Czy wolność słowa w Polsce jest zagrożona? – opinia ADAMA SOCHY

Żyję w coraz bardziej surrealistycznym kraju. Czytam, że „Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w 2020 r. zawartej w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF).  Po raz piąty z rzędu zostało obniżone miejsce Polski w tym rankingu, a według niego poziom wolności mediów w naszym kraju jest obecnie najniższy w historii. Jest to ocena nierzetelna i krzywdząca dla Polski, ponieważ nie oddaje rzeczywistego poziomu wolności słowa, wolności mediów i wolności dziennikarzy, jaki jest w naszym kraju”.

 

Ten protest jest dla mnie czystym surrealizmem, bo wydawało mi się, że Centrum jest ostatnią instytucją w Polsce, która powinna ogłaszać protest w tej sprawie. Jak nazwa Centrum wskazuje, ma ono monitorować wolność słowa w polskich mediach i protestować, jeśli jest ona naruszana przez administrację państwową, sądy i biznes. Gdyby zaprotestował rząd RP przeciwko takiej ocenie, nie byłbym zaskoczony, ale dlaczego Centrum robi za rzecznika rządu, tego pojąć nie mogę?!

 

By wyrobić sobie własne zdanie na temat obiektywności RSF sprawdziłem, jakie wydarzenia odnotowała ta organizacja w roku 2014, a więc tuż przed przejęciem władzy przez PiS.

 

Przeczytałem, że „prokuratorzy i funkcjonariusze wywiadu napadli na siedzibę warszawskiego tygodnika Wprost 18 czerwca 2014 roku, próbując przejąć nagrania zawstydzające partię rządzącą (PO i PSL – przypis mój). Wprost 15 czerwca spowodował polityczne trzęsienie ziemi, kiedy opublikował szczegóły tego, co opisał jako pierwszą serię rozmów między politykami, które zostały potajemnie zarejestrowane w eleganckiej warszawskiej restauracji (…). Kiedy redaktor naczelny Sylwester Latkowski trzymał swojego laptopa, policja walczyła z nim, a nawet próbowała go uszkodzić, przedstawiając fałszywą podstawę ich roszczenia do „zabezpieczenia” nagrań. „W pełni popieramy pracowników Wprost przeciwko poważnemu atakowi na poufność źródeł dziennikarzy” – powiedziała zastępca szefa ds. Badań Virginie Dangles, Reporterów bez Granic.

 

Dostało się też ministrowi transportu Sławomirowi Nowakowi. Został potępiony przez RSF za „Całkowicie nieproporcjonalne i wygórowane odszkodowanie, którego żąda od magazynu Wprost w pozwie o zniesławienie z kwietnia 2013 r (30 milionów złotych). Pismo doniosło o jego przyjaźni z biznesmenami, którzy często wygrywają kontrakty rządowe i jego obecności na prywatnych imprezach opłacanych przez zamożnych dyrektorów korporacji”. „Pozywanie o tę kwotę  wyraźnie ma na celu zastraszenie – stwierdza w konkluzji RSF. – Minister używa prawa, aby narzucić cenzurę, grożąc istnieniu magazynu”.

 

I kolejny polityk z Polski na liście hańby RSF: „Klimat zastraszania został wzmocniony przez oświadczenia wicepremiera i ministra gospodarki Janusza Piechocińskiego skierowane do dziennikarza TVN 24, gdy zapytano go o możliwą zmianę gabinetu 17 maja. „Twoje zachowanie jest oburzające, idiotyczne i niedopuszczalne” – powiedział Piechociński dziennikarzowi na antenie. „Zamierzam poprosić w tym tygodniu o spotkanie z przedstawicielami twojego kierownictwa. ”

 

„Jesteśmy oszołomieni oświadczeniami wicepremiera” – stwierdzili Reporterzy bez Granic. – Jeśli samo pytanie o skład następnej kadencji zostanie uznane za oburzające, co stanie się, gdy dziennikarze zaczną komentować wybór nowych ministrów?”

 

Jedynie, czego mi zabrakło, to odnotowania braku transmisji z przesłuchanie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z 18 grudnia 2014 roku, mimo wysłania przez wszystkie ogólnopolskie stacje ekip z kamerami do Pałacu Prezydenckiego. Jedynie reporter  niszowej stacji „Republika” transmitował wówczas swoim widzom to wydarzenie poprzez komórkę.

 

Zobaczmy zatem, co RSF zarzucają rządzącym obecnie? Od lat przypominają, że sądy stosują nadal art. 212 kk, na mocy którego dziennikarze mogą zostać skazani na zniesławienie nawet na rok więzienia. CMWP w swoim oświadczeniu stwierdza: „Zupełnie pominięto przy tym fakt, iż wskazany przepis w Kodeksie karnym jest pozostałością sytemu komunistycznego”. A co stało na przeszkodzie, by rząd państwa o największej wolności słowa na świecie, jak twierdzi prezes Jarosław Kaczyński, skreślił tę komunistyczną skamielinę? Miał na to 5 lat.

 

Dalej CMWP cytuje z Rankingu RSF: „Gazeta Wyborcza” pozostaje głównym celem ataków rządowych i sądowych”, a „rządowe przemówienia i wiadomości pełne nienawiści stały się powszechne w mediach publicznych, teraz przekształconych w rzecznika propagandy rządowej”, a „ich nowi przywódcy (tzn. mediów publicznych- przyp. red.) nie tolerują ani sprzeciwu, ani neutralności i zwalniają pracowników, którzy się opierają”. Centrum komentuje: „Tymczasem nie podano żadnych przykładów uzasadniających te tezy, nie przedstawiono danych liczbowych ani opisu faktów”. To Centrum, które z nazwy powinno takie przykłady rejestrować, potrzebuje dowodów na prawdziwość tych zarzutów?! Czytając tekst oświadczenia CMWP miałem wrażenie, że czytam oświadczenie orwellowskiego Ministerstwa Prawdy.

 

CMWP ubolewa, iż wśród przedstawicieli mediów, na których ankietach oparto ranking, nie ma przedstawicieli SDP, organu SDP – CMWP i temu przypisuje brak raportowi obiektywizmu. Sławomir Jastrzębowski w swoim felietonie całą sprawę skwitował tym, że  62 miejsce w rankingu, to wynik wysyłania ankiet do wyselekcjonowanych dziennikarzy. Tadeusz Płużański domyśla się, że są to dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Wojciech Pokora przytacza, ile to razy Adam Michnik pozywał dziennikarzy z art. 212.

 

Sęk w tym, że każdy dziennikarz, który uważa, że jego prawo do wolności słowa zostało naruszone, może wysłać maila do tej organizacji. Skoro nie uwzględniono głosu CMWP, to znaczy, że Centrum nie zgłosiło żadnego naruszenia wolności słowa.

 

Przyznam ze wstydem, że do tej pory w mojej świadomości nie istniała taka organizacja jak RSF . Dowiedziałem się o niej dzięki oświadczeniu Centrum. Dobre i to. Dzięki temu wyślę swoją ankietę.

 

Napisze w niej, iż zostałem zaatakowany 15 kwietnia  na antenie publicznego Radia Olsztyn przez posłankę partii rządzącej Iwonę Arent. Dziennikarz prowadzący poranna rozmowę „na żywo” zacytował: „Poseł Iwona Arent wezwała Bogdana Bachmurę, autora tekstu „Wszyscy umoczeni” („Debata” nr 150, marzec 2020r) i red. naczelnego „Debaty” Jana Rosłana do opublikowania przeprosin i wpłaty 50 tys. złotych. Niezastosowanie się do wezwania spowoduje skierowanie pozwu o ochronę dóbr osobistych i zapłatę”. Dziennikarz zapytał: – O co chodzi pani poseł?

 

Poseł Iwona Arent: – Czekam aż „Debata” przeprosi mnie. (…) O to chodzi, że pisze kłamstwa na mój temat. Do tej pory nie zwracałam uwagi, bo uważałam, że jest to szmaciarska gazeta, która nie sprawdza faktów. Artykuły są pisane przez ludzi, a szczególnie przez jednego człowieka, który wymyśla sobie w głowie jakieś bzdury, potem to przelewa na papier, które nie mają w ogóle w faktach żadnego potwierdzenia.

 

Marek Lewiński: – Tak czy inaczej sprawa skończy się w sądzie?

 

Poseł Iwona Arent: – Oczywiście, jeżeli nie zostanę przeproszona. Jeśli nie zaprzestanie pan Socha, bo tu chodzi o pana red. Sochę, który pisze artykuły na mój temat, bzdury totalne, niezgodne z faktami, niezgodne z prawdą a ostatnio dołączył do tego także pan Bachmura, który jest wydawcą tej gazety, więc czas najwyższy skończyć z tymi kłamstwami, bzdurami, które sobie wymyślił chory człowiek, chory z nienawiści do mnie i mam nadzieję, że wreszcie sąd to rozstrzygnie, bo ja już straciłam cierpliwość”.

