Wojna domowa – ADAM SOCHA analizuje konflikt w Agorze

Rozpętanie przez Adama Michnika publicznie totalnej wojny z zarządem Agory, rodzi podejrzenie, że redaktor oszalał. Ale w jego szaleństwie, jak zawsze, jest metoda, która do tej pory okazywała się skuteczna.

 

„Bywały wśród nas spory i konflikty. Jednak nigdy nie był nikt traktowany jak śmieć” – napisał Michnik w odpowiedzi na List Zarządu Agory, a propos zwolnienia dyscyplinarnego dyrektora wydawniczego, po 28 latach pracy, Jerzego Wójcika.

 

Chodzi o niezależność czy o stołki i pieniądze?

 

No tak, do tej pory to Michnik traktował jak śmieci swoich przeciwników. Jeszcze nie dawno jego kciuk wskazujący skierowany w dół, niczym u Cezara, kończył karierę ludziom, którzy ośmielili się mu sprzeciwić. Również jak śmieci traktował własnych dziennikarzy, którzy dopuścili się „myślozbrodni” jak Roman Graczyk, który był za lustracją.

 

Tym razem „myślozbrodni” dopuścił się Zarząd Agory. Na ich głowy posypały się ze strony Michnika najgorsze obelgi, którymi dotąd obrzucał tylko śmiertelnych wrogów politycznych. „Sięgają po chwyty z czarnej propagandy znane mi dobrze z Marca 1968 r. – oskarżył Michnik Zarząd, odpowiadając 26 listopada na łamach Wyborczej na ich List – z kampanii antysolidarnościowych w epoce stanu wojennego, z seansów nienawiści organizowanych w mediach związanych z obozem politycznym Jarosława Kaczyńskiego. To przecież metody podłe”.

 

Taka „parciana” retoryka to od dziesiątków lat codzienny język publicystyki politycznej Michnika, tym razem jego „cepy” spadły na głowy chlebodawców. Ta paranoja udzieliła się członkom antypisowskiej koalicji, która może wkrótce zacząć urządzać marsze, zamiast pod domem Jarosława Kaczyńskiego, pod siedzibę AGORY. Z ich listów i apeli wynika, że zamach na Wyborczą, to zamach na ostatni bastion wolnego słowa w Polsce, gdy on padnie, kraj nad Wisłą utonie w brunatnych odmętach.

 

Natomiast zarząd „Agory” twierdzi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o o stanowiska i pieniądze: „Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób”.

 

Od wielu już lat, co jakiś czas Agora zmuszona jest ciąć koszty i zwalnia kolejne grupy dziennikarzy, tym razem bezpośrednie zagrożenie poczuł Michnik i jego pretorianie. Ale zarząd Agory nie dlatego zwolnił dyrektora wydawniczego Jerzego Wójcika, że sprzedał się Kaczyńskiemu, jak insynuuje Michnik, tylko z powodu jego oporu wobec koniecznych zmian modelu biznesowego. Zarząd Agory bowiem podziela poglądy polityczne i wartości kierownictwa Wyborczej. „Są nimi prawda, tolerancja, poszanowanie praw człowieka i pomoc potrzebującym” – czytamy na stronie Agory w zakładce „Wartości i Zasady”.

 

Nie czerpię schadenfreude, jak wiele prorządowych mediów, z tej bratobójczej wojny rozpętanej przez kierownictwo redakcji, mimo że od pierwszych numerów „Gazety” nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z „Trybuną Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I Zjeździe reaktywowanego po stanie wojennym SDP (był to jedyny taki krytyczny głos), a wcześniej odrzucając propozycję zostania korespondentem, a później szefem oddziału Wyborczej w Olsztynie (przyjął ją Wacek Radziwinowicz, który później proponował mi funkcję sekretarza redakcji). Gdybym się zgodził, dzisiaj byłbym milionerem, a nie żyjącym skromnie emerytem, ale nie żałuję swoich wyborów.

 

Mimo że uważam gazetę za wielkiego szkodnika polskiej demokracji, to życzę redakcji, by została na rynku w obecnym kształcie, gdyż za realną uważam groźbę zdominowania rynku mediów przez partię rządzącą. Tak jak za rządów PO stawałem w obronie niszowych mediów prawicowych, jedynej przeciwwagi dla monopolu informacyjnego partii rządzącej.

 

Podobne perturbacje, oczywiście na innym poziomie biznesowym, przeszła w 2005 roku „Gazeta Polska” stworzona przez Piotra Wierzbickiego, który ratując gazetę przed bankructwem sięgnął po kapitał szemranej spółki King&Kong. Uratował wówczas tytuł Tomasz Sakiewicz, pozbywając się przy okazji Wierzbickiego.
Ale Agora to nie King&Kong! Paradoks polega na tym, że tym razem, to nie „siepacze z PiS” dybią na niezależność „Wyborczej”, ale – zdaniem Michnika i członków jego sekty – zarząd Agory. „Siepacze z PiS” jedynie „zacierają ręce” – zdaniem Michnika – obserwując z pop-cornem w ręku ten śmiertelny pojedynek.

 

Paradoksem jest też to, że Polską rządzą bracia Kurscy. Jacek piorąc mózgi widzom TVP, a Jarosław – czytelnikom Wyborczej. Osiągnęli mistrzostwo w manipulacji opinią publiczną i szczuciu na siebie Polek i Polaków.

 

Kto jest psem, a kto ogonem?

 

Przestudiowałem uważnie wszystkie listy obu stron konfliktu oraz manifesty i wyrazy poparcia dla Michnika et consortes.

 

Konflikt szefostwa redakcji z zarządem Agory zaczął się w czerwcu 2021 roku, w momencie gdy Wyborcza generowała coraz większe straty. W momencie powstania gazety jej średni nakład sięgał miliona egzemplarzy. Palmę pierwszeństwa gazeta straciła w 2003 roku na rzecz Faktu, jednak nadal sprzedawała 400 tysięcy egzemplarzy. Równia pochyła zaczęła się w 2008 roku. Obecnie sprzedaż jest na poziomie około 50 tys. egz.  Agora ukrywa, ile wynosi strata netto Wyborczej. Jeśli w 2013 roku dziennik miał z reklam 144,2 mln zł, to w 2020 już tylko 51,6 mln zł – ubyło 40 proc. łącznych wpływów. Przychody Wyborczej dają Agorze zaledwie 13 proc. udziału w biznesie holdingu.

 

Kierownictwo gazety twierdzi, że osiągnęło światowy sukces liczbą 262 tysięcy subskrybentów wydania cyfrowego, ale to przełożyło się na przychody ze sprzedaży prenumeraty oraz reklamy cyfrowej, zaledwie w kwocie 16,5 mln zł (40% całkowitych wpływów), gdy bezpłatna Gazeta.pl i spółka Yieldbird z reklam w Internecie osiągnęła w 2020 roku 213,9 mln zł.

 

Toteż zarząd Agory, szukając sposobu na utrzymanie tonącej Wyborczej postanowił połączyć internetową Gazetę.pl (powstałą w 2001 roku) z „Gazetę Wyborczą” i płatną Wyborczą.pl, które zaczęły ze sobą konkurować. Dzięki temu Agora umocni się na pozycji cyfrowego lidera i stworzy wspólną ofertę reklamową, co przełoży się na maksymalizację i wzrost przychodów reklamowych – przekonywał zarząd Agory, ogłaszając swoje plany na początku czerwca b.r. Połączonymi redakcjami miał pokierować jeden dyrektor zarządzający, powstać miały także nowe stanowiska: koordynatorów sprzedaży i działów analitycznych. Kierownictwo Agory zapewniło, że najważniejszą marką Agory jest „Gazeta Wyborcza”, dlatego to jej redakcja ma objąć nadzór nad redakcjami Gazeta.pl. Jednocześnie połączenie „nie naruszy dotychczasowej autonomii redakcji”.

 

Detonatorem okazała się informacja, że ta restrukturyzacja wiąże się z utratą stanowiska przez dyrektora wydawniczego Wyborczej Jerzego Wójcika. Kierownictwo Wyborczej pozornie godząc się na połączenia, (ale nie robione „znienacka” i za jego plecami), zdecydowanie zaprotestowało „przeciwko planowanym zmianom w kierownictwie redakcji oraz jej podległości w ramach mediów Agory” – napisali szefowie Wyborczej po otwartym zebraniu zespołu. „To samobójcze uderzenie w etos Wyborczej (…). To potrójny błąd: etyczny, polityczny i biznesowy (…). Wzywamy kategorycznie Zarząd Agory do zaniechania szkodliwych, dewastujących decyzji. Przeciwstawimy im się w każdy dostępny dla nas i legalny sposób. Postawieni w sytuacji bez wyjścia gotowi jesteśmy odwołać się do opinii publicznej”. Pod ich listem podpisało się 321 osób (na 800 dziennikarzy).

 

Naczelni „Wyborczej” zażądali odsunięcie od nadzoru nad ich zespołem członkini zarządu Agnieszki Sadowskiej oraz włączenia w skład zarządu przedstawiciela „Wyborczej”. Sadowska odeszła z Agory, ale drugi postulat pozostał niespełniony. Miejsce Sadowskiej, którą Jerzy Wójcik oskarżył o mobbing, zajęła Agnieszka Siuzdak z Gazeta.pl. Pomysł wydzielenia „Gazety Wyborczej” do osobnej spółki, co postulowali szefowie Wyborczej, został zawieszony, gdyż wiązałoby się to ze zmianą struktury własnościowej spółki giełdowej – stwierdził Zarząd.
Agora, po zapaści spowodowanej pandemią, w trzecim kwartale br. złapała oddech. Przy wzroście wpływów o 38 proc. zanotowała spadek straty netto z 9 do 1,5 mln zł. To odbicie holding zawdzięczał jednak nie Wyborczej a przychodom z biletów i przekąsek w kinach Helios. W tym momencie, 23 listopada, Zarząd wykonał wyrok na Jerzym Wójciku, odraczany od czerwca. W mediach twierdzono, że wydawca „Wyborczej” bezpodstawnie oskarżył o mobbingu Agnieszkę Sadowską, byłą członkinię zarządu. Zarzuty miały się nie potwierdzić i Wójcik został zwolniony za bezpodstawne zniesławienie.

 

W wydanym oświadczeniu Agora zaprzeczyła, iż taki był powód rozstania i w to w trybie dyscyplinarnym, ale potwierdziła, że zarzuty Wójcika wobec Sadowskiej były bezpodstawne. Zwolnienie Wójcika rozpętało na Czerskiej Armagedon. Adam Michnik i Jarosław Kurski zwołali tego samego dnia wiec on line w redakcji. Znamy jego przebieg dzięki Wirtualnym Mediom. Głos zabrał Adam Michnik.

 

„- Michnik powiedział nam, że dalej będziemy walczyć o niezależność „Wyborczej” i dalej będziemy ostro walczyć z PiS. Nie będzie zmiany linii na neutralną. Mówił, że zarząd chce od nas pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy, a my jesteśmy od obrony demokracji i jesteśmy właśnie teraz potrzebni jak nigdy – czytamy na wirtualnemedia.pl – Naczelny „Wyborczej” miał po raz kolejny powtórzył dwa swoje ulubione zwroty w kontekście walki z zarządem. Pierwszy to „nie nos dla tabakiery, ale tabakiera dla nosa”. Drugi: „nie będzie ogon machał psem” – czyli zarząd i prezes Agory Bartosz Hojka nie będą mówić redaktorom i wiceredaktorom „Wyborczej”, co mają robić. 

 

Redaktorzy naczelni przypomnieli zespołowi, że zarząd Agory wypłacał sobie w ciężkich czasach duże nagrody , a jednocześnie kazał im zwalniać kolejnych dziennikarzy, aby ciąć koszty. Obiecali, że już tak nie będzie. Wtedy dziennikarze zaczęli pytać, jak to jest, że naczelni zreflektowali się dopiero teraz, kiedy to im samym zagląda w oczy widmo wyrzucenia? Dlaczego dopiero teraz domagają się od nich solidarności? Po co takie zamieszanie o jednego człowieka, jak tu pracuje 800 osób? Albo, dlaczego nikt się wcześniej nie martwił, gdy tuż przed świętami zwalniano z „Wyborczej” ludzi pracujących na śmieciówce?

 

(Łączne wynagrodzenia 4 członków zarządu Agory w pierwszych trzech kwartałach br. wyniosły 1,98 mln zł, co daje ponad 40 tys zł miesięcznie, kwota przy tak dużym holdingu nie poraża, lekarz w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Olsztynie podczas pandemii wyciągał 120 tys zł miesięcznie. Na koniec września br. stałe zatrudnienie w grupie Agora wynosiło 2 303 etaty. Kwartalne wydatki na wynagrodzenia wzrosły o 23,3 proc., bo rok wcześniej firma korzystała z tarczy antykryzysowej. Na koniec września br. zadłużenie grupy Agora z tytułu kredytów i leasingu wyniosło 841,9 mln zł – przypis A.Socha).

 

Redakcja ogłasza wotum nieufności wobec zarządu Agory

 

Po wiecu 24 listopada naczelni MichnikKurski opublikowali oświadczenie, w którym wyrazili wotum nieufności wobec zarządu Agory. W obszernym oświadczeniu czytamy m.in.:„W istocie nie chodzi tu o konflikt personalny, do którego Zarząd fałszywie redukuje problem. Chodzi o to, do kogo należy „Gazeta Wyborcza”. Czy do Czytelników i ludzi, którzy w redakcji zostawili całe swoje życie? Czy do „macherów od cashu” i Excela”?

 

Czy „Wyborcza” będzie nadal domem polskiej demokratycznej inteligencji? Czy ma być generatorem wyżyłowanego zysku dla spółki? Innymi słowy: czy z trudem wypracowane przez „Wyborczą” zyski będą inwestowane w niezbędny rozwój, czy też zabierane przez korporację. (…) Wiedzcie więc, Drodzy Czytelnicy, przyjaciele spod sądów, uczestnicy protestów w obronie konstytucji i ze Strajku Kobiet, obrońcy praw prześladowanych mniejszości, obrońcy Unii Europejskiej, obrońcy naszej planety, działacze społeczni i samorządowi – Wasza „Wyborcza” jest dziś zakładnikiem ludzi o mentalności „13 proc.” (taki jest udział przychodów Wyborczej w całym holdingu Agory – przypis A.Socha)

 

Redaktorzy uznali zwolnienie Wójcika jest nieskuteczne, a redaktor naczelny powołał go na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego ds. Rozwoju. Każdy, kto czytał kodeks handlowy wie, że to dziecinada. To nie redaktor naczelny podpisuje umowy o pracę i wręcza wypowiedzenia, a prezes zarządu spółki, która ma osobowość prawną.
Na koniec, w odezwie, MichnikKurski wyrazili wotum nieufności wobec Zarządu Agory: „Jedyne, co ludzie z Zarządu mogliby zrobić, to nie wtrącać się, wydzielić „Wyborczą” w osobną spółkę albo odejść. Nie robią ani pierwszego, ani drugiego, ani trzeciego. Oświadczamy więc: kierownictwo „Gazety Wyborczej” całkowicie utraciło do Zarządu Agory zaufanie i składa wobec niego wotum nieufności„.

 

Zarząd odpowiedział Listem, który Wyborcza opublikowała 26 listopada. Czytamy w nim m.in.:
Jesteśmy zdumieni, że w historycznym tytule, jakim jest „Gazeta Wyborcza”, używa się wielkich słów, by bronić pozycji jednego kolegi. Spór między kierownictwem „Gazety Wyborczej” a zarządem nie jest sporem o wartości i niezależność redakcji. To spór personalny, a jego osią są sukcesja, władza, pieniądze i oczekiwanie zwiększonych przywilejów dla wybranych osób. (…). W czasie pandemii Jarosław Kurski i Jerzy Wójcik zwrócili się do zarządu z propozycją nowych warunków pracy – wyłącznie dla siebie samych. Ich oczekiwania obejmowały m.in. 12-miesięczne okresy wypowiedzenia, dodatkowe 12-miesięczne odprawy, dodatkowe urlopy zdrowotne, samochody i pełną opiekę medyczną dla rodzin. (…). W manifeście czytamy, że jesteśmy głupi i chciwi, reprezentujemy korporację, która zabiera „Wyborczej” zyski. Nikt, kto chociaż kilka lat pracuje w Agorze, nie może traktować poważnie tych słów. W ostatnich siedmiu latach w cyfrowy rozwój „Gazety Wyborczej” zainwestowaliśmy kilkadziesiąt milionów złotych i zawsze akcentowaliśmy wyjątkową rolę „Wyborczej” w naszej firmie”.

Na koniec Zarząd podkreślił, że rozstanie z Wójcikiem jest definitywne.

 

„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą”

 

Ten List wywołał furię Michnika. Tego samego dnia odpowiedział obelgami, które cytowałem na początku tekstu. W innym stylu, rzeczowo odpowiedzieli KurskiWójcik. Potwierdzili, iż chcieli takich zabezpieczeń, jako „zapory przed bezprawnym zwolnieniem, także w razie wrogiego przejęcia Agory”. Powołali się na przykład zwolnionego dyscyplinarnie szefa „Solidarności” Wojciecha Orlińskiego, za którym ujęło się kierownictwo, w tym KurskiWójcik. Obawiali się zemsty. (Sęk w tym, że nie ma możliwości „wrogiego przejęcia Agory”…).

 

Redakcja w Oświadczeniu z 25 listopada apeluje o pomoc do „matki założycielki”, właścicielki złotej akcji Heleny Łuczywo. „Dlaczego na to wszystko pozwalasz? Heleno, dlaczego godzisz się na powolne niszczenie także dzieła swego życia? Czy naprawdę uważasz, że o los „Wyborczej” lepiej zadba korporacja niż sam zespół „Gazety Wyborczej”?” To samo pytanie zadaje Michnik Wandzie Rapaczyński, ale obie panie milczą jak zaklęte.

