Dekoncentracja wolności słowa – analiza ADAMA SOCHY

Jeszcze niedawno publicyści uspokajali, iż nie do zrealizowania jest zapowiedź prezesa Jarosława Kaczyńskiego z lipca 2020 roku, iż jednym z priorytetów nowego rządu będzie polonizacja i dekoncentracja mediów. W pierwszym wywiadzie dla PAP, po zwycięstwie Andrzeja Dudy, prezes stwierdził, iż ich kandydat wygrał mimo „potężnego frontu medialnego” i zapowiedział: „Możemy doprowadzić do tego, że mediów, które patrzą na rzeczywistość bardziej realistycznie, będzie więcej niż w tej chwili. W tym kierunku będziemy próbować działać”. Zarazem prezes PiS uspokajał: „ale nie zrobimy niczego, co by godziło w wolność mediów”.

 

Publicyści (np. Łukasz Warzecha) twierdzili, że plan podporządkowania sobie mediów z kapitałem zagranicznym przez PiS jest nierealny, gdyż w odróżnieniu od Węgier, PiS nie dysponują grupą oligarchów, którzy wyłożyliby kasę na ich wykupienie. Nie wierzono, że PiS posłuży się spółkami Skarbu Państwa (ja też). Toteż realna wydawała się tylko ustawa dekoncentracyjna, która miałaby ograniczyć udział inwestorów zagranicznych w polskich mediach do nie więcej niż 30 proc., oraz liczbę tytułów, które może mieć jedna grupa medialna.

 

A tu raptem „The Economist” informuje, że PKN Orlen negocjuje z niemieckim koncernem Verlagsgruppe Passau w sprawie kupna Polska Press Grupy. Wydawca ten jest właścicielem 20 z 24 wydawanych w Polsce dzienników regionalnych. To, co jeszcze wczoraj, również mnie, wydawało się niemożliwe, staje się możliwe, mimo że ani Orlen, ani VSP nie potwierdzają rewelacji „The Economist”. Za to poseł  PiS Jan Mosiński powiedział portalowi tvp.info: „Decyzja została podjęta. Będziemy wprowadzać dekoncentrację mediów. Działania prezesa PKN Orlen Daniela Obajtka w celu wykupienia grupy prasowej Polska Press są dobre. Będziemy mieli niedługo zdrową równowagę na rynku medialnym”.

 

Od razu powiem, że co do zasady, podzielam diagnozę prezesa Kaczyńskiego, iż media w rękach zagranicznego kapitału, to nie jest normalna sytuacja i nie dopuszczono do niej nigdy w państwach zachodniej demokracji. Żaden z wolnych krajów nie pozwoliłby, by postawy i opinie obywateli kształtowały media innego państwa. Natomiast stało się tak we wszystkich byłych demoludach, po upadku komunizmu.

 

W wielkim skrócie przypomnę historię mediów regionalnych w Polsce po 1989 roku. Komisja Likwidacyjna RSW doprowadziła do powstania neoRSW w postaci pierwszego prywatnego banku w Polsce, Banku Handlowo-Kredytowego w Katowicach, należącego do krewnego gen. Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Zespoły byłych organów KW PZPR powoływały spółdzielnie dziennikarskie, a te likwidatorzy kierowali do Katowic, tłumacząc że samodzielnie nie udźwigną finansowo wydawania gazety. BHK stworzył holding prasowy, by następnie sprzedać tytuły dwóm zagranicznym wydawnictwom: norweskiej Orkli i niemieckiemu Passauerowi. Po pewnym czasie Passauer połknął gazety Orkli. Neue Passauer Presse to było mikro wydawnictwo z Bawarii należące do dentysty z zawodu Axela Diekmanna. Wydawca jednej gazetki w Passau, miasteczku w Bawarii na pograniczu z Austrią, liczącemu ok. 50 tys. mieszkańców, zaufał  niemiecki bank i uruchomił linię kredytową, dzięki której Diekmann stał się monopolistą prasy regionalnej.

 

Na początku były dwa wyjątki jeśli chodzi o byłe organy KW PZPR. „Gazetę Współczesną” w Białymstoku Komisja Likwidacyjna sprzedała KK „Solidarności” (zostałem jej pierwszym redaktorem naczelnym), a zespół “Trybuny Opolskiej” przechytrzył BHK, jednego dnia zwalniając się z pracy i zatrudniając w nowo powołanej spółce, po czym następnego dnia w kioskach pojawiła się „Nowa Trybuna Opolska”. Koniec końców oba tytuły i tak trafiły w ręce Herr Diekmanna.

 

Społeczne protesty wzbudziła jedynie sprawa tytułu „Gazeta Olsztyńska”, gdyż ta polska gazeta założona w Prusach Wschodnich należała do 1 września 1939 roku do rodziny Pieniężnych. Jego właściciel Seweryn Pieniężny oraz kilku redaktorów zginęło w obozach koncentracyjnych. W PRL tytuł przywłaszczyła PZPR. Wydawało, że po po 1989 roku tytuł wróci do wdowy po Sewerynie Pieniężnym i jego córek, jednak Komisja Likwidacyjna zdecydowała przekazać tytuł bezpłatnie spółdzielni dziennikarskiej. Dopiero po protestach społecznych premier Tadeusz Mazowiecki zmienił tę decyzję i gazeta trafiła na tzw. „przetarg”, który wygrał BHK, mimo że nie zgłosił najwyższej oferty, przeciwnie.

 

Drugi raz wybuchły protesty społeczne, gdy BHK sprzedał „Gazetę Olsztyńską” niemieckiemu kapitałowi, które dały tylko tyle, że gazetę nie nabyła spółka z Passau, a jeden ze wspólników, jako osoba fizyczna Franz-Xavier Hitreiter.

 

Zespoły byłych organów KW PZPR z reguły wspierały patologiczną transformację ustrojową polegającą na uwłaszczeniu nomenklatury i budowy „czerwonego kapitalizmu”.

 

Po 1989 roku nastąpiła w Polsce erupcja lokalnych tytułów na poziomie gminnym i powiatowym. Po przejęciu rynku przez Passauera niemal wszystkie zostały przez ten koncern wykupione. Tytuły, które się oparły monopoliście można policzyć na palcach jednej ręki, to np. Tygodnik Podhalański w Zakopanem czy „Kurek Mazurski” w Szczytnie.

Były podejmowane próby powoływania przez lokalne środowiska rodzącego się biznesu konkurencyjnych tytułów, jednak z reguły kończyły się one niepowodzeniem i szybko kończyły swój żywot. Z kilku powodów. Pierwszym i podstawowym był brak kapitału, pozostałe to przywiązanie czytelników do tytułu oraz ubogi rynek reklam, które głównie zgarniał tytuł-monopolista.

Na własnej skórze przeżyłem  trzy takie próby konkurowania z monopolistą. Najpierw angażując się w uruchomiony przez lokalnego rzemieślnika, producenta plastikowych worków „Dziennika Pojezierza” w Olsztynie. Szybko wpadł w długi. W momencie, gdy zaczął odnosić sukces czytelniczy m.in. za sprawą moich śledczych artykułów i zaczęły płynąć reklamy, do redakcji wkroczyły jednocześnie wszyscy wierzyciele, odcinając prąd i wodę i rekwirując sprzęt. Drugi raz uruchamiałem w Olsztynie tygodnik „Gazeta Warmińska”, który docelowo miał stać się dziennikiem. Ta inicjatywa też poległa z braku kapitału i reklam, mimo początkowego sukcesu czytelniczego. Wydawcą był mikro przedsiębiorca, który utrzymywał się głównie z firmy sprzątającej fabrykę opon, największego zakładu w mieście. W momencie, gdy do władzy doszedł SLD, krytyczne pismo natychmiast stało się solą w oku byłych towarzyszy. Wydawca był zmuszony najpierw pożegnać się ze mną, a jakiś czas później jego firma padła wraz z tytułem i już się nie podniosła. Trzecia moja próba, to była praca reportera w tygodniku ogólnopolskim „Plus” uruchomionym przez środowisko liberałów w Białymstoku. Też szybko zbankrutowali.

 

Później przez wiele lat pracowałem w tytułach należących do koncernów zagranicznych. Pierwszym był „Super Express” uruchomiony przez kapitał polski, czyli Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe, które w PRL prowadziły cyrki. Po 1989 roku kontrolę nad ZPR przejął Zbigniew Benbenek, który kupił upadający Express z częścią załogi byłego Expressu Wieczornego. Powierzył tytuł Grzegorzowi Lindenbergowi, który stworzył z sukcesem pierwszy polski tabloid „Super Express”. Otworzyłem w Olsztynie oddział tej gazety i był to szczęśliwy okres w moim dziennikarskim życiu. Miałem całkowicie wolną rękę. Redakcja SE w Olsztynie była jedynym medium w regionie kontrolującym władzę. Na Lindenbergu nie robiły żadnego wrażenia liczne skargi wysyłane na mnie przez rządzących polityków i urzędników oraz wytaczane mi procesy sądowe. Sytuacja się zmieniła po jego odejściu i sprzedaży 50% udziałów braciom Bonnier ze Szwecji. Redakcja dzięki temu stała się na wskroś nowoczesna technicznie, dostała nową siedzibę. W tym czasie, po odejściu Lindenberga, awansowałem do centrali na zastępcę redaktora naczelnego, ale de facto byłem p.o. naczelnego. Mój program przedstawiony właścicielom  uczynienia z SE gazety śledczej, patrzącej na ręce rządowi, musiał nie przypaść im do gustu. Pożegnano się ze mną, a nowa naczelna  zaczęła robić coś w rodzaju „pudelka”, co omal nie zakończyło się upadkiem gazety i wycofaniem się Szwedów, którzy utopili w tym „pudelkowym” projekcie ogromne pieniądze. Dobiło ich wejście na rynek „Faktu”, czyli polskiego „Bilda”. Dopiero wówczas Zbigniew Benbenek zrozumiał, że mój program był słuszny i zatrudnił do jego realizacji Sławomira Jastrzębowskiego, który uratował tytuł.

 

Po SE wylądowałem jako redaktor naczelny w tytule należącym do norweskiej Orkli, w białostockim „Kurierze Porannym”. Norwedzy głównie interesowali się stroną finansową tego biznesu i przede wszystkim z wyników finansowych rozliczali polską prezes spółki Joannę Pilcicką (nb. mojej uczennicy, którą przyjmowałem do pracy w „Gazecie Współczesnej” w 1991 roku). W mojej ocenie prezes miała wolną rękę jeśli chodzi o linię polityczną podległych jej gazet, a była ona zgodna z linią Unii Wolności i jej późniejszych mutacji. Nie byłem w stanie zmieścić się w tej poprawności politycznej i po roku rozstaliśmy się.

 

Ostatnie moje doświadczenie prasowe to 7-letnia praca w „Dzienniku Łódzkim” jako zastępcy redaktora naczelnego od wydań lokalnych. Oceniam je jako moje biblijne „7 tłustych lat”. Gazeta należała do koncernu z Passau. Wydawca stworzył redakcji przyzwoite warunki pracy. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem na duet prezes Agnieszka Sardecka-redaktor naczelny Julian Beck. Tak, jak w SE za Lindenberga, dostałem absolutnie wolna rękę. W zamian miałem zbudować pozycję „DŁ” w w województwie łódzkim. Wkrótce tygodniki DŁ ukazujące się w każdym z miast powiatowych regionu stały się postrachem skorumpowanych i nieudolnych samorządowców. Dla mojego szefostwa nie miało żadnego znaczenia, z jakiej partii się wywodzą. Jedyny wymóg, to był wymóg rzetelności i uczciwości dziennikarskiej. Nawet wycofywanie przez krytykowanych samorządowców ogłoszenia nie naraziły mnie ani razu na żadne uwagi ze strony szefostwa. Przeciwnie. Za mną przemawiały wyniki sprzedaży.

 

I pewnego  dnia cały mój wysiłek i wysiłek rzeszy dziennikarzy z wydań lokalnych został wyrzucony do kosza. Julian Beck wpadł na pomysł stworzenia w Warszawie własnego PAP-a dla gazet koncernu Passauera. Popełnił jednak błąd. Zamiast zająć się osobiście realizacją tego pomysłu, zatrudnił Pawła FąfaręTomasza Wróblewskiego (byłego naczelnego “Newsweeka”). A ci, za jego plecami, przedstawili Herr Diekmannowi projekt powołania na bazie gazet regionalnych ogólnopolskiej gazety, która zdetronizuje „Gazetę Wyborczą”. Połowę kasy wyłożył Diekmann, ale drugą połowę miał uzyskać duet FąfaraWróblewski tnąc koszty gazet regionalnych, czyli niszcząc ich lokalność.

Julian Beck nie wyraził na to zgody i musiał odejść.

 

Jak silną więź z czytelnikami w powiatach łódzkich udało nam się zbudować doświadczyłem, gdy stracili wydania lokalne swoich miast. Mój telefon urywał się od głosów oburzonych czytelników, dlaczego z „Dziennika” zniknęły „ich strony”?! Odsyłałem ich po wyjaśnienia do centrali spółki, do prezes Doroty Stanek.