 

Poseł Arent pozywa nas do sądu za artykułu o „Helperze”, stowarzyszeniu kierowanym przez jej przyjaciół, małżeństwo Katarzynę i Tomasza K. (b. agenta CBA Tomka). Prokuratura oskarża ich o defraudację kilkudziesięciu milionów złotych publicznych dotacji na domy pomocy społecznej. Posłanka była zaangażowana w obronę kierownictwa Helpera, składając doniesienia do prokuratury na policjantów, prokuratorów i urzędników, którzy położyli kres wyprowadzaniu milionów z budżetu państwa do prywatnych kieszeni. „Debata” wezwała poseł Arent, by publicznie wytłumaczyła się ze swojego zaangażowania w obronę oskarżonych. Odpowiedzią było żądanie wpłacenia 50 tys. złotych i przeprosin, następnym krokiem będzie pozew.

 

Teraz wpłynęła kolejne pismo od spółki, z którą powiązany jest wiceminister nauki prof. Wojciech Maksymowicz. Spółka żąda ode mnie i wydawcy „Debaty” wpłaty 30 tys. złotych i przeprosin. Chodzi o mój tekst na temat oferowania przez prywatne kliniki powiązane z klinikami uniwersyteckimi tzw. terapii komórkowych na nieuleczalne choroby jak Stwardnienie Zanikowe Boczne, stwardnienie rozsiane czy autyzm i pobieranie od chorych od 50 do 300 tys. złotych, mimo że nie ma żadnych podstaw biologicznych i medycznych do ich stosowania (artykuł można przeczytać w kwietniowej „Debacie” zamieszczonej w pdf na stronie sdp.pl).

 

Na własnej skórze przekonam się więc, czy sądy w Polsce zostały podporządkowane rządowi i jak to jest z tą wolnością słowa w Polsce?

 

Adam Socha

 

 

Co ma FOZZ do koronawirusa? – ADAM SOCHA o walce „Wiadomości” z „Faktami”

Mogę robić zakłady, co i jak pokażą „Wiadomości” TVP oraz TVN „Fakty” i zawsze wygram. Jest to tak przewidywalne, że aż nudne.

 

Toteż, gdy okazało się, że w 10. rocznicę katastrofy smoleńskiej prezes Jarosław Kaczyński złożył wieniec pod pomnikiem na Placu Piłsudskiego i towarzyszyli mu gromadnie czołowi politycy PiS, nie zachowując przepisowej odległości od siebie 2 metrów, a także że tego dnia zrobiono wyjątek dla prezesa i otwarto bramę Cmentarza Powązkowskiego, żeby mógł złożył kwiaty na grobie swojej matki, było dla mnie oczywiste, że materiał o tym znajdzie się w „Faktach” TVN, odpowiednio skomentowany. Okazja i komentarz narzucały się sam, rządzący w czasie tak trudnym łamią publicznie i ostentacyjnie nakazy i zakazy, które sami wprowadzili.

 

Jako wydawca jakiejkolwiek stacji telewizyjnej też bym podjął decyzję o emisji takiego materiału. Zapewne, zgodnie z elementarną zasadą rzetelności dziennikarskiej, dałbym możliwość wyjaśnienia takiego zachowania  rzecznikowi rządu oraz rzecznikowi PiS. Tego mi w materiale „Faktów” zabrakło.

 

Było też dla mnie oczywiste, jak to, że po nocy nastaje dzień, że odpowiedzą na ten materiał „Faktów” będzie materiał „Wiadomości” TVP i że „Wiadomości” wezmą w obronę prezesa Jarosława Kaczyńskiego i polityków PiS-u. I nie zawiodłem się.

 

13 kwietnia, w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy, miliony widzów w Polsce dowiedziały się, że stacja TVN niczego nie potrafi uszanować, nawet 10. rocznicy tragedii smoleńskiej i przeprowadziła „ofensywę nienawiści”. Wytknęli, że materiał był zmanipulowany, bo nie podano informacji, iż składając wieńce pod pomnikiem ofiar katastrofy prezes i politycy przebywali tam w trybie oficjalnej  reprezentacji na uroczystości państwowej.

 

Nie wyjaśnili jednak, czy koronawirus również taki charakter zgromadzenia uwzględnia i w tym momencie nie atakuje?

 

W materiale dotyczącym złożenia kwiatów przez prezesa na grobie matki z kolei wytknięto, że „Fakty” pominęły, iż prezes składał także wieniec na grobie ofiar katastrofy na cmentarzu wojskowym oraz na wielu innych grobach indywidualnych ofiar, że zapłacił za wieńce z własnej kieszeni (pokazano rachunek) oraz uzyskał zgodę od zarządcy na otwarcie bramy i na wjazd na teren cmentarza autem z uwagi na chorą nogę (jest po operacji).

 

To wszystko było do przyjęcia, chociaż zakup wieńców za własne pieniądze i zgoda zarządcy na wjazd autem nie wyjaśniała podstawowego zarzutu postawionego przez „Fakty”, ale także przez inne media, mianowicie że zwykli obywatele nie mogą wejść na grób swoich bliskich na Cmentarz Powązkowski. Ten fakt jest po prostu nie do obrony i redaktorzy „Wiadomości” doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc starali się odwrócić uwagę widzów od istoty problemu i przykryć go rachunkami za wieńce. Gdyby na tym materiał się skończył, można by było przejść nad tym do porządku dziennego.

 

Jednak „Wiadomości” przycisnęły gaz do dechy i sięgnęły do korzeni TVN. Toteż po raz tysięczny dowiedzieliśmy się, iż twórcy stacji WalterWejchert byli agentami SB, sekretarz programowy Subotić agentem wywiadu wojskowego, dyrektor programowy Edward Miszczak członkiem PZPR, a prezenterka Justyna Pochanke jest córką Renaty, bliskiej współpracownicy księgowej FOZZ-u, a FOZZ to…

 

Wydawcy „Wiadomości” powinni pójść jeszcze dalej i poszukać w genealogii obecnych, amerykańskich właścicieli stacji. A nuż ich korzenie sięgają np. Nalewek i Komunistycznej Partii Polski? Jak się szuka, zawsze coś się znajdzie…

 

Tylko co to ma do rzeczy? Czy to Walter lub Miszczak przez swoich agentów zwerbowanych w otoczeniu prezesa Jarosława Kaczyńskiego namówili go, by postawił się ponad innych obywateli i nadał sobie przywilej dla nich niedostępny? I jeszcze na dodatek tak to wyreżyserowali, że towarzyszyła temu kamera podporządkowanej stacji telewizyjnej? Nie. Po prostu prezesowi – jak słusznie zauważyła scenarzystka Ilona Łepkowska (skądinąd osoba życzliwa prezesowi) – zabrakło empatii.

 

Czy moja organizacja SDP zajmie stanowisko w sprawie tak obrzydliwej i ohydnej metody walki propagandowej w wykonaniu „Wiadomości”, nie wiem. Ale ja pragnę wyrazić swój protest. Niestety, ale takie metody walki kojarzą mi się źle, kojarzą mi się z najgorszym okresem propagandy komunistycznej.

 

Adam Socha

 

Umarł król – komentarz ADAMA SOCHY

Jacek Kurski przejdzie do historii mediów publicznych. To pierwszy przypadek w historii tych mediów, że za głowę prezesa TVP „zapłacono” 2 miliardy złotych. Mogę z czystym dziennikarskim sumieniem komentować to wydarzenie, gdyż od chwili jego powołania na to stanowisko publicznie protestowałem.

 

Przede wszystkim dlatego, że „dobra zmiana” obiecywała odpartyjnienie mediów publicznych, a pierwszą decyzją po zwycięstwie wyborczym było powołanie na stanowisko prezesa TVP bardzo kontrowersyjnego polityka, który udowodnił, że jest człowiekiem od „mokrej roboty”, zasłynął „dziadkiem z Wermachtu” i powiedzeniem „ciemny lud to kupi”.

 

Nie miałem więc złudzeń, jaką misję mu powierzono, misję wygrania propagandowej wojny z TVN-em, główną tubą propagandową politycznego układu postokrągłostołowego. Na tej wojnie jeńców nie brano, wszystkie chwyty były dozwolone. To że przy okazji doszczętnie rozbito wspólnotę polityczną narodu, dla kierownictwa partii rządzącej nie miało znaczenia. Wszak wyznaje zasadę „divide et impera”.