 

Za to do redakcji płyną z zewnątrz akty poparcia dla Wyborczej i potępienia dla Zarządu, tak ja w czerwcu. „Nie ma lepszego rozwiązania niż szybki i przyjazny rozwód” – radził wówczas Jacek Żakowski, w przeciwnym razie „widzowie mogą zacząć bojkotować kina „Helios”. Do obrony Wyborczej włączyli się: redaktor naczelny Wydawnictwa Znak Jerzy Illg, KOD, Ogólnopolski Strajk Kobiet, Wolne Sądy, najbogatsza bizneswoman w Polsce Dominika Kulczyk.

 

Teraz mamy „powtórkę z rozrywki”. Niemal codziennie ukazują się w Wyborczej listy poparcia. Stanowisko zajął Zarząd Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”. Adam Pieczyński przez wiele lat jeden szefów TVN-u napisał: „Trudno sobie wyobrazić Polskę bez gazety Adama Michnika i jego ludzi; można bez trudu wyobrazić sobie „Gazetę Wyborczą” bez obecnego zarządu Agory”.

 

Czołowy „pistolet” Wyborczej Wojciech Czuchnowski przeprowadził śledztwo i obnażył nieudane inwestycje Agory, w których zarząd utopił dziesiątki milionów złotych. To prawda, jak w każdym biznesie, zawsze istnieje ryzyko podjęcia błędnej decyzji, co okazuje się po czasie. Niepowodzeniem zakończyły się inwestycje w portal kontaktów zawodowych GoldenLine oraz firmę Trader.com.

 

Bezprecedensowy atak władz spółki Agora na integralność „Gazety Wyborczej” – jednego z ostatnich bastionów wolnych mediów – to tragiczna wiadomość dla Polski, ale również zły przykład dla polskiego prywatnego biznesu czasów konsolidującego się ustroju autorytarnego” – rwą szaty GutkowskiKisilowski. – Silna i niezależna „Gazeta Wyborcza” to jedna z ostatnich cech odróżniających nas od Węgier czy Turcji – aspiracyjnych modeli Jarosława Kaczyńskiego”.

 

Autorzy przypominają, że Agora powstała tylko po to, żeby „służyć absolutnie wyjątkowemu społecznemu, cywilizacyjnemu i prodemokratycznemu projektowi, jakim jest „Gazeta Wyborcza”.„Pozwólmy „Gazecie Wyborczej ” iść dalej swoją drogą” – zaapelowali na koniec swojego manifestu do zarządu Szymon GutkowskiMaciej Kisilowski.

 

Od żłobka do pałacu na Czerskiej

 

W tym miejscu trzeba przypomnieć akt założycielski „Gazety Wyborczej”. Powstała na podstawie uzgodnień Okrągłego Stołu jako organ prasowy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 1989 roku. „Michnik dostał wszystko za darmo – papier, lokal, transport, drukarnię, kolportaż, najlepsze pióra w kraju oraz rzecz najcenniejszą: codzienną złotówkę wpłacaną przez miliony Polaków spragnionych wolnego słowa. Ale on nie otrzymał tego na własność; to był kredyt zaufania dla całej polskiej opozycji antykomunistycznej” – napisał Stanisław Remuszko w książce „Gazeta Wyborcza – początki i okolice” , dziennikarz z pierwszego zespołu gazety. Odszedł z redakcji, która wówczas mieściła się w żłobku, na znak protestu, gdy okazało się, że udziałowcy spółki Agora Bujak, WajdaPaszyński, zgodzili się przekazać swoje udziały 16 osobom, wchodzącym w skład kierownictwa Gazety.

 

Wyborcza stała się własnością tej grupy, a jej naczelny Adam Michnik obsadził się w roli niekoronowanego Cezara III RP i z gazety uczynił organ władzy pozakonstytucyjnej, usytuowanym ponad parlamentem. Całe lata 90. to czas, w którym Michnik dzierżył rząd dusz w Polsce. Wyborcza wynosiła jednych i niszczyła innych. Poranek w III RP zaczynał się w biurach, na uczelniach i redakcjach od lektury Wyborczej. Wstępniaki gazety były ówczesnymi „przekazami dnia”.

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Michnikowi i jego sekcie marzyło się stworzenie megakoncernu medialnego, z telewizją i radiem. W 1998 r. nadawanie rozpoczęło radio TOK FM, ale nie stało się głosem Michnika w każdym domu. Michnikowi i Agorze marzy się posiadanie największej w Polsce ogólnopolskiej telewizji. Dla zdobycia środków na ten cel Agora w 1999 roku debiutuje na giełdzie. Za dzwonek pociągają szef GPW RozłuckiRapaczyńska.

 

Inwestorzy wręcz wyrywają sobie z rąk jej akcje. Spółka osiąga wartość 12 mld złotych! Każdy z pakietów akcji, które posiada kilkudziesięciu pracowników spółki Agora, wart jest około miliona dolarów. Przynajmniej pięć osób z tego grona uplasuje się w czołówce największych prywatnych inwestorów giełdowych. Dzisiaj wartość rynkowa Agory niewiele przekracza 300 mln zł (8 zł za akcję).

 

Ale wówczas Wyborcza jest na fali. Otwiera w 2002 roku z pompą ogromny pałac ze szkła i stali, nową siedzibę przy ul. Czerskiej. W tym samym roku do nowej siedziby przyszedł Lew Rywin złożyć Michnikowi ofertę. W zamian za łapówkę Agora dostanie ustawę, która otworzy drogę do posiadania stacji telewizyjnej. Wybuchł skandal. Sejmowa komisja śledcza złamała na dobre wizerunek Wyborczej i Michnika. Zaczęła się równia pochyła.
Agora ratowała się rozszerzając swoje portofolio, kupując m.in. AMS, a przede wszystkim w 2010 roku sieć kin Helios, by generować zyski na utrzymanie nierentownej Wyborczej.

 

Złote akcje Agory

 

Mimo wejścia na giełdę nie było i nie jest możliwe wrogie przejęcie Agory. Przypomniał o tym na łamach Wyborczej Wojciech Orliński. O tym kto zasiada w radzie nadzorczej i zarządzie decydują właściciele uprzywilejowanych akcji serii A, zwanych metaforycznie „złotymi akcjami”. Nie można ich kupić na giełdzie.

 

Złote akcje należą do spółki Agora-Holding, ich właścicielami są: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka. Udziałów w Agora-Holding nie można kupić, sprzedać ani odziedziczyć. Wejść do spółki można tylko przez kooptację. Odejście oznacza umorzenie udziału. Drogą kooptacji do tego doborowego towarzystwa trafił Bartosz Hojka i został prezesem. Jest najmłodszy, ma zaledwie 47 lat.

 

W 2013 roku gdy wyleciał cały zarząd prezesa Niemczyckiego holding szukał nowego prezesa przez rok i odnalazł go w szefie agorowego pionu radiowego – który był pod każdym względem anty-Niemczyckim. Młody, dynamiczny, skuteczny, pełen pomysłów, nieuwikłany w polityczne przepychanki obozu „solidarnościowego” – tak Orliński scharakteryzował Hojkę.

 

To Hojce, o którym Michnik pisze z pogardą, Agora zawdzięcza, że jeszcze dzisiaj jest na rynku – przyznaje Orliński. To Hojka rozwinął sieć kin Helios. Jako człowiek o trzy pokolenia młodszy od Michnika nie podziela jego fobii i patrzy na holding oczyma biznesmena a nie zaczadzonego ideologa. Dlatego chce połączyć Gazetę.pl z Wyborczą. Ale to oznacza utratę przez Michnika i jego zakon niezależności.

 

Jednak sposób obrony tej niezależności przez Michnika i jego politycznych akolitów naraża ich tylko na śmieszność. Spółka giełdowa rządzi się prawami rynku, a nie ideologią i superego redaktora naczelnego. Jeśli Michnik chce zachować niezależność, to nie osiągnie jej krzycząc, żeby Agora odczepiła się od redakcji, tylko on musi odejść wraz z dziennikarzami, którzy gotowi są za niego zginąć. Tak zrobił naczelny „Rzeczpospolitej” Paweł Lisicki, zwolniony przez nowego właściciela Grzegorza Hajdarowicza.

 

Hajdarowicz niszczy wówczas najbardziej poczytny w tamtym czasie w Polsce tygodnik „Uważam Rze”, wymyślony przez Lisickiego. Niemal cały zespół tygodnika odchodzi z Lisickim. Z tej redakcji powstają dwa nowe tygodniki „Sieci” i „Do Rzeczy”. „Uważam Rze”, wkrótce padło.

 

Podobnie zachowali się dziennikarze „Trybuny Opolskiej”. Ten były organ KW PZPR nabyła spółka „Pro Media”. W prima aprilis, 1 kwietnia 1993 roku cały zespół na czele z naczelnym wyciął właścicielowi numer. Zarejestrowali nową spółkę, podpisali z nią umowy o pracę i wydali „Nowa Trybunę Opolską”. Wygrali w sądzie. Później jednak sprzedali się spółce Orkla. Woleli złotą klatkę, która też nie okazała się taka złota, od wolności. Dzisiaj ich właścicielem jest Orlen.

 

Michnik zamiast rozdzierać szaty też musi zdecydować, albo zostaje w złotej klatce Agory, albo spróbuje własnych sił na rynku, tym razem bez wsparcia gen. Kiszczaka, ale może wesprze go Soros, posiadacz ok. 12% proc akcji Agory. Obecnie ma nabyć udziały w Gremi Media (wydawca „Rzeczpospolitej”), może tam szykuje miejsca dla prometejskiej drużyny Michnika?

 

Adam Socha

 

Dlaczego dziennikarze odchodzą z gazet Polska Press? – analiza ADAMA SOCHY

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Nie mam jednak żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w tych mediach będzie się odbywać tylko do jednej politycznej bramki.

.

Karina Obara, dziennikarka „Gazety Pomorskiej” (Polska Press), największej gazety grupy, zdecydowała się odejść z redakcji po 18 latach pracy. To kolejne odejście z gazet kupionych przez Orlen.

 

„Nie będę legitymizować tej władzy”

 

Dziennikarka jednej z 20 gazet Orlenu poinformowała o tym na swoim profilu na Facebooku, ilustrując go banerem ze zdjęciem zmarłej Izy z Pszczyny i napisem #AniJednejWięcej.

 

Kochani, szukam nowej pracy. Nie mogę już dłużej pracować w Polska Press i w Gazecie Pomorskiej. Nie potrafię spojrzeć sobie w lustrze w twarz. Od czerwca, odkąd kupił nas Orlen, dostałam zakaz komentowania wydarzeń politycznych. Nie pozwolono mi także rozmawiać z niezależnymi ekspertami o tym, co się w Polsce dzieje. Od czasu do czasu zdarzał się wyjątek – miałam porozmawiać z „ich ekspertem”, który oceni sytuację zgodnie z linią partii rządzącej. Nie mogłam. Na liście były głównie nazwiska, które znacie z mowy nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam kneblowania i nacisku, zakazu pisania o tym, co jest obowiązkiem dziennikarskim (…). Nie można wykonywać zawodu dziennikarki z kneblem na ustach. Nie można milczeć, gdy w Polsce łamane są prawa człowieka. A mnie i moich kolegów komentujących wydarzenia polityczne, zmuszono do milczenia. Chcesz tu pracować – żadnego analizowania wydarzeń politycznych, żadnych rozmów z „mądrymi głowami” (sic!). Żeby czytelnicy w regionach nie wiedzieli, nie myśleli samodzielnie, głosowali tak, jak chce obecny rząd. Żyję w konflikcie wewnętrznym. Wstyd mi. Moje ciało odmawia posłuszeństwa. Nie chcę pracy, która jest hańbą. Nie umiem zamknąć oczu na to, co PiS robi z naszym krajem. Nie mogę zasnąć, gdy wiem, że małe dzieci umierają w lesie na wschodniej granicy. Nie potrafię nie czuć krzywdy dziewczyny-matki z Pszczyny, która zmarła na sepsę przez wprowadzenie w Polsce chorego prawa. To mogła być moja córka. Też przeszła sepsę. Przeżyła, bo mieszka w Wielkiej Brytanii.

Czuję bezradność i strach o wszystkie kobiety w Polsce. O wszystkich mężczyzn, którzy doświadczają „karzącej ręki rządu”. O wszystkie dzieci w szkołach, które przejął umysł ministra Czarnka. Nie będę więcej legitymizować tej władzy swoją obecnością w Polska Press. Brzydzę się hipokryzji, wycierania sobie gęby Bogiem, nepotyzmu i służalczości. Chcę żyć w prawdzie, w wolności słowa, demokracji i odwadze. Chcę podążać za wartościami, które są mi bliskie. Hasło: „Ani jednej więcej” dotyczy też mnie. Ani jednej więcej bezsensownej śmierci. Żyjąc w konflikcie wewnętrznym, umieramy za życia. Dlatego szukam nowej pracy.

 

Użycie przez red. Obarę zdjęcia zmarłej Izy oburzyło czytelników portalu tylkotorun.pl, który zamieścił informację o odejściu „znanej dziennikarki” i zacytował obszerne fragmentu jej manifestu.

 

„UŻYWANIE TWARZY zmarłej kobiety jako banera… jej osobistej tragedii śmierci, jako “element do CV”, w poszukiwaniu pracy – to więcej niż HAŃBA – komentowali czytelnicy. –  To nie jest ludzkie! Coś okropnego!” i następny wpis: „dziennikarka stosuje “numer na zmarłą”- dla osobistych korzyści politycznych. Po to, by zamieniły się one, w osobiste korzyści finansowe. To jest oferta (dla nowego pracodawcy), propozycja postawy politycznej, “właściwego” myślenia, dla nowego wydawcy (…) kłamstwa, i hipokryzja, i obłuda”.

 

Szkoda, że red. Obara nie informuje, którzy eksperci są jej zdaniem „niezależni”, a których „znamy z mowy nienawiści”, możemy się tylko domyślać z jej wpisu, że raczej zobaczymy ich w TVN24 i przeczytamy w „Wyborczej”, niż w TVP Info. Rzeczywiście, ze swoimi emocjami i sympatiami politycznymi Karina oraz jej koleżanki i koledzy z takim samymi, mogą czuć się  niekomfortowo w gazetach Orlenu.

 

„Obie zarazy niszczą nasz kraj”

 

Ale Karina Obara uczciwie przyznaje, że i poprzedni właściciele nie byli doskonali: „najpierw Norwegowie, później Anglicy, Niemcy, nigdy nie ingerowali w treść tekstów dziennikarskich. Dla nich liczył się głównie zysk, klikalność, co także doprowadziło do patologii mediów w Polsce. Mój Wojtek, po latach nacisków, zapłacił za to życiem. Tamto było dżumą, to jest cholerą. Obie zarazy niszczą nasz kraj”.

 

Śp. Wojciech Potocki był długoletnim redaktorem naczelnym „Gazety Pomorskiej” (zmarł w 2020r), wcześniej była naczelnym NTO, a zaczynał karierę jako naczelny „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Przejąłem kierowanie „Kurierem” po Wojtku, wówczas jej właścicielem była norweska Orkla, później pracowałem „u Niemca”, w „Dzienniku Łódzkim” i podzielam ocenę Kariny, że właściciele nie ingerowali w treść tekstów. To za nich robili Polacy, którzy w ich imieniu kierowali koncernami i tytułami. I to od ich sympatii politycznych zależała linia polityczna gazet. Te sympatie z reguły lokowały się po stronie lewicowo-liberalnej.  Miałem to szczęście, że trafiłem do „Dziennika Łódzkiego” w czasie, gdy prezesem w Łodzi była Agnieszka Sardecka, a naczelnym Julian Beck.  Szef idealny, bo nikt z zespołu tak naprawdę nie wiedział, na kogo on głosuje. Odpowiadałem jako zastępca za tygodniki i mutacje powiatowe  i mogłem realizować w pełni, to co uważam za istotę misji dziennikarskiej, czyli kontrolę władzy, bez względu na jej legitymację partyjną. Nigdy nie usłyszałem złego słowa od red. Becka, gdy za skargami przyjeżdżali do niego prezydenci i burmistrzowie miast, których machlojki ujawniali moi dziennikarze. Przeciwnie. Jedynym ograniczeniem, jeśli to można tak nazwać, było przestrzeganie rzetelności dziennikarskiej.

 

To się zmieniło, gdy red. Becka zwolniono i jako wiceprezesa zarządu Polskapresse i jako naczelnego, gdy w łaski Niemca wkradł się Paweł Fąfara. Od tego momentu zaczęło się niszczenie lokalności gazet i wstawianie w to miejsce wysyłanej z centrali „politgramoty” ze stemplem Platformy Obywatelskiej. Nigdy nie zapomnę, jak przysłał do redakcji swoją prawą rękę. Pani redaktor z wysokości iglicy Pałacu Kultury i Nauki sztorcowała jak kapral dziennikarzy, ucząc ich „prawdziwego dziennikarstwa”. Dlatego rozbawił mnie manifest Fąfary po wykupieniu koncernu przez Orlen, w którym zapewniał, że póki on będzie szefem, „nikt nie będzie pod żadną specjalną ochroną”. Politycy z PiS i ich sojusznicy nie mają co liczyć, że „od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”, a z drugiej strony: „Rozczaruję jednak również polityków opozycji czy samorządowców. Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Paweł Fąfara szybko został zastąpiony przez Dorotę Kanię z „Gazety Polskiej”. Ta błyskawicznie dokonała zmian redaktorów naczelnych. I tu było pierwsze zaskoczenie, bo wzięła fachowców, oczywiście z sympatiami politycznymi lokującymi się po prawej stronie, ale np. Wojciechowi Wybranowskiemu (nowy naczelny „Głosu Wielkopolskiego” czy „Wojciechowi Musze” (naczelny „Gazety Krakowskiej”) nie sposób odmówić, że to rasowi dziennikarze.