 

Czekał mnie jeszcze większy wstrząs. Główną treścią gazet regionalnych Passauera pod nowym kierownictwem stały się materiały z centrali. Akurat start “Polska The Times” (bo taki zakompleksiony tytuł nadali gazecie, która miała pokonać Wyborczą, jej twórcy) przypadł na okres, gdy wybory wygrała Platforma Obywatelska. Z centrali zaczęły napływać materiały poświęcone tylko i wyłącznie zwycięskiej partii, kolejno prezentowano ministrów. Wielokolumnowe politpropagandowe materiały wypełniały niemal całe połacie gazety, niewiele miejsca pozostawiając na lokalne wydarzenia. Gazety regionalne zaczęły przypominać “Trybunę Ludu” po zjazdach partyjnych.  Wierzcie mi, to nie było narzucone z zewnątrz, to nie Herr Diekmann postanowił popełnić harakiri. To był absolutnie autorski projekt FąfaryWróblewskiego, a może bardziej Fąfary jako naczelnego, bo Tomasz Wróblewski wkrótce odszedł.

 

Zresztą raz miałem okazję stanąć przed obliczem Herr Diekmanna po pewnym czasie od uruchomienia „Polska The Times”. Właściciel pojawił się w Łodzi i zwizytował oddział w Piotrkowie Trybunalskim. Nagle mnie kazano odpowiedzieć, dlaczego projekt przeżywa problemy, traci czytelników? Odpowiedziałem, że podcięto gałąź, na której gazety regionalne siedziały, odcięto się od lokalnego czytelnika. Jednak kurs nadany przez Pawła Fąfarę nadal był realizowany a ze mną się pożegnano.

 

Podsumowując moje doświadczenia z pracy w koncernach zagranicznych muszę stwierdzić, że to nie ich właściciele ręcznie sterują mediami. Zatrudnieni przez nich polscy redaktorzy naprawdę mają dużo swobody w nadawaniu linii kierowanym przez siebie mediom. To głównie od ich uczciwości, rzetelności i systemu wartości zależy „content”, zawartość i linia ideowa.

 

Ale prawda jest też taka, że jednak w oczach właścicieli tych koncernów raczej uznania nie uzyskaliby bracia Karnowscy czy Tomasz Sakiewicz.  Jednak to nie przypadek, że np. szefem “Newsweeka” jest Tomasz Lis, a szefem Onetu Bartosz Węglarczyk, a więc dziennikarze o poglądach liberalno-lewicowych, postępowi i poprawni politycznie.

 

Media prorządowe, jak koncern braci Karnowskich i koncern Sakiewicza nie podbiły rynku i ciągle mają problemy ze zbilansowaniem się. Co i rusz zamieszczają apele do Czytelników o wsparcie i żalą się na brak pomocy ze strony „dobrej zmiany”, która tyle im zawdzięcza.  Niedawno ponowili apele, gdyż dotkliwie odczuwają skutki rynkowe epidemii. Michał Karnowski zrobił takie zestawienie: „W 2019 roku TVN zatrudniał 1600 pracowników i osiągnął czysty zysk w wysokości 540 milionów złotych. Grupa Bauer zarobiła w tym okresie ponad 100 milionów. A Agora zapowiedziała w 2018 roku inwestycje w wysokości miliarda złotych. Na tym tle nasza niewielka, skromnie tworzona spółka, to łupinka: nieco ponad 20 milionów złotych rocznego budżetu, licząc z kosztami papieru, lokalu redakcyjnego, obsługi prawnej, kosztów osobowych. To zestawienie pokazuję jak skromnymi siłami dysponujemy”.

 

To ciągłe balansowanie może się dla Fratrii skończyć, jeśli rzeczywiście Orlen odkupi media regionalne od  Verlagsgruppe Passau. Nie zdziwiłbym się, gdyby to oni pokierowali spółką Orlen Media.

 

Eksperci nawet dają szansę  prezesowi Danielowi Obajtkowi, że nie utopi wydanych milionów (np. w 2008 roku „Gazeta Olsztyńska” była wyceniana na 100 mln zł, więc z grubsza biorąc 20 tytułów może stanowić wartość ok. 3 mld złotych). O ile zatrudni fachowców, a nie politruków. Tym bardziej, że kupuje też „Ruch”. Główne bogactwo gazet Passauera to nie nakłady, które z roku na rok się kurczą i dzisiaj wynoszą po kilka tysięcy dziennie, a serwisy internetowe z kilkoma milionami użytkowników i nawet stoma milionami odsłon. Dadzą one PiS-owi dostęp do najważniejszego dla tej partii elektoratu, mieszkańców małych miast i miasteczek.

 

Orlen może skopiować model rosyjski, gdzie największym holdingiem medialnym jest Gazprom Media, należący do energetycznego państwowego giganta, czyli Gazpromu.

Gazprom Media posiada stacje telewizyjne, radiowe, portale internetowe oraz kilka gazet papierowych. Nie wszystkie z nich są tubą rządu, a część z nich utrzymała nawet sporą niezależność, w tym przede wszystkim pierwsza prywatna rosyjska rozgłośnia w historii, czyli słynne radio Echo Moskwy.

 

Muszę oddać prezesowi Kaczyńskiemu, że dobrze to wymyślił z Orlenem. PiS po kupnie Polska Press nie miałby problemów z Komisją Europejską, gdyż nie naruszyłby  unijnych przepisów. Wszak koncern gazetowy kupuje spółka giełdowa a nie rząd. Jednak rząd PiS otrzymał już sygnał ostrzegawczy w postaci wpisu  na Twitterze Arndta Freytaga von Loringhovena, ambasadora Niemiec w Polsce po kolacji z ambasador USA: „Serdecznie dziękuję Georgette Mosbacher, ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce za wspaniałą przyjacielską kolację! Tematy naszych rozmów to stosunki transatlantyckie, Trójmorze i wolność mediów w Polsce”.

 

Pytanie, czy po potężnych wstrząsach społecznych wywołanych najpierw ustawą o ochronie zwierząt, a teraz wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej, prezes zaryzykuje kolejną awanturę. Co prawda w tej sprawie czytelnicy raczej nie wyjdą na ulice w obronie „Dziennika Bałtyckiego” czy „Gazety Pomorskiej”, ale za to presja zagraniczna może być potężna, zwłaszcza po ewentualnym zwycięstwie w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Dla mnie jednak najważniejszym pytaniem w tej sprawie jest, czy tzw. repolonizacja mediów regionalnych zwiększy wolność słowa w Polsce czy zmniejszy? I muszę odpowiedzieć, że nie znam  w historii mediów takiego przypadku, że rząd kładący na nich rękę, służy wolności słowa. Przeciwnie, w mojej ocenie to wstęp do dyktatury. Przerabiają to już Węgrzy, gdzie rynek medialny prawie w 100 proc. jest kontrolowany przez rząd. Co prawda, nam to jeszcze długo nie grozi. Ambasadorzy USA i Niemiec czuwają nad pluralizmem mediów w Polsce. Jak on może wyglądać po tzw. repolonizacji gazet regionalnych powiedział w rozmowie z onet.pl i dr Dominik Hejj, ekspert polityki węgierskiej i redaktor naczelny serwisu kropka.hu: „Zwolennicy tej koncepcji (repolonizacji – przypis A.Socha) muszą sobie uświadomić, że doszłoby do przetrzebienia rynku. W modelu węgierskim nie ma czegoś takiego jak „popieram, ale…”. Wtedy skończy się miejsce na jakiekolwiek „ale”. Albo nas popierasz w całości i realizujesz nasz przekaz, albo cię nie ma. Nawet jeśli zostanie coś po drugiej stronie, to zniknie środek. Z jednej strony będzie TVP Info, które ogłosi negocjacje w Brukseli jako sukces rządu, z drugiej TVN24, który ogłosi te same negocjacje jako porażkę, bowiem fundusze powiązano jednak z praworządnością. A w medialnym świecie bez środka tworzy się pole do dezinformacji, na przykład dezinformacji rosyjskiej”.

 

W Polsce jeszcze ten „środek” jest dzięki np. takim gazetom, jak „Dziennik Gazeta Prawna” „Rzeczpospolita”. Przypomnę, że 49 proc. udziałów w DGP miał Axel Springer Polska. W marcu 2018 roku należąca do Ryszarda Pieńkowskiego spółka Infor PL odkupiła od Axel Springer Polska resztę udziałów. DGP jest wzorcowym przykładem jak powinna wyglądać repolonizacja mediów.

 

Adam Socha

ADAM SOCHA: Roztrojenie Trójki

Okazuje się, że w miejsce jednej, będziemy mieli aż trzy Trójki! Po wysadzeniu w powietrze zespołu decyzją o zdjęciu z Listy Przebojów piosenki Kazika, najpierw powstało w internecie Radio Nowy Świat. Wówczas misji ratowania „Trójki” podjął się Kuba Strzyczkowski, ale po wyborach prezydenckich przestał być potrzebny Joannie Lichockiej i Krzysztofowi Czabańskiemu, jak i reszta „Trójkowych” złogów.

 

Miłośnicy Trójki byli przekonani, że Kuba Strzyczkowski i jego koledzy, którzy odeszli wraz z nim wkrótce znajdą miejsce w RNŚ. A tu bomba! Marek Niedźwiecki, Kuba Strzyczkowski, Piotr Kaczkowski, Marcin Łukawski, Piotr Stelmach, Katarzyna Borowiecka, Michał Olszański, Agnieszka Obszańska, Paweł Sołtys, Tomasz Michniewicz, Ernest Zozuń, Ola Budka, Marcin Cichoński, Marek Brzeziński, Katarzyna Kłosińska, Tomasz Rożek, Filip Jaślar, Łukasz Błąd, Gabriela Darmetko, Iza Woźniak, Daniel Wyszogrodzki, Krzysztof Szubzda, Roma Leszczyńska i Tomasz Jeleński, w sumie 40 dziennikarzy radiowej Trójki tworzy kolejne radio w internecie: „Radio 357”, nawiązując do adresu Trójki przy Myśliwieckiej 3/5/7.

 

Eksperci nie mają wątpliwości, że internetowa rozgłośnia będzie konkurencją dla Radia Nowy Świat i może odebrać jej patronów. – Jak się dowiedziałam, że robią to radio, byłam zaskoczona – przyznaje dla Press.pl Magda Jethon, redaktorka naczelna RNŚ.

 

W drugim dniu zbiórki funduszy na Radio 357 na portalu Patronite.pl ponad 6 tys. patronów wpłaciło w sumie ponad 150 tys. złotych. – Będziemy potrzebowali co miesiąc 500 tysięcy złotych, żeby się utrzymać i rozwijać – mówi Tomasz Michniewicz z Radia 357 dla Press.pl.

 

Dla porównania Radio Nowy Świat w podobnym czasie miało ponad 2 tys. patronów i zebranych ponad 65 tys. zł, a po 3 miesiącach – 2 mln zł. Obecnie wspiera ich prawie 32 tys. patronów, którzy miesięcznie przekazują na rozgłośnię łącznie ponad 740 tys. zł (dotychczas stacja zebrała ponad 4,1 mln zł).

 

Jeśli Jethon przez zęby życzyła Strzyczkowskiemu powodzenia, to irytacji nie ukrywał Marcin Kydryński. Na spotkaniu autorskim w bolesławieckim Centrum Wiedzy powiedział słuchaczom:

 

„To mnie wkurzyło nieprzytomnie. (…) To jest takie polskie, sarmackie. My teraz ze swoją szabelką”. Wyjaśnił też, że czuje się zirytowany tym pomysłem, bo jego zdaniem dowodzi, iż byli pracownicy kultowej Trójki nie są „jednak w stanie niczego zrobić razem” – donosi serwis bolec.info.  – Większość z tych ludzi dostała zaproszenie do Radia Nowy Świat, z którego nie skorzystała. Nam bardzo fajnie się udało zrobić to radio, byliśmy bardzo otwarci, żeby przyjąć przyjaciół – mówił świeżo po ogłoszeniu zbiórki na Radio 357. Dodał: „Teraz nagle okazuje się, że oni zabierają zabawki do jakiejś innej piaskownicy, że będą mieli super radio i będą się tam razem bawić w tej piaskownicy”.

 

Oczywiście, natychmiast pojawiły się spekulacje, dlaczego Kuba Strzyczkowski i Marek Niedźwiecki, z którym intensywne rozmowy prowadziła Jethon, nie wsparli RNŚ. Mam swoją teorię.

 

Kluczem jest skład zespołu RNŚ: m.in. Magda Jethon, Jerzy Sosnowski, Wojciech Mann i Michał Nogaś, Artur Andrus, Piotr Bukartyk, Krzysztof Grabowski (wokalista), a więc osoby zdeklarowane polityczne po stronie „totalnej opozycji”. Przypomnę tylko pomysł Magdy Jethon obchodów 3 Maja z „czekoladowym orłem” z prezydentem Bronisławem Komorowskim, czy poparcie Tomasza Manna w wyborach prezydenckich dla Rafała Trzaskowskiego.