 

Na Nadzwyczajnym Zjeździe Programowym SDP w Kazimierzy Dolnym w czerwcu 2018 roku zgłosiłem projekt apelu o podanie się przez prezesa Jacka Kurskiego do dymisji. Mój projekt był kopią apelu przyjętego na Nadzwyczajnym Zjeździe Delegatów SDP z kwietnia 2015 roku, w którym napisano: „prezes TVP SA Juliusz Braun powinien podać się do dymisji”. Tylko w miejsce Brauna wstawiłem, Jacka Kurskiego i przepisałem zarzut: „z powodu „upolitycznienia i nagminnego braku przestrzegania etyki i misji dziennikarskiej”.

 

Na tym zjeździe już było jasne, że PiS do kosza wyrzucił wszelkie zapowiedzi i projekty odebrania mediów publicznych partiom, z czasów, gdy tkwił w okopach opozycji. Partia rządząca porzuciła nawet pozory, które stosowała PO, przeprowadzając konkursy na prezesów rozgłośni lokalnych.
Dlatego zgłosiłem też na tym zjeździe projekt uchwały ze zjazdu z kwietnia 2015 roku, zmieniłem tylko adresata z PO na PiS. Nadzwyczajny zjazd w kwietniu 2015 roku stwierdzał, że „media publiczne to dzisiaj narzędzie propagandy, a misję publiczną zastąpiło służenie interesom władzy. Zagarnięcie TVP, Polskiego Radia oraz PAP przez partie polityczne uderza w fundamenty demokracji”.

 

Zjazd w 2018 roku przyjął mój projekt w złagodzonej formie: „zmiany w mediach publicznych postulowane przez SDP w 2015 r., które miały doprowadzić do ich odpolitycznienia i zapewnienia im stabilizacji sytuacji finansowej nie zostały zrealizowane”.

 

Czy odwołanie Jacka Kurskiego, to zapowiedź odejścia od traktowania TVP jako tuby propagandowej rządzącej partii i pałki na przeciwników politycznych? Jacek Kurski przez swoją kadencję wychował całe szeregi propagandowych zakapiorów, pozbawionych wszelkich skrupułów, więc i bez Kurskiego ta propagandowa machina nadal może sprawnie działać.
Jednak mam nadzieję, że wajcha zostanie przestawiona i może nie od razu, ale z czasem symbolem publicznej debaty w Rzeczpospolitej przestanie być środkowy palec.

 

Wierzę, że odwołanie Jacka Kurskiego oznacza obudzenie się w kierownictwie rządzącej partii instynktu samozachowawczego. Wierzę, że dotarło do centrali, że poza partią jest jeszcze państwo, i że partia bez państwa nie może istnieć.

 

Adam Socha

„Synu, jeśli musisz być pismakiem, pisz prawdę!” – ADAM SOCHA o swoich grzechach dziennikarskich

Redaktor naczelny portalu sdp.pl Błażej Torański zaproponował mi napisanie o mojej hierarchii największych grzechów dziennikarskich. Właśnie kończę 65 lat, a więc udało mi się doczołgać do emerytury w zawodzie dziennikarskim, który wykonuję od 1 maja 1981 roku. Dobry moment na rachunek sumienia dziennikarskiego.

 

Do zawodu trafiłem dzięki nauczycielce historii w Technikum Mechaniczno-Energetycznym w Szczecinie. Od urodzenia byłem humanistyczny, ale syn robotnika zwyczajowo trafiał do zawodówki. W technikum był konkurs na wspomnienie z obozu OHP. Wygrałem go, wtedy pani od historii powiedziała, że powinienem zostać dziennikarzem. Moja świadomość polityczna i historyczna wówczas była niewielka, ale wystarczająca, by jako 17-latek wraz z kolegą namalować w nocy na murze przed trybuną 1-Majową „ZSRR RĘCE PRECZ od POLSKI” (w miasteczku Braniewo przy granicy z Rosją, z 7 jednostkami wojska, w tym jedną radziecką). Czułem jako nastolatek, że głoszone hasła nie pokrywają się z tym czego doświadczam i obserwuję na co dzień.

 

Niestety, nie miałem tego szczęścia, jak Adam Michnik czy Aleksander Kwaśniewski, którzy mieli regularnie dostęp do „Kultury Paryskiej”. Ja nawet o jej istnieniu nie miałem bladego pojęcia. W gazetach interesowały mnie tylko rubryki poświęcone big-beatowi. Czytałem też Radar, Poezję, Nowy Wyraz (jak każdy w tym wieku pisałem okropne wiersze). Z Radia Wolna Europa słuchałem tylko audycji poświęconej muzyce rockowej „Rendez-vous o 6:10” Basi Nawratowicz (też zagłuszali).

 

Za radą nauczycielki posłałem dokumenty na Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Okazało się, że był to najbardziej oblegany kierunek studiów, trafiały na niego dzieci wysoko postawionych dygnitarzy partyjnych (na moim roku był np. syn Mieczysława RakowskiegoJózefa Czyrka)!

 

Do dzisiaj pamiętam pytanie na ustnym. Miałem podać przykład wyboru tragicznego. Powołałem się na Antygonę oraz Popiół i diament. Komisja nie była zadowolona z mojej odpowiedzi, że Maciek musiał wykonać rozkaz i zabić sekretarza PPR. Długo mnie maglowali, ale ja uparcie powtarzałem, że musiał zabić. Mimo to zdałem. Dopiero w stanie wojennym wpadł mi w ręce numer „Kultury Paryskiej” a w nim esej o książce Andrzejewskiego i z niego dowiedziałem, jaka była prawidłowa odpowiedź. Tragedia Maćka polegała na tym, że źle wybrał, a nie że był wierny przysiędze.

 

Pierwszy reportaż napisałem na I roku studiów (1977 rok). Z grupą kolegów szliśmy Krakowskim Przedmieściem i przed Prokuraturą Generalną zobaczyłem wiejską babinę w zniszczonym palcie przewiązanym sznurkiem. Płakała. Przyjechała do stolicy po sprawiedliwość. Naczelnik gminy zabrał jej gospodarstwo i wyrzucił do zrujnowanego budynku wraz z siostrą. Pojechałem z dwoma kolegami do tej mazowieckiej gminy. Napisałem z tej wyprawy reportaż wraz z Irkiem Sewastianowiczem (niedawno zmarł) i zanieśliśmy go do „Polityki”. To był w PRL kultowy tygodnik, numer 1. Młodym reporterkom reportaż się podobał, ale decyzja należała do kierownika działu krajowego Jerzego Urbana, który był na urlopie. Wrócił i odrzucił.

 

Po III roku studiów, po wakacjach, żegnając się z Ojcem przed wyjazdem na uczelnię, Ojciec zapytał: „Synu, czy to prawda, że Ty będzie robił za psa?”. Zamurowało mnie. O co Ojcu chodzi? „No, będziesz szczekał, tak jak ci każą, w gazetach?”. Poraziło mnie. Ojciec, półanalfabeta z mazowieckiej wsi, robotnik w pierwszym pokoleniu, który prenumerował tylko „Działkowca” i od czasu do czasu kupił jakieś pismo pod kościołem, bezbłędnie  podsumował istotę propagandy socjalistycznej. Ojciec widząc moje zmieszanie, dodał po chwili: „Synu, jeśli już musisz być pismakiem, to pisz prawdę”.

 

Ojciec zabił mi ćwieka. Potwierdzeniem jego oceny była miesięczna praktyka wakacyjna w organie KW PZPR „Gazecie Olsztyńskiej”, w dziale terenowym. Napisałem tekst interwencyjny. Jakie było moje zdumienie następnego dnia, gdy otworzyłem gazetę. Nie wierzyłem własnym oczom. Mój krytyczny tekst zamienił się w laurkę! Dobrze, że nie było tam mojego nazwiska, tylko literki. Mogłem sobie wyobrazić, co sobie o mnie pomyśleli ci ludzie, którzy zwrócili się o pomoc! Toteż, gdy po wakacjach do akademika zadzwonili z redakcji proponując pracę, odmówiłem. Po kilku latach dowiedziałem się, że w redakcji moją odmową byli zdumieni. Byli przekonani, że spotkało mnie wielkie wyróżnienie.

 

Resztki złudzeń pozbawiło mnie spotkanie ze studentami sekretarza KC od propagandy (chyba Główczyka?). Powiedział wprost, że jesteśmy od „łatania dziur rzeczywistości”.

Istnienie cenzury odkryłem po napisaniu reportażu do tygodnika „Literatury” o życiu w olsztyńskich slumsach zwanych „Pekinem”. Tekst długo się nie ukazywał, traciliśmy ze współautorem cierpliwość. Reportaż ukazał się w końcu, ale bardzo pocięty.