 

Inteligentna gra z czytelnikiem

 

Przejrzałem w sobotę, 13 listopada strony internetowe największych gazet Orlenu:  „Głosu Wielkopolskiego”, „Gazety Pomorskiej”, „Dziennika Zachodniego”, „Dziennika Bałtyckiego”, „Gazety Lubuskiej”, „Dziennika Łódzkiego”, ale także „Nowin” i „Kuriera Porannego” w Białymstoku. Po otwarciu witryn zobaczymy normalne gazety regionalne z mnóstwem informacji lokalnych. W oczy nie rzucą się nam teksty, które miałyby świadczyć o tym, że mamy do czynienia z propagandową tubą PiS. Jedyny tekst polityczny wydrukowany przez wszystkie 20 gazet Orlenu, a więc nadany z centrali, to wypowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego „specjalnie dla Polska Press” pt. „Niepodległość jest wielkim darem”. Ale ten materiał nie wylądował na czołówkach witryn, tylko dyskretnie, z boku.

 

Wszystkie 20 witryn otwiera pasek z informacjami o bieżącej sytuacji na granicy białorusko-polskiej. Skupiłem się na informacjach z „Kuriera Porannego” i porównałem z informacjami na ten temat z „Gazety Wyborczej Białystok”. Z „Kuriera” dlatego, że, jak poinformowały Wirtualnemedia.pl, opisująca kryzys na granicy polsko-białoruskiej Olga Goździewska-Marszałek, dziennikarka „Kuriera” została odsunięta od tej tematyki. Jako powód rzecznik prasowy Polska Press, Adrian Majchrzak podał konflikt interesów. Dziennikarka jest  osobą zatrudnioną w Fundacji Dialog zaangażowanej w niesienie pomocy imigrantom. Decyzja została podjęta po wypowiedzi Olgi Goździewskiej-Marszałek jako przedstawiciela Fundacji, dla mediów niezwiązanych ze spółką Polska Press. „Oczywistym jest, że rolą i obowiązkiem dziennikarza jest przedstawianie różnych punktów widzenia, zachowanie obiektywizmu. W przypadku braku dystansu do opisywanej sprawy o obiektywizmie zaś nie może być mowy” – stwierdził rzecznik.

 

„Kurier” publikuje prawie wyłącznie materiały z punktu widzenia państwa polskiego, natomiast „Wyborcza” – z punktu widzenia „migrantów i uchodźców”.

 

I tak, „Kurier” informuje o inicjatywie pomocy mieszkańców Kuźnicy w pow. sokólskim i okolicznych miejscowości w pomoc mundurowym strzegącym polsko-białoruskiej granicy. Ludzie  przekazują im żywność, w tym ciepłe posiłki i napoje. Do akcji włączyła się też Muzułmańska Gmina Wyznaniowa w Bohonikach.

 

Kolejne informacje z „Kuriera”: „Migranci na granicy są wyposażeni w broń palną” (Agnieszka Siewiereniuk), „MON: W rejon Kuźnicy przybywa coraz więcej uzbrojonych funkcjonariuszy białoruskich służb” (Aleksandra Kiełczykowska), „Białorusini niszczyli zaporę, migranci zaatakowali gazem. Kolejna niespokojna noc na granicy” (Anna Piotrowska), „Wólka Terechowska. Zwłoki młodego Syryjczyka znalezione w lesie niedaleko granicy z Białorusią” (Ils), „Prezydent spotkał się z funkcjonariuszami i żołnierzami chroniącymi granicę z Białorusią” (Agnieszka Siewiereniuk).

 

Teraz „Wyborcza”: materiał o aktorce Mai Ostaszewskiej niosącej pomoc „uchodźcom” (dla „Kuriera” to „imigranci”) pt. „Wierzę, że Polacy są dobrzy”. Wywiad  z aktorem Maciejem Stuhrem: „Będąc na granicy, zrozumiałem, że ci ludzie są skazani na śmierć”. „To, że w lasach przy granicy nie ma setek, a nawet tysięcy trupów, to dzięki temu, że codziennie ratowaliśmy ludzkie życie. Bez centralnego zarządzania. Spontanicznie. Szykanowani przez policję, Straż Graniczną i zwykłych ludzi, robiliśmy to każdego dnia”.

 

Kolejny artykuł apeluje „Otwórzmy  korytarz humanitarny dla Tamana”, niepełnosprawnego 9-latka, który „jechał z rodzicami i rodzeństwem do Niemiec i utknął w lesie-pułapce, bez możliwości powrotu, z jedzeniem dostarczanym raz dziennie”.

 

Kolejny: „Medycy na granicy” dyżurują jeszcze tylko dwa dni. Ale pomoc medyczna dla uchodźców nie znika z granicy” i ostatni materiał: „Uchodźcy. Kolejna śmierć przy granicy i prowokacje białoruskich pograniczników”.

 

W „Dzienniku Bałtycki” i „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” porównałem materiały na temat trzech manifestacji w Gdańsku pod fontanną Neptuna. Dziennik rzeczowo opisuje te trzy manifestacje, pierwszą  przygotowywaną przez Młodzież Wszechpolską i Ruch Narodowy (ok. 30 osób) pod hasłem: „Chcemy bezpiecznej granicy – Nie dla gdańskiej targowicy”. W kontrze do manifestacji Młodzieży Wszechpolskiej swoje manifestacje zorganizowały Amnesty International Trójmiasto, KOD, Trójmiejska Akcja Kobieca pod hasłami „Żądamy godności na granicy” oraz „Nikt nie jest nielegalny. Bezpieczna granica bez umierania” oraz Obywatele RP, którym hasłem przewodnim było „Faszyzm STOP. Tu jest granica przyzwoitości”.  „Wszystkie protesty przebiegły pokojowo, to jednak nie było się bez prób prowokacji, którym skutecznie zapobiegała gdańska policja”.

 

Materiał w „Wyborczej” jest z cztery razy dłuższy i szczegółowo opisuje zachowania i wypowiedzi organizatorów i uczestników, a tych było niewiele, na wszystkich trzech manifestacjach około 100-150 uczestników. GW odnotowuje satysfakcję kontrmanifestacji, że tym razem (a nie jak w Warszawie, gdy to Robert Bąkiewicz zagłuszał Donalda Tuska) oni mieli głośniejszy sprzęt i zagłuszyli „faszystów”.

 

W „Dzienniku Bałtyckim” na czołówce wydania sobotniego obszerny artykuł jak z „Wyborczej”: „Czy centralistyczna władza ogranicza zdolność podejmowania i pokonywania wyzwań? Jan Król, były wicemarszałek Sejmu nie ma wątpliwości”. (Przypomnę, że to działacz wywodzący się z Unii Wolności, obecnie doradca BCC).

 

W dziale „Opinie” „Dziennika” felieton Wojciecha Wężyka „Do biegu gotowi”, który nawiązuje do różnych marszów, począwszy od Marszu Niepodległości i w tym felietonie zdanie, które chyba za poprzedniego właściciela, by się nie mogło pojawić: „Nie oznacza to jednak, że jestem ich przeciwnikiem, wszak maszerowanie dowodzi, że z naszą demokracją nie jest jeszcze tak źle jak sądzą potomkowie autorów „brunatnych marszów”, z żarliwością godną większych wyzwań pouczający nas o tym, jak i gdzie Polacy powinni maszerować”.

 

Natomiast redaktor naczelny „Dziennika Bałtyckiego” Artur Kiełbasiński, w komentarzu „Patriotyzm ze strzykawką i w maseczce” apeluje o szczepienie się.

 

„Gazeta Wrocławska” zamieszcza „Raport o stanie państwa” ogłoszony przez Lewicę Razem, która ocenia 6 lat rządów Prawa i Sprawiedliwości i nie jest to laurka pod adresem PiS.

 

W „Gazecie Krakowskiej” naczelny Wojciech Mucha komentuje odznaczenie orderem Orła Białego krakusów: Leszka Długosza i Jana Polkowskiego, z którymi uhonorowana także Joannę Dudę-Gwiazdę i wspomina swoją wizytę u „Kawalera i Damy” w gierkowskim bloku, w skromnym mieszkaniu JoannyAndrzeja Gwiazdów.

 

Natomiast Przemysław Franczak „Przeprasza za świat, w który was wplątałem”, a w nim taki passus: „Bo wplątał też w rozedrganą i rozpaloną Polskę. W Polskę, w której żadne protesty nie były tak liczne jak te w obronie praw kobiet. Wplątał w Polskę, w której kobiety zaczęły się bać zachodzić w ciążę i doprawdy trudno im się dziwić. W Polskę odwróconych pojęć, gdzie najwięcej dla zniechęcenia kobiet do macierzyństwa zrobiła partia deklarująca się jako najbardziej pro demograficzna. W Polskę, w której sprawą aborcji cynicznie gra się w celu przykrycia innych tematów. W Polskę, która w 1989 roku chciała być – tak ogólnie – Ameryką, a teraz woli być Teksasem niż Kalifornią. Wplątał w Polskę Ordo Iuris”. Przyznacie, że takiego komentarza nie powstydziłby się Paweł Wroński z „Wyborczej”?

 

Pomiędzy heroizmem a służeniem

 

Kto zatem ma rację, Towarzystwo Dziennikarskie złożone głównie z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” które po zakupie Polska Press przez Orlen wystosowało do dziennikarzy tych gazet apel:

„Teraz macie zostać kolejnym głosem Nowogrodzkiej, a ci, którzy się nie podporządkują, będą musieli odejść. Waszymi szefami zostaną, już sprawdzeni, propagandyści z lokalnych mediów ‘publicznych’, wyznaczą Wam cele i przeciwników”.

 

Czy też rację ma Dorota Kania, członek zarządu Polska Press, która w Wirtualnemedia.pl odpiera zarzuty odchodzących dziennikarzy, iż doświadczyli nacisku, kneblowania czy ingerencji w teksty dziennikarskie: „odchodzący dziennikarze narzekają na Polska Press, by podbić swoją pozycję na rynku pracy – twierdzi Kania. – W Polska Press nie ma kneblowania dziennikarzy”.

 

Doświadczenie z każdej szerokości geograficznej uczy, że jeśli partia polityczna kontroluje jakieś media, to jej celem nie jest rzetelne i bezstronne informowanie opinii publicznej oraz kontrola władzy, ale używanie ich jako narzędzia do zachowania i przedłużenia władzy.

 

Na obecnym etapie zarządzający gazetami „Orlen Press” prowadzą inteligentną grę z czytelnikami. Świadczą o tym wyniki sprzedaży. To, że nadal spada sprzedaż gazet Polska Press jest tylko odbiciem światowego trendu, ale w Polsce najbardziej dramatyczny spadek sprzedaży nie odnotowały w sierpniu bieżącego roku (ostatnie dane) gazety Obajtka, a „Gazeta Olsztyńska / Dziennik Elbląski”, której Orlen, jako jedynej gazety regionalnej, nie nabył. Sprzedaż „Olsztyńskiej” zjechała aż o 34,20 proc w dół (do 4 896 egz. średniej sprzedaży). Wśród gazet ogólnopolskich największy spadek odnotowała gazeta Michnika, wzór „niezależności” . Jej średni wynik poszedł w dół najbardziej w zestawieniu – o 13,07 proc. do 53 781 egz.

 

Mimo tych wyników nie mam żadnych złudzeń, że w momencie wyborów do parlamentu, gra w gazetach Polska Press będzie tylko do jednej politycznej bramki. I nie chciałbym być w skórze dziennikarzy koncernu Obajtka, tych, którzy chcieliby uczciwie wykonywać swój zawód. Takim dziennikarzom Towarzystwo Dziennikarskie proponuje: „Nie możemy od nikogo wymagać heroizmu, ale pamiętajcie: możecie stawiać opór. Obowiązujące ciągle prawo prasowe gwarantuje Wam dziennikarską autonomię, prawo odmowy publikacji treści, z którymi się nie zgadzacie”.

 

Z tym apelem polemizuje Witold Głowacki, który w maju br. zrezygnował z funkcji pierwszego zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika „Nasza Historia” i na początku października poinformował, że odchodzi z Polska Press. On znalazł pracę Oko.press i rozpoczął współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Broni swoje koleżanki i kolegów z Polska Press:

 

„Poddawanie dziennikarzy mediów regionalnych i lokalnych moralnemu terrorowi z pozycji warszawskiego ciepełka to zatem albo dowód zupełnego braku rozeznania w sytuacji, albo zwykły sadyzm i/lub cynizm. I tak jedzie prosto na nich prowadzony przez politruków walec” – stwierdził dla Wirtualnemedia.pl.  I uświadamia, że poza Warszawą, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem „odejście z Polska Press może oznaczać decyzję o pożegnaniu się z dziennikarstwem”.

 

Całkowicie zgadzam się z red. Głowackim, że „Zamiast kwików i płomiennych apeli o 'stawianie oporu’ zdecydowanie lepiej byłoby na przykład usłyszeć jeden konstruktywny pomysł na naprawę sytuacji w mediach regionalnych i publicznych po ewentualnej zmianie władzy i ich odpolitycznienia”.

 

Głowacki zwraca uwagę, że poza ustawą o mediach narodowych nie istnieją żadne regulacje prawne, które dotyczyłyby państwowej własności w mediach. „Od polityków opozycji, zamiast pomstowania na to, co dzieje się na łamach tych wszystkich dzienników regionalnych i zamiast wzywania dziennikarzy do przyklaskiwania tym, którzy odeszli – mówi Głowacki – powinna wypłynąć jakaś alternatywa. Do dziś nikt nie przedstawił żadnego projektu czy ustawy, czy też w ogóle sposobu przywrócenia normalności w mediach regionalnych, należących do Polska Press. To można by zrobić pewnie na dwa sposoby: zadeklarować, że ta własność zostanie zbyta – ale też pytanie, kto by miał to kupić i na jakich warunkach? Albo można pomyśleć o ustawie, która w jakiś sposób regulowałaby państwowe posiadanie mediów, czego w Polsce (poza „Rzeczpospolitą” lata temu) praktycznie nie było” – wskazuje Głowacki.

 

Casus „Gazety Olsztyńskiej”

 

Regulacje nic tu nie pomogą, co dobitnie pokazuje los mediów tzw. publicznych (TVP i rozgłośni regionalnych). Wszystkie po kolei partie polityczne przed wyborami obiecywały uniezależnienie mediów publicznych od ręcznego sterowania przez polityków, a po zwycięskich wyborach ich obietnice trafiały do kosza. Kolejne rządy używały mediów publicznych jako narzędzi propagandowych, obecny rząd poszedł w tym najdalej. Toteż raczej należałoby się skupić na stworzeniu ustawy, która  nakazywałaby zbycie spółce Skarbu Państwa udziałów w koncernie prasowym na rzecz podmiotów prywatnych, z kapitałem polskim. To oczywiście nie da 100-procentowej pewności ich niezależności od partii politycznych. Ciekawym poligonem doświadczalnym jest „Gazeta Olsztyńska” kupiona we wrześniu br. przez Andrzeja Senkowskiego, przedsiębiorcę z Warszawy, potentata  w branży części samochodowych. Na witrynie jego spółki Polcar widnieje niespotykana w biznesie deklaracja, że firma kieruje się „wartościami chrześcijańskimi”. Właściciel wsparł finansowo produkcje filmów „Smoleńsk” i „Legiony”.  Za mało czasu minęło od nabycia tytułu, by wyciągać daleko idące wnioski. Właściciel powołał nowego prezesa Macieja Materę, ostatnio prezesa spółki z Polskiej Grupy Zbrojeniowej, ale zostawił w firmie odwołanego prezesa z funkcją dyrektora; natomiast stanowiska nie stracił redaktor naczelny Igor Hrywna.

 

„GO” przed sprzedażą była „płatnym słupem ogłoszeniowym”, a że w gronie najhojniejszych płatników był samorząd województwa, od lat w rękach PSL-PO, więc politycy tych partii, a zwłaszcza marszałek województwa, prezes PSL na Warmię i Mazury Gustaw Marek Brzezin, są non stop lansowani.

 

Obecnie musieli posunąć się na łamach i zrobić trochę miejsca także dla polityków PiS-u, którzy składają wizyty w Olsztynie. Widać na łamach pewną zmianę akcentów ideowych, ale nie jest to gwałtowne przestawienie wajchy. Nowością jest pojawienie się tekstów krytycznych wobec prezydenta Olsztyna, z rodowodem z PZPR, Piotra Grzymowicza, rządzącym od lat w koalicji z PO, za paraliż komunikacyjny miasta spowodowany budową linii tramwajowej. Poprzednio „GO”, tak jak i „Gazeta Wyborcza Olsztyn” entuzjastycznie popierała odtworzenie linii tramwajowej w Olsztynie.

 

Ale w tym samym czasie ukazał się ogromny wywiad z p.o. dyrektora Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, w którym afera wybucha za aferą (pisały o tym niedawno portale ogólnopolskie, zwłaszcza wp.pl, które oskarżyła prof. Wojciecha Maksymowicza z tego szpitala o obecność w sejmie podczas dyżurów lekarskich oraz o to, że asystował tylko „na papierze” przy operacji prowadzonej przez lekarza bez ukończonej specjalizacji, pacjentka zmarła. Dziennikarka „GO” w ogóle o te sprawy nie pyta! Wywiad sprawia wrażenie materiału sponsorowanego, w którym p.o. dyrektora mówi o tym, jak szpital wspaniale się rozwija. Następnie dziennikarka na swoim profilu na Facebooku chwali się swoją przyjaźnią z dyrektorem!

 

Zobaczymy, jaki ostatecznie kształt przybierze „GO” z nowym właścicielem. Zapewne będzie to zależało, czy i ile nowy prezes pozyska reklam ze spółek Skarbu Państwa. Jednak mimo wszystko taki właściciel powinien być lepszy z punktu widzenia wolności słowa niż taki jak Daniel Obajtek, zawdzięczający swoją funkcję politykom.

 

Adam Socha

 

Nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza – rozmowa z MACIEJEM MATERĄ, prezesem spółki wydającej „Gazetę Olsztyńską”

Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, jego ideą było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją – mówi Maciej Matera, prezes Grupy WM, wydającej „Gazetę Olsztyńską” w rozmowie z Adamem Sochą.