 

Czym będzie RNŚ dowiedzieliśmy się po swoistym „coming outem”, czyli po wyrzuceniu współtwórcy RNŚ jej prezesa Pawła Jedlińskiego za „homofobię”, czyli za określenie Michała Sz. „Margot”, jako mężczyzny.

 

RNŚ jest więc Radiem dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast” spod znaku flagi LGBT (nie wiem dlaczego nazywanej powszechnie w mediach „tęczą”, wszak tęcza ma 7 barw, a nie 6, chyba że fizykę też już objęła poprawność polityczna?). Krótko mówiąc, radiem dla snobów, którzy mają o sobie baaaardzo wysokie mniemanie.

 

Kuba Strzyczkowski dał się poznać jako wzór z Sevres obiektywności dziennikarskiej. Prowadząc „Za, a nawet przeciw” nigdy nie zdradził się ze swoimi sympatiami politycznymi, które przecież każdy z nas ma. To samo dotyczy Michała Olszańskiego niedawno wyrzuconego z „Magazynu Expressu Reporterów” TVP.  Przeżyli już cenzurę w mediach publicznych, więc nie chcieli przeżywać kolejnej, genderowej. Co teraz deklarują?

 

„Chcemy tworzyć taką antenę, jaką tworzyliśmy w jej najlepszych latach. Świeżą, odważną, opiniotwórczą, wyznaczającą nowe trendy. Nie interesuje nas odgrzewanie starych przebojów”.

 

„Będzie poranek z Marcinem Łukawskim, będą audycje Marka Niedźwieckiego i muzyka Piotra Stelmacha. Katarzyna Borowiecka znowu opowie o filmach, a Piotr Kaczkowski przeliczy płyty. Po południu dowiedzą się Państwo, co przyniósł dzień, Tomek Michniewicz zabierze Państwa w świat, a Ola Budka zagra, jak tylko ona potrafi. W Święta zaśpiewamy piosenkę z dzwoneczkami, a w Nowy Rok wspólnie będziemy odliczać miejsca Topu Wszech Czasów” – kuszą założyciele.

 

Mnie skuszą, gdyż na mojego nosa to ekipa Strzyczkowskiego zabrała z Myśliwieckiej  prawdziwego ducha Trójki, z Piotrem Kaczkowskim, którego słucham od mojego pierwszego kontaktu z Trójką w latach 70. XX wieku, Listą Przebojów Niedźwieckiego oraz z publicystyką Strzyczkowskiego i Olszańskiego.

 

Większą szanse daję też projektowi Radia 357, gdyż ich celem jest uzyskanie częstotliwości w eterze. Radia internetowe skazane są bowiem na nisze.

 

Publiczną Trójkę po czystkach kilka razy włączyłem, ale szybko się przełączałem. Nie moja muzyka, nie mój klimat, ale wystarczy, że Joanna Lichocka jest zachwycona, żeby mieli kasę.

 

Kuba Strzyczkowski zapowiedział, że do odśpiewanie kolejnej wersji „wigilijnego karpia” z dzwoneczkami zaprasza wszystkich ludzi i RNŚ, i osoby ze starej Trójki, które zostały z różnych powodów na Myśliwieckiej.

 

Jeśli ta sztuka mu się uda, to będzie znak, że cuda się zdarzają.

 

Czy już tylko pamięć o Grzesiu Przemyku nas łączy? – pyta ADAM SOCHA

Jerzy Urban, dobiegający 90. lat przeżył w tym roku kolejny swój renesans, tym razem w mediach papierowych. Najpierw skandal wywołał Tomasz Lis dając na okładkę „Newsweeka” twarz Urbana i wywiad z nim. Wkrótce w jego ślady poszła „Wyborcza” publikując z nim wywiad-rzekę, oczywiście dając też jego twarz na okładkę Magazynu.

 

Jeśli na okładkę „Newsweeka” z Urbanem tradycyjnie oburzyli się dziennikarze i media z prawej strony medialnej wojny, to – ku nie tylko chyba memu zaskoczeniu – wywiad w „Wyborczej” wywołał protest ikon tej gazety Dawida WarszawskiegoPawła Smoleńskiego.

 

Najpierw odezwał się Warszawski pisząc: „Nic (…) nie uzasadnia wywiadu-monstrum, opublikowanego w minioną sobotę, prócz ewentualnej chęci dania trybuny rzecznikowi stanu wojennego (…). Gdyby jeszcze przy okazji ujawnił jakieś nieznane historyczne fakty lub materiały – (…) warto byłoby może to drukować. Używanie jednak łamów „Wyborczej” na to, by Urban mógł raz jeszcze powiedzieć, że miał rację, jest nadużyciem zaufania i wobec czytelników „Wyborczej”, i ludzi, którzy ją współtworzyli, i publikujących w niej autorów. Należąc do wszystkich trzech grup, chcę powiedzieć, że redakcja zrobiła nam świństwo”.

 

W obronę „Wyborczą” wzięła prof. Monika Płatek, która wyraziła wdzięczność redakcji za ten wywiad: „Jestem niezwykle wdzięczna redakcji za opublikowanie świetnego wywiadu Grzegorza Wysockiego z redaktorem Jerzym Urbanem „Niczego nie żałuję”, majstersztyku dziennikarskiej roboty. Ten wywiad jest dowodem na to, że „Wyborcza” ma nie tylko nadal świetny zespół, nie tylko ambicje, by trafiać do szerszego grona odbiorców, ale też że swoimi tekstami czyni to możliwe, także dlatego, że publikuje to, co kontrowersyjne”.

 

Prof. Płatek przypomina, że „Nie ma wolnych mediów bez tekstów krytycznych, także pod własnym adresem. Nie ma dostępu do zrozumienia rzeczywistości, jeśli tkwimy zaledwie w bańce i tekstach, które przekonują nas, że jesteśmy świetni, za nic odpowiedzialni; winni są zawsze inni, a my mamy tylko rację”.

 

Przypomnę, że ta opinia prof. Płatek ukazał się przed zdjęciem przez „Wyborczą” tekstu Piotra Głuchowskiego, który zdemaskował manipulację aktywisty LGBT Barta Staszewskiego ze „strefami wolnymi od LGBT”. Tekst Głuchowskiego dokładnie zrobił to, o co apelowała prof. Płatek, przebijał „groźną, plemienną bańkę”. I dokładnie za to został zdjęty, co świetnie wykazał sąsiad z portalu sdp.pl Łukasz Warzecha („Cenzura na Czerskiej: od Buciaka do Głuchowskiego”).

 

Prof. Płatek nazywa wywiad Grzegorza Wysockiego „majstersztykiem dziennikarskiej roboty” i jest przekonana, że będzie on wykładany na studiach dziennikarskich. Nie podzielam zachwytu prof. Płatek nad warsztatem Wysockiego. Teresa Torańska z „Onych” to nie jest. Pytania są tak sformułowane, żeby stworzyć redakcji alibi, a nie by rzeczywiście coś nowego, istotnego na temat Urbana czy historii PRL ujawnić.

 

Odbieram ten wywiad w „Wyborczej” nie jako jakiś wybryk, wynaturzenie, pomyłkę redakcyjną, chwilowe zaćmienie umysłów redaktorów z Czerskiej, ale jako konsekwencję polityki obranej przez twórcę gazety Adama Michnika, polityki rehabilitacji PRL („odpieprzcie się od generała!”)

 

Od zawsze było mu bliżej do „czerwonych”, do środowiska, w którym wyrastał na Alei Przyjaciół. Sojusz z „czerwonymi” był czymś naturalnym dla człowieka, który za największe, śmiertelne zagrożenie uważał możliwość odrodzenia się w Polsce nacjonalizmu i antysemityzmu.

 

Stąd do rangi symbolu urosła scena, gdy po audycji w radiowej „Trójce” na temat 10. rocznicy stanu wojennego biorący w niej udział Jerzy Urban zabiera po drodze do swojego auta Adama Michnika i Monikę Olejnik. Scenę tę uwiecznili reporterzy TVP Jacek Kurski i Piotr Semka.

 

Zresztą, jako pierwszy na salony medialne III wprowadził Urbana prezes TVP Wiesław Walendziak, który zaprosił go do swojego programu „Bez znieczulenia” i poległ.

 

Skoro w wyniku zgniłego kompromisu przy okrągłym stole, miało nie być polskiej Norymbergi dla zbrodniarzy komunistycznych i dekomunizacji, to Jerzy Urban mógł bezkarnie w wolnej Polsce  zbijać kasę na panświnizmie (wszyscy politycy to „świnie”, bez względu na barwę polityczną, ale komunistyczne i postkomunistyczne „świnie” przynajmniej nie zgrywają świętoszków).

 

Toteż za każdym razem, gdy w tzw. „normalnych” mediach pokażą Urbana, druga strona politycznej wojny rytualnie oburza się i rwie szaty. Ot, taki teatr. Nowością w tym teatrze jest dla mnie oburzenie z samego jądra „Wyborczej”. Po Warszawskim i prof. Płatek, głos zabrał Paweł Smoleński. „W mojej gazecie ukazał się wywiad z Urbanem, dziś papućnym (dla niektórych) staruszkiem, w którym dwukrotnie pojawia się nazwisko Przemyka. Ale dlaczego się pojawia – ani słowa, ani słowa też o roli Urbana” – napisał Smoleński. –„Tu nie idzie o masturbacyjne nurzanie się Urbana w sformułowaniu „Goebbels stanu wojennego”. Ani o ekspiację, której nie doczekamy. Nie idzie nawet o jego winę, gdyż sprawa morderstwa przedawniła się w 2005 r. O nic nie idzie, tylko o zatłuczonego przez milicję chłopca, o pamięć o nim i o bardzo konkretną zbrodnię. Co Urban krył i przeinaczał, ale o tym już się nie dowiedzieliście”.

 

Przed tekstem Warszawskiego i Smoleńskiego wydawało mi się, że już prawie nic nie łączy obie strony polityczno-ideologicznej wojny w Polsce, poza systemem kanalizacyjnym (który na dodatek ostatnio w Warszawie szwankuje). Każda ze stron ma swój system wartości, swój język (co dla jednych jest zdradą, dla drugich jest bohaterstwem i vice versa) swój panteon bohaterów Sierpnia (Wałęsa, Borusewicz, Krzywonos vs. Wyszkowski, Gwiazdowe, Walentynowicz).

 

Po tekście Warszawskiego, który poczuł wstyd i żenadę i Smoleńskiego, który przypomniał kim naprawdę jest Urban, przywołując pamięć zakatowanego Grzesia, nagle odkryłem, że jest jeszcze coś, co mnie z nimi łączy, co mogę z nimi umieścić we wspólnym mianowniku pamięci i wartości.

 

Zarazem zadaję sobie pytanie, dlaczego Paweł Smoleński ani słowem nie wspomniał o innej ofierze Urbana, o ks. Jerzym Popiełuszko? Tym bardziej, że przypadku tej zbrodni Urban do niej podżegał, a w przypadku Grzesia jedynie post factum mataczył i instruował generałów, jak służby mają zacierać ślady i odwrócić uwagę opinii publicznej od ofiary maturzysty

.

Zastanawia mnie też schizofrenia koleżanek i kolegów WarszawskiegoSmoleńskiego ze środowiska „Wyborczej”. Nagrodzili znakomitą książkę reporterską Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” o historii warszawskiego licealisty zakatowanego na śmierć po maturach 1983 roku i o tym, jak stojący na czele PRL generałowie uruchomili wszelkie dostępne środki, by włos z głowy nie spadł oprawcom, która w mojej ocenie jest jednym z najmocniejszych oskarżeń stanu wojennego i jego twórców, a jednocześnie robią „misia” i przybiją „piątkę” z Urbanem?

 

Dwa światy – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Piątek 18 września to był szczególny dzień dla mediów, tak jak i sobota 26 września. W piątek bowiem koalicja „Zjednoczonej Prawicy przestała istnieć”, ogłosili wicemarszałek Ryszard Terlecki i członek Komitetu Politycznego PiS Marek Suski, po nocnym głosowaniu ustawy „Piątka dla zwierząt”. Trudno o ważniejszego newsa politycznego niż ten, gdy dalsze istnienie rządu Zjednoczonej Prawicy stanęło pod znakiem zapytania i to zaraz po kolejnym zwycięstwie wyborczym.

 

Tylko podczas tak przełomowych wydarzeń biorę pilota do ręki, by zobaczyć, jak takie wydarzenie pokażą Fakty TVN i „Wiadomości” TVP, główne źródła informacji dla wielu Polek i Polaków.

 

Przypomnę tylko, że ustawę przyjęto tylko dzięki poparciu opozycji, bo posłowie Porozumienia (poza Jadwigą Emilewicz) wstrzymali się od głosu, a posłowie Solidarnej Polski zagłosowali przeciw. Co więcej, zbuntowało się także 17 posłów PiS na czele z ministrem rolnictwa.