Na to nałożyła się potężna dawka marksizmu-leninizmu serwowana na wydziale. Chciałem zmienić dziennikarstwo na historię, poszedłem do pani dziekan, ale okazało się to już niemożliwe.

 

Moje rozterki przerwał wybuch „Solidarności”. Zastał mnie w RFN. Był to mój pierwszy wyjazd za „żelazną kurtynę” i z tamtej perspektywy obserwowałem wydarzenia w Polsce. Gdy wróciłem we wrześniu chciałem być blisko tej rewolucji. Akurat nauczyciele i pracownicy kultury rozpoczęli strajk okupacyjny w Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku. Natychmiast tam pojechałem. Napisałem reportaż, biegałem z nim po redakcjach, aż znów trafiłem do „Polityki”. I znów na mojej drodze stanął Jerzy Urban, który napisał m.in., że tekst „godzi w Układ Warszawski”.

 

Ale dziennikarstwo już mnie wciągnęło na amen. Przysiągłem sobie tylko, że nigdy nie podpiszę tekstu, z którym się nie zgadzam.

 

W 1981 roku dostałem ofertę pracy w nowo powołanym tygodniku w Łomży, „Kontakty”. Miałem też propozycję od Jacka Maziarskiego odbycia stażu w „Kulturze”. Wybrałem potwornie zaniedbaną, zapyziałą Łomżę, jako wyzwanie reporterskie.

 

Trwał karnawał „Solidarności”, cenzura poluzowała i mogłem się wypisać.

 

Na samym starcie pracy zawodowej dręczyło mnie pytanie: „kto mi dał prawo, jako reporterowi, oceniania innych?” Dlatego postanowiłem pisać tak, jakby tekst miał być przezroczystą szybą. Ja mam rzetelnie przedstawić fakty, wypowiedzi, a wnioski zostawić czytelnikowi. Jeden mój reportaż powędrował do KC PZPR, o rzeszowskiej wsi, z której pochodził świeżo upieczony I sekretarz Stanisław Kania. Niesamowitym przeżyciem było dla mnie odnalezienie matki Kani, prostej chłopki, żyjącej skromnie w drewnianej chałupie. Niemal spadłem z krzesła, gdy powiedziała mi, że słucha Wolnej Europy, i że mówią prawdę! W KC te najsmaczniejsze kawałki mi wycięli.

 

Najpiękniejszym przeżyciem nie tylko dziennikarskim, był udział w obu turach Zjazdu „Solidarności”. Na japońskich dziennikarzy z laptopami patrzyłem jak na kosmitów.

 

Szok stanu wojennego. Nie pojechałem do Łomży na weryfikację. Wkrótce straciłem oparcie materialne. Najpierw teść, a miesiąc później zmarła na raka teściowa i właśnie urodziło mi się dziecko. Zostałem jedynym żywicielem rodziny i musiałem znaleźć pracę. W tym momencie dotarł do mnie mój szef śp. Stanisław Zagórski. Przekonał mnie do powrotu. Nakłamał komisji, że leżę w szpitalu ze złamaną nogą na nartach i dlatego nie mogłem się stawić. (Narty to ja pierwszy raz w życiu założyłem w latach 90.). Dzięki Zagórskiemu mogłem publikować uczciwe reportaże, inna rzecz, że cięte przez cenzurę niemiłosiernie. Przede wszystkim udało mi zebrać materiał na książkę „Jedwabne życie”. Musiałem jednak opuścić tę bezpieczną przystań, z powodów rodzinnych i przenieść się do Olsztyna, do popołudniówki „Dziennik Pojezierza”. Wytrzymałem tam rok. Potem był „Tygodnik Kulturalny”, z którego też wyleciałem i przygarnął mnie wspaniały człowiek, śp. ks. red. Benedykt Przeracki do dwutygodnika diecezji warmińskiej „Posłaniec Warmiński”.

 

Klepiąc biedę, dotrwałem do upadku komuny. Wydawało mi się, że oto wkraczam do raju wolności słowa. Czekało mnie jedno rozczarowanie po drugim. Pierwszym wstrząsem było przekazanie organów KW PZPR w ręce pracujących tam dziennikarzy. W czasie najważniejszego przełomu dziennikarze wierni PZPR dysponowali w moim mieście nadal najpotężniejszym medium, a ja do dyspozycji miałem biuletyn „Solidarności”, w formacie A4, składany i drukowany jak podziemne gazetki, w nakładzie 2 tys. egzemplarzy. Łamy „Gazety Olsztyńskiej” wypełniały depesze PAP-owskie. Nie było słowa o tym, o czym ja pisałem: o „czerwonym kapitalizmie”, spółkach nomenklaturowych i uwłaszczaniu się nomenklatury, o rodzącej się nowej elicie władzy i pieniądza.

 

W tym momencie dostałem propozycję od szefa Solidarności białostockiej objęcia redakcji „Gazety Współczesnej”. To był jedyny organ KW PZPR, który Komisja Likwidacyjna sprzedała „Solidarności”. Dopiero później zrozumiałem, dlaczego ściągał mnie z Olsztyna. Nikt z białostockich dziennikarzy nie chciał się tego zadania podjąć. Szybko zrozumiałem, dlaczego. Musiałem robić codziennie gazetę z ludźmi, którzy nienawidzili „Solidarności”, a nie miałem ich na kogo wymienić. Przetrwałem rok.

 

Wówczas już ton całej prasie nadawała „Gazeta Wyborcza”. I to było moje kolejne, straszne rozczarowanie. Oto na moich oczach, jak feniks z popiołów odrodziła się „Trybuna Ludu” a rebours. Dałem temu wyraz w swoim wystąpieniu na I zjeździe reaktywowanego SDP w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Dodam, że dostałem propozycję pracy jako korespondent „Wyborczej” z Olsztyna, jeszcze zanim ukazał się pierwszy numer. Człowiek, który mi ją przekazał właśnie przed chwilą na zebraniu opozycjonistów wyjawił, iż współpracował z SB do czasu powstania „Solidarności”. „Czy potrzebują propagandzisty, czy dziennikarza?” – wypaliłem bez namysłu. „No wiesz, na tym etapie konieczna jest propaganda, czekają nas wybory do Sejmu kontraktowego, musimy je wygrać” – odparł Bohdan Kurowski. „A to ja dziękuję” – odmówiłem i wyszedłem z jego auta.

 

Traf chciał, że wkrótce stanąłem oko w oko z Adamem Michnikiem. Przyjechał na zjazd Solidarności w Łęcznej pod Lublinem, witany jak półbóg. Dał polityczny wykład, tłumacząc, dlaczego związek zawodowy ma być parasolem dla rządu Mazowieckiego. Jako jedyny na sali odważyłem się mieć inne zdanie. Powiedziałem na koniec, że czuję się jak w „Folwarku zwierzęcym” Orwella. Włączam telewizję i coraz trudniej rozróżniam ludzi od świń. Ależ mnie zbeształ, szczególnie za tę metaforę. Kilka lat później, jeszcze raz miałem propozycję zostania sekretarzem redakcji Wyborczej w Olsztynie, ale mimo ciężkiej sytuacji życiowej, też odmówiłem.

 

Jeśli mamy mówić o grzechach dziennikarskich, to dla mnie piekłem dziennikarskim była właśnie Wyborcza, która weszła w rolę Wydziału Propagandy PZPR i w warunkach praktycznie monopolu narzuciła społeczeństwu swój system ocen rzeczywistości. Nie zapomnę dreszczy, jakie miałem oglądając program „Foksal” w TVP za prezesa Andrzeja Drawicza, w którym  brylowali dziennikarze „Wyborczej” na czele z Konstantym Gebertem, mówiąc mi w co mam wierzyć, a co potępiać.

 

Dziesiątki lat dziennikarze w dziesiątkach redakcji zaczynali dzień pracy od uważnej lektury „Wyborczej”, która była dla nich wyrocznią i „przekazem dnia”. Nie było pluralizmu. Na marginesie wegetowały takie pisma, jak „Gazeta Polska” zapomnianego dzisiaj Piotra Wierzbickiego, prezentująca inne spojrzenie na rzeczywistość.

 

Dużo przeżyłem. Pracowałem w dwóch ustrojach, w wielu, różnych redakcjach ( w sumie w 19), w kilku miastach, nawet przez rok byłem nieformalnym naczelnym „Super Expressu”. Miałem więc duże pole do obserwacji postaw dziennikarskich,

 

Oto moja lista „grzechów”:

 

– Powszechny oportunizm młodych dziennikarzy. Wydawało mi się, że w parze z młodością musi iść bunt, no bo kiedy się buntować, jak nie na starcie, gdy jeszcze człowiek nie jest obarczony rodziną i kredytem? Okazuje się, że ta cecha jest stała, niezależnie od systemu. Zdumiewało mnie, jak szybko młodzi ludzie wychwytywali, czego sobie życzą szefowie.