 

Presserwis podał, że po zmianie właściciela „Gazeta Olsztyńska” obniży od października pracownikom pensje o 10 proc, na pół roku. Powołał się na anonimowych dziennikarzy, którzy mieli powiedzieć, że nowy właściciel uzasadnia to trudną sytuację firmy. Informator Presserwisu twierdzi, że obecnie dziennikarze zarabiają 2500 złotych „na rękę”, stażyści dostają tyle samo co dziennikarze z długoletnim stażem. Atmosfera jest przygnębiająca, pracownicy obawiają się zwolnień. Co z tych informacji może pan potwierdzić?

 

Muszę zacząć od tego, że ratujemy „Gazetę Olsztyńską”. W chwili kupna Grupy WM wydawcy tej gazety przez prywatnego inwestora pana Andrzeja Senkowskiego była ona w fatalnej sytuacji finansowej i groziły jej najgorsze scenariusze. Kupno firmy przez pana Andrzeja Senkowskiego  uratowało „Gazetę Olsztyńską”. Dane podawane przez Presserwis dotyczące wynagrodzeń to obraz jej historii. My skupiamy się na jej przyszłości, w której nie planujemy zwolnień dziennikarzy i nie zwolniliśmy żadnego dziennikarza. Oczywiście mogą być pojedyncze przypadki, np. stażystom kończą się umowy, albo ktoś z różnych powodów chce od nas odejść. Ale to są indywidualne sprawy.

 

Wirtualnemedia.pl podały, że Grupa WM w 2020 roku odnotowała 3,99 mln zł straty, a średnia sprzedaż egzemplarzowa „Gazety Olsztyńskiej” spadła do 4 tys. Czy może pan potwierdzić te informacje?

 

Potwierdzam, że firma w 2020 r. (przed naszym „przyjściem”) zanotowała stratę w wysokości 3,994 mln zł czyli jednego miesiąca traciła średnio ponad 300 tyś zł. Dlatego w pierwszej kolejności dokapitalizowaliśmy spółkę, aby poprawić jej płynność finansową, następnie koncentrujemy się na zmianie jej sposobu funkcjonowania, tak aby jak najszybciej przerwać generowanie przez nią tak dużych strat. Jeśli chodzi o sprzedaż gazet, to był to spadek ponad 20 proc. Według najnowszych danych Polskich Badań Czytelnictwa średnia dzienna sprzedaż „Gazety Olsztyńskiej” i „Dziennika Elbląskiego” to 4343 egz. Ratujemy „Gazetę”, odbywa się to w sposób nie zakłócający jej regularnego wydawania. Już wiemy, że nie zaliczymy ani jednego dnia przestoju. Musieliśmy się bardzo spieszyć, bo reaktywowanie tytułu, po kilku tygodniach czy miesiącach nieistnienia na rynku, wymagałaby bardzo dużych nakładów finansowych. W tej chwili mogę powiedzieć, że spółka jest na bezpiecznej ścieżce. Wyniki września pokazują, że osiągamy zamierzone cele i poprawiamy wyraźnie sytuację firmy.

 

Powrócę do pierwotnego pytania, czy w ramach szukania oszczędności nastąpiła redukcja zatrudnienia i obcięcie zarobków?

 

Staramy się robić przekształcenia bez zwolnień pracowników. Odejścia wynikają z naturalnych ruchów kadrowych. Niektóre osoby osiągnęły np. wiek emerytalny, ale akurat dziennikarzy, którzy w przyszłym roku osiągną wiek emerytalny, chcielibyśmy w większości zatrzymać w firmie, żeby młodzi korzystali z ich doświadczenia. Było sporo umów kontraktowych, które wygasły we wrześniu. I z tego tytułu może powstało wrażenie, że zwalniamy pracowników. A my po prostu przeanalizowaliśmy zasadność tych umów w kontekście rozwoju i nowych potrzeb firmy i niektórych z nich nie przedłużyliśmy. To jest duża firma medialna: gazeta codzienna, tygodnik w każdym mieście powiatowym, redakcja internetowa, drukarnia, telewizja internetowa, działalność eventowa, to wszystko generuje bardzo duże koszty stałe. Nasza filozofia zarządzania jest inna od dotychczasowej. Chcemy promować kreatywne i efektywne zaangażowanie pracowników, dlatego wdrożyliśmy nowy system motywacyjny, w którym były redukcje w wynagrodzeniach w części zasadniczej, bo bez tego wyprowadzenie firmy z permanentnego generowania strat byłoby niemożliwe. Natomiast nie zmniejszyliśmy prowizji, funduszu honoraryjnego dziennikarzy oraz stworzyliśmy nowy dodatkowy sposób premiowania. W nowym systemie wynagrodzenia najlepsi dziennikarze i inni pracownicy mają szansę zarabiać znacznie lepiej niż poprzednio. Jestem pewien, że wielu pracowników na tym skorzysta.

 

Ilu zatem dziennikarzy pracowało w koncernie w chwili zakupu spółki, ilu odeszło do dzisiaj? Czy dziennikarze mają zatrudnienie na etat i jakie jest średnie wynagrodzenie netto dziennikarzy?

 

Obecnie jest u nas zatrudnionych ponad 60 dziennikarzy. W tym zdecydowana większość na  umowy o pracę. Niewielka część współpracuje z nami okazjonalnie. O nowych zarobkach dziennikarzy będziemy mogli porozmawiać za trzy miesiące jak wdrożone mechanizmy zaczną przynosić efekty. Zwalniający się dziennikarz, a był to jednostkowy przypadek, dotyczył podjęcia decyzji jeszcze przed zakupem firmy.

 

W jakim celu Andrzej Senkowski kupił koncern prasowy? To nie jego branża. Znawcy rynku medialnego raczej spodziewali się, że tytuł kupi Orlen, żeby domknąć swój portfel wydawniczy.

 

Ideą pana Andrzeja Senkowskiego było ratowanie zasłużonej dla Warmii i Mazur gazety, ze 135-letnią tradycją, aby służyła całej społeczności tego regionu. Pan Andrzej Senkowski nie patrzy na Grupę WM jak na inwestycję finansową czy na dywersyfikację swojej działalności biznesowej, ale oczywiście to nie oznacza, że firma ma generować straty. W końcu jest spółką prawa handlowego. Pan Andrzej Senkowski wykupił i dokapitalizował firmę i uratował ją przed najgorszymi scenariuszami.

 

W krótkiej rozmowie ze mną Andrzej Senkowski poinformował, że gazety koncernu będą niezależne. Według informacji, które przekazał mi jeden z byłych naczelnych „Gazety Olsztyńskiej” (było to kilkanaście lat temu) ¾ dochodów biura reklamy stanowiły ogłoszenia samorządów, urzędów i instytucji państwowych. To sprawiło, że „Gazeta” zamieniła się w swoisty słup ogłoszeniowy dla polityków (np. od lat na łamach „GO” trwa nieustający festiwal marszałka województwa, zarazem prezesa wojewódzkiego komitetu PSL, za pieniądze podatników). Ogłoszeniodawcy (politycy i biznesmeni) byli objęci swoistym immunitetem, a szefowa biura reklamy potrzebowała artykułów, tylko jako „wypełniaczy” miejsc nie zajętych przez reklamy. Doprowadziło to do utraty wiarygodności gazet koncernu w oczach czytelników. Jeden z redaktorów lokalnego portalu obywatelskiego nazwał publicznie gazety koncernu „szmatami”, bo są tubą władzy i sąd stwierdził, że miał prawo do takiej opinii. Jak więc zamierza pan odzyskać wiarygodność gazet w oczach czytelników i zapewnić dziennikarzom niezależność? Bo niezależne dziennikarstwo polega na  patrzeniu władzy na ręce, ale wiąże się z ryzykiem utraty części ogłoszeniodawców. Niezależność dziennikarza wyraża się też w godnej pensji.

 

O godnym wynagrodzeniu już powiedziałem – dążymy do tego i w niedalekiej przyszłości tak będzie się dziać. Skupiamy się na obecnej chwili i przyszłości. Proporcje w strukturze przychodów podane przez pana redaktora pochodzą z opinii, a nie z aktualnych twardych danych finansowych i naszych analiz. Na dzień dzisiejszy rynek komercyjny, a więc nie instytucji samorządowych i państwowych, ale przedsiębiorstw, tzw. drobnych ogłoszeń, wpływów z usług drukarskich i eventów stanowi dużo większą pozycję. Zbieraliśmy opinie o „Gazecie” przed transakcją i wsłuchujemy się również teraz w wyrażane o niej opinie w sposób wnikliwy. Wierzymy w rzetelne dziennikarstwo i prowadzenie gazety obiektywnej na możliwie najwyższym poziomie merytorycznym. Jedną z pierwszych moich decyzji było „wyjęcie” redakcji ze struktur pośrednich i obecnie redakcja bezpośrednio podlega pod prezesa firmy. Dziennikarzom daliśmy swobodę tworzenia, nie ingerujemy w teksty, nie ma żadnej cenzury. Oczywiście gazeta jak każdy produkt na rynku, choć specyficzny, podlega regułom rynkowym tzn. musi mieć swoich odbiorców, być potrzebna, czytana, sprzedawać się, ale też musi mieć reklamodawców. Najważniejszą cechą „Gazety Olsztyńskiej” jest działanie na rynku lokalnym Warmii i Mazur. Chcielibyśmy rzetelnie informować naszych czytelników o sprawach regionu. Politykom i samorządowcom „trzeba patrzeć na ręce”, jak pan redaktor przywołał często spotykane stwierdzenie. Taka jest rola mediów, jeśli chcą wspierać demokrację.  Ale jest też inna rola – należy opisywać rzetelnie rzeczywistość i jeśli politycy i samorządowcy realizują pozytywne i dobre inicjatywy dla społeczeństwa, na których wszyscy korzystamy to należy je również opisywać. Natomiast jest jeszcze inny aspekt tych spraw. W dzisiejszych czasach z samej informacji jest trudno mediom „wyżyć”. Obecne media mają też inne funkcje jak rozrywka, edukacja itp. A zatem opisywanie polityki, zwłaszcza w mediach lokalnych, nie jest elementem wiodącym. Z drugiej strony powstało dużo portali zajmujących się tylko sferą polityki i czytelnik, który się bardziej interesuje zagadnieniami politycznymi ma do tych informacji czy opinii swobodny dostęp. Niekoniecznie czerpie wiedzę na ten temat z portali regionalnych czy gazet regionalnych. Proszę zwrócić uwagę, że portale zajmujące się polityką  mają zasięg nieograniczony niczym, nawet językiem, zwłaszcza przy coraz lepszych tłumaczeniach elektronicznych. Rynek lokalny jest z punktu widzenia marketingu zbyt płytki, aby mógł utrzymać gazetę „polityczną”. My nie jesteśmy gazetą polityczną, „żyjącą” z polityki, chociaż o polityce na pewno będziemy też pisać. Dlatego chcielibyśmy raczej podnieść jej poziom merytoryczny, wzbogacić tematykę, przedstawiać różne idee i wejść w swoistą interakcję i więź z naszymi czytelnikami. Mieszkańcy Warmii i Mazur zasługują na obiektywną i interesującą gazetę o możliwie najwyższym poziomie dziennikarskim. Oczywiście o wszystkim nie damy rady pisać, bo nie mamy tak licznego zespołu, jak gazety ogólnopolskie, dlatego chcemy się skupiać na poruszanie najpoważniejszych problemów regionu, ale na pewno chcemy opisywać również ważne wydarzenia krajowe  i zjawiska ogólnoświatowe, które wywierają wpływ na każdego z nas. Jesteśmy przecież świadkami wielkich wyzwań cywilizacyjnych w świecie w praktyce na każdym polu. Chcemy też otworzyć łamy naszych gazet dla dziennikarzy freelancerów.

 

W gazetach Polska Press po przejęciu przez Orlen niemal natychmiast zmieniono naczelnych, pan takiej decyzji nie podjął. Zastanawia też pozostawienie w firmie państwa Tokarczyków na stanowiskach dyrektorskich. Z moich rozmów z byłymi pracownikami „Gazety” wynika, że to ich sposób zarządzania firmą i pracownikami doprowadził ją na skraj upadku. Komentujący na forach internetowych odbierają to jako zapowiedź kontynuacji polityki koncernu, z pewną korektą, tzn. marszałek będzie musiał trochę się posunąć na łamach „Gazety Olsztyńskiej” i zrobić miejsce także dla polityków PiS-u oraz więcej będzie tematyki kościelnej. Czy przewidywania internautów są trafne?

 

Szanujemy wszystkich naszych pracowników, chcemy się najpierw przyjrzeć ich pracy w nowej odsłonie „Gazety”,  a dopiero potem podejmować decyzje personalne. Branża medialna podlega szybkim zmianom. Nasza „Gazeta” i portale też się będą zmieniać, a tym samym jest szansa na tworzenie się nowych miejsc pracy np. w dziennikarstwie internetowym. Gazety drukowane ustąpiły dużo ze swojej pozycji na rzecz internetu. To jest oczywiste. Choć uważam osobiście i mam nadzieję, że gazety drukowane nie znikną tak szybko, to przecież musimy być elastyczni w zarządzaniu i sprostać nowym wyzwaniom. Chcielibyśmy, żeby każdy pracownik swoje talenty rozwijał w pracy na stanowiskach i w miejscu, które mu na to pozwoli i miał szansę sprawdzenia się. Widzimy pracę dziennikarzy jako zespół współpracujący ze sobą, ale też specjalizujący się w określonych kanałach medialnych. Brakuje nam dziennikarzy, reporterów, redaktorów. Na pewno ktoś do nas dołączy. Kto gdzie się znajdzie, czy zostanie na swoim stanowisku czy zmieni swoje miejsce w strukturze firmy to zależy od strategii rozwoju spółki oraz osobistych talentów i predyspozycji.

 

Jeśli chodzi o przewidywania internautów to chciałbym powiedzieć, że chcemy ich pozytywnie zaskoczyć i pracujemy nad tym, żeby to była nowa, interesująca odsłona „Gazety Olsztyńskiej” i portali, która mam nadzieję pozytywnie zostanie przyjęta. Nie chcemy nikogo z naszych czytelników utracić, a wielu pozyskać i przekonać do naszej gazety i portali.

 

Rozmawiał Adam Socha

 

 


 

Maciej Matera

Rocznik 1964.  Z wykształcenia jest polonistą i teatrologiem, ukończył też studia biznesowe z zakresu zarządzania i marketingu oraz studia Executive MBA. Jest zawodowym menedżerem – był dyrektorem i prezesem szeregu firm prywatnych i państwowych z różnych branż, a ostatnio m.in. dyrektorem Biura Amunicji i Rakiet w Polskiej Grupie Zbrojeniowej oraz członkiem rad nadzorczych w Wojskowych Zakładach Elektronicznych SA i Energomontażu-Północ Gdynia S.A. We wrześniu został prezesem Grupy WM.

 


 

Kim jest nowy właściciel „Gazety Olsztyńskiej”?

 

Andrzej Senkowski (rocznik 1956) Grupę WM, wydającą m.in. „Gazetę Olsztyńską” i „Dziennik Elbląski”, kupił od prezesa Jarosława Tokarczyka we wrześniu tego roku. Wcześniej, od 1998 roku właścicielem firmy był obywatel Niemiec Xavier Hirtreiter, wówczas prezes Neue Passauer Presse.  W 2019 roku przekazał on spółkę Tokarczykowi, poprzez dobrowolne umorzenie swoich udziałów.

 

Andrzej Senkowski to polski przedsiębiorca z Warszawy, twórca największej w Polsce firmy handlującej zewnętrznymi częściami samochodowymi Polcar, którą tworzył „od zera”, od 1986 roku. Dzisiaj firma posiada centrum logistyczne o pow. 110 tys. m2 w Wólce Kosowskiej k. Warszawy. Firma zatrudnia 600 pracowników. Na witrynie internetowej Polcaru czytamy: „Od momentu założenia po dzień dzisiejszy firma kieruje się chrześcijańską etyką, co przejawia się w indywidualnym podejściu i szacunku do klienta, pracowników jak i do partnerów handlowych”. Właściciel finansował m.in. filmy „Smoleńsk” i „Legiony”.

AS

 

ADAM SOCHA: Pierwsza bitwa z Big Tech wygrana

Zwycięstwo Australii nad Facebookiem i Googlem, to pierwsze takie zwycięstwo państwa nad dwoma gigantami z grupy GAFA. Po kilku dniach „wojny” z Australią Facebook zapowiedział, że wycofa się z blokady dostępu do artykułów z australijskich portali informacyjnych. Google niemal od razu skapitulował. Blokada była odpowiedzią na zapowiedź wprowadzenie opłat dla cyfrowych platform pośredniczących za korzystanie z treści z australijskich mediów. To pokazuje, że państwa są w stanie złamać dyktat właścicieli Big Tech, jeśli tylko będą stanowcze i solidarne.

 

W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. Po roku wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. „Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – zaalarmował Mathias Döpfner, szef koncernu Axel Springer przewodniczącą Komisji Europejskiej.

 

Facebook sam z siebie nie wytwarza żadnych informacji, żeruje tylko na treściach wytwarzanych przez redakcje pism, a te rok po roku są w coraz to gorszej kondycji, gdyż ponoszą koszty „produkcji” informacji, które rosną, a gwałtownie kurczą się im wpływy z reklamowego tortu, bo ten głównie pożera potwór GAFA.
Upadek mediów, to upadek demokracji. Społeczeństwa zamiast wiarygodnych informacji na temat swoich rządów zostaną skazane na utopienie się w oceanie miliardów postów w mediach tzw. Społecznościowych.

 

Na domiar złego algorytmy tak są ustawione, by czytelników zamykać w bańki informacyjne i karmić ich bzdurami, fałszywymi teoriami i fake newsami, gdyż to one wzbudzają największe emocje, a więc generują największy ruch w sieci i powiększają zyski właścicieli BIG TECH. Z jego serwisów i aplikacji korzysta miesięcznie już 3,3 mld internautów, a z samego Facebooka – 2,8 mld. Z każdego użytkownika koncern zarabia kwartalnie 8,62 dolara.