 

W tej 17. okazało się, że jest poseł z Warmii i Mazur Jerzy Małecki, więc natychmiast do niego zadzwoniłem i przeprowadziłem wywiad (jak się później okazało, ku memu zdumieniu,  z olsztyńskich mediów byłem jedynym, który to zrobił).

 

Natomiast o 19.00 włączyłem Fakty.

– Zjednoczonej Prawicy już nie ma, mówią politycy PiSu, mniejsi koalicjanci powinni zacząć się pakować – od tego zdania zaczął FAKTY Grzegorz Kajdanowicz. – To na razie groźby po nocnym głosowaniu.

 

Następnie widzowie usłyszeli słynne wypowiedzi marszałka Ryszarda TerleckiegoMarka Suskiego, „ogon nie może machać psem”. Następna scena, to konferencja „drużyny Ziobry”. „Ziobryści” ostrzegli, że „odwołanie ministra oznacza nowe wybory”.

 

Następnie powrót do Terleckiego, który wyjaśnił, że negocjacje na temat rekonstrukcji rządu się załamały, z powodu coraz nowych roszczeń koalicjantów.

 

Kolejny materiał dotyczył rozważań na temat scenariuszy funkcjonowania rządu po zerwaniu kolacji z Solidarna Polską. Jakie możliwości daje tutaj Konstytucja. Przypomniano najnowszy sondaż, w którym SP uzyskiwała 1,4% a Porozumienie 1,7%. Wyjaśniono widzom, jakie są największe rozbieżności między KaczyńskimZiobro (podział stanowisk, pieniądze z subwencji, miejsca na listach).

 

W sumie prawie połowę czasu Fakty poświęciły temu politycznemu hitowi. Przy tym, ku memu zaskoczeniu, materiał był rzetelny, wszechstronny i zdystansowany.

 

Teraz 19.30 i Wiadomości.

– Piątka dla zwierząt przyjęta przez Sejm – oznajmiła z uśmiechem  Danuta Holecka. – Projekt uzyskał ponadpartyjne poparcie. Przeciwko zagłosowali politycy Konfederacji i koalicjant ZP – Solidarna Polska. Porozumienie w całości wstrzymał się od głosu.

 

Wszystko to na spokojnie, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Następnie był spory materiał o tym, jak dobrą ustawę przyjęto, jakie są jej zalety. Wszyscy wypowiadający się chwalili jej przyjęcie.

 

Dopiero po tej laudacji powrócono do wątku głosowania i przypomniano, iż znaleźli się także posłowie PiS, którzy wraz z ministrem Ardanowskim głosowali przeciw i zostali zawieszeni w prawach członka klubu. Rzecznik prasowy PiS Radosław Fogiel poinformował, że o ich dalszym losie zadecyduje Komitet Polityczny. Tomasz Sakiewicz wyjaśnił widzom, że PiS chce zdyscyplinować klub i koalicjantów. Jeszcze raz zacytowano Terleckiego, że z tego głosowania trzeba będzie wyciągnąć wnioski i koalicja praktycznie nie istnieje. Cały przekaz był skierowany przede wszystkim do buntowszczików, że przekroczyli czerwoną linię.

 

Do tematu powrócono na koniec w rozmowie z gośćmi Wiadomości. Gości było dwóch, Michał KarnowskiMiłosz Manasterski szef Agencji Informacji, którzy wystąpili w roli rzeczników PiS. Wyjaśnili elektoratowi, jak należy odczytać, to co się wydarzyło. M.Karnowski: służy to przecięciu sytuacji i zawarciu nowej, dobrej i trwałej umowy koalicyjnej. Karnowski przypomniał nienaruszalne pryncypia, których muszą się trzymać koalicjanci: 1. niepodważalność przywództwa Jarosława Kaczyńskiego, 2. unikanie pyskówek w mediach i 3. wierność programowi. Manasterski „pluralistycznie” dodał, że ZP się sprawdziła, trzeba się porozumieć, bo dobro wspólne jest najważniejsze.

 

Całość materiałów była adresowana do zbuntowanych a nie do widza. Przedstawiono im warunki ponownego przyjęcia na łono koalicji.

 

Następnego dnia, w środku Wiadomości poinformowano, że rozmowy mają się odbyć w przyszłym tygodniu. Jeszcze raz obszernie przypomniano co zawiera ustawa i dlaczego jest dobra. Na koniec Joachim Brudziński przypomniał, że głosowanie doprowadziło do zerwania koalicyjnych rozmów o rekonstrukcji rządu i ostrzegł „będą dymisje, to oczywiste”.

 

Gdy wszystkie media codziennie, jako głównym tematem zajmowały się analizą przyczyn tak poważnego kryzysu politycznego w łonie rządzącej koalicji, w piątek 25 września  „Wiadomości” w ogóle nie wspomniały o rządowym kryzysie. Był za to materiał o wyborach nowego szefa klubu Koalicji Obywatelskiej pod tytułem „Iskrzy w Koalicji Obywatelskiej” i to w tym materiale padła informacja, że w sobotę zostanie podpisana umowa koalicyjna Zjednoczonej Prawicy.

 

I nadeszła ta wiekopomna chwila.

 

Z półgodzinnym opóźnieniem w siedzibie PiS rozpoczęła się konferencja, na której Jarosław Kaczyński ogłosił, że Zjednoczona Prawica będzie dalej istnieć. Nie było jednak możliwości zadawania pytań – rozpoczął „Fakty” Piotr Kraśko.

 

Dowiedzieliśmy się, że podpisanie porozumienia i wystąpienia liderów oraz premiera w sumie zajęło 5 minut. Próba uzyskania jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania spełzły na niczym.

 

Następnie reporterzy podjęli wysiłek, by ze skąpych informacji wyłuskać, jaki może być kształt rządu. Porozumienie skomentowali Rafał Trzaskowski (KO) i Włodzimierz Czarzasty (Lewica Razem).

 

Kolejny, obszerny materiał dotyczył odejścia z Porozumienia współzałożycielki tej partii Jadwigi Emilewicz, omówił przyczyny rozstania  i próbował odpowiedzieć, jaka będzie jej dalsza polityczna kariera.

 

Widzowie, którzy są wierni tylko jednemu przekazowi informacji, żyją w dwóch różnych światach. Mimo wszystko widzowie Faktów są lepiej i wszechstronniej poinformowani, natomiast widzowie Wiadomości lepiej poinstrruowani.

 

Adam Socha

Partyjne radio w ruinie – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Radiowa Trójka ma, według nieoficjalnych informacji, do których dotarła „Rzeczpospolita”, tracić miliony z uwagi na odpływ reklamodawców. Spadek wpływów miesięcznie sięga kwoty 5-6 mln zł. Na koniec roku strata może wynieść 40 mln zł. To nawet nie jest „piękna katastrofa”, to brzydka ruina. „– To efekt całkowitego podporządkowania politycznego PiS” – uważają pracownicy radia.

 

Gdyby to było prywatne radio właściciel albo by je zlikwidował, albo sprzedał, żeby nie zostać bankrutem. No ale, w przypadku mediów całkowicie podporządkowanych partii rachunek ekonomiczny nie ma znaczenia. Liczy się co innego. Dlatego urzędnicy, którzy władają „Trójką” w imieniu partii rządzącej: przewodniczący Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, członek RMN, poseł PiS Joanna Lichocka i prezes Polskie Radia Agnieszka Kamińska są zachwyceni „odbiciem Trójki” z rąk dziennikarzy, którzy zaczynali karierę w rozgłośni przed PiS-em. Liczy się bowiem zysk polityczny, a ten jest poTrójny:

1. Pokazali, że obrażanie Prezesa („Twój ból jest większy niż mój”), nie pozostanie bez kary. Odczekali 3 miesiące i po wyborach prezydenckich doznali rozkoszy Bogów,
2. Pozbyli się dziennikarzy, którzy nie chcieli służyć partii, i na których wierność nie mogli liczyć,
3. Ujednolicili przekaz partii do mas, który „Trójka” jakimiś aluzjami, żarcikami, wątpliwościami zakłócała.

 

Absolutnie nie muszą martwić się o wynik finansowy, bo jak w „Misiu” Barei, im więcej ta partyjna pacyfikacja kosztuje, tym więcej się zarobi. Dotacja na rozgłośnie na rok 2021 będzie dwa razy większa niż w roku 2020, czyli wyniesie 120 milionów złotych.

 

Prezes Jarosław Kaczyński o tym doskonale wie, że partyjne medium nie ma szans zdobycia słuchaczy/widzów/czytelników. Przećwiczył to osobiście jako redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, którego redakcja stała się zapleczem dla tworzonej przez niego partii Porozumienie Centrum. „Tygodnik”, po który w roku 1980 i 81 sam zrywałem się raniutko, by zdążyć go kupić, bo błyskawicznie znikał z kiosków, pod partyjną kuratelą od 1989 roku szybko tracił czytelników. W 1989 roku senator Kaczyński przejmował „Tygodnik” w podobnej atmosferze, jak Kamińska „Trójkę”, duża część zespołu na znak protestu odeszła. Na ich miejsce szybko przyszli politycy, jak Józef Orzeł, który wspominał po latach: „W sensie dziennikarskim „Tygodnik” nigdy nie był normalną gazetą. Był ramieniem zbrojnym partii, która jeszcze nie istniała”.

 

Senator Kaczyński nie miał czasu i głowy do redagowania „Tygodnika”. Tym zajmowali się jego zastępcy, w tym Krzysztof Czabański.

 

Później Prezes miał jeszcze doświadczenie z popularną popołudniówką „Expressem Wieczornym”, którą PC dostało w ramach obdzielenia tytułami, po zlikwidowanej RSW, powstających partii politycznych. Porozumienie Centrum wykorzystało gazetę w kampanii wyborczej 1993. Promowanie partii „przyniosło” 40-procentowy spadek sprzedaży i było początkiem upadku tej gazety. Ale cel główny został osiągnięty. Partia wprowadziła liczną grupę posłów do Sejmu i jeszcze zdobyła solidny fundament, nieruchomość przy Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej – do dziś siedziby prezesa Kaczyńskiego.

 

Taki sam los spotkał i inne gazety i czasopisma przejęte przez pozostałe partie postsolidarnościowe, jak „Sztandar Młodych” czy „Życie Warszawy”.
Dla Prezesa media są narzędziem uprawiania polityki. Toteż jego celem jest uzyskanie wpływu na jak największą część rynku medialnego. Cel uświęca środki i jakieś tam 40 mln złotych strat „Trójki” na nikim w obozie władzy nie robi wrażenia. Jak „zdekoncentruje” się i „zrepolonizuje” media, to straty się odrobi, bo reklamodawcy nie będą mieli alternatywy.

 

Trochę to mnie dziwi, bo nawet w PRL Wydział Propagandy KC był bardziej wyrafinowany. Stąd zgodził się na popularne „Studio 2” Waltera, na radiową „Trójkę”, która stała się przystanią opozycyjnych artystów, tworzył tytuły prasowe, które zdobywały czytelników, których miały zdobyć.

 

W ponurych latach 80. XX wieku towarzysze z Wydziału Propagandy, widząc olbrzymie zwroty partyjnych organów, wymyślili popołudniówki. Te pozbawione partyjnej nowomowy i stempla „organ KW PZPR”, szybko podbiły rynek. Pamiętam w Olsztynie olbrzymie kolejki pod kioskami „Ruchu” po „Dziennika Pojezierza”, zwłaszcza po piątkowy „Magazyn”, w trzaskający mróz czy śnieżycę.

 

Jak dzisiaj czytam, jak wygląda ręczne sterowanie mediami, to przeżywam deja vu. Zuzanna Dąbrowska w artykule w „Rz”, „Pani prezes ścisza radio” przytoczyła kilka takich „kwiatków” doskonale mi znanych z czasów PRL-u. Przed pandemią codziennie o 9:30 rano odbywały się na Malczewskiego (główny gmach radia) kolegia – z udziałem pani prezes, dyrektorów anten i żony Krzysztofa Czabańskiego Anny, która pełni funkcję wiceszefowej Biura Programowego – mające tylko jeden cel, jak twierdzą dziennikarze: cenzurę prewencyjną.

 

Reporterzy newsowi musieli zgłaszać tematy do godziny 18:00 poprzedniego dnia! Prezes Kamińska decyduje na nich nawet o tematach wstawek reporterskich w audycjach, np. czy w popołudniówce ZD3 w Trójce ma być „materiał o kwiatkach czy o gwoździach” – mówi Kuba Strzyczkowski, były dyrektor Trójki. Zdaniem dziennikarzy zarówno Jedynki, jak i Trójki, w radiu istnieją też czarne listy gości, których nie wolno zapraszać.

 

I o to chodzi! Prezes czytając takie doniesienia (jeśli w ogóle ma na to czas i chęć), musi tylko mruczeć, jak jego kot, z zadowolenia. Takie artykuły tylko go upewniają, że postawił na właściwych ludzi.