 

– Abdykacja z  samodzielnego myślenia i oceny ludzi i zjawisk.

 

– Autocenzura. Wystarczy odrzucenie kilka razy tematu, nie puszczenie raz i drugi tekstu, i młody dziennikarz już wie jak pisać i mówić.

 

– Nastawienie ideologiczne, głównie liberalno-lewicowe i poprzez takie okulary ocenianie ludzi i zdarzeń.

 

– Podatność na korupcję. Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z biznesmenem w 1991 roku, który chciał mieć gazetę i szukał ludzi do jej prowadzenia. Przedstawiłem mu z kolegą biznesplan. Mówił z pogardą o dziennikarzach, jak o dziwkach, które można kupić. Opowiedział, jak dziennikarza, który coś chciał krytycznego o nim napisać, zapytał, ile dostanie za ten artykulik wierszówki? Dziennikarz podał stawkę. „Dopisałem jedno zero” i mu dałem – spuentował biznesmen. No cóż, nie było nam po drodze. Wybrał innych dziennikarzy.

 

Sam w tym czasie czegoś podobnego doświadczyłem. Zbierałem materiał o byłym esbeku, który za grosze nabył świeżo wyremontowaną kamienicę w centrum miasta. Zgłosił się do mnie jego wysłannik, facet którego znałem. „Co trzeba zrobić, żeby artykuł się nie ukazał?” – zapytał. „Zabić mnie!” – wypaliłem bez namysłu. „Nie wygłupiaj się, ile chcesz?” Pogoniłem go, artykuł opublikowałem, ale ta gazeta lokalna długo nie pociągnęła z braku ogłoszeń. Inny przykład: prezes pewnej dużej spółdzielni mieszkaniowej miał na żołdzie dziennikarza w każdej z trzech głównych redakcji w mieście. I to nie byli pośledni dziennikarze, a czołowi. Pauperyzacja tego zawodu i niepewność pracy, sprzyja korupcji.

 

– Nowe zjawisko to korupcja polityczna, wiszenie redakcji u klamek partii politycznych i w zamian za utrzymywanie (za pomocą płatnych ogłoszeń i reklam) realizowanie i bronienie linii partii. Tak oto historia zatoczyła koło. Nie trzeba urzędu przy ul. Mysiej, Wydziału Propagandy PZPR, by znalazły się redakcje i dziennikarze gotowi świadczyć usługi politykom.

 

Dziennikarze, którzy starają się rzetelnie i uczciwie wykonywać swój zawód, to ginący gatunek. Najgorzej mają napiętnowani jako „symetryści”. Kopani są przez wszystkich. Publikuję w niszowym, bezpłatnym miesięczniku „Debata” i na portalu debata.olsztyn.pl. Jestem znienawidzony zarówno przez polityków opozycji, jak i rządzących. Szef okręgu PiS-u zaatakował mnie na antenie Radia Olsztyn. Na zebraniu partii ogłosił, że przeszedłem na stronę ubeków, i że „Debatę” finansują ubecy. Wyraził żal, że nie może już nic mi zrobić (czyli wyrzucić z pracy w Radio Olsztyn, w którym jestem na najniższym stopniu hierarchii redakcyjnej), bo jestem w okresie przedemerytalnym. Wydał zakaz działaczom kontaktowania się ze mną. Z kolei ci z „totalnej opozycji” wypisują pod moimi tekstami, że jestem „politrukiem, płatnym pachołkiem PiS-u”. Nie wiem, śmiać się czy płakać?

 

Adam Socha

Media posłuszne władzy – ADAM SOCHA o niebezpiecznych związkach dziennikarzy ze sponsorami

OKOpress opublikowało ogromny materiał o tym, „Jak Wirtualna Polska promuje Ziobrę”. Autor artykułu twierdzi, że portal cenzuruje i blokuje teksty krytyczne wobec resortu sprawiedliwości, gdyż ma otrzymywać od niego – za pośrednictwem agencji marketingowych – znaczące kwoty w zamian za pozytywny PR. Autorzy takich tekstów muszą je konsultować z Patrycją Kotecką, żoną ministra Zbigniewa Ziobry.

 

Według anonimowych informatorów OKO.press sterować miał tym Tomasz Machała, redaktor naczelny i wiceprezes Wirtualna Polska Media ds. wydawniczych. We wrześniu 2019 roku na spotkaniu z wydawcami miał oznajmić: „- Łączy nas z Ministerstwem Sprawiedliwości wiele biznesowych interesów, które z przyjemnością będę przecinał, jeśli obali to pana Piebiaka, pana Ziobrę, pana Wosia. Ale nie będę demolował (interesów – przyp. mój) – dlatego, że wisi na tym twoja pensja, twoja pensja i jeszcze pensje 25 innych osób w pionie wydawniczym – dla tematu, ile sushi zamówił Ziobro” – miał powiedzieć Machała.
Szefowie holdingu najpierw stanęli murem za Machałą, wszystkiemu zaprzeczając. Jednak w czwartek, 16 stycznia, powołano zespół „w celu jak najszybszego zbadania tez pojawiających się w mediach od wczoraj, dotyczących postępowania redaktora Tomasza Machały”. Machała poprosił o urlop, jednocześnie kategorycznie zaprzeczając, aby dziennikarze Wirtualnej Polski konsultowali swoje artykuły z osobami wskazanymi w publikacjach medialnych.

 

W tym tekście Oko.press zaskoczyło, mnie jedynie to, że wp.pl jest na garnuszku resortu sprawiedliwości, dlatego że postrzegałem ten najstarszy w Polsce portal jako antyrządowy, może nie tak ostry jak onet.pl, ale jednak. Tym bardziej tak postrzegałem twórcę (wraz z Tomaszem Lisem) portalu NaTemat.pl – Tomasza Machałę.

 

Oczywista oczywistość, że bez kasy z reklam media nie byłyby w stanie się utrzymać. To drogi biznes. Na świecie jedynie takie tabloidy jak The Sun, czy Bild, które sprzedają się w milionach egzemplarzy, byłyby w stanie utrzymać się z samej sprzedaży egzemplarzowej.

 

Toteż praktycznie wszystkie media siedziały lub siedzą w kieszeni władzy. Jak głęboko, pokazuje stan finansów „Gazety Wyborczej” w okresie rządów PO-PSL i obecnie, gdy ciągle muszą się odchudzać i redukować zatrudnienie. Bardzo było to spektakularne na Węgrzech. Gdy rządziła lewica, media z nią związane były jak tłuste koty, gdy do władzy doszedł Viktor Orban chudły z dnia na dzień, by w końcu paść.

 

Jako redaktor naczelny kilku gazet regionalnych i przez pewien czas nieformalny redaktor naczelny „Super Expressu” miałem okazję przećwiczyć to zagadnienie. Najpierw, jako pierwszy redaktor naczelny „Gazety Współczesnej” – byłego organu KW PZPR w Białymstoku, kupionego przez „Solidarność” w 1990 roku – zderzyłem się z problemem korupcji wśród części dziennikarzy i redaktorów, którzy próbowali przemycić na łamy sponsorowane teksty. Następnie, w tym samym mieście, kierując „Kurierem Porannym”, musiałem wysłuchać wymówek prezesa, gdy z powodu tekstu pismo straciło głównego reklamodawcę (wymyśliłem koszyk zakupów, porównanie, ile w różnych sklepach kosztuje zestaw tych samych towarów, najdroższy był koszyk naszego reklamodawcy). Ale w obu tytułach zasadą było oddzielenie biura reklamy od redakcji.

 

Również miałem pod tym względem komfort w „Super Expressie”. Jedynie biuro reklamy prosiło o uprzedzenie, jeśli redakcja przygotowywała tekst, który miał uderzyć w jakiegoś grubego reklamodawcę. Teksty takie były starannie sprawdzane, żeby nie stracić reklamodawcy z powodu niechlujstwa dziennikarskiego. Był za to inny problem, korupcji wśród dziennikarzy, „pożyczanie” pieniędzy od gangsterów czy biznesmenów (co często w latach 90. szło w parze), o czym dowiadywałem się „operacyjnie” od policjantów.