 

Chwała rządowi Australii (pytanie, dlaczego nie zrobiła tego kroku Unia Europejska?), że powiedział stanowczo „macie podzielić się zyskami z mediami”. Mark Zuckerberg w pierwszym odruchu wyłączył dostęp do australijskich mediów na Facebooku. „Szkoda, że nie wykazywał takiej stanowczości, gdy terrorysta z Australii transmitował na FB swój zamach na meczety w Christchurch” – skomentował z przekąsem Paweł Nowacki, niezależny ekspert rynku medialnego , dla wirtualnemedia.pl. – Albo gdy firma Cambridge Analytica robiła z danymi użytkowników FB co chciała”.

 

Gdy rząd Australii nie ugiął przed szantażem Zuckerberga, a jego politykę poparły Wielka Brytania, Kanada, Francja i Indie, właściciel Facebooka zmiękł. Po negocjacjach również rząd nieco złagodził przepisy. Jak informuje gazeta.pl, Facebook ma mieć możliwość decydowania o tym, czy dane treści pojawią się na platformie, dzięki czemu nie będzie zmuszany do płacenia za niechciane wiadomości. Zdaniem firmy, pozwoli to wspierać wybranych małych i lokalnych wydawców. Wprowadzony zostanie również dwumiesięczny okres, podczas którego platforma społecznościowa będzie mogła dogadać się z danym wydawcą. Co więcej, rząd nie będzie mógł zmusić gigantów do płacenia, jeśli ci wykażą „znaczący wkład” w lokalne dziennikarstwo.

 

Jest więc szansa, że zgodnie z efektem domina, wkrótce i te rozwiązania dotrą do Polski. Tym bardziej, że ochronę nakładów finansowych wydawców, którzy utrzymują redakcje, dziennikarzy i płacą za powstanie materiałów prasowych, wprowadza też dyrektywa w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych (UE 2019/790), która powinna zostać zaimplementowana do 7 czerwca br.

 

Marek Frąckowiak, szef Izby Wydawców Prasy jest przekonany, iż także Facebook zacznie wkrótce rozmowy z wydawcami, których skutkiem będzie uzyskanie stosownych licencji. Beneficjentami będą nie tylko wydawcy i dziennikarze, ale i całe społeczeństwo, które będzie mogło nadal otrzymywać wiarygodne, rzetelne informacje prasowe, stanowiące najlepszy element walki z fake newsami.

 

Jednak do takiego happy endu jeszcze długa droga. W tej wojnie z ponadpaństwowymi gigantami cyfrowymi, to dopiero pierwsza wygrana bitwa. Państwa czekają z nimi o wiele poważniejsze bitwy na polu walki o wolność słowa.

 

Dr Jacek Bartosiak, szef Strategy&Future w rozmowie z Tok FM stwierdził, że polityków mocno przestraszyło zablokowania przez Twitter i Facebook kont Donalda Trumpa.

 

Moim zdaniem, jak zablokowano Donalda Trumpa, to Biden może się trochę cieszył, ale jak znam polityków, a oni są wyczuleni na to, to natychmiast pojawił pomysł jak to ukrócić – powiedział Bartosiak. – Bo polityk nie może być zależy od Twittera. Na pewno wszyscy politycy tak myślą i będzie wielka batalia o przykrócenie władzy gigantów, będą ustawy antytrustowe, tak jak były na przemysł stalowy”. Analityk przewiduje, że w finale tej wojny Facebooka czy Google podzielą los monopolistów. „Pierwsi dostawcy gazu czy prądu robili niesamowitą karierę, aż ich w końcu znacjonalizowano. Jeżeli jest się dostawcą czegoś, co stało się niezbędną linią komunikacyjną do życia, to wcześniej czy później politycy kładą na to rękę i będzie oto wojna —zaznaczył szef Strategy&Future.

 

Państwa muszą wygrać tę wojnę z ponadnarodowymi megakorporacjami, stojącymi ponad prawem, ponad rządami i porządkiem demokratycznym, gdyż inaczej, jak napisał szef Axel Springer do szefowej KE, czeka nas koniec demokracji, wolności, praworządności i praw człowieka.

 

Adam Socha

ADAM SOCHA: Osłabić wrogie media, wzmocnić własne

Po repolonizacji Polska Press, rząd robi kolejny krok w kierunku węgieryzacji mediów w Polsce, czyli osłabienia i zmarginalizowania mediów opozycyjnych i wzmocnienia mediów prorządowych. W ślad za Orbanem polski rząd chce od marca obłożyć media nową daniną od reklam, która ma wycisnąć z nich rocznie 800 mln złotych. Środki te, oficjalnie, mają wesprzeć ochronę zdrowia i kulturę.

 

Wydawcy prasowi, nadawcy radiowi i telewizyjni, kina i firmy reklamy zewnętrznej będą musieli oddać budżetowi państwa nawet 15 proc. swoich przychodów reklamowych – zależnie od wielkości obrotów i segmentu działalności. 5 proc. zapłacą globalni giganci internetowi.

 

Jeśli ten podatek (Ministerstwo Finansów unika tego terminu) byłby wymierzony głównie w cyfrowe mocarstwa, jak Facebook czy Google, które zarabiają krocie na naszym rynku reklamowym, nie dzieląc się zyskiem z państwami i jawnie je lekceważą (no, chyba, że tym państwem są Chiny), to tylko bym przyklasnął.

 

Giganci ci zgarniają ogromna część tortu reklamowego na rynku lokalnym, osłabiając i tak słabe media krajowe. Zwrócił na to niedawno uwagę szef Axel Springer w dramatycznym liście otwartym do Ursuli von der Leyen, szefowej Komisji Europejskiej. Jego zdaniem, jeśli nie podda się tych ponadpaństwowych koncernów regulacjom prawnym, to pożegnamy się z demokracją,  wolnością, praworządnością i prawami człowieka.  W styczniu 2020 r. kapitalizacja rynkowa Google, Facebooka, Amazona, Apple, Netflixa i Tesli wynosiła 3,9 biliona dolarów. W styczniu 2021 r. – rok po wybuchu globalnej epidemii COVID-19 – wartość giełdowa tych sześciu firm wynosi już 7,1 biliona dolarów – podaje szef Axel Springer. – W tym samym czasie na całym świecie zlikwidowano 255 milionów miejsc pracy. Same tylko Google i Facebook zgarnęły w zeszłym roku ok. 230 mld dolarów z reklam. To 46 proc. światowego rynku reklamowego. Według prognoz, do 2024 r. ich udział w rynku wzrośnie do ponad 60 proc. Absolutna dominacja tych platform oznaczać będzie niemal całkowity zanik różnorodności oferty dziennikarskiej, artystycznej i komercyjnej – alarmuje szef Axel Springer.

 

Jednak w przypadku projektu rządu – jak zgodnie oceniają firmy mediowe, eksperci od rynku medialnego i organizacje gospodarcze, – ta danina dla gigantów będzie stanowić prawie niezauważalny uszczerbek, o ile jej się w ogóle podporządkują, to dla prasy będzie ogromnym ciosem, a więc w konsekwencji także dla czytelników. Przy tym wyraźnie widać, iż podatek ma głównie uderzyć w Agorę, która oprócz gazety, ma radio, kina i outdoor. Nowa danina szczególnie mocno dotknie także nadawców telewizyjnych takich, jak TVN, Polsat i TVP (jednak w przypadku TVP rząd zrekompensuje z nawiązką ten ubytek).

 

Węgierski podatek reklamowy został wprowadzony w 2014 r., po drugim z rzędu zwycięstwie wyborczym Orbana. Podatek uderzył przede wszystkim w opozycyjną telewizje RTL Klub (stąd nazywany był „podatkiem RTL”, stacja ta to taki węgierski TVN). Oczywiście zaprotestowała Komisja Europejska, która oceniła, że podatek nierówno traktuje podmioty i stwierdziła niezgodność węgierskiego podatku od reklam z przepisami unijnymi dotyczącymi pomocy państwa. Jednak w 2019 r. Węgry wygrały z Komisją przed Sądem UE w Luksemburgu. Sąd stwierdził nieważność decyzji KE.

 

Stało się to po tym, jak Orban złagodził ustawę, w miejsce podatku progresywnego wprowadził liniowy, a RTL w zamian złagodziła ton krytyki, likwidując najbardziej demaskatorskie programy śledcze.

 

Widocznie zwycięstwo Orbana natchnęło i ośmieliło rząd „dobrej zmiany” do pójścia drogą, dokręcenia śruby mediom opozycyjnym narzędziem fiskalnym. Rynek od razu zareagował na te zapowiedzi resortu finansów spadkiem cen akcji Agory i Polsatu o kilka procent.

 

Szef Fideszu rozegrał podporządkowanie sobie mediów po mistrzowsku. Jego metodę powtarza teraz prezes Jarosław Kaczyński. Są oczywiście różnice. Podstawowa jest taka, że Orban dysponował grupą oligarchów, którzy jemu zawdzięczają swoje majątki. Szef Fideszu wezwał ich do „zrzutki” na Środkowo-Europejską Fundację Prasy i Mediów. Powstało gigantyczne prorządowe konsorcjum, które przejęło blisko 500 tytułów od prasy codziennej ogólnokrajowej po tytuły lokalne, polityczne, ale i sportowe. Majstersztyk Orbana polega na tym, że w oficjalnych badaniach Fundacja uznawana jest za opozycyjny koncern mediowy! Dzieje się tak, bo w węgierskich badaniach rynku medialnego kapitał medialny nie będący oficjalnie w rękach skarbu państwa uznawany jest za opozycyjny. A zatem istnieją oficjalne badania i raporty, zgodnie z którymi 80 proc. mediów na Węgrzech jest opozycyjnych. Na badania te regularnie powołuje się rząd w Budapeszcie.

 

Prezes Jarosław Kaczyński jeszcze nie „wyhodował” oligarchów na miarę tych znad Balatonu, stąd gazety Polska Press musiała kupić spółka Skarbu Państwa, a nie fundacja Grzegorza Biereckiego.

 

Wracając do daniny od reklam naszego rządu, tutaj również Komisja Europejska nic nie wskóra, gdyż teoretycznie  podatek obejmie także media publiczne i tytuły prasowe prorządowe. Jednak rząd im to wynagrodzi. Już to raz zrobił przekazując TVP 2 mld złotych jako rekompensatę za utratę wpływów z abonamentu.

 

Rząd ma jeszcze jeden instrument wsparcia swoich: budżet na reklamy. Co prawda budżet naszego państwa nie jest jeszcze, jak w przypadku Węgier, głównym reklamodawcą, ale wszystko przed nami.

 

Światło na to, jak rząd steruje wsparciem dla swoich mediów, rzuca opracowanie prof. Tadeusza Kowalskiego, medioznawcy z Uniwersytetu Warszawskiego  pt. „Analiza wydatków reklamowych spółek skarbu państwa (SSP) w latach 2015-2019” (na podstawie monitoringu firmy Kantar Media, badania nie obejmowała reklamy internetowej). Z raportu wynika, że spółki skarbu państwa w latach 2015-19 wydały na reklamę ponad 4 mld zł. W samym 2019 r. wydatki wzrosły o blisko 24 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co zdecydowanie wyprzedzało dynamikę zmian na rynku reklamy. To ile kto dostaje z tego tortu jest zarazem rankingiem poziomu sympatii partii rządzącej do danego tytułu.

 

I tak: „Gazeta Polska Codziennie”,  w 2019 r. aż ponad połowę swoich przychodów reklamowych (52,8 proc.) zawdzięczała spółkom Skarbu Państwa, „Super Express” – 19,36 proc., „Rzeczpospolita” – 12,04 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” – 12,02 proc., „Dziennik Zachodni” – 11,13 proc., „Fakt” – 4,44 proc. Listę zamyka „Gazeta Wyborcza” – 0,27 proc.

 

W kategorii magazynów szczególnymi względami spółek skarbu państwa cieszyły się cztery tytuły: „Sieci” (30 551 tys. zł), „Gazeta Polska” (16 562 tys. zł), „Do Rzeczy” (14 083 tys. zł) oraz „Wprost” (10 516 tys. zł).

 

Teraz stacje telewizyjne: TVP 1 – 8,05 proc., TVP Seriale – 7,10 proc., TVP Sport – 6,75 proc., TVP Info – 6,49 proc., TVP 2 – 6,16 proc., Polsat – 2,83 proc., TVN – 0,92 proc., TVN 24 – 0,35 proc.

 

Teraz, za pomocą Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, będzie do rozdania wśród swoich 35% z 800 mln złotych pochodzących z danin.

 

W projekcie ustawy czytamy, że pieniądze te pójdą m.in. na „podnoszenie poziomu wiedzy i świadomości społeczeństwa, budowę platform dystrybucji informacji oraz analiz treści, budowę i rozwój kanałów oraz platform informacyjnych” i – uwaga – „wspieranie zwiększania udziału polskich treści w obszarze mediów”.

 

A któż lepiej wiedzę i świadomość społeczeństwa podniesie od TVP, TV Republika, Telewizji wPolsce, „Gazety Polskiej”, tygodnia „Sieci”, portalu niezalezna.pl. i wpolityce.pl? Trzeba też będzie wspomóc platformę społecznościową Albicla.com, najnowsze dziecko Tomasza Sakiewicza, która ocali wolność słowa w internecie.

 

Adam Socha

Jaka straszna katastrofa! – ADAM SOCHA o albicla.com

Tomasz Sakiewicz, niczym Dawid, rzucił wyzwanie gigantom Fb, TT i YT i w środę 20 stycznia o 17.00 wystartował z portalem albicla.com. Dzień i godzinę wybrano nieprzypadkowo. Właśnie wtedy w USA kończyła się prezydentura Donalda Trumpa usuniętego z mediów społecznościowych przez ich właścicieli. Już w dniu startu portal, który miał stać się oazą wolności słowa w sieci, okazał się kolosalną kompromitacją i to pod każdym względem.

 

Najpierw chętni mieli ogromny problem z założeniem konta, czekali godzinami na link aktywacyjny (sam na własnej skórze to przerobiłem), by po wejściu przeżyć szok! Portal roi się od kont trolli i botów porno, pedofilskich, podszywających się pod Jana Pawła II, Lecha Kaczyńskiego i innych postaci prawicowego panteonu, z fotomontażami orgii seksualnych z użyciem ich twarzy. Także są konta Hitlera, Putina, Urbana itd. Itp. Pojawiły się też konta atakujące religię, Kościół i propagujące hasła totalnej opozycji i Strajku Kobiet, wystawiając tym Sakiewicza, który udrapował się w togę jedynego obrońcy wolności słowa, na ciężką próbę.

 

To że konta nie posiadają wielu funkcjonalności mediów społecznościowych (np. ja po ujrzeniu w jakie szambo wdepnąłem, chciałem natychmiast zlikwidować swoje konto, ale okazało się to niemożliwe, nie ma takiej opcji!), czy idiotyczna, zawiła, niezrozumiała, nie polska i trudna do zapamiętania nazwa platformy (mnie się skojarzyła z cukiernią Bliklego), to najmniejszy problem.
Niemal natychmiast na profilu alblicla.com (dlaczego miłujący Polskę nie używają domeny .pl?!) na Fb pojawiły się ostrzeżenia, iż praktycznie każdy może złamać hasło dostępu do serwera i skopiować całą bazę danych właścicieli kont, z loginami i hasłami do ich skrzynek pocztowych (to dlatego chciałem natychmiast z tej platformy się wymiksować, gdyż już raz przeżyłem zhakowanie mojego profilu na Fb, poprzez który troll puszczał linki do filmików porno).

 

Ostrzeżono też Sakiewicza, że niejaki @Gregor z wykop.pl: #morele, na mocy RODO, dostało 2,8 mln zł kary za wyciek danych użytkowników. Mimo, iż spółka padła ofiarą włamywaczy, a o całym incydencie poinformowała urząd i użytkowników, a także wymusiła zmianę haseł.

 

Internauci wytknęli też Albicle skopiowanie przynajmniej jednego fragmentu regulaminu od Facebooka i to wraz z hiperłączem prowadzącym do portalu Marka Zuckerberga.

Jednak Sakiewicz początkowo puszczał te alarmowe dzwony mimo uszu. „- W ciągu kilku minut zarejestrowało się trzy tysiące osób!” – triumfował redaktor naczelny „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie” Tomasz Sakiewicz. Swój pierwszy wpis opublikował także wicepremier Piotr Gliński, do niego dołączył wiceminister Sebastian Kaleta, posłanka Joanna Lichocka, a także niemal wszyscy dziennikarze znani ze Strefy Wolnego Słowa.

 

O godzinie 19:00 mieliśmy już zarejestrowanych ponad 8 tysięcy użytkowników!”. Następnego dnia podano już 40 tys. Pytanie, ilu z nich to konta trolli i botów i dlaczego nie są usuwane?

 

W końcu Sakiewicz zareagował i wszystkie problemy zwalił na hakerów: „Tak jak się spodziewaliśmy przeżywamy niebywały atak hakerów i trolli internetowych” – napisał na Fb. „Naruszyliśmy potężne interesy i dokonaliśmy wyłomu w ścianie ideologicznego frontu spychającego konserwatywną myśl na margines. Twórzmy wolny świat razem. Będzie z dnia na dzień coraz lepiej. Dziękuję wszystkim użytkownikom za cierpliwość i zaangażowanie”.

 

Co za tupet! Nie przygotowali odpowiednich zabezpieczeń na ataki i przejęcia, odpalili platformę dziurawą jak ser szwajcarski, by teraz zwalić winę na trolli. To że uruchomienie albicla.com skończy się katastrofą było oczywiste dla każdego, kto zna się na tej technologii. Tomasz Sakiewicz twierdzi, iż zainwestował w to przedsięwzięcie 100 tys. złotych a programiści pracowali społecznie. Fachowcy nawet w te „100 tys. złotych” nie wierzą. Norbert Kilen, strategy director w agencji On Board Think Kong ocenił na wirtualnemedia.pl.: „Skuteczne wypromowanie serwisu, który miałby być alternatywą np. dla Facebooka jest wg mnie niemożliwe bez wielkich budżetów oraz bez obecności i aktywności w serwisie setek tysięcy ludzi”.