 

Adam Socha

 

PS. Protestuję przeciwko cenzurze prewencyjnej wprowadzonej w Polsce wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie, którym na rok zakazał  Piotrowi Nisztorowi publikacji na temat Zbigniewa Bońka.

Za co podpadli Strzyczkowski i Olszański – komentarz ADAMA SOCHY

Poseł PiS i członek Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka w wywiadzie dla WP oświadczyła: „Skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków„. Spokojnie, nie mówiła o sobie, a o zwolnionych Kubie StrzyczkowskimMichale Olszańskim, który przez 20 lat prowadził popularny „Magazyn Ekspresu Reporterów” TVP.

 

Bezpośredni przełożony wręczył Olszańskiemu wypowiedzenie, bez podania przyczyn. Dał jedynie do zrozumienia, że to nie jego decyzja tylko „tych z góry”. Zdaniem Olszańskiego „wyautowano” go, gdyż, jak to ujął w wywiadzie dla WP: „Ja nie jestem z ich ekipy”. Przypuszcza, że gwóźdź do trumny wbił sobie robiąc wywiad z pierwszą polską drag queen. Poprzedni dyrektor „Trójki” Tomasz Kowalczewski nie puścił mu tego wywiadu, „powiedział, że nie będzie w Trójce rozmów z gejami”. Nowy dyrektor Kuba Strzyczkowski zgodził się na emisję.

 

To, że Olszański „podskakuje” szefowie mieli uznać po tym, jak poprowadził rozmowę z prezesem Jarosławem Kaczyńskim w ”Pytaniu na śniadanie” TVP. Pijarowcom chodziło o ocieplenie wizerunku prezesa. Rozmowa była o kotach i kuchni, o matce. Niestety, prezes Kaczyński „chlapnął”, że przyjaźni się z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębska i jada z nią obiadki. Opozycja natychmiast to podchwyciła. Po tym wywiadzie najpierw pracę w tym programie stracił Olszański, a później Monika Zamachowska.

 

Wirtualna Polska zwróciła się do Joanny Lichockiej o rozmowę w sprawie zwolnienia Olszańskiego i czystki w „Trójce”, przypuszczając, iż to ona dała hasło do ostatecznej rozprawy ze „złogami PRL-u” w mediach publicznych, atakując na portalu niezalezna.pl „Trójkę”: „Niski poziom muzyczny, fatalny styl publicystyczno-dziennikarski, te wszystkie strzeliste akty na rzecz wolności LGBT plus, jakie słyszymy w wykonaniu Michała Olszańskiego czy Ernesta Zozunia, prowadzą do coraz niższej słuchalności radia” – napisała.

 

Oczywiście, Lichocka w wywiadzie dla WP stanowczo zaprzecza: „nie mam wpływu na politykę kadrową w mediach publicznych i nie chcę takiego wpływu mieć. (…) nie ma żadnej możliwości ingerowania w politykę kadrową. To jest kompetencja zarządów, szefów anten i redakcji. Nie mamy i nie możemy mieć możliwości wtrącania się, bo to jest odpowiedzialność prezesa Jacka Kurskiego, prezes radia Agnieszki Kamińskiej czy prezesa PAP Wojciecha Surmacza”.

 

Jednak każdy, kto pracuje w mediach publicznych, a ja pracowałem prawie 12 lat, doskonale wie, jak załatwia się posady antyszambrując pod gabinetami polityków i jak się je traci, jeśli wpływowemu politykowi się czymś podpadnie. Ja podpadłem bardzo politykom PiS-u w Olsztynie – nie za to, co mówiłem na antenie radiowej, bo nic nie mówiłem, byłem od obsługi portalu, a później asystentem w dziennikach, czyli wykonywałem polecenia – ale za to, co pisałem w obywatelskim, bezpłatnym piśmie „Debata”. Prezes Zarządu Regionu PiS w Olsztynie Jerzy Szmit i posłanka PiS z Olsztyna Iwona Arent w porannej rozmowie „na żywo” w Radio Olsztyn atakowali mnie za teksty na temat PiS-u w „Debacie” kilkakrotnie. Poseł Arent nazwała „Debatę” „szmaciarską gazetą”, a mnie „chorym z nienawiści”, piszącym „kłamstwa i bzdury”. Uratowało mnie przed zwolnieniem to, że byłem już w okresie przedemerytalnym.

 

Dlatego, to co mnie najbardziej w tym wywiadzie z Joanną Lichocką zdumiało, to stwierdzenie, że za „dobrej zmiany” skończyły się czasy dziennikarzy podwieszonych pod polityków. Muszę w całości przytoczyć ten fragment wywiadu, bo to jest „perełka”: Dziennikarz pyta: „Wracając do Trójki: Kuba Strzyczkowski i jego pracownicy mogą czuć się zawiedzeni, bo mieli rzekomo gwarancje niezależności od wicepremier Emilewicz oraz Piotra Glińskiego”. J. Lichocka: To jest jednak niesamowite – dziennikarze mówią otwarcie, że umówili się z ważnymi politykami PiS, że mają gwarancje pracy. Śmiem wątpić, czy pani premier Emilewicz i pan premier Gliński mieli w ogóle świadomość, że są na przykład gwarantami wywiadów z drag queen pana Olszańskiego albo innych poczynań pana Zozunia i jego kolegów. „Takie stawianie sprawy, to pokazanie mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL i przez okres III RP, gdy najpierw były rządzone przez sekretarzy PZPR, a potem ludzi SLD, PO i PSL czy UW – mówi Lichocka. –Taktyką takich dziennikarzy, którzy zaczynali jeszcze w PRL, było znalezienie sobie politycznego patrona i podwieszenie się pod niego, żeby trwać. Naprawdę stara metoda. Tyle, że to tak już nie działa”.

 

Proszę zwrócić uwagę na manipulację. Dziennikarz mówi o „gwarancji niezależności”, a ex-dziennikarka przekręca to i mówi o „gwarancji pracy”. W następnym zdaniu Lichocka włącza lekki szantaż pod adresem wicepremierów, żeby czasem nie przyszło im do głowy dotrzymać słowa i interweniować. Taka interwencja może bowiem zostać odebrana na Nowogrodzkiej jako oddawanie mediów „ideologom LGBT”.

 

Jednak najbardziej w tej odpowiedzi rozczuliło mnie stwierdzenie, że „podwieszanie się pod politycznego patrona już nie działa”. Ten passus powinien przejść do historii, tak jak zwrot „pokazać komuś gest Lichockiej” przeniknął do powszechnego języka, stając się eufemistycznym określeniem wulgarnego gestu.
Przypomnę, że chodzi o pokazanie przez posłankę PiS środkowego palca opozycji po tym jak PiS wygrał głosowanie o przyznanie 2 mld zł TVP. Posłanka tłumaczyła, że jedynie przesuwała dwukrotnie palcem pod okiem, energicznie, bo była zdenerwowana.

 

Posłanka PiS, członkini Rady Mediów Narodowych mówiąc, że „mentalności z czasów funkcjonowania mediów w PRL” skończyła się wraz z wygraną PiS-u powtarza scenę z „Misia” Barei, gdy gość na próżno prosi o wydanie z szatni płaszcza i słyszy od kierownika szatni: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”.

 

I tylko Kuby StrzyczkowskiegoMichała Olszańskiego żal. Żal dziennikarzy, którzy przez wiele lat swojej pracy udowodnili widzom i słuchaczom swój kunszt zawodowy. Byli wzorcami dziennikarstwa bezstronnego, impregnowanego na naciski polityczne, zachowującego dystans wobec wojujących stron. Giną „ostatni Mohikanie” rzetelnego dziennikarstwa, służącego widzom, słuchaczom a nie politykom i partiom politycznym.

 

Adam Socha

Dlaczego „Strzyczkowscy” są nam niepotrzebni – komentarz ADAMA SOCHY

„To gdzie ja mam iść protestować pod Trójkę czy pod Radio Nowy Świat, bo już się pogubiłem” – skomentował jeden z Internautów komunikat o odwołaniu Kuby Strzyczkowskiego z szefa radiowej „Trójki”. Zdecydowanie pod „Trójkę” – podpowiem i wyjaśnię dlaczego.

 

Żeby zrozumieć co się stało w „Trójce”, trzeba przeczytać dwa komunikaty.

 

Komunikat chronologicznie pierwszy: „Sytuacja w Radio (…) jest taka, że z medium jakie wam obiecywałem, prosząc o sfinansowanie tego pomysłu, mającym być niezależnym, obiektywnym, prezentującym różnorodny obraz świata i otaczającej nas rzeczywistości, zapraszających komentatorów o różnych poglądach, staliśmy się skrzywionym ideologicznie medium, którego udziałowcy, zamiast sikać pod wiatr, robią pod siebie”.

 

Komunikat chronologicznie drugi: „Marzyłem o radiu, które aktywnie uczestniczy w ważnych polskich debatach, kreuje wydarzenia artystyczne ale i towarzyszy w codziennym życiu swoim wspaniałym słuchaczom. Chciałem być wierny mojej dziennikarskiej misji tworzenia przestrzeni, w której odnajdują się Polacy po wszystkich stronach toczących się sporów, w którym szanowani są ludzie o różnych poglądach i wrażliwościach. Nie udało się”.

 

Oba komunikaty praktycznie się nie różnią, obu autorom przyświecały te same idee i spotkał ich ten sam los.

 

Autorem pierwszego wpisu jest Piotr Jedliński, współtwórca Radia Nowy Świat i jego szef zmuszony do odejścia po oskarżeniu przez słuchaczy i patronów o „transfobię”. Autorem drugiego wpisu jest Kuba Strzyczkowski, zgilotynowany bez uprzedzenia po trzech miesiącach szefowania „Trójką”.

 

Dla takich dziennikarzy, którzy jeszcze wierzą, że media powinny być bezstronne i rzetelne, nie ma po prostu miejsca. W Polsce od lat trwa plemienna wojna i obie strony eliminują bezwzględnie „symetrystów”. Przypomnijcie tylko sobie, jak z „Wyborczej” wylatywali dziennikarze, którzy śmieli podważyć obowiązującą linię. Np. Roman Graczyk musiał w 2006 roku odejść, gdy ośmielił się jako historyk uznać materiały SB jako ważne źródło informacji o PRL. Po odejściu opowiedział portalowi PCh24.pl w jaki sposób wymusza się bezwzględny posłuch dziennikarzy, którzy próbowali się postawić w jakiejś sprawie. „Prędzej czy później i tak dokonywały samogwałtu na swoim sumieniu, ulegając autorytetowi Michnika – mówi Graczyk. – Zostają tylko osoby nadskakujące, które albo same wiedzą jak trzeba pisać, albo mówią im to szefowie.  Wchodzi pewien znany publicysta i pyta Michnika bez żenady: „Adam, powiedz co mam napisać?” – opowiada Roman Graczyk, który przyznał ze wstydem, że sam był pod tak ogromnym wpływem autorytetu Michnika, że przez lata nie reagował, gdy podlegające mu dziennikarki w oddziale krakowskim były zmuszane do ukrywania prawdy i manipulowania. Kiedy powstało Porozumienie Obywatelskie dziennikarka w relacji z wiecu w Krakowie musiała napisać, że przyszło mało ludzi, bo Michnik nadal był za Unią Wolności. Neutralny tekst Graczyka o PO nie został opublikowany. Jak dziennikarka w wywiadzie z działaczem węgierskim zadała pytania, które nie spodobały się Michnikowi, to wysłał do Krakowa Lesława Maleszkę, by „wytłumaczył” autorce, dlaczego zadała niewłaściwe pytania i jakie ma zadać.

 

Drugi mechanizm zniewalania umysłów w „Wyborczej”  został uruchomiony wtedy, gdy wydająca ją spółka Agora weszła na giełdę. Pracownicy dostali akcje, ale żeby je sprzedać trzeba było mieć zgodę kierownictwa. Raz na jakiś czas sporządzano oceny wszystkich pracowników „Gazety Wyborczej”. Od niej zależała zgoda na sprzedaż akcji. Wyrzucenie z pracy było równoznaczne z utratą akcji wartych ogromne pieniądze. Duże pieniądze wygenerowały konformizm. „Ludzie po prostu kładli uszy po sobie i pisali tak, jak trzeba było” – mówi Graczyk, który  zbuntował się po tym, jak ocenzurowano mu wywiad z prezesem IPN Januszem Kurtyką.

 

Jak widzimy, metody wymuszania posłuszeństwa są różne, ale tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wywołujący autocenzurę wśród dziennikarzy, ten sam. W przypadku radiowej „Trójki” odbyło się to bezceremonialnie, brutalnie i publicznie. Kuba Strzyczkowski dowiedział się, że już nie jest szefem, gdy był poza rozgłośnią, a dziennikarze po przyjściu do pracy zastawali już inne osoby na swoim miejscu.