 

Najbardziej komfortową sytuację miałem w „Dzienniku Łódzkim”, jako zastępca redaktora naczelnego odpowiedzialnego za wydania powiatowe tej gazety (lata 2001-2008). Zawdzięczam to duetowi, prezes Agnieszce Sardeckiej i redaktorowi naczelnemu Julianowi Beckowi. Pamiętam wizyty prezydentów miast u naczelnego, ze skargami na mnie. Szczególnie wzburzony był ówczesny prezydent Zduńskiej Woli, Zenon Rzeźniczak. Wykupił bowiem w tygodniku zduńskowolskim wkładkę samorządową. Sądził, że w ten sposób kupił sobie redakcję. Jakież było jego zdumienie, gdy krytyczne teksty ukazywały się nadal. Oczywiście wycofał wkładkę, a ja nigdy nie miałem z tego powodu przykrości.

 

Generalnie problemem, z którym wówczas się zmagałem, były ataki i naciski polityków.

 

W mojej ocenie taki lub podobny tekst można by napisać niemal o każdej redakcji. Patrząc na media z mojego, olsztyńskiego podwórka, widzę wręcz symbiozę świata polityki, biznesu i mediów. Największa i jedyna gazeta o zasięgu regionalnym jest czymś w rodzaju biuletynu reklamowego, w którym materiały dziennikarskie są wypełniaczem przestrzeni nie zapełnionych reklamami i tekstami sponsorowanymi. Te zresztą często trudno odróżnić od tzw. normalnych tekstów. Jeden z byłych redaktorów naczelnych tej gazety zdradził mi, że gazeta utrzymuje się głównie dzięki ogłoszeniom i komunikatom z urzędów i instytucji państwowych oraz samorządowych. Świadczą o tym laurki pisane na cześć sponsorów-urzędników.

 

Lokalna Wyborcza była krytyczna wobec władz Olsztyna do czasu podpisania przez Agorą umowy z miastem na prowadzenie co roku festiwalu muzycznego. Od tego czasu stała się „biuletynem ratusza”.

 

Po erupcji setek, tysięcy tytułów w najmniejszych nawet miejscowościach kraju po 1990 roku, obecnie nie pozostał dzisiaj ślad. Wszystkie pożarły koncerny. Na rynku pozostały jakieś pojedyncze, samotne wyspy wolnego słowa, które z trudem walczą o istnienie.

 

Sytuację uzdrowić by mogła transparentność finansowania mediów ze środków publicznych (urzędów państwowych i samorządowych, instytucji państwowych, spółek skarbu państwa i komunalnych, agencji PR działających na zlecenie tych podmiotów). Wymagałoby to wprowadzenia ustawowego obowiązku ogłaszania co roku, zarówno przez media, jak i publicznych sponsorów, wysokości wpływów i nazw podmiotów.

 

To, co mnie się marzy, to powołanie Fundacji Wolnych Mediów. Obowiązkiem każdego medium zasilonego pieniędzmi publicznymi byłoby przekazywanie określonego procentu z tych wpływów. Następnie o te środki mogłyby aplikować tytuły obywatelskie.

 

Wiem, że to marzenie ściętej głowy. Toteż wzruszam ramionami na „aferę Machały”, bo to nic ani nadzwyczajnego, ani osobliwego, ani wyjątkowego. Prawie każde duże medium tak się prostytuuje. Machałę zaatakowano tylko dlatego, że robił PR śmiertelnemu wrogowi totalnej opozycji.

 

Adam Socha

Żądajmy jawności rozpraw z art. 212 kk – postuluje ADAM SOCHA

Wyrok w sprawie Jana Śpiewaka jeszcze raz pokazał, że konieczne jest zniesienie klauzuli tajności w sprawach z art. 212. Okazuje się bowiem, że dla „Gazety Wyborczej” tajne akta sprawy są jawne. W tej gazecie ukazał się artykuł Wojciecha Czuchnowskiego pt. „Wyborcza” ujawnia szczegóły wyroku ws. Jana Śpiewaka. To były „skróty myślowe” (18.12.).

 

Przypominam, iż Jan Śpiewak został oskarżony z powodu wpisu w 2017 roku na Twitterze: „Boom. Córka ministra Ćwiąkalskiego przejęła w 2010 roku metodą na 118-letniego kuratora kamienice na Ochocie”.

 

„Wyborcza” zajęła się tym tematem, gdyż sprawa Śpiewaka stała się polityczna. Dla polityków obozu rządowego wyrok na Śpiewaka stał się jeszcze jednym przykładem istnienia patologicznego układu w sądach. Dlatego premier Mateusz Morawiecki  napisał: „Z Janem Śpiewakiem jestem sercem i umysłem”  i dalej: „uznanie go winnym  i zasądzenie wobec niego kary stoi w jaskrawej sprzeczności ze społecznym po czuciem sprawiedliwości”. Jana Śpiewaka przyjął prezydent RP Andrzej Duda, po tym spotkaniu działacz społeczny poinformował, iż prezydent wystąpi o jego ułaskawienie. Oświadczył też, że dwa lata temu protestował pod sądami w obronie sędziów. Teraz zmienił na ich temat zdanie.

 

O ułaskawienie Śpiewaka zaapelowało również CMWP SDP.

 

Do akcji wkracza „pistolet” „GW”, by wykazać, że wyrok był sprawiedliwy a Śpiewak nieprawdziwie oskarżał. Wojciech Czuchnowski informuje, że  uzyskał kopie akt tej sprawy „ze źródeł sądowych”.  Dziennikarz twierdzi, że sprawa kamienicy przy ul. Joteyki 13 w chwili wpisu Śpiewaka już dawno była zamknięta. Po jego pierwszym wpisie nastąpiły kolejne, wiążące dramatyczną sytuację lokatorów „z przejęciem kamienicy metodą na kuratora przez córkę ministra” oraz konferencja prasowa pod tą kamienicą 19.10.2017 roku (w momencie gdy Śpiewak startował w wyborach na prezydenta Warszawy), gdzie miał powtarzać to oskarżenie.

 

Po tej konferencji  prawniczka Bogumiła Górnikowska-Ćwiąkalska miała pisemnie zażądać zaprzestania jej oskarżania. Na rozprawie, miała zaproponować ugodę, ale Śpiewak miał tę propozycje odrzucić. Górnikowska miała wyjaśnić w sądzie, że kuratorem  Aleksandra Piekarskiego, właściciela połowy kamienicy, stała się przypadkiem, w 2008 roku. O przejęcie kurateli miał ją poprosić kolega prawnik pracujący w krakowskiej kancelarii. Poprzedni kurator ustalił, że Piekarski zmarł w 1959 roku, ale żyją jego spadkobiercy. Prawniczka, tak jak poprzedni kurator, miała zaangażować się w poszukiwanie spadkobierców, co się powiodło. Pierwszy z nich wniósł o uchylenie kurateli i 21 grudnia 2011 roku rola Górnikowskiej się kończy.

 

Z kolei Jan Śpiewak miał na rozprawie tłumaczyć, że jego zarzut dotyczył ciągnięcia tej sprawy przez 3 lata i w tym czasie podwyższanie czynszu lokatorom, do czego kurator nie miała prawa. Miał się bronić, że jego oskarżenia były wyłącznie opiniami i hipotezami, skrótami myślowymi i nigdy nie twierdził, iż Górnikowska popełniła przestępstwo.

 

Sąd I instancji skazał Śpiewaka, gdyż miał uznać, iż jego zarzuty były nieprawdziwe i miał mieć tego świadomość, a zaatakował dla korzyści politycznych (start w wyborach na prezydenta Warszawy). W rzeczywistości Górnikowska została ustanowiona kuratorem dla osoby nieznanej z miejsca pobytu , której daty urodzenia nie znała – miał ustalić sąd. – Nigdy też nie przejęła na własność kamienicy ani nie czerpała z niej korzyści. Jej honorarium miało wynieść zaledwie 180 zł.  Sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy.

 

Na ten artykuł zareagował Jan Śpiewak wpisem: „Jestem wzruszony zainteresowaniem @gazeta_wyborcza moją sprawą. Ogromny tekst na całą stronę gazety a redaktor Czuchnowski nie znalazł chwilki czasu, żeby do mnie zadzwonić. Wyszło z tego to co musiało wyjść. Paszkwil. Będę walczył o odtajnienie całego materiału dowodowego”.

 

Tuż po wyroku z 13 grudnia Śpiewak napisał na fb: „Dzisiaj sad skazał mnie prawomocnym wyrokiem na 5 tys. zł grzywny i 10 tys. zł nawiązki na rzecz córki ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego” (w rządzie PO-PSL – przyp. A.Socha). Za co? Ujawniliśmy, że mec. Górnikowskabyła kuratorem 120-latka w nielegalnej reprywatyzacji kamienicy na Ochocie”. „Na jej skutek doszło do dramatu lokatorów i czterech przedwczesnych zgonów. Zostałem skazany za to, że walczyłem po stronie słabszych i sprawiedliwości”.