 

Przecież to jakaś hucpa, rzucać wyzwanie Markowi Zuckerbergowi, za którym stoją miliardy dolarów i miliony serwerów, i buńczucznie ogłaszać się zbawcą wolnego słowa. Czy Sakiewicz nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie sądzę, to wytrawny gracz. O co więc chodzi?
Eksperci twierdzą, że Albicla jest tylko parawanem dla zalegalizowania szczodrego „wsparcia” przychylnych inwestorów (np. spółek państwowych) albo wzmocnienia subwencją, dofinansowaniem na podobnych „zasadach” jak TVP, choć zapewne nie w kwocie 2 mld złotych – ocenia Anna Robotycka, partner zarządzający w F11 Agency. „-Powód stworzenia portalu był inny, natomiast bardzo dobrze, jeżeli udałoby się zarobić na tym jakieś pieniądze – przyznaje Sakiewicz. – Na pewno nie będziemy się od tego odżegnywać”.
W rzeczywistości Albicla stanie się jeszcze jedną „bańką” tożsamościową po prawej stronie, na której czytelnicy „Gazety Polskiej” będą się utwierdzać w swoich przekonaniach, a nie żadną realną alternatywą dla Fb. Tym bardziej, że o wiele poważniejsza próba, którą podjął Parler skończyła się tym, że Amazon hostujący mu serwery, wyłączył je i Parler zniknął (ciekawe, na jakich serwerach ulokował Sakiewicz Albicla?).

 

Zresztą, czołowi publicyści prawej strony ani myślą, by zamknąć swoje konta na Fb i przenieść się na Albicla, co najwyżej będą i tu, i tu. I bardzo dobrze, bo dzięki temu jednak na Fb trwa wymiana zdań pomiędzy prawą i lewą stroną. Bez tej „cyfrowej agory” nastąpiłby już całkowity rozpad społeczeństwa na dwa nienawistne plemiona.

 

Problem z cenzurą w mediach społecznościowych i jeszcze poważniejszy problem manipulowania świadomością miliardów konsumentów i wyborców, wpływania na ich wybory tak konsumenckie, jak i polityczne i ideowe poprzez algorytmy, jest faktem od dawna. Jednak dopiero zablokowanie konta prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi przez właścicieli Fb, TT i YT nam to w całej jaskrawości uświadomił. Dzisiaj Mark Zuckerberg, który nie musi ubiegać się co 4 lata o prezesurę, tak jak kandydat na prezydenta USA, ma od niego większą władzę, przez nikogo niekontrolowaną. Obudziliśmy się w świecie, o którym do tej pory czytaliśmy u Aldousa HuxleyaOrwella. Jak to narzędzie technologiczne jest skuteczne w zniewalaniu społeczeństwa pokazały Chiny. Dzięki nim partia komunistyczna wie wszystko o każdym swoim obywatelu i może jednym kliknięciem wyeliminować go ze społeczeństwa.

 

Co wybiorą liberałowie w USA, którzy wrócili do władzy? Czy pójdą za przykładem prezydenta Teodora Roosevelta, który jako pierwszy amerykański prezydent zmierzył się z powstającymi kartelami i monopolami i rozbił je, ratując tym Amerykę przed rewolucja bolszewicką, czy też uznają, że „nie ma wolności słowa dla wrogów wolności”? To drugie wyjście jest bardzo realne, po tym, z jaką aprobatą Demokraci w USA przyjęli decyzję Zuckerberga (mając przy tym pełne zrozumienie dla „słusznych” aktów terroryzmu ruchu Black Lives Matter i Antify na amerykańskich ulicach).

 

Sojusz, który w ostatnich dniach zawiązał się w Waszyngtonie między oligarchami z wielkich firm technologicznych oraz demokratami, dla każdego liberała powinien stać się poważnym ostrzeżeniem” – napisał prof. Marek A. Chichocki w „Plusie Minusie”z 23 stycznia. Próba wykluczenia z życia publicznego 75 milionów wyborców Trumpa musi oznaczać „pekinizację” liberalizmu.
Problem jaki jest do rozwiązania, to problem żeglugi między Scyllą i Charybdą, gdzie Scyllą jest wykorzystanie Fb do wzniecenia czystek etnicznych takich jak w Birmie (wtedy Fb nie zareagował na mowę nienawiści) a Charybdą, czyli zamachem na wolność słowa. Wybrać właściwą drogę są w stanie jedynie państwa i organizacje międzynarodowe, a nie PR-owskie działania Albicli. Brukselscy urzędnicy przygotowali konkretne propozycje legislacyjne. Digital Services Act (DSA) reguluje zasady odpowiedzialności platform, za treść i wprowadza podstawowe zasady przejrzystości targetowania reklam oraz algorytmów wykorzystywanych do rekomendacji treści – ocenia Karolina Iwańska z Fundacji Panoptykon. DSA pozwala Zostawić rozstrzygniecie tych kwestii niezależnym organom a kontrolę ich działań sądom.

 

Właścicielom mediów społecznościowych nie zależy na uprawnieniach do moderowania treści ani na tym, by podejmować decyzje o blokowaniu użytkowników – tłumaczy prawnik Krzysztof Izdebski, dyrektor programowy Fundacji ePaństwo. – One zarabiają na naszych danych, a nie na rozstrzyganiu zagadnień etycznych. Regulacje w tej sferze zrzuca z nich odpowiedzialność i nikt nike będzie miał pretensji do serwisu, że usunął konto albo że go nie usunął.

 

Jednak fachowcy oceniają, że DSA jest zbyt ogólnikowy i pozwala na dowolność interpretacji. Lepiej oceniają Digital Market Act (DMA), w którym Komisja Europejska proponuje konkretne obowiązki i zakazy dla platform, np. zakaz łączenia danych z dwóch różnych źródeł np. Google i Fb. Jednak na powstanie tych regulacji możemy jeszcze czekać kilka dobrych lat, dlatego własne przepisy chcą wprowadzić Niemcy, Francja, Austria a teraz Węgry i Polska. Założenie ustawy, które przygotował resort Zbigniewa Ziobry przewiduje utworzenie 5-osobowej Rady Wolności Mediów złożonej z ekspertów w dziedzinie prawa i nowych mediów powołanych przez Sejm większością 3/5 głosów na 6-letnią kadencję. Skargę użytkownika na zablokowanie czy usunięcie konta, serwis będzie musiał rozpatrzyć w ciągu 48 godzin. Jeśli zostanie odrzucona użytkownik będzie mógł się odwołać do Rady, która będzie mogła nakazać niezwłoczne przywrócenie konta. Od decyzji Rady będzie przysługiwać skarga do sądu. Za niedostosowanie się do rozstrzygnięć rady lub sądu ma grozić kara od 50 tys. do 50 mln zł. Projekt przewiduje również nowe narzędzie do ochrony osób, których dobra osobiste zostały naruszone przez  anonimowych użytkowników internetu. Chodzi o tzw. ślepy pozew, czyli  możliwość złożenia pozwu o ochronę dóbr osobistych bez wskazania danych pozwanego. Obecnie nie ma takiej możliwości.

 

Różnica między rozwiązaniem niemieckim a polskim polega na tym, że w Niemczech położono nacisk na usuwanie treści na żądanie państwa, a portale mają to robić pod rygorem wysokich kar. Decyzje o usunięciu wpisu czy zablokowaniu konta rozstrzyga minister sprawiedliwości. Projekt Ziobry skupia się na ograniczaniu możliwości cenzurowania treści, a kwestie ich usuwania pozostawia sądowi. Jednak, po tym jak funkcjonuje Trybunał Konstytucyjny czy Krajowa Rada Sądownicza można mieć poważne obawy, czy Rada Wolności Mediów nie stanie się tym, czym stała się Rada Mediów Narodowych wobec mediów publicznych.
Od tego jak państwa sobie poradzą z potęgą koncernów technologicznych będzie zależała nie tylko wolność słowa, ale wolność w ogóle.

 

Adam Socha

Wysoki poziom – ADAM SOCHA ocenia Radio Nowy Świat i Radio 357

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla Radia Nowy Świat, jak i dla Radia 357. Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu.

 

Jak było do przewidzenia, radiowa Trójka kontynuuje lot w dół i obecnie jej wynik słuchalności jest najgorszym od czasu powstania rozgłośni i wynosi 2,4 proc., gdy rok temu było to jeszcze na poziomie 5,3 proc. Ba! Trójkę po raz pierwszy wyprzedziło nawet  Radio gadających politycznych głów Tok FM, które zanotowało wzrost z 2,5 proc. do 2,6 proc., a także niedostępne w całym kraju Vox FM (3,8 proc.) oraz Antyradio (2,7 proc.).

 

Po „czystce” w Trójce wielokrotnie usiłowałem słuchać tej stacji. Ale wierzcie mi, nie dało się. Przede wszystkim odrzucała mnie muzyka. To nie moje klimaty, a słucham naprawdę wszystkiego, od jazzu do piosenki poetyckiej, byle w dobrym wykonaniu. Prezenterzy też mnie nie wciągali.

 

Wobec tego ściągnąłem na komórkę aplikację z Radiem357 i Radiem Nowy Świat. Nie ukrywam, że miałem opory przed RNŚ. Uszami duszy już słyszałem Lempart, Suchanow i Margot na zmianę z Budką, Nitrasem, KierwińskimCzarzastym oraz prezenterów prześcigających się, kto bardziej sarkastycznie dokopie „dobrej zmianie”.

 

I co? Nic z tych rzeczy. Nie usłyszałem ani jednego polityka, a prezenterzy nawet aluzyjnie nie odnoszą się do polityki i polityków!!! (Zastrzegam się, że nie słuchałem pasma porannego od 6.00 do 10.00, bo ja zaczynam funkcjonować dopiero o 10.00 (przywilej emeryta). Poranne pasmo w przypadku RNŚ prowadzą przemiennie Katarzyna Kasia, Maciej Orłoś i Marek Kacprzak, więc nie sądzę, aby tam się tłoczyli politycy. Natomiast autorzy, którzy są w swoich redakcjach „zwierzętami politycznymi”, jak Eliza Michalik czy Jacek Nizinkiewicz, w swoich audycjach w RNŚ nie zajmują się polityką!

 

W programach popołudniowych, w których emitowane są materiały reporterów też nie ma polityki a ludzkie problemy i sprawy, które prawie każdego z nas dotyczą. W RNŚ – Michał Porycki (ex-Radio Olsztyn) prowadzi dwugodzinny blok od 16.00 do 18.00 „Nowy Świat Po Południu”. A w Radiu 357 mamy publicystykę w południe, w wykonaniu Kuby Strzyczkowskiego, który w Trójce prowadził „Za a nawet przeciw”, a u siebie audycję „Co Państwo na to?” Wysłuchałem dyskusji ze słuchaczami na temat projektu PiS o obowiązkowym przyjmowaniu mandatów. Tak jak to robił i w Trójce, szkoła bezstronności.

 

Znów mogę słuchać Jerzego Sosnowskiego. W RNŚ jak zwykle prowadzi ciekawe rozmowy z interesującymi ludźmi na ważne tematy w audycji „Punkt widzenia” (np. czym jest odpowiedzialność? Rozmowa z poetą, pisarzem, publicystą – Wojciechem Bonowiczem. Audycja w 190. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego z historykiem Stanisławem Lenardem. Rozmowa z pisarką i reżyserką, laureatka nagrody im. Józefa Tischnera, Aleksandrą Domańską. Rozmowa o laureacie nagrody Nobla w dziedzinie fizyki Rogerze Penrose z prof. Krzysztofem Meissnerem, o elitach z Krzysztofem Zanussim).

 

Z kolei w R357 nie mogłem oderwać ucha od godzinnej rozmowy Michała Olszańskiego z Anią, młodą kobietą z Zespołem Downa. Nie słyszałem i nie czytałem dotąd nic lepszego, jeśli chodzi o poznanie życia tych ludzi. Usłyszałem niezwykle empatyczną, wrażliwą i mądrą młodą kobietę. Ta audycja to była najlepsza, najbardziej humanistyczna odpowiedź na żądanie prawa do usuwania z naszego życia takich ludzi.

 

Interesujące są też popołudniówki Ernesta Zozunia z aktualnymi tematami (przykładowo: wyłączenie Trumpa na TT, Fb itd., przekład na polski Mein Kampf, sukces Huberta Hurkacza i o jeździe nieodśnieżonym autem „na czołgistę”).

 

RNŚ ma co godzinę serwis informacyjny, na który składają się trzy informacje, rzeczywiście najważniejsze. Zawsze na 1. miejscu jest wiadomość dotycząca epidemii. Informacje są rzeczowe, bez komentarza, bez pejoratywnych przymiotników, jak za najlepszych lat BBC. W Radio357 w ogóle nie ma serwisu informacyjnego!

 

To nie znaczy, że nie zajmują się ważnymi problemami. Tak RNŚ, jak i R357 poruszyły usunięcie Donalda Trumpa z mediów społecznościowych przez właścicieli koncernów. Ale na ten temat nie rozmawiali z politykami, tylko ekspertami od mediów społecznościowych, którzy wyrazili ogromne zaniepokojenie zagrożeniem dla wolności słowa.

 

Na obu antenach jest też sporo audycji poświęconych kulturze i sztuce. W RNŚ dzięki Michałowi Nogasiowi dowiedziałem się o nowościach książkowych. Dzięki Elizie Michalik wysłuchałem interesującej rozmowy z filozofem o końcu świata. W audycji Beaty Grabarczyk „Punkt Widzenia” o 21.00 wysłuchałem fascynującej opowieści profesora z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie (niestety, tak szybko padło nazwisko, że go nie dosłyszałem). Starsze pokolenie pamięta z PRL audycje w TVP Wiktora Zina „Piórkiem i Węglem”. Profesor nie mając ekranu opowiedział historię Piazza Navona w Rzymie tak, że nie zauważyłem kiedy minęła godzina. Powinni temu profesorowi stworzyć audycję. To byłby radiowy hit!

 

W niedzielę 17.01. z przyjemnością wysłuchałem audycji Tomasza Raczka „Raczek Movie”, tym bardziej, że mowa była o filmie, który właśnie obejrzałem „Cząstki kobiety” (najlepsza odpowiedź na akcję „Aborcja jest OK” i hasło feministek, że kobieta nie jest od rodzenia facetom dzieci).

 

W obu stacjach nie ma polityki i polityków, za to króluje muzyka. Jest jej mnóstwo, znakomitej i różnorodnej, można przebierać w gatunkach i stylach. Prezenterzy prowadzą swoje audycje lekko i dowcipnie. W RNŚ zaczynałem swój dzień o 10.00 z  Mannem. Po południu nie opuściłem audycji Jana Chojnowskiego z moim ulubionym bluesem. Wieczorem obowiązkowo Wagle

 

Wysłuchałem świetnie prowadzonych rozmów w obu stacjach z zaproszonymi muzykami. Godzinna rozmowa Kuby BadachaAdą Rusowicz w RNŚ poprowadzona tak, że słuchacz ma wrażenie, iż to para przyjaciół rozmawia o sprawach prywatnych, nie mając świadomości, że słuchają ich tysiące. Duża sztuka. Ada Rusowicz opowiadała o swoim macierzyństwie.

 

A w niedzielę obowiązkowo w RNŚ o 14.00 „Wesoła fala Janka Młynarskiego”, „Sjesta” Marcina Kydryńskiego o 15.00 i o 20.00 „Piosennik” Andrzeja Poniedzielskiego, uroczego smutasa.

 

Na szczęście ramówki obu stacji są tak ułożone, że mogłem swobodnie przeskakiwać, by posłuchać także w R357 Marka Niedźwieckiego, Piotra Stelmacha, Darię Zawiałow z muzyką mojego pokolenia w audycji „Pewex” a w piątek wieczorem obowiązkowo Marcina Łukawskiego „Listę piosenek 357”

 

Obie stacje mimo posiadania tylu gwiazd dają też szansę debiutantom.

 

Kuba Strzyczkowski miał rację mówiąc, że jest miejsce zarówno dla RNŚ, jak i dla R357 (przypomnę, że prezenterzy, którzy poszli za Magdą Jethon byli oburzeni na Kubę, że nie dołączył do nich). Obie ekipy stworzyły profesjonalne, świetne radia. Co prawda, widać po ramówce, że więcej kasy ma RNŚ. Miesięczne deklaracje wpłat w serwisie Patronite na działalność Radia 357 to ponad pół miliona złotych (stan na 12 stycznia to ponad 545 tys. zł). RNŚ może liczyć na jeszcze większe wsparcie – ponad 689 tys. złotych miesięcznie.

 

Jednak obie stacje trzymają wysoki poziom. Obie ekipy robią radio dla ludzi, którzy mają dosyć politycznych „walk w kisielu”, szczucia i jazgotu. Chcą posłuchać dobrej muzyki prezentowanej przez dobrze wychowanych, kulturalnych i oczytanych  oraz rozmów z mądrymi ludźmi ze świata kultury, sztuki i nauki.

 

Taka jest recepta na dobre radio dla ludzi inteligentnych, towarzyszu Czabański.

 

Adam Socha

ADAM SOCHA: Marzenia się zawsze spełniają. Prezesowi TVP

Prezes TVP Jacek Kurski to niebywały szczęściarz. Co sobie wymarzy, to mu się spełnia. Zamarzył sobie ślub w sanktuarium w Łagiewnikach? Trzask prask, natychmiast znaleźli się usłużni księża, którzy i pannie młodej bis, i panu młodemu bis unieważnili poprzednie związki, a sam prezes Jarosław Kaczyński wręczył młodej parze, po ślubie w Łagiewnikach, wielki bukiet biało-czerwonych róż.