 

Kuba i dziennikarze, którzy mu zaufali mówią dzisiaj, że zostali „oszukani”, bo uwierzyli trzy miesiące temu, że politycy pozwolą im robić bezstronne politycznie radio. To tylko może świadczyć o ich braku znajomości politycznych realiów i wielkiej naiwności, ale też o zachowaniu szlachetnego idealizmu.

 

Za „pierwszego PiS-u” dostałem propozycję objęcia funkcji prezesa Radia Olsztyn od przyjaciela, działacza tej partii, z którym wspólnie robiliśmy pismo w podziemiu. Później nasze drogi się rozeszły, on poszedł w politykę, ja pozostałem dziennikarzem. Grzecznie podziękowałem, tłumacząc, że nie nadaję się do robienia partyjnego radia. Później znajomi mówili, że jestem ciężkim idiotą, bo odwoływani prezesi dostawali taką odprawę, że kupowali sobie domy.

 

Zrobiłem jeszcze eksperyment za rządów PO i wystartowałem w „konkursie” na prezesa Radia Olsztyn. Przedłożyłem rekomendacje moich byłych szefów, Grzegorza Lindenberga (twórcy i szefa „Super Expressu”) i Juliana Becka (byłego redaktora naczelnego „Dziennika Łódzkiego”, którego byłem zastępcą). Gwarantowali prezesowi Janowi Dworakowi, iż jestem świetnym menadżerem i będę robił radio bezstronne i rzetelne. Lindenberg napisał: „Powiem tak: jeśli na stanowisko dyrektora radia publicznego w Olsztynie jest lepszy niż Adam kandydat to nie powinien marnować się na tym stanowisku lecz natychmiast zastąpić Adama Siezieniewskiego w roli prezesa Polskiego Radia. Tak czy tak, szefem Radia w Olsztynie powinien być Adam Socha”.

 

Oczywiście panowie Jan Dworak i Krzysztof Luft, którzy byli w komisji konkursowej wybrali dziennikarza, który nie spełniał podstawowego warunku, nie miał doświadczenia na stanowisku kierowniczym, ale gwarantował partii ślepe posłuszeństwo. „Drugi PiS” już nawet nie dbał o zachowanie pozorów i bez konkursów poobsadzał media publiczne swoimi nominatami.

 

Powtarzam jeszcze raz, żadna ze stron wojny polsko-polskiej nie potrzebuje „Strzyczkowskich” czy „Jedlińskich”, potrzebuje „Czuchnowskich”, „Kurskich” i „Wierników”, którzy bez wahania wykonają każdą „mokrą robotę”. Tym bardziej, że walka zaostrza się w miarę wygrywania kolejnych wyborów przez PiS.

 

Jednak rządzącej od 2015 roku Zjednoczonej Prawicy nie może to służyć za argument, że „oni robią to samo”, gdyż to na rządzących spoczywa odpowiedzialność za kształt debaty publicznej, jako dysponencie mediów publicznych.

 

Polska pilnie potrzebuje odbudowy wspólnoty politycznej. To jest racja stanu państwa w obliczu globalnej wojny pomiędzy USA i Chinami, narastającego zagrożenia ze strony Rosji oraz rewolucji kulturowej. „Do jej odbudowy konieczne są wiarygodne media publiczne tworzące przestrzeń dla uczciwej  debaty na temat państwa” – napisał prof. Zbigniew Stawrowski w artykule „Krajobraz po niedoszłej bitwie” („Plus Minus” z 22 sierpnia). „Argument, że w telewizjach >sprywatyzowanych< znajdziemy niemniej manipulacji i propagandy (choć z pewnością nie tak przaśnej i bardziej dostosowanej do estetycznej wrażliwości swojego widza), że to nie dziennikarze TVP wyrzucają z programu zaproszonych gości, nie pozwalając dojść im do słowa, w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że programy informacyjne TVP w okresie kampanii wyborczej łączyły propagandę sukcesu w stylu epoki Gierka z nagonką na kandydata opozycji i >praniem mózgów< poprzez wielokrotne powtarzanie o nim tych samych negatywnych informacji. Telewizja publiczna nie jest przecież od tego, by budować wsparcie obozu sprawującego władzę i być ocenianą wedle jednego kryterium: czy jest wystarczająco skuteczna (…). Telewizja publiczna, która zasługuje na swoje miano, ma natomiast inne zadanie – ma być przede wszystkim wzorcotwórcza i budująca kulturę. W tym zawiera się także szczególna troska o rzetelność podawanych informacji oraz o poziom i sposób prowadzenia politycznej debaty”.

 

Jak dotąd Prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu nie włączył się instynkt samozachowawczy. Przeciwnie, podziękował Jackowi Kurskiemu za dobrze wykonaną robotę ogromną wiązanką kwiatów na ślubie swojego pupila, na którym Kurski po raz drugi przysięgał „wierność małżeńską” i „że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Następnie świeżo upieczony małżonek został ponownie wybrany na prezesa TVP. Teraz kontynuację dotychczasowego kursu w mediach publicznych potwierdzono czystką w „Trójce”.

 

Jeśli rząd ZP nie wykorzysta szansy, którą dostał dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy, jeśli zgubi >złoty róg< – konkluduje prof. Stawrowski – to w następnych wyborach parlamentarnych zostanie zmieciony ze sceny politycznej”.

 

I w Warszawie będziemy mieli nie drugi Budapeszt, a drugą Białoruś.

 

Adam Socha

 

Nowy (Wspaniały) Świat – komentarz ADAMA SOCHY

Szef Radia Nowy Świat Piotr Jedliński zrezygnował z funkcji po oskarżeniu o transfobię. Fala krytyki ze strony słuchaczy spadła na niego, gdy w serwisie informacyjnym tego internetowego radia użyto męskiej formy osobowej wobec aresztowanego aktywisty LGBT Michała Sz., który twierdzi, że jest kobietą „Margot”.
Reakcja słuchaczy, a jest to creme de la creme liberalnej, postępowej głównie Warszawy, była natychmiastowa. Oprócz gniewnych komentarzy na facebookowym profilu rozgłośni, słuchacze interweniowali także bezpośrednio u władz rozgłośni.

 

Piotr Jedliński, jeden z założycieli rozgłośni i jej prezes najpierw próbował bronić swojego prawa do wolności słowa i odpisał, że naciski ze strony obrońców aktywistki „Margot” godzą w jego wolność postrzegania świata i wolność mediów. „Jesteśmy zasypywani wiadomościami od zwolenników Margot, osoby niebinarnej. (…) jeżeli Margot oraz akolici tak bardzo apelują o poszanowanie wolności, to dlaczego nie szanują wolności mediów oraz mojej, jako osoby? Dlaczego chcą mi na siłę narzucić sposób postrzeganie świata, zmuszając, żebym określał kogoś, kogo odbieram jako mężczyznę, zaimkami żeńskimi? (…) Trwa zmasowany atak, któremu się nie poddam (…)”- napisał Jedliński, doprowadzając tym słuchaczy do jeszcze większej furii.

 

Zmiękł, gdy po jego wpisie patroni zapowiedzieli zamknięcie kurka z pieniędzmi. Usunął poprzedni wpis i w nowym poście tłumaczył się, że jedyną intencją, jaka mu przyświecała, była obrona niezależności radia. Podkreślił też swoje poparcie dla prześladowanej aktywistki. Jednak dla słuchaczy i patronów to było za mało. Żądali ukorzenia się i przeprosin, a słowo „przepraszam” nie padło.

 

Gorączka na fejsie nie opadała, więc w niedzielę wieczorem kierownictwo stacji wydało oświadczenie, w którym odcięło się od Jedlińskiego, pisząc, że to była jego prywatna opinia, natomiast oficjalne stanowisko brzmiało: „(…) Zastosowana przez nas forma męskoosobowa („aktywista”) w odniesieniu do Margot była nieintencjonalnym błędem, który w żadnej mierze nie definiuje stanowiska Radia Nowy Świat wobec wspomnianych osób i wydarzeń”. Tłumaczyli też, że dziennikarzom stacji „przyświecała idea obiektywizmu i neutralności”.

 

Nadal nie zrozumieli, że ich słuchacze nie oczekują od nich żadnego obiektywizmu, bowiem obiektywizm jest zasadą starego, skompromitowanego świata cywilizacji łacińskiej. Racja i słuszność jest po ich stronie, bo takie są nieubłagane prawa rozwoju społecznego, które wyzwolą ludzkość z opresji rodziny i religii.
Przenikliwie opisał źródła i następstwa rewolucji kulturowej, której walec teraz dotarł nad Wisłę filozof, prof. Ryszard Legutko w książce „Triumf człowieka pospolitego” (2012), w której dowiódł wspólnych korzeni i wspólnego celu komunizmu i demokracji liberalnej.

 

Tak jak człowiek w komunizmie oskarżony o odchylenie lub reakcjonizm jeśli próbował się bronić, tylko potwierdzał, że stoi po stronie reakcji.
Gdy kogoś dzisiaj oskarża się o homofobię, to takie oskarżenie również zamyka usta, bo nie ma na to dobrej odpowiedzi – czytamy w książce prof. Legutko. – Tłumaczenie się, że nie ma równości związków heteroseksualnych i homoseksualnych, nawet jeśli poparte jest najtrafniejszymi argumentami, tylko potwierdza homofobiczność, bo nad takim zarzutem się nie dyskutuje. Jedyna drogą dla oskarżonego jest złożenie samokrytyki, która może, lecz nie musi być przyjęta. Gdy jakiś śmiałek będzie nieugięty i podejmie próbę repliki, rozwścieczone stado lumpeninteligentów natychmiast rzuca się na nieostrożnego polemistę i wdeptuje go w ziemię”.

 

Doświadczył tego na własnej skórze Piotr Jedliński, który w końcu, albo został zmuszony, albo chcąc zachować resztki godności, odszedł z RNŚ.
Ponurym chichotem tej historii jest to, że ex-dziennikarze radiowej „Trójki”, nie mogli już dłużej wytrzymać w reżimowym radiu dławienia wolności słowa i utworzyli własne Radio Nowy Świat, już po miesiącu przekonali się, że w tej oazie wolności słowa, ta wolność też ma swoje granice. Wyznacza je poprawność polityczna. Dostali pieniądze, nie po to, by pielęgnować zasadę obiektywizmu i rzetelności dziennikarskiej, ale by budować Nowy Wspaniały Świat.

 

Gdy wybuchła sprawa aresztowania Michała Sz. „Margot” media w Polsce natychmiast podzieliły się na dwa obozy. Na te, które bez wahania pisały o Michale, jako o kobiecie i na te, które pisały o nim jako mężczyźnie, zgodnie z tym, jak jest zarejestrowany w USC. Jak łatwo się domyślić, media stojące po stronie totalnej opozycji, na czele z Wyborczą i TVN24, używały formy żeńskiej, media prorządowe – męskiej.

 

Jedynie nieliczne media tzw. symetryczne wybrało formę neutralną, pisząc jak autor tekstu na portalu klubjagiellonski.pl: „Został(a) on(a) tymczasowo zatrzyman(a)/(y) za akty wandalizmu i udział w pobiciu człowieka”, lub jak „Rzepa”: „Aktywista LGBT Michał Sz. (dane z dowodu tożsamości, użyte przez prokuraturę – Sz, używa imienia Małgorzata).

 

To co spotkało redakcję „Radia Nowy Świat”, to nie jest przypadek. Taka jest logika postępu w liberalnej demokracji, która odrzuca metafizykę i prawo naturalne i zastępują ją ideologią poprawności politycznej, która teraz weszła na Zachodzie w fazę terroru, bowiem, jak w komunizmie, walka klasowa zaostrza się w miarę rozwoju socjalizmu, tak w liberalnej demokracji zaostrza się w miarę postępów „tolerancji” i „równości”. Na Zachodzie rewolucja kulturowa zaszła już bardzo daleko. Świadczą o tym zeszłoroczne wyniki badań Campaign for Free Speech. Pokazały one, iż 59% Amerykanów między 18-34 rokiem życia uważa, że I Poprawka do Konstytucji USA powinna odzwierciedlać „dzisiejsze kulturalne normy”. 50% popiera karanie za „mowę nienawiści”, natomiast 47% uważa, że za “mowę nienawiści” należy wsadzać do więzienia! To co było chlubą i dumą Stanów Zjednoczonych, a także punktem odniesienia wolnych ludzi – Pierwsza Poprawka – na naszych oczach zostanie obalona, jako współczesna Bastylia.

 

Pierwsi rewolucjoniści kulturowi, którzy opanowali uniwersytety, szkoły, media i rozrywkę i rozpoczynali pionierską „pierekowkę dusz”, dzisiaj sami są przerażeni swoim dziełem, jak Robespierre, gdy raz uruchomił terror, by w końcu sam położyć głowę pod gilotyną, czy Lenin, który za późno zdał sobie sprawę jakiego zrodził potwora w osobie Stalina.