 

My, jako opinia publiczna, jesteśmy bezradni. Z jednej strony mamy narrację Czuchnowskiego, który nie jest wzorem rzetelności dziennikarskiej,  a z drugiej strony Jan Śpiewak podtrzymuje swój zarzut i przedstawia się jako jedyna osoba skazana w aferze reprywatyzacyjnej.

 

Sprawa jest bardzo istotna. Musimy być bowiem pewni, iż do ułaskawienia doszło, nie z powodu politycznego, instrumentalnego wykorzystania sprawy wyroku a z powodu krzyczącej niesprawiedliwości.

 

Od 30 lat środowisko dziennikarskie wszystkich opcji i odłamów zgodnie walczy o zniesienie art. 212, który umożliwia karanie więzieniem za słowa. Wszystkie po kolei rządy obiecywały jego zniesienie, ale gdy kolejna partia dochodziła do władzy, zmieniała zdanie. Tak też postąpił rząd PiS, który chciał nawet zaostrzenia tego artykułu. Według nowego zapisu pomówienie miało być ścigane nawet z urzędu. Dopiero po protestach środowisk dziennikarskich, w tym ZG SDP i Rzecznika Praw Obywatelskich, minister Zbigniew Ziobro wycofał się w maju 2019 roku z tego pomysłu.  Wówczas minister obiecywał dziennikarzom, że ich zaprosi po jesiennych wyborach na spotkanie, żeby „podyskutować jak ten przepis wyglądałby w przyszłości, czy jak go zmienić”.

 

ZG SDP powinien wyegzekwować od ministra tę obietnice i spotkać się w tej sprawie. Sprawa Jana Śpiewaka jest znakomitym do takiego spotkania powodem. Osobiście jestem realistą i wiem, że politycy nie wypuszczą z rąk tej pałki na dziennikarzy w postaci art. 212. Dlatego uważam, że trzeba chociaż wywalczyć zniesienie tajności w procesach dotyczących dziennikarzy. Sąd opinii publicznej musi mieć prawo do wyrobienia sobie własnego zdania, gdy rzecz idzie o wolność słowa, tej ostatniej barykady wolności człowieka.

 

Adam Socha

Wolności słowa w Lidzbarku Warmińskim wygrała – ADAM SOCHA o kolejnym uniewinnieniu ANDRZEJA PIEŚLAKA

Kolejne uniewinnienie dziennikarza obywatelskiego z Lidzbarka Warmińskiego Andrzeja Pieślaka. Redaktor portalu naszlidzbark.pl był skazany z art. 212 za pomówienie radcy prawnego Waldemara Żbikowskiego na wysoką karę grzywny. Sąd Okręgowy w Olsztynie w rozprawie odwoławczej uchylił wyrok lidzbarskiego sądu. Wyrok jest prawomocny.

 

Waldemar Żbikowski to radca prawny w Urzędzie Miasta Lidzbark Warmiński. Andrzej Pieślak – jako jedyny dziennikarz w Lidzbarku (w mieście ukazuje się także tygodnik niemieckiego koncernu) –  monitoruje pracę władzy samorządowej. Wypatrzył w Internecie, iż radca złożył zgodnie z wymaganiami pozytywne oświadczenie lustracyjne. Oznaczało to, że musiał współpracować z organami służb bezpieczeństwa. Idąc tym tropem, Andrzej Pieślak wielokrotnie i niestety bezskutecznie usiłował pozyskać od IPN kopię oświadczenia lustracyjnego, spotykając się z niezrozumiałą odmową. Burmistrz Miasta i Okręgowa Izba Radców Prawnych także nie posiadały kopi oświadczenia lustracyjnego. Wówczas skierował maila do Burmistrza Miasta, aby rozważył etyczny aspekt zatrudniania osoby, tajnego współpracownika SB.

 

Napisał w nim:

„Panie Burmistrzu, ustawa lustracyjna ma zapewniać, aby ważne funkcje publiczne w Polsce pełniły osoby, które nie były uwikłane np. we współpracę z organami bezpieczeństwa PRL i które przez to – jak zapisano w preambule ustawy – dają gwarancję uczciwości, szlachetności, poczucia odpowiedzialności za własne słowa i czyny, odwagi cywilnej i prawości. W związku z powyższym niepokojącym jest fakt, iż wynajął pan do obsługi prawnej gminy pana Waldemara Żbikowskiego, byłego tajnego współpracownika służb bezpieczeństwa PRL. Czy były konfident, zasługuje na pełnienie tejże ważnej funkcji, czy daje gwarancję uczciwości i szlachetności w postępowaniu? Pozostawiam to panu do rozważenia. Proszę o odpowiedź mailem, szkoda papieru”.

 

Dziennikarz swoimi wątpliwościami na temat zatrudniania przez urząd prawnika z taką przeszłością podzielił się też z czytelnikami swojego portalu. W rozmowie ze mną podkreśla, że

wysyłając maila i dokonując wpisu był przekonany (analizując dostępne materiały), że Waldemar Żbikowski był tylko i wyłącznie tajnym współpracownikiem SB. Odpowiedzi na maila nie otrzymał.

 

Za to Waldemar Żbikowski poczuł się znieważony i poniżony w oczach opinii publicznej oraz narażony na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu radcy prawnego. Złożył pozew o zniesławienie z art. 212 k.k.. Pierwsza rozprawa miała miejsce 6 lutego 2019 r. Kolejne, 19 czerwca, 12 lipca, 19 lipca, 28 sierpnia. Ostatecznie 6 września sędzia Marta Banaś-Grabek uznała redaktora winnym zarzucanych czynów i skazała na karę grzywny, w sumie 4050 zł uwzględniając znaczny stopień społecznej szkodliwości popełnionych przestępstw.

 

Od tego wyroku Andrzej Pieślak złożył odwołanie do Sądu Okręgowego w Olsztynie. W tym czasie ustalił, że faktycznie pomylił się. Waldemar Żbikowski nie był tajnym współpracownikiem SB, był etatowym pracownikiem SB.

 

Sędzia Sądu Okręgowego Anna Górczyńska uniewinniła oskarżonego. Jako że rozprawy z art. 212 kk odbywają się z wyłączeniem jawności, więc red. Pieślak przekazał mi jedynie, iż sędzia Górczyńska w uzasadnieniu wyroku „zmiażdżyła” wyrok lidzbarskiego sądu.

 

Zadzwoniłem do radcy Waldemara Żbikowskiego informując o wyroku i prosząc o komentarz. Nie chciał rozmawiać, tłumacząc się, że prowadzi auto.

– Ale ja ma jedno krótkie pytanie: czy był pan pracownikiem SB. Tak czy nie?

Radca rozłączył się. Wysłałem pytania mailem. Nie odpowiedział.

Zadzwoniłem też do burmistrza Lidzbarka Warmińskiego Jacka Wiśniowskiego. Odpowiedział, że przeszłość radcy mu nie przeszkadza. Dla niego najważniejsze jest, jak teraz wywiązuje się z umowy wobec urzędu, a wywiązuje się dobrze.

 

Zapytałem też burmistrza, czy pochwala nagonkę na dziennikarza obywatelskiego, non stop składanie doniesień do prokuratury, wnoszenie oskarżeń do sądu przez przedstawicieli władzy samorządowej? Burmistrz stwierdził, że nic nie wie o prześladowaniu dziennikarza, on Andrzeja Pieślaka nie prześladuje.

 

KOMENTARZ

 

Ten wyrok pokazuje, jak heroicznej roli podejmują się tacy dziennikarze obywatelscy jak Andrzej Pieślak, którzy kontrolują władzę w małych miejscowościach. Zwłaszcza tych, w których starosta powiatowy, burmistrz, komendant policji, prokurator i prezes sądu to jedna rodzina. Andrzej Pieślak przeżył już w swojej karierze nalot policji, rewizję i zajęcie komputera pod pretekstem poszukiwania materiałów pedofilskich. Wcześniej cztery razy przegrał w lidzbarskim sądzie sprawy wytaczane przez władze samorządowe i cztery razy Sąd Okręgowy w Olsztynie te wyroki uchylił. Tak było i tym razem.

Swoją misję pełnił kosztem rodziny, bo portal praktycznie nie przynosi żadnych dochodów. Miejscowe urzędy, instytucje i lokalni przedsiębiorcy zlecają płatne ogłoszenia i reklamy tygodnikowi należącemu do koncernu niemieckiego, który jest słupem ogłoszeniowym władzy i niczym więcej. W końcu Pieślak musiał ograniczyć pracę dziennikarską i zająć się pracą zawodową, by utrzymać rodzinę.