 

Następnie wymarzył sobie Sylwestra Marzeń TVP, który zdaniem prezesa Kurskiego, Polkom i Polakom jest tak niezbędny do życia, jak powietrze.

 

W tym roku Sylwester Marzeń musi się odbyć. Dlatego, że w tym roku miliony Polaków zostały skazane w wyniku pandemii na samoizolację. Wszyscy spędzą tego sylwestra w domach, przed telewizorami. W związku z tym tegoroczny Sylwester Marzeń w TVP to jest coś jak prąd, jak gaz, jak woda – powiedział i dodał: – Po prostu jesteśmy medium dostarczanym do każdego domu w Polsce. Jak jedzenie, jak powietrze. Nie można żyć bez Sylwestra Marzeń TVP. Więc on będzie wspaniały, bo jest nam potrzebny, jest tak upragniony przez ludzi”.

 

I co się dziwić, że kabarety padają…

 

Tym razem marzenie miało się ziścić w amfiteatrze w Ostródzie, malowniczo położonym mieście na Warmii i Mazurach. Gwiazdą, tak jak w ubiegłym roku w Zakopanem, był Zenek, a u jego boku wystąpiła cała plejada gwiazdek muzyki disco. Przyznam się, że włączyłem telewizor na TVP 2 dopiero na 3 minuty przed północą i zaraz po północy wyłączyłem, ale to wystarczyło, żeby to co zobaczyłem, mnie zatkało.

 

No cóż, igrzyska towarzyszą ludzkości od zarania. Grecy w tym celu wymyślili olimpiady, starożytni Rzymianie – igrzyska fundowane ludowi przez Cesarzy, a Zjednoczona Prawica – „Sylwester Marzeń”. Mogę się zżymać, że telewizja publiczna powinna podnosić poziom gustów estetycznych Polek i Polaków, a nie obniżać, ale to jeszcze mogę przełknąć.

 

Natomiast w Ostródzie wydarzyło się coś jeszcze i dlatego o tym piszę. Otóż, najpierw ogłoszono narodowi, że w Sylwestra ma siedzieć w domach, a wyjście w godzinach 19.00 – 6.00 rano 1 stycznia, skończy się wysokim mandatem.

 

Hotele i sale balowe mają być zamknięte na cztery spusty. Wyjątek zrobiono tylko dla ekipy TVP przyjmując kurcgalopem 27 grudnia nowelizację ustawy i dopisując do listy osób, które będą mogły korzystać z hoteli, obok m.in. medyków i służ mundurowych, także dziennikarzy radiowych i telewizyjnych.

 

Ale to też bym przełknął.

 

Wkurzyło mnie dopiero ściągniecie na widownię amfiteatru w Ostródzie publiczności, by kamery mogły pokazać, jak naród uwielbia bawić się na Sylwestrze TVP. Publiczność podrygiwała radośnie bez dystansu i bez maseczek. W kąt poszły wcześniejsze gromy na LempartSuchanow i popierających je „totalnych polityków”, za wyciąganie tłumów na ulice.

 

Na głosy krytyki, a także zawiadomienia do prokuratury zareagował Prezes Kurski tłumacząc w „Wiadomościach”, że na widowni nie było publiczności tylko tancerze-amatorzy.

 

– Nie było publiczności dlatego, że byli tancerze. Tancerze byli zarówno na scenie, jak i na widowni. Na scenie byli zawodowi tancerze, którzy mieli przećwiczone fantastyczne zresztą układy choreograficzne, 60 piosenek z tancerzami. Natomiast na widowni byli tancerze amatorzy, ale też ćwiczący w szkółkach, którzy dodawali fantastycznego klimatu. Wszyscy tańczyli, w związku z czym wszyscy byli w pracy i wszyscy tworzyli na zasadzie zawodowej to wspaniałe taneczne, muzyczne show – tłumaczył Kurski.

 

Ten facet, jak skończy się jego era w TVP (każdy Szczepański kiedyś się kończy), zrobi karierę w kabarecie!

 

Prezes Kurski jeszcze dodał, że ten hejt wynika z zawiści. To jest po prostu zawiść różnych ludzi, którzy nie mogą zdzierżyć tego, że telewizja publiczna znowu wygrała, że ma znowu najlepszą ofertę, najlepszą rozrywkę, zrobiła najlepszego sylwestra – ocenił Kurski.

 

Panie prezesie, mną nie kieruje zawiść, tylko smutek, co pan zrobił z medium narodowego. Pan mówisz, że TVP pod pana kierownictwem, jest nam niezbędna, jak prąd, woda i gaz. Zapomniał pan jeszcze o jednym medium, o kanalizacji, a do tego medium Panu najbliżej.
Masz pan jednak niezwykłego farta w życiu, bo każdą pana głupotę i podłość, natychmiast przebiją „totalni”. Tak stało się i tym razem, gdy okazało się, że czołowa celebrytka-aktorka Krystyna Janda, wymiotująca na sam dźwięk słowa „PiS” i na sam widok obu prezesów Jarosława KaczyńskiegoJacka Kurskiego, przyjęła szczepionkę poza kolejką wraz z plejadą innych aktorów i celebrytów w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

 

Janek Pietrzak skomentował to na portalu wpolityce.pl: „To zwykli tandeciarze, relikty PRL”. I vice versa, panie Janku. Nie będę się spierał o wyższość „tandeciarza Jacka Kurskiego” nad „tandeciarą Krystyną Jandą”, czy odwrotnie. Dla mnie to jedna i ta sama „tandeta”

 

Adam Socha

ADAM SOCHA: Jakie pytania powinna była zadać Lubecka Margot

Rozpętało się „piekło” po tym, jak  dziennikarka Radia ZET Beata Lubecka została nominowana do Grand Press za wywiad z Michałem Sz. ps. „Margot”.

 

„Jako organizator konkursu Grand Press 2020 podjąłem decyzję o rezygnacji w tym roku z wręczania nagród w kategorii Wywiad” – czytamy w oświadczeniu Redaktora Naczelnego „Press” Andrzeja Skworza.

 

Do tej nagrody została nominowana dziennikarka Radia ZET Beata Lubecką za wywiad z „osobą niebinarną” Michałem Sz., pseudonim Margot, aktywistą/aktywistką kolektywu LGFBT+ „Stop bzdurom”. Decyzja red. Skworza nastąpiła po wyrazach oburzenia faktem, nominacji Lubeckiej ze strony organizacji i aktywistów LGBT oraz części dziennikarzy.

 

Wywiad został przeprowadzony 2 września, a w sierpniu „Margot” została/został aresztowana/aresztowany na trzy tygodnie po tym, jak zablokowała/zablokował furgonetkę oblepioną homofobicznymi hasłami. Postawiono jej/jemu m.in. zarzuty uszkodzenia mienia i spowodowania u kierowcy rozstroju zdrowia, trwającego nie dłużej niż siedem dni.

 

Kolektyw Stop Bzdurom tak skomentował decyzję o nominacji:

 

„Przypomnijmy, że Lubecka w ciągu kilkunastu minut zdążyła: pomylić nazwę kolektywu, z którego członkinią rozmawia; wypytać Margot o deadname i dane z dowodu; wypytać Margot o relacje, subtelnie pytając o 'partnerki erotyczne’, dociekać o 'cechy płciowe’; pokazać, jaką łaskę robi, nazywając Margot po imieniu i nie misgenderując, totalnie zignorować poważne problemy społeczności LGBTQ, bo bardziej chciała gadać o pokazywaniu faka, zażenować wszystkich słuchających wywiadu (najsilniejsze odpadały po 5 minutach)” – czytamy na Facebooku organizacji.

 

Na znak protestu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Stanisław Skarżyński, zrzekł się swojej nagrody. Swój sprzeciw wobec tej nominacji wyraził również aktywista LGBT Bart Staszewski.

 

Skarżyński napisał: „Ten >wywiad< Beaty Lubeckiej, jeśli na coś zasługiwał, to na nominację do nagrody za antydziennikarstwo albo tytuł tępej dulszczyzny roku. W normalnym kraju za coś takiego Lubecka wyleciałaby z hukiem z pracy, a nie dostała nominację. Nie chcę mieć nic wspólnego z nagrodą, która po tej nominacji cuchnie homofobią i transfobią, a nie ustanawia standardy dziennikarskie. Trzeba mieć kompletnie poprzestawiane klepki i zerowe wyczucie elementarnych zasad, żeby ten wywiad nominować do nagrody. Wstydźcie się, tak jak ja się wstydzę, że dostałem tę nagrodę i byłem z tego jakoś tam dumny”.

 

Swoje dołożył Bart Staszewski, który zasłynął na cały świat z akcji fotografowania się pod tablicami z nazwą miast, z napisem  „strefa wolna od LGBT”: „Szydercza, nieprzygotowana i transfobiczna red. Lubecka miałaby dostać Grandpress za >Rozmowę z Margot< z września tego roku? To jakiś żart! Zdążyłem wymazać z pamięci ten żałosny wywiad a tu taka niespodzianka… @PressRedakcja wstyd!”.

 

Mnie też zaskoczyła ta niepoprawność polityczna PRESS-u, który postrzegałem jako organ liberalno-lewicowy, progresywno-postępowy i nagradzający tylko dziennikarzy z tego nurtu. Dlaczego nie nominowali wywiadu-rzeki z Margot w „Wyborczej”, w której osoba niebinarna opisała swoją traumę życia w heteronormatywnej rodzinie i prześladowania ze strony homofobicznego społeczeństwa? Jak mogło dojść do takiego osłabienia rewolucyjnej czujności?

 

Odnalazłem w sieci ten wywiad, by na własne uszy przekonać się, o co chodzi? Oto pytania, które zadawała Beata Lubecka (jak wyjaśniła w trakcie, te pytania pochodziły od słuchaczy, którzy zadawali je na TT, pod zajawką, iż jej gościem będzie Margot). Lubecka uszanowała wolę Margot i zwracała się do niego w formie żeńskiej:

 

– Co masz zapisane w dowodzie, jaką płeć?

 

– Dlaczego tak ci zależy, żeby zwracać się do Ciebie jako do kobiety?

 

– Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?

 

– Zrobiło się o Tobie głośno, bo zaatakowałaś działacza Pro life. Dlaczego zaatakowałaś tego człowieka? To jednak jest chuligaństwo, do tego dochodzi niszczenie mienia?

 

– Jest film w internecie, jesteś tam prowodyrem tego zajścia?

 

Margot: Siedzę i wiążę buty.

 

– Ale w pewnym momencie wstajesz, popychasz kierowcę, jesteś prowodyrem zajścia.

 

– Czy walka o własne interesy uzasadnia przemoc?

 

Margot: To była samoobrona

 

– A gdzie szacunek dla prawa?

 

– Zaatakowałaś tego człowieka, on również doznał uszczerbku na zdrowiu

 

– Czym zajmuje się kolektyw Stop bzdurom?

 

– Co to znaczy, że stosujecie „nietuzinkowe metody”? Czy przemoc jest „nietuzinkową metodą”?

 

– Po raz trzeci lojalnie uprzedzam, jeśli jeszcze raz użyjesz wulgarnego słowa, to będę musiała przerwać wywiad. Umawialiśmy się przed rozmową, że pewne formy zachowasz, jesteśmy nadawcą i ciąży na nas pewna odpowiedzialność, pamiętaj o tym, proszę.

 

– Jedna z akcji, która zorganizował wasz kolektyw, a którą zajmuje się prokurator,  była akcja wieszania tęczowych flag na pomnikach, również na figurze Chrystusa z krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Zdajesz sobie sprawę, że wiele osób wierzących poczuło się dotkniętych, naruszyłaś ich uczucia religijne?

 

– Dlaczego to musiała być figurą Chrystusa? Czy to nie naruszyło wolności osób wierzących?

 

– A z czego się utrzymujecie w ramach  kolektywu?

 

– Kiedykolwiek pracowałaś regularnie?

 

– W ramach kolektywu działasz Ty i Zuzanna, pseudonim „Łania”. To jest Twoja dziewczyna, koleżanka? Jak to zdefiniować?

 

Margot: Partnerka

 

– Czy to również Twoja partnerka erotyczna (nie musisz na to pytanie odpowiadać, jeśli jest za daleko idące?)

 

– Zorganizowałyście zbiórkę w internecie. Ile zebrałyście?

 

– Czym uzasadniliście zbiórkę, na jaki cel mieli wpłacać ludzie?

Itd, itp.

 

Chyba też jestem homofobem, transfobem, ksenofobem, gdyż w tych pytaniach nie widzę niczego niestosownego, niekulturalnego, nieprzyzwoitego, aroganckiego, tendencyjnego. Przeciwnie, dziennikarka zadaje pytania OCZYWISTE, elementarne. Gdyby ich nie zadała, oznaczałoby to, że Radio Zet oddało do prowadzenia swój flagowy program jakiejś amatorce, która nie ma zielonego pojęcia o warsztacie dziennikarskim. Tylko jedno pytanie bym inaczej sformułował. Zamiast zapytać: „Czy udawanie kogoś, kim nie jesteś, nie jest Twoim sposobem na życie?” zapytałbym: „Wiele osób podejrzewa, że udajesz kogoś, kim nie jesteś, bo to jest Twój sposób na życie?”

 

To, że akurat dziennikarz „Gazety Wyborczej” rwie szaty i odsądza Beatę Lubecką od czci i wiary mnie nie dziwi. Już od wielu, wielu lat gazeta ta jest biuletynem ideologiczno-propagandowym walczącym z faszyzmem, ksenofobią, antysemityzmem, nacjonalizmem, rasizmem, a teraz też z homofobią przy czym o tym, kto jest faszystą, ksenofobem, antysemita, nacjonalistą, rasistą czy homofobem oraz co to jest faszyzm, ksenofobia, antysemityzm, nacjonalizm, rasizm i homofobia decyduje kierownictwo redakcji.

 

Przeraża mnie, że rewolucjoniści z „Wyborczej” i popierane przez nich partie mogą zdobyć władzę i wcielić w życie terror prawomyślności, pozbawiać ludzi środków do życia i wtrącać do więzień za orwellowską zbrodniomyśl. Już zaczęły się procesy dyscyplinarne na uczelniach wobec naukowców mających inne poglądy od ideologów gender. Funkcję prezesa stracił współtwórca Radia Nowy Świat Paweł Jedliński, za używanie formy męskiej wobec Margot.

 

Na Zachodzie, gdzie już politpoprawność święci triumfy wolnomyśliciele, naukowcy, ludzie pióra już jej doświadczają, jak ostatnio autorka Harry Pottera, która ośmieliła się a swoim TT zauważyć, że jednak miesiączki to mają kobiety, a nie mężczyźni.

 

Trzeba się z tym liczyć, że ten walec tęczowej rewolucji w końcu dotrze do Polski. Dlatego, by wspomóc koleżanki dziennikarki  i kolegów dziennikarzy, pokażę, jakie pytania powinna była zadać Beata Lubecka, by nie zostać oskarżoną o homofobię i zasłużyć na nagrodę PRESS.

 

– Jaka traumę przeżywasz, w związku z tym, że  w dowodzie urzędnik homofob wpisał Tobie płeć męską?

 

– Co powinno spotkać homofobów, którzy zwracają się do Ciebie jako do mężczyzny?

 

– Czy nie ponosisz za dużych kosztów poświęcając życie na ołtarzu walki z homofobią?

 

– Co władze powinny  zrobić z homofobiczną, oszczerczą akcją Pro life, której padacie ofiarą?

 

– Daliście przykład jak należy rozprawiać się z homofobami. Czy nie powinniście jednak zastosować więcej nietuzinkowych metod walki z homofobią?

 

– Nie krępuj się, klnij, bo ja sama ledwo się powstrzymuję, by nie wybuchnąć.

 

– Czy nie jesteście zbyt poprawni politycznie, wieszacie tylko tęczowe flagi? W USA burzą pomniki, co prawda figur Chrystusa jeszcze nie, ale polscy LGBTQ chociaż w tym mogliby być pierwsi.

 

– Dlaczego tak mało wpłynęło na wasz apel o zbiórkę środków na walkę z homofobią, tylko 400 tys. złotych? Może zaapelujesz na naszej antenie o większą hojność, wszak walczycie o wyzwolenie nas z wielowiekowych okowów ciemnoty i obskurantyzmu, jesteście prometejami nowego, wspaniałego świata, w którym nie będzie płci, związków heteronormatywnych i religii, które są źródłem faszyzmu i przemocy.

 

Adam Socha

 

 

ADAM SOCHA: Hołd „dobrej zmiany” dla byłych „Trójkowiczów”

Decydenci Polskiego Radia najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

Polskie Radio chce zastrzec w Urzędzie Patentowym ponad 30 tytułów audycji Trójki – donosi portal Wirtualnemedia.pl

 

Publiczna rozgłośnia wystąpiła o zastrzeżenie takich znaków towarowych jak Wojciecha Manna „Manniak po ciemku”, Jana Młynarskiego „Dancing, salon, ulica”, Jana Ptaszyna Wróblewskiego „Trzy kwadranse jazzu”, Marka Niedźwieckiego „Markomania”, Michała Margańskiego  „AnagrammarganA”, Tomasza Żądy „Trójka Żąda debiutów”, „Magiel Wagli” (Wojciech Waglewski i Bartosz Waglewski), czy Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata”. A także takich nazw jak „Serwis Trójki”, „Trójkowo rockowo”, „Trójka budzi”, „Trójkowo Filmowo”, „Muzyczna poczta UKF”, „Świąteczna poczta UKF”, „Trzy wymiary gitary” czy „Strefa Rock’n’Rolla wolna od Angola”.