 

Zainspirowali oni List 150 intelektualistów i artystów o światowej randze, opublikowany na łamach Harpers Magazine, potępiający praktykę publicznego znęcania się i tzw. „cancel culture”. „Cancel culture” to bezpardonowe potępianie ludzi o odmiennych poglądach, nie tylko obecnie, ale także w przeszłości. Potępiający głos ludu ukształtowanego przez polityczną poprawność żąda ich dymisji, usunięcia ich dzieł z bibliotek, serwisów streamingowych itd. itp.
Doświadczyła tego ostatnio jedna z sygnatariuszek listu autorka „Harrego Potera” J.K. Rowling za jej poglądy na temat osób transseksualnych.
Wolność wymiany informacji i idei, siła napędowa liberalnego społeczeństwa, z każdym dniem staje się coraz bardziej ograniczona – czytamy w Liście. – O ile oczekujemy tego od radykalnej prawicy, cenzura rozprzestrzenia się również szerzej w naszej kulturze: nietolerancja społecznych poglądów, moda na publiczne znęcanie się i ostracyzm oraz tendencja do ślepego rozwiązywania złożonych problemów politycznych (…) Zbyt często słyszy się wezwania do szybkiej i surowej zemsty” – napisali sygnatariusze. – „Niezależnie od argumentów w kontekście każdego incydentu, wynikiem będzie stałe zawężanie granic tego, co można powiedzieć, bez groźby odwetu” – piszą.

 

Sygnatariusze Listu to m.in. takie sławy jak Noam Chomsky, Malcolm Gladwell, muzyk jazzowy Wynton Marsalis, psycholog Steven Pinker, autor „Szatańskich wersetów” Salman Rushdie, feministka Gloria Steinem, arcymistrz szachowy Gary Kasparov oraz dziennikarz CNN i „Washington Post” Fareed Zakaria.

 

Tylko do kogo ten List jest adresowany? Gdy istniały dwa bloki w czasie Zimnej Wojny, takie listy podpisywali intelektualiści żyjący za Żelazną Kurtyną i adresowali je do wolnego świata. Może do Polski, którą prezes Jarosław Kaczyński nazywa największą oazą wolnego słowa w Europie, a może i na świecie? I faktycznie, paradoksalnie tak jest, jeszcze. Bowiem w tej chwili znaleźliśmy się pomiędzy młyńskimi kamieniami. Z jednej strony barbarzyńcy rewolucji kulturowej niszczą wolność słowa nad Wisłą i zaprowadzają terror poprawności politycznej, z drugiej strony mamy zapowiedź „dekoncentracji mediów”, którego finałem może być orbanizacja mediów w Polsce, czyli ich całkowite podporządkowanie rządowi.
Być może zostanie nam tylko taki wybór.

 

Adam Socha

To już nie dziennikarstwo. To polityka – ADAM SOCHA o okładce „Faktu”

Moim zdaniem okładka „Faktu” narzucająca pierwsze skojarzenie, że prezydent Andrzej Duda bił i molestował seksualnie córkę, jest całkowicie nowym zjawiskiem medialnym. Czytam w Internecie, że to jest ten sam chwyt z arsenału „czarnego piaru”, które stosują media będące na usługach obozu rządowego.

 

„Czym to się różni od materiału w Wiadomościach TVP, w którym zaatakowano Donalda Tuska za jakąś jego wypowiedź, przywołując iż odebrał w Berlinie z rąk kanclerz Merkel nagrodę im. Rathenaua” – pada argument. Walther Rathenau, zamordowany w 1922 r. przez niemieckich nacjonalistów minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej, żydowskiego pochodzenia, nie budzi w Polsce pozytywnych skojarzeń. Za jego kadencji podpisany został układ w Rapallo, przez Polaków uważany za początek radziecko-niemieckiej współpracy, zagrażającej dopiero co odrodzonej Rzeczypospolitej. Wiadomości nie zacytowały wypowiedzi Tuska po odebraniu nagrody: „Rathenau (…) ukształtowany przez cesarskie Niemcy nie wyobrażał sobie niepodległej Polski jako sąsiada Niemiec. Zastanawiam się, jak by zareagował, gdyby się dowiedział, że nagroda jego imienia przypadła polskiemu premierowi” – powiedział Donald Tusk. „Wiadomości” pominęły tę wypowiedź, by sekwencję obrazów przypominających agresję Niemiec na Polskę zakończyć zdjęciem bramy obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Z tej zbitki miał się wdrukować w głowie widza przekaz, że wnuk żołnierza Wehrmachtu, to filoniemiec i antypolak.

 

Oczywiście, że taka metoda zohydzania przeciwnika politycznego jest obrzydliwa, jednak moim zdaniem między tym co uprawiają „Wiadomości” a okładką „Faktu” jest przepaść.

 

Ta zasadnicza różnica polega na tym, że do tej pory media obu stron atakowały POLITYKÓW, wyciągając im z życiorysów prawdziwe i kreując fałszywe fakty. Każdy, kto wchodzi do tego zawodu musi się liczyć z tym, że uprawiając go często będzie uczestnikiem walki w kisielu i musi mieć skórę słonia, jeśli chce przetrwać. Takie ryzyko zawodowe.

 

W przypadku okładki „Faktu” ze zdjęciem prezydenta Andrzeja Dudy i wielkim tytułem: „Trzymał córkę, bił po twarzy i wkładał jej rękę w krocze” redakcja do zniszczenia wizerunku przeciwnika politycznego użyła LUDZI PRYWATNYCH, potraktowała przedmiotowo dwie ofiary pedofila, matkę i córkę. Kobiety, które w przeszłości przeżyły traumę, zwróciły się do prezydenta Andrzeja Dudy z prośbą o ułaskawienie w przeszłości ich dręczyciela w zakresie jedynie zniesienia zakazu kontaktowania się. Uwierzyły bowiem w jego przemianę w więzieniu, czego miał dawać liczne przykłady, po odbyciu kary i terapii antyalkoholowej. Mężczyzna prosił córkę o wybaczenie i córka, dzisiaj dorosła osoba, wybaczyła ojcu. Wszystkie powołane do tego organy, instytucje i osoby wydały mężczyźnie pozytywną opinię.  Ułaskawienie od zakazu zbliżania się nie oznaczało zatarcia kary i mężczyzna ten nadal figuruje w spisie pedofilów.

 

Redakcja „Faktu” doskonale wiedziała o tym, że prezydent nie ułaskawił pedofila, bo to słowo oznacza, że skazany za pedofilię uniknął kary więzienia za swój czyn. Celem było bowiem wdrukowanie przekazu, że właśnie ułaskawił pedofila, że prezydent to obrońca pedofilów. To co do tego obrazu nie pasowało w artykule pominięto. Za to szczegółowo, z detalami przytoczono z akt śledztwa, na czym polegało molestowanie nieletniej córki.

 

Kobiety, matka i córka, nie mające nic wspólnego z polityką, zostały wrzucone w jej tryby, jako „mięso armatnie”. Redaktor naczelna „Faktu” Katarzyna Kozłowska i jej zastępczyni Aldona Toczek  nie liczyły się z tym, jaką te kobiety będą przechodzić powtórnie traumę.  miały ich cierpienie gdzieś. Liczył się cel, a tym celem było skuteczne zniszczenie wizerunku Andrzeja Dudy i nie dopuszczenie do jego reelekcji. I ta operacja o kryptonimie „pedofil” zapewne urwie ileś tam głosów Dudzie i może zdecydować o porażce, bowiem hasło „prezydent obrońca pedofili” stało się głównym hasłem czarnej kampanii i jedynym „hakiem”, który znaleziono na prezydenta Dudę.

 

Jeśli o mnie chodzi, to nie chciałbym wygrać z ludźmi, którzy posługują się takimi metodami.

 

Na marginesie, zaskoczyło mnie to, że hasło do tego kierunku ataku rzuciła „Rzeczpospolita”, która jako pierwsza opublikowała informację o „ułaskawieniu pedofila”. Oczywiście „Rz” zrobiła to w białych rękawiczkach. Do tej pory „Rz” grała rolę gazety zdystansowanej, będącej ponad polityczną walką plemion. Obecnie zdecydowanie opowiedziała się po jednej stronie politycznej wojny.

 

Adam Socha

Telewizja Kurskiego czy twórcy SokuzBuraka? – felieton ADAMA SOCHY

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Rafała Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć. 

 

Wiem kto, po zwycięstwie Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, będzie nowym prezesem TVP. Ale zanim o tym napiszę zacznę od wypowiedzi kandydata Koalicji Obywatelskiej, która pozwoliła nieco przykryć aferę z Kazikiem i Trójką.

 

„Moją pierwszą inicjatywą ustawodawczą będzie ustawa o zwiększeniu finansowania służby zdrowia do 6 proc. PKB – mówił na niedzielnej konferencji 17 maja na Facebooku prezydent Warszawy. – Skąd pieniądze? Pieniądze, które idą dzisiaj na propagandę, na partyjną telewizję, powinny zostać przeznaczone na zdrowie, na szpitale. W miejsce obecnej telewizji powstanie nowa telewizja publiczna, bez TVP Info, bez Wiadomości, bez publicystyki politycznej, bez tego, co zatruwa nam życie. Żeby nigdy nikogo nie kusiło żeby wykorzystać telewizję do celów politycznych. Telewizja, która miała być publiczna, która powinna nas edukować, wspierać w trudnych czasach, została przez PiS zdyskredytowana” – mówił polityk.

 

Odpowiadając na pytania kierowane SMS-ami przez różne redakcje, Trzaskowski komentował jedynie te pochodzące z TVP Info. – Spieszcie się państwo zadawać pytania z TVP Info, bo niewiele tygodni zostało – powiedział z uśmiechem, trawestując poetę ks. Jana Twardowskiego „Śpieszcie się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.

 

Na to błyskawicznie zareagowała dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Jolanta Hajdasz. Wydała w poniedziałek, 18 maja oświadczenie, w którym protestuje przeciwko zastraszaniu dziennikarzy Telewizji Polskiej przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

 

„Zastraszanie dziennikarzy przez polityków ma zawsze na celu uruchomienie mechanizmu autocenzury w mediach, czyli samoograniczania się także innych dziennikarzy i nie podejmowania przez nich w publikacjach trudnych i kontrowersyjnych problemów społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich” – napisała w oświadczeniu dyrektor CMWP SDP Jolanta Hajdasz.

 

Jeszcze dalej poszedł red. Wojciech Reszczyński, który w wywiadzie dla wpolityce.pl wypowiedź Trzaskowskiego o TVP określił jako „bandycką”, a użyte przez niego sformułowania jako „faszystowskie”.

 

Ja tak bardzo nie zapłonąłem z oburzenia, jak pani dyrektor, ani nie posunę się do takich epitetów, jak red. Reszczyński, gdyż zawsze tak było, że jedni drugim robili „koło pióra”. W naszej polityce obowiązuje zasada „gwałt niech się gwałtem odciska”. Jesteśmy pod tym względem czymś unikatowym w skali świata. Wszędzie, na czas epidemii opozycja ogłosiła zawieszenie broni i współdziałała z rządem, tylko u nas w środku zarazy wybuchła taka awantura polityczna, że omal nie rozleciał się rząd, a państwo nie pogrążyło się w chaosie.

 

Teraz Rafał Trzaskowski, tak jak sędzia Irena Kamińska i cała „totalna opozycja” „pragnie zemsty na PiS”. Jeśli wygrają to z dziką rozkoszą dokonają „masakry piłą mechaniczną” na drużynie Jacka Kurskiego i nic i nikt ich przed tym nie powstrzyma. Wszak zemsta jest rozkoszą bogów.

 

Ileż to gremiów głowiło się przez ostatnie kilkanaście lat nad odpartyjnieniem mediów publicznych i stworzeniem z nich najważniejszej instytucji kultury i edukacji narodowej, ileż powstało projektów, ileż padło uroczystych przysiąg i zaklęć.

 

Była raz realna szansa na wyrwanie mediów ze szponów partii. Kongres Kultury 2009 w Krakowie powołał Obywatelski Komitet Mediów Publicznych. Komitet wypracował projekt ustawy o mediach publicznych. Miał obietnicę ówczesnego premiera, Donalda Tuska, że ustawa zostanie uchwalona przez Sejm. Miał również poparcie największego ugrupowania opozycyjnego, Prawa i Sprawiedliwości. Inicjatywa ta cieszyła się także uznaniem prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego (30 marca 2010 roku odbyło się w Pałacu Prezydenckim spotkanie na ten temat). Projekt miał zostać złożony wspólnie przez PO i PiS. W rzeczywistości osobno złożyło go PiS oraz osobno PO. Mimo to proces zdawał się iść w mniej więcej właściwym kierunku aż do momentu katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku…

 

Twórcy projektu postulowali zastąpienie KRRiT 50-osobowym Komitetem Mediów Publicznych, który miał być wybierany w drodze losowania spośród liczącego 250 osób tzw. zasobu kadrowego komitetu (utworzyć go miały m.in. organizacje pozarządowe, ogólnopolskie stowarzyszenia twórcze, dziennikarze, Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich). Komitet miał wybrać siedmioosobową Radę Mediów Publicznych. I to ona miała zarządzać mediami publicznymi. Nad jakością programów czuwać miała niezależny od władz telewizji i radia Instytut Mediów Publicznych. Abonament miała zastąpić powszechna opłata audiowizualna płacona wraz z PIT-em.

