dziesiątki lat dziennikarze w dziesiątkach redakcji zaczynali dzień pracy od uważnej lektury „Wyborczej”, która była dla nich wyrocznią i „przekazem dnia”. Nie było pluralizmu. Na marginesie wegetowały takie pisma, jak „Gazeta Polska” zapomnianego dzisiaj Piotra Wierzbickiego, prezentująca inne spojrzenie na rzeczywistość.

 

Dużo przeżyłem. Pracowałem w dwóch ustrojach, w wielu, różnych redakcjach ( w sumie w 19), w kilku miastach, nawet przez rok byłem nieformalnym naczelnym „Super Expressu”. Miałem więc duże pole do obserwacji postaw dziennikarskich,

 

Oto moja lista „grzechów”:

 

– Powszechny oportunizm młodych dziennikarzy. Wydawało mi się, że w parze z młodością musi iść bunt, no bo kiedy się buntować, jak nie na starcie, gdy jeszcze człowiek nie jest obarczony rodziną i kredytem? Okazuje się, że ta cecha jest stała, niezależnie od systemu. Zdumiewało mnie, jak szybko młodzi ludzie wychwytywali, czego sobie życzą szefowie.

 

– Abdykacja z  samodzielnego myślenia i oceny ludzi i zjawisk.

 

– Autocenzura. Wystarczy odrzucenie kilka razy tematu, nie puszczenie raz i drugi tekstu, i młody dziennikarz już wie jak pisać i mówić.

 

– Nastawienie ideologiczne, głównie liberalno-lewicowe i poprzez takie okulary ocenianie ludzi i zdarzeń.

 

– Podatność na korupcję. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z biznesmenem w 1991 roku, który chciał mieć gazetę i szukał ludzi do jej prowadzenia. Przedstawiłem mu z kolegą biznesplan. Mówił z pogardą o dziennikarzach, jak o dziwkach, które można kupić. Opowiedział, jak dziennikarza, który coś chciał krytycznego o nim napisać, zapytał, ile dostanie za ten artykulik wierszówki? Dziennikarz podał stawkę. „Dopisałem jedno zero” i mu dałem – spuentował biznesmen. No cóż, nie było nam po drodze. Wybrał innych dziennikarzy.

 

Sam w tym czasie czegoś podobnego doświadczyłem. Zbierałem materiał o byłym esbeku, który za grosze nabył świeżo wyremontowaną kamienicę w centrum miasta. Zgłosił się do mnie jego wysłannik, facet którego znałem. „Co trzeba zrobić, żeby artykuł się nie ukazał?” – zapytał. „Zabić mnie!” – wypaliłem bez namysłu. „Nie wygłupiaj się, ile chcesz?” Pogoniłem go, artykuł opublikowałem, ale ta gazeta lokalna długo nie pociągnęła z braku ogłoszeń. Inny przykład: prezes pewnej dużej spółdzielni mieszkaniowej miał na żołdzie dziennikarza w każdej z trzech głównych redakcji w mieście. I to nie byli pośledni dziennikarze, a czołowi. Pauperyzacja tego zawodu i niepewność pracy, sprzyja korupcji.

 

– Nowe zjawisko to korupcja polityczna, wiszenie redakcji u klamek partii politycznych i w zamian za utrzymywanie (za pomocą płatnych ogłoszeń i reklam) realizowanie i bronienie linii partii. Tak oto historia zatoczyła koło. Nie trzeba urzędu przy ul. Mysiej, Wydziału Propagandy PZPR, by znalazły się redakcje i dziennikarze gotowi świadczyć usługi politykom.

 

Dziennikarze, którzy starają się rzetelnie i uczciwie wykonywać swój zawód, to ginący gatunek. Najgorzej mają napiętnowani jako „symetryści”. Kopani są przez wszystkich. Publikuję w niszowym, bezpłatnym miesięczniku „Debata” i na portalu debata.olsztyn.pl. Jestem znienawidzony zarówno przez polityków opozycji, jak i rządzących. Szef okręgu PiS-u zaatakował mnie na antenie Radia Olsztyn. Na zebraniu partii ogłosił, że przeszedłem na stronę ubeków, i że „Debatę” finansują ubecy. Wyraził żal, że nie może już nic mi zrobić (czyli wyrzucić z pracy w Radio Olsztyn, w którym jestem na najniższym stopniu hierarchii redakcyjnej), bo jestem w okresie przedemerytalnym. Wydał zakaz działaczom kontaktowania się ze mną. Z kolei ci z „totalnej opozycji” wypisują pod moimi tekstami, że jestem „politrukiem, płatnym pachołkiem PiS-u”. Nie wiem, śmiać się czy płakać?

 

Adam Socha