 

Trudno o większy wyraz uznania pod adresem twórców i prowadzących tych audycji Wojciecha Manna, Marka Niedźwieckiego, czy Dariusza Rosiaka. A jeszcze niedawno, po tym jak „dobra zmiana” wysadziła „Trójkę” w powietrze, czytaliśmy i słuchaliśmy wypowiedzi posłanki PiS Joanny Lichockiej o dziennikarzach stacji przy Myśliwieckiej 3/5/7, że się „zestarzali, przestali być tak twórczy, jak kiedyś, ale nie przyszło im do głowy, że powodują gigantyczny zjazd słuchalności Trójki. Odwrót słuchaczy był właśnie od tych, co dziś tak głośno krzyczą o rzekomym zamachu na Trójkę, a którzy rok za rokiem robili te same, coraz bardziej nużące programy” – stwierdziła posłanka Lichocka. Według członkini Rady Mediów Narodowych Ernest ZozuńMichał Olszańskisprowadzali antenę do targetu małego radyjka internetowego, jak na przykład Radio Nowy Świat. W mojej ocenie byli w tym nudni i pretensjonalni” – oceniła.

 

I teraz tytuły audycji tych „nudnych i pretensjonalnych” dziennikarzy, których już nikt nie chciał słuchać, poza garstką takich samych dziadersów i złogów po epoce Radiokomitetu, szefostwo Polskiego Radia pobiegło zastrzec, jako cenne dobra narodowe.

 

Jak było do przewiedzenia, ruch szefów Polskiego Radia wywołał rozbawienie byłych dziennikarzy Trójki dzisiaj nadających swoje audycje w Radiu Nowy Świat, jak Wojciech Mann oraz tych, którzy wkrótce uruchomią swoje audycje w Radiu 357, jak Marek Niedźwiecki.

 

Jeżeli Polskie Radio chce tak bardzo stać się właścicielem mojego tytułu „Manniak po ciemku”, to niech nie zapomną o zastrzeżeniu zarówno wersji z jednym 'n’, jak i z dwoma” – mówi Mann w portalu Wirtualnemedia.pl, a kierownictwo RNŚ sprawdza, czy zastrzeżony jest także „Manniak”, a co za tym idzie – imię i nazwisko: Wojciech Mann. „Nie mamy jeszcze pomysłu na to, co zrobimy, gdy okaże się, że i sam Wojciech Mann należy do Polskiego Radia” – ironizują.

 

Niedzielna audycja Wojciecha Manna w Radiu Nowy Świat zmieniła nazwę – zamiast „Bez kolejki” na „Manniak po omacku”.

 

To, co robi Polskie Radio to przejaw żenującej reakcji nacechowanej zemstą wobec wszystkich ludzi, którzy wcześniej wyrzuciło z pracy” – ocenił z kolei Dariusz Rosiak, autor znakomitej, na wysokim poziomie prowadzonej audycji „Raport o stanie świata”.  Nota bene do dzisiaj nie jestem w stanie zrozumieć decyzji nie przedłużenia umowy właśnie z tym publicystą i autorem interesujących, ważnych książek. Jego audycje w żaden sposób nie komentowały poczynań „dobrej zmiany”, czy totalnej opozycji. Była poza i ponad plemiennymi wojnami. Może to po prostu czyjaś zawiść?

 

Kuba Strzyczkowski z Radia 357 mówi, że jego nowe radio nie miało planów wykorzystywania nazw audycji z Trójki. „Wypada jednak podziękować zarządowi za dobrą reklamę. Problem jednak polega na tym, że radio tworzy człowiek – jego sposób narracji, sposób opowiadania o świecie. Tytuł audycji jest wyłącznie etykietą formy, którą wypełnia prowadzący. I owszem, mógłbym założyć koszulkę Maradony, ale zapewniam, że dzięki temu nie będę grał jak Maradona” – oznajmił.

 

Jednak przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członkini tego ciała Joanna Lichocka i prezes Zarządu Polskiego Radia S.A. Agnieszka Kamińska najwyraźniej wierzą, że kogokolwiek posadzą przed mikrofonem, to wystarczy, że poprowadzi audycję np. „Markomania”, a słuchacze będą przekonani, że słyszą Marka Niedźwieckiego.

 

To, co w tej historii napawa optymizmem, to fakt, że eks-dziennikarze Trójki byli w stanie w rekordowo szybkim czasie znaleźć słuchaczy, którzy wyłożyli własne pieniądze, by móc nadal słuchać ulubionych prezenterów.  Radio Nowy Świat na stronie Patronite.pl uzbierało już 31 360 patronów, którzy w sumie wyłożyli 5 496 377 zł, po 697 018 zł miesięcznie. Radio 357 Kuby StrzyczkowskiegoMarka Niedźwieckiego ma 14 561 patronów, którzy złożyli się na 667 893 zł, deklarując miesięczne wpłaty 349 562 zł.

 

Sam Dariusz Rosiak zebrał w serwisie Patronite deklaracje miesięczne w kwocie 62 tys. złotych od ponad 4 tys. osób i prowadzi podcast „Raport o stanie świata”, do którego w październiku dołączył „Raport o stanie książek”.

 

A Program 3 dziś już właściwie nie istnieje. Słuchalność zjechała z 8,8 proc. po przejęciu Polskiego Radia przez PiS, do zaledwie 2,9 proc. Obecnie, po wielkiej czystce.

 

No, ale Czabański-Lichocka-Kamińska mają w zanadrzu wunderwaffe. Polskie Radio odpaliło w grudniu kampanię reklamową Programu 3 pod hasłem „Zapraszamy do Trójki”. To był tytuł jednych z najbardziej znanych porannych i popołudniowych audycji, prowadzili je m.in. Łukawski, Mann, Strzyczkowski, Olszański. I właśnie „Zapraszamy do Trójki” zdjął z anteny jej nowy dyrektor Michał Narkiewicz-Jodko.

 

Adam Socha

 

PS. Prezesko Polskiego Radia, nie zapomnijcie zastrzec też „Karpia” – projekt dziennikarzy „Trójki” wspólnego śpiewania świątecznej piosenki. Ta tradycja ma już 20 lat. Tematem wspólnym większości z piosenek jest refren: „Krok po kroku, krok po kroczku, Najpiękniejsze w całym roczku, Idą święta, idą święta”. Teksty do niej pisali m.in. Jakub Strzyczkowski, Artur Andrus, Grzegorz Wasowski, Michał Rusinek, Jacek Poniedzielski, Piotr Bukartyk, Maria Czubaszek, Michał Zabłocki. W tym roku czekamy na tekst tercetu Czabański-Lichocka-Kamińska. Koniecznie ujmijcie ocalenie karpia przez „Piątkę dla zwierząt”. Prezes JK będzie zachwycony!

ADAM SOCHA: Każdy będzie sam sobie dziennikarzem

Coraz częściej straszy się dziennikarzy, że w niedalekiej przyszłości zastąpi nas sztuczna inteligencja. Ostatnio taką przyszłość dziennikarstwa wieszczył prof. Dariusz Jemielniak, badacz społeczności internetowych i specjalista od zarządzania wysokimi technologiami, członek rady powierniczej Fundacji Wikimedia, w wywiadzie dla Wirtualnych Mediów.

 

To, że roboty piszą proste informacje, już wiemy. Na początku września na łamach „Guardiana” pojawił się artykuł autorstwa robota GPT-3, a dokładnie algorytmu stworzonego przez laboratorium badawcze OpenAI.
Nie do końca było to dzieło AI, gdyż w powstaniu eseju uczestniczył też człowiek, który nadzorował algorytm, by stworzona treść przypominała sposób pisania przez człowieka. Zdaniem ekspertów to duży krok w kierunku uczenia sztucznej inteligencji tworzenia tekstów, które będzie trudno odróżnić od tych pisanych przez dziennikarzy czy pisarzy.

 

Artykuły z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji powstają już na Wikipedii – mówi prof. Jemielniak. – Dotyczą informacji geograficznych, np. o nazwie miasta, jego lokalizacji i liczbie mieszkańców.

 

Czego jeszcze AI nie potrafi? Analizować. Ale zdaniem profesora, nie jesteśmy od tego bardzo daleko. Wówczas rola redaktora sprowadzi się do koordynatora tekstu. Będzie decydował co zostawić, co usunąć, ewentualnie coś dopisze od siebie, by tekst ubarwić i podkręcić.

 

Zdaniem prof. Dariusza Jemielniaka, to kwestia czasu, gdy AI będą przeprowadzać wywiady. Ale przecież to już się dzieje! Przypomnę sprawę redaktora naczelnego Onet.pl Bartosza Węglarczyka. Redaktor Węglarczyk podczas wywiadu na żywo z wiceministrem Jackiem Ozdobą stwierdził, iż wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak wulgarnie odniósł się do prezes Sądu Najwyższego (miał powiedzieć słowo, które od 22 października, od wyroku TK słyszymy niemal codzienne z ust kobiet na polskich ulicach, czyli „spier….”). Piebiak pozwał Węglarczyka, gdyż nigdy tak się nie wyraził wobec prezes. I co się wówczas okazało?

 

Prawnicy dziennikarza Onetu w odpowiedzi na pisma procesowe twierdzili, że wywiad przeprowadzał ktoś inny, a Węglarczyk, którego widać na nagraniu, „jest hologramem nałożonym za pomocą technologii deep fake”.
Reuters opracował system pozwalający na prowadzenie telewizyjnych wiadomości sportowych przez wirtualną postać. Rozwiązanie wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji, a wzorem dla wirtualnego prowadzącego jest Ossian Shine, dziennikarz sportowy Reutersa.

 

Chińska telewizja pokazała prezentera, który czytał wiadomości, a był robotem. Ja już od pewnego czasu podejrzewam, że Wiadomości prowadzi albo awatar Danuty Holeckiej, albo robot, który dzięki algorytmowi opanował jej głos, na szczęście mimiki nie musiał, bo oryginał jest jej pozbawiony, tzn. ma tylko jeden wyraz twarzy, kamienny.
Sądzę jednak, że trudno będzie stworzyć awatar i algorytm np. Roberta Mazurka jako wywiadowcy w RMF FM. Bo jego warsztat polega na ciągłym zaskakiwaniu rozmówców i słuchaczy.

 

Zdaniem prof. Jemielnika jest bariera nie do pokonania dla AI. Sztucznej inteligencji trudno będzie na pewno przejąć rolę opiniotwórczą. „Dlatego moim zdaniem rzetelny dziennikarz, którego opinie mają znaczenie, będzie potrzebny bardzo długo” – stwierdza specjalista. – Ale stażyści w wchodzący w zawód dziennikarski nie będą. I to już wkrótce”.

 

I tu się specjalista myli. Uważam, że bardzo łatwe będzie stworzenie awatara i algorytmu, które wcielą się w rolę stałych komentatorów Wiadomości. Jest ich chyba dosłownie trzech na krzyż. Jacek lub Michał Karnowski, Tomasz Sakiewicz i przemiennie ktoś jeszcze z „Gazety Polskiej” lub z portalu wPolityce.pl.

 

A tak na serio, to jest dla mnie oczywiste, że sztuczna inteligencja oznacza rewolucję w mediach. Ale zawsze na końcu procesu tworzenia tekstu będzie żywy człowiek, bo to on będzie decydował, jak ma funkcjonować algorytm. Algorytm stanie się po prostu kolejnym narzędziem pracy dziennikarza. Redaktor będzie wydawał polecenie AI znalezienie źródeł informacji, zdobycia tych informacji, ich weryfikacji, przygotowania wstępnej matrycy tekstu.
Zwieńczeniem tego procesu będzie zanik mediów w obecnym kształcie, czyli redakcji. Każdy z użytkowników internetu dzięki AI i algorytmom będzie sam sobie dziennikarzem.

 

Adam Socha

ADAM SOCHA: Albo jesteś z nami, albo przeciw nam

Na samym początku mojej drogi dziennikarskiej, a pracę zacząłem 1 maja 1981 roku, dostałem lekcję obiektywizmu dziennikarskiego od śp. red. naczelnego tygodnika „Kontakty” Stanisława Zagórskiego. Otóż, jako dziennikarz uczestniczyłem w rozmowach wojewody łomżyńskiego z przywódcami mazowieckiego oddziału „Solidarności” w Łomży. W pewnym momencie widząc, że robotnicy nie radzą sobie z retoryką wojewody, wsparłem ich występując niejako w roli samozwańczego rzecznika prasowego.

 

Po powrocie do redakcji red. Zagórski zapytał mnie, w jakim charakterze byłem na spotkaniu u wojewody? Ta lekcja wystarczyła mi na całe dalsze zawodowe życie. Dodam, że „Kontakty” drukowały wszystko, co napisałem, nawet poszedł wywiad z Jackiem Kuroniem ze Zjazdu „Solidarności” w Hali Olivii (taki wywiad wydrukował jeszcze tylko „Sztandar Młodych”).

 

Obecnie, podczas trwających od 22 października ulicznych protestów po wyroku TK na temat aborcji eugenicznej, gros dziennikarzy i redakcji natychmiast stała się rzecznikami prasowymi, z jednej strony protestujących, a z drugiej strony rządu.

 

Ale to nie jest nihil novi pod polskim słońcem. To tylko kolejna odsłona tego samego widowiska. Ten podział ról dokonał się na dobre po zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Media, które nie uznały demokratycznego werdyktu (TVN, Wyborcza, Newsweek, Fakt, onet.pl) z miejsca zaczęły atakować rząd, a wszystkie chwyty stały się dozwolone. Z drugiej strony barykady uformował się obóz mediów, które wspomogły PiS w osiągnięciu zwycięstwa w wyborach (kluby „Gazety Polskiej”), po czym zaczął atakować media opozycyjne i opozycję.

W zasadzie w wielu przypadkach trudno było odróżnić, kto jeszcze występuje w roli dziennikarza, a kto już polityka? Np. Tomasz Lis krzyczący pod Sejmem na manifestacji KOD-u 19 grudnia 2015 roku:

Witam Was wszystkich: Komuniści, złodzieje, ludzie gorszego sortu. Ludzie, którzy nie mają głów, wszyscy zaprzedani. Mogą zamykać nam programy, wyłączać mikrofony, ale nigdy nie zamkną nam ust” – zaczął swoje wystąpienie Tomasz Lis. – „Czy pozwolimy odebrać sobie wolność i demokrację w imię kaprysu jednego człowieka?”

 

Wyborcza to od dawna aktywny uczestnik walki o władzę. Teraz wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet, także finansowo dołączając plakat ze słowem „Wyp………” oraz przekazując wpływy z prenumeraty na rzecz OSK.

 

To jeszcze mówił dziennikarz czy już polityk? Redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław Franciszek Rakowski cały czas wbijał do głów swoim dziennikarzom: „pamiętajcie, nie jesteście tylko dziennikarzami, jesteście też politykami”. I ta nauka nie poszła w las.

 

Czytelnicy, którzy podzielili się na dwa nienawistne plemiona wręcz żądają od „swoich” mediów ostrego atakowania przeciwnika, wyłapywania i wyolbrzymiania każdego potknięcia, niezręcznego słowa. Czytelnicy zachowują się jak kibice na meczu bokserskim, krzyczą do swoich pięściarzy: „tak, dowal mu!, dobij go!”, nie widzą  żadnego ciosu poniżej pasa swojego zawodnika.

 

Ten rodzaj czytelników najbardziej nienawidzi dziennikarzy, którzy za wszelką cenę starają się zachować obiektywizm i pęłnić role lustra idącego gościńcem.

 

Doświadczyłem tego teraz, gdy przez trzy kolejne dni chodziłem w pochodach w Olsztynie i rozmawiałem z jego uczestniczkami, głównie studentkami. Publikowałem wiernie te rozmowy na portalu debata.olsztyn.pl, bez komentarza, jedynie dodając relacje z przebiegu demonstracji.

 

Czytelnicy z obu plemion byli niezadowoleni. Czytelnik utożsamiający się z strajkiem kobiet zarzucił mi na forum portalu, że moje rozmowy z protestującymi kobietami to…. Konfabulacja, że je zmyśliłem! (Mam nagrania). Domyślam się, o co mu chodziło. Zamiast jedynie rejestrować wypowiedzi, zadawałem pytania, wyrażałem swoje wątpliwości, co sprawiało, że niektóre rozmówczynie ukazywały pustkę w głowie. Czytelnik uznałby taki przebieg rozmowy, który byłby zgodny z przekazem dnia Marty Lempart. Nawet tak zaangażowane po stronie rewolucji Radio TOK FM (Grupa Radiowa Agory) przeprosiło słuchaczy za to, że do dyskusji w porannym paśmie o protestach po wyroku Trybunału Konstytucyjnego ograniczającego prawo do aborcji zaproszono mało kobiet. – Popełniliśmy błąd. Nie odpowiedzieliśmy adekwatnie na sytuację, w której wszyscy się znaleźliśmy – przyznała redakcja.

 

Z drugiej strony fakt, że publikuję rozmowy z protestującymi kobietami przez czytelników utożsamiających się z PiS-em czy hierarchią kościelną osądzany jest jednoznacznie: portal debata.olsztyn.pl przeszedł na stronę „barbarii”.

 

Ale ja wiem, że jest milczący środek (nie dokonuje wpisów), który czyta mnie od dziesiątków lat i nigdy nie zawiódł się na mojej rzetelności. Redaktor naczelny „Gazety Olsztyńskiej” powiedział mi swego czasu: „Nawet ci, którzy ciebie nienawidzą, prywatnie przyznają, że Socha pisze prawdę”.

 

Toteż, tak jak ja, gdy wyszukuję wiarygodnych źródeł informacji, to sięgam np. po „Dziennik Gazetę Prawną” czy włączam Wydarzenia Polsatu, tak też są czytelnicy, którzy poszukują prawdy i jakoś wiedzą, na którym portalu, której redakcji, któremu dziennikarzowi można zaufać. Takich czytelników i takich dziennikarzy, niestety jest coraz mniej.

 

Masy nie potrzebują prawdy, zresztą w świecie ponowoczesnym kategoria prawdy przestała istnieć. Prawdą jest to, co zostanie tak nazwane przez dane medium.  Masy krzyczą: „Albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Syn Krauzego bije do krwi operatora TVP, bojówkarze we Wrocławiu atakują dziennikarki Wyborczej.

A będzie jeszcze gorzej.

 

Adam Socha