ZG SDP powinien zainicjować powołanie fundacji, której zadaniem byłoby wspieranie demokracji lokalnej poprzez dofinansowywanie takich lokalnych portali internetowych w formie grantów. Fundacją powinna kierować apolityczna Rada Powiernicza złożona z autorytetów życia publicznego, nieuwikłanych w partyjną wojnę. Finansowanie takiej fundacji powinno pochodzić ze specjalnego podatku, który płaciłyby prywatne koncerny medialne. Po prostu musiałyby przekazać jakiś procent zysków pochodzących z płatnych ogłoszeń od instytucji państwowych i samorządowych.

 

Wiem, że to utopia, ale chociaż należałoby ufundować nagrodę GRAND PRIX tylko dla takich lokalnych dziennikarzy obywatelskich jak Andrzej Pieślak równą finansowo nagrodzie głównej SDP, żeby chociaż w ten sposób zrekompensować im ich wydatki. Bez takich dziennikarzy demokracja w wydaniu lokalnym to fikcja. A takich dziennikarzy jak Andrzej Pieślak w miastach powiatowych woj. warmińsko-mazurskiego ze świecą szukać. Z reguły portale i gazetki siedzą w kieszeni miejscowego burmistrza i starosty.

 

Adam Socha

Najważniejsza jest prawda. ADAM SOCHA o filmie, którego bohaterem jest Gareth Jones, bezkompromisowy dziennikarz

Dziękuję Agnieszce Holland za przywrócenie pamięci o dziennikarzu Garecie Jonesie, który był Kasandrą XX wieku. Dla mnie film „Obywatel Jones” jest filmem o dziennikarstwie, o tym, czym jest ten zawód i jakie jest jego znaczenie.

 

W filmie mamy obraz dwóch dziennikarzy i dwóch postaw. Pierwszą postawę, dziennikarstwa skorumpowanego, a więc najpowszechniejszego reprezentuje laureat nagrody Pulitzera Walter Duranty. Dziennikarskiego Oscara uzyskał za załgane korespondencje o wspaniałych sukcesach Stalina w budowie pierwszego na świecie państwa robotników i chłopów. Świat był wówczas pogrążony w wielkim kryzysie i zachodni, lewicowi intelektualiści pokładali w Stalinie ogromną nadzieję, iż zbuduje ustrój sprawiedliwości społecznej.

 

Natomiast biznesmeni i politycy za wszelką cenę potrzebowali kontraktów. W te nastroje doskonale wstrzelił się Duranty, skończony łajdak, który karmi opinię publiczną, jako moskiewski korespondent New York Timesa, czołowej gazety świata, bajeczkami o komunistycznym raju.

 

Jego całkowitym przeciwieństwem jest Gareth Jones, młody dziennikarz pochodzący z Walii, przed którym otworem stała wielka kariera. Jako pierwszy zachodni dziennikarz przeprowadził wywiad z Hitlerem, świeżo upieczonym kanclerzem Rzeszy. Jones natychmiast zdał sobie sprawę z jak niebezpiecznym człowiekiem świat ma do czynienia. Poinformował polityków partii byłego premiera Lloyda Georga, którego był doradcą, iż wojna właśnie się zaczęła. Został wyśmiany, a premier go zwolnił. Jones odchodząc mówi mu, że George traci jedynego doradcę, dzięki któremu znał prawdę, ale Lloyd nie chciał tej prawdy, był zafascynowany Hitlerem. W 1936 roku spotka się z nim i wygłosi kilka pochwalnych opinii o kanclerzu III Rzeszy.

 

Bezrobotny Jones za własne pieniądze jedzie do Moskwy, jako freelancer, by uzyskać wywiad ze Stalinem. Chce odkryć tajemnicę, skąd Stalin czerpie ogromne środki na budowę fabryk, skoro kraj jest zrujnowany? Ma świadomość, że ta wiedza może go kosztować życie. Jednak dla niego, jako dziennikarza najważniejsza jest prawda. Jego credo zawodowe, to przekazywanie faktów na tematy najważniejsze dla ludzi.

Korespondenci zagraniczni, którym nie wolno wyjechać poza Moskwę, umilają sobie pobyt uczestnicząc w orgiach organizowanych przez Durantego. Jedynie Jones łamie zakaz i przedostaje się na Ukrainę.

 

Na jego artykuły odpowiadają korespondenci z Moskwy, którzy dla ratowania posad robią z Jonesa kłamcę. Kariera Garetha Jonesa jest skończona, wraca do walijskiej dziury, podejmuje pracę w lokalnym gazetce i ma pisać o kulturze. Traf chce, że w sąsiedztwie posiadłość kupił magnat prasowy Hearst. Wdziera się do jego pałacu. Hearst z jakichś powodów chce skompromitowania laureata Pulitzera, więc puszcza artykuły Jonesa. Nie zmieniają one biegu historii, bo dla świata polityki i wielkiego biznesu los milionów ukraińskich chłopów nic nie znaczy. Fetują Durantego, którego publikacje doprowadziły do zniesienia sankcji USA wobec Rosji bolszewickiej i można już było legalnie robić interesy ze Stalinem. „Business as usual”.

 

To co odkrył Jones na Ukrainie otworzyło oczy Georgowi Orwellowi (panowie poznali się osobiście). Wcześniej Orwell też był zafascynowany Stalinem i pokładał w nim nadzieję na zmianę świata na lepsze. Pod wpływem rozmowy z Jonesem Orwell napisał słynny „Folwark zwierząt”.

 

Gareth Jones podejmuje jeszcze jedną niebezpieczną wyprawę dziennikarską, tym razem do położonego w Chinach Mandżuko, marionetkowego państewka, zależnego od Japonii, by badać stosunki japońsko-sowieckie na tym terytorium. W przeddzień swoich 30 urodzin, 12 sierpnia 1935 roku zostaje zamordowany. Jego przewodnik okazał się agentem NKWD. Natomiast Walter Duranty dożył sędziwego wieku, zmarł mając 73 lata i jak informują końcowe napisy filmu, do dzisiaj nie odebrano mu Pulitzera.

 

Nic się nie zmieniło. Nadal świat dziennikarski zaludniony jest osobnikami typu Durantego, a Jonesowie są zjawiskiem wyjątkowo rzadkim.

 

Marzy mi się, żeby dziennikarze Ukrainy i państw środkowo-wschodniej Europy, a więc tych państw, które zawsze padały ofiarą silniejszych, ustanowili nagrodę dziennikarską im. Garetha Jonesa.

 

Adam Socha

Sam tego chciałeś, Jacku Kurski – ADAM SOCHA o Mariuszu Kowalewskim

Media rozpisywały się o wywiadzie z byłym pracownikiem TVP, „dziennikarzem śledczym” Mariuszem Kowalewskim, który ukazał się na łamach tygodnika „Polityka”. Kowalewski stwierdził w nim, że praca w TVP sprowadza się do szukania haków na opozycję, a także na osoby z obozu „dobrej zmiany”, które naraziły się prezesowi Jackowi Kurskiemu. Przez dwa tygodnie – jak powiada w tym wywiadzie –  miał być śledzony szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański, który chciał, by „prezes TVP został zwolniony ze stanowiska”. Miano też nagrywać z ukrytej kamery I zastępcę naczelnego „Gazety Wyborczej” Jarosława Kurskiego, brata prezesa TVP. Nad posiadłością Tomasza Lisa w Konstancinie  miał latać dron.  Kowalewski twierdzi, że stracił pracę w TVP, gdyż nie chciał ujawnić prezesowi Kurskiemu, skąd miał informację, iż koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński ma zostać odwołany (co się nie potwierdziło), a wyjawienia źródła miał się ponoć od Kurskiego domagać Kamiński.

 

Zarząd TVP wszystkiemu zaprzecza i zapowiada kroki prawne wobec redakcji „Polityki” i Kowalewskiego.

 

Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało” – pomyślałem sobie po lekturze wywiadu. Bowiem na wieść, iż TVP zatrudniło Mariusza Kowalewskiego prezes Fundacji „Debata” (wydawcy olsztyńskiego miesięcznika „Debata” i portalu debata.olsztyn.pl) Bogdan Bachmura wystosował w lipcu 2016 roku do Rady Etyki Mediów, ZG SDP oraz do prezesa TVP Jacka Kurskiego List otwarty, w którym protestował przeciwko zatrudnianiu w mediach publicznych, zwanych „narodowymi” dziennikarza, który „wielokrotnie podeptał idee służby publicznej opartej na rzetelności, uczciwości, bezstronności i obywatelskiej wrażliwości, a także na najlepszych wzorcach i standardach warsztatowych, a więc te wartości, które wyznaczają dziennikarzom telewizji publicznej sposób postępowania zawodowego”.

 

Kim jest Mariusz Kowalewski