 

Jeszcze w 2013 roku minister Michał Boni obiecywał, że przygotuje nową ustawę medialną – nie przygotował i przyszło nowe rozdanie, nieoczekiwanie wybory wygrał PiS.

 

Początkowo jeszcze wielu, w tym ja, żywiło nadzieję, że PiS dotrzyma obietnic z kampanii wyborczych powołania „polskiego BBC”.

 

W tej atmosferze  21 czerwca 2016 roku odbyło się publiczne składanie podpisów pod Obywatelskim Paktem Mediów Publicznych. W sumie podpisało go aż 78 podmiotów (stowarzyszeń i fundacji), podpisali też politycy, którzy właśnie stracili władzę i media publiczne (Pakt spoczywa w Bibliotece Narodowej).

 

Platforma zgłosiła własny projekt, który był musztardą po obiedzie. Likwidował on abonament i wprowadzał finansowanie z budżetu państwa. Kasę miał dzielić Fundusz Mediów Publicznych, w którym  mieli zasiadać przedstawiciele środowisk twórczych, opiniotwórczych, ogólnopolskich organizacji samorządowych.

 

Projekt ten poszedł do kosza, tak jak i społeczny. Jak wiemy PiS powołał Radę Mediów Narodowych i mamy to, co widzimy i słyszymy codziennie.

 

Jeszcze co prawda do końca nie wymarli donkiszoci, bo w 2019 roku powstał obywatelski projekt, niezwiązany z żadną partią, ale była to sztuka dla sztuki.

 

Po tym jak zagroził dziennikarzom TVP, dwa dni później,  19 maja Rafał Trzaskowski zrobił konferencję pod siedzibą prezesa (przepraszam, doradcy prezesa) TVP Jacka Kurskiego i oświadczył, że  podejmuje walkę o prawdę, o prawdziwe media publiczne! W tym celu w przyszłym tygodniu organizuje debatę z ekspertami, „opracujemy model nowej telewizji publicznej nowoczesnego państwa”.

 

Natychmiast pod tym oświadczeniem na Twitterze kandydata na prezydenta RP pojawił się celny komentarz: „Wśród ekspertów administrator soku z buraka, Jerzy Urban i Tomasz Lis”.

 

„Prawdziwe media publiczne” pod patronatem Trzaskowskiego, można między bajki z mchu i paproci włożyć.  Realnie mamy tylko taki wybór: albo TVP Jacka Kurskiego, albo TVP Mariusza Kozaka-Zagozdy, twórcy profilu SokzBuraka, „najbardziej fekalnego portalu w internecie”, jak to wdzięcznie ujął Robert Mazurek w rozmowie w RMF z Rafałem Trzaskowskim, który zatrudnił go w stołecznym ratuszu. Zagozda został też zatrudniony w komitecie wyborczym kandydatki PO na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – jak informował tygodnik „Sieci”. Trzaskowski nie odpowiedział Mazurkowi, czy przejmie do swojego komitetu Kozaka-Zagozdę, ale ja obstawiam, że nie tylko przejmie, ale jeśli wygra wyścig do żyrandola, to nowym prezesem TVP zostanie nie Tomasz Lis a właśnie twórca „SokuzBuraka”.

 

Adam Socha

Dyrektor „Trójki” unieważnił Kazika – z punktu widzenia ADAMA SOCHY

Najnowsza piosenka Kazika „Twój ból jest większy niż mój” zadebiutowała w piątek na pierwszym miejscu 1998. notowania Listy Przebojów Trójki. W sobotę informacja o tym zniknęła ze strony tej rozgłośni a następnie pojawił się komunikat dyrektora i redaktora naczelnego Trójki Tomasza Kowalczewskiego.

 

Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania” – przekazał.

 

Wyrażamy ubolewanie i przepraszamy wszystkich słuchaczy za zaistniałą sytuację” – czytamy w oświadczeniu – Na kolejne głosowanie Listy Przebojów Trójki zapraszamy 22 maja o stałej porze”.

Kazik Staszewski w najnowszej piosence komentuje fakt, że pomimo zamknięcia Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński przyjechał 10 kwietnia na grób swojej matki i symboliczną mogiłę pary prezydenckiej.

Otwiera się brama, ja nie wierzę oczom / czy jednak się rzeczy inaczej potoczą / podbiegam, twoje karki krzyczą stój / bo twój ból jest lepszy niż mój / twój ból jest lepszy niż mój” – śpiewa Kazik.

 

Już wiele dniu temu napisałem tekst, w którym pożegnałem radiową „Trójkę’, Stacja ta przez dziesiątki lat mi towarzyszyła, by zostać ostatecznie zaorana przez „dobrą zmianę”. Tekst pt. „Pamięci „Trójki” Rapsod Żałobny ukazał się na stronie sdp.pl

 

To co się wydarzyło teraz jest tylko dodaniem wykrzyknika. Ze starej, dobrej „Trójki” została już tylko „Lista Przebojów”, ale i nawet na nią przyszedł koniec. To symboliczne.

Jeden z najważniejszych polityków PiS-u europoseł Joachim Brudziński skomentował sprawę zdjęcia ze strony „Trójki” informacji o nr. 1 piosenki Kazika, tak:

Zdejmowanie z @RadiowaTrojka informacji o wygranej #lpp3 piosenki Kazika (moimi zdaniem niesprawiedliwą w swej treści), jest albo przejawem głupoty albo czyjejś złej woli. W wolnym kraju artysta ma prawo do swojej artystycznej (czasami niemądrej) interpretacji zdarzeń” – napisał europoseł PiS Joachim Brudziński.

 

Szanowny Panie Joachimie, powinien uderzyć się Pan przede wszystkim we własne piersi. To Prezes i jego najwierniejsi poddani, w tym Pan, podjęliście decyzję, by z mediów publicznych uczynić narzędzie partyjnej propagandy. Natychmiast znaleźliście wykonawców, zawsze tacy się znajdują, tylko czyhają na taką okazję. Ich głównym zadaniem jest odgadywać życzenia swoich chlebodawców.

 

To zdarzenie z piosenką Kazika, to jest tylko skutek, przyczyną jesteście Wy, Komitet Polityczny PiS-u.

 

Zapomnieliście tylko, że w latach 80. XX wieku, owszem, można było zablokować piosenkę Kory na Liście Przebojów i słuchacze nie mieli żadnej szansy, by ją usłyszeć. Dzisiaj to jest niemożliwe.

Od razu, gdy tylko zawłaszczyliście media publiczne, napisałem że od tych mediów zginiecie, bo zapomnicie w pewnym momencie, że to tylko propaganda i manipulacja, i sami staniecie się jej ofiarami. Uwierzycie w zafałszowany obraz rzeczywistości.

Myliłem się o tyle, że istnieją na rynku nadal silne media „nie narodowe”, a przede wszystkim media społecznościowe. Jeszcze tylko im zawdzięczacie, że nie do końca utraciliście kontakt z rzeczywistością

 

Adam Socha

Pamięci „Trójki” Rapsod Żałobny – ADAM SOCHA o swojej ukochanej stacji

Kiedy stałem się słuchaczem „Trójki”? We wczesnych latach 70-tych XX wieku, gdy już nie musiałem wyłapywać w radio zagłuszanej audycji Basi Nawratowicz w RWE o 18.10, w której przez kwadrans nadawała muzykę rockową, bo odkryłem, że jest w PRL taka rozgłośnia, która puszcza Black Sabbath, Deep Purple czy Hendrixa.

 

Później odkryłem też inne audycje, „Rodzinę Poszepszyńskich” Macieja Zembatego, który odkrył też mi Leonharda Cohena. Oczywiście „Sześćdziesiąt minut na godzinę” Marcina Wolskiego z plejadą gwiazd: Jackiem Fedorowiczem wcielającym się w Kolegę Kierownika, Kuchmistrza, Spikera, Tłumacza itd., Andrzejem ZaorskimMarianem Kociniakiem w Para-męt pikczers czyli kulisy srebrnego ekranu, artystami kabaretu Elita, monologami Janka Kaczmarka; wierszami Andrzeja Waligórskiego,  monologami Krzysztofa Jaroszyńskiego, cudownym „pamiętnikiem młodej lekarki”  Ewy SzumańskiejJanem Kaczmarkiem, Rossmówkami…

 

A ile piosenek napisanych dla tego programu stało się przebojami! (Ragazza da Provincia Jacka Zwoźniaka, Czego się boisz głupia, Los Andes Cordillera Jana Kaczmarka i inne piosenki kabaretu Elita).

 

Jak w stanie wojennym zabrano nam tę audycję, to jeszcze została Lista Przebojów z Korą i jej „Kreonem” czy Grzegorzem Ciechowskim.

 

Radiowa Trójka była przez dziesięciolecia programem dla ludzi inteligentnych, tak jak w TVP „Kabaret Starszych Panów”, a w prasie „Przekrój”. Zapewne Wydział Propagandy KC PZPR liczył na to, że przy okazji słuchania audycji muzycznych i kulturalnych, podprogowo kupimy też propagandę, którą lokowano pomiędzy. Mówiło się też, że „Trójka” spełniała rolę „wentyla”. Jeśli o mnie chodzi, a myślę że i o zdecydowaną większość słuchaczy, „Trójka” dawała chwilę oddechu od szarej rzeczywistości, ale w żadnej mierze nie mogła mnie przychylnie nastawić do reżimu komunistycznego.

 

W wolnej Polsce PRiTV ani na moment nie wyszły spod kontroli polityków. Mimo szumnych zapowiedzi oddzielenia mediów publicznych od polityków, kolejne rządy traktowały je jako bardzo ważny łup i jak narkoman, nie wyobrażały sobie życia bez tego „narkotyku”.

 

Na szczęście „Trójkę” jakoś omijało kierowanie przez ludzi pokroju „Brunatnego Roberta”. Dlatego wolałem „Śniadanie w Trójce” od wywijającej mikrofonem niczym pałką polityczki i ideolożki Moniki Olejnik, udającej dziennikarkę, prowadzącą „Siódmy dzień tygodnia” w Radio Zet.

 

Owszem, Magda Jethon nie ukrywała swoich sympatii politycznych, a jej „czekoladowy orzeł”, to był straszny obciach i kompromitacja (nie z powodu czekolady, tylko lizodupstwa wobec prezydenta Bronisława Komorowskiego). Jednak ciągle dominowała na antenie lekkość i dowcip.

 

No i przyszła „dobra zmiana” i epoka „mediów narodowych”. Moi znajomi dość szybko uznali, że „Trójka” przestała być ich stacją. Jednak ja ciągle byłem Trójce wierny. Liczyłem, że ta stacja zostanie oszczędzona, iż tutaj zwycięży miłosierdzie i pluralizm, i nadal np. Jerzy Sosnowski będzie mógł  prowadzić Klub Trójki. Pomyliłem się, ale nadal miałem mądre audycje Dariusza Rosiaka nadal bawił mnie, podczas powrotu autem z pracy, Artur Andrus w „Powtórce z rozrywki”.

 

Artur Andrus zniknął, ale pojawiła się audycja Anny GacekWojciecha Manna, którzy zawsze mnie odprężali swoimi przekomarzankami. W niedzielę pojawiła się audycja Jana Młynarskiego wskrzeszająca świat muzyczny przedwojennej Warszawy, której stałem się fanem.

I nagle wszystko się skończyło. Okazało się, że Anna Gacek sepleni, a Manna już nikt nie chce słuchać. Ruszyła fala odejść w geście solidarności.  Nie przedłużono umowy z Dariuszem Rosiakiem (czym on podpał?).

 

Muszę przyznać, że udało się rozwalić „dobrej zmianie” „Trójkowy Znak Jakości”. Straciłem swoją ulubioną stację. Zastanawiam się tylko, komu to przeszkadzało i dlaczego? Rozumiem, że prezesowi chodzi o stworzenie nowych elit. Gdyby w miejsce moich ulubieńców kierownictwo znalazło równie wybitne osobowości radiowe, jeszcze bym zrozumiał. Ale gdzie one są, gdzie jest przysłowiowy, prawicowy Artur Andrus?

 

Media poinformowały, że byli dziennikarze Trójki chcą uruchomić radio internetowe „Nowy Świat”. Reprezentują spółkę m.in. Magda Jethon, Jan Chojnacki, Piotr JedlińskiWojciech Mann.

 

Ruszyła zbiórka pieniędzy, mają już prawie pół miliona złotych. Życzę im jak najlepiej i trzymam kciuki, ale dla mnie pewna epoka się skończyła, akurat gdy osiągnąłem wiek emerytalny. Dziękuję „Trójce”, że mi towarzyszyła tyle lat.

 

 Adam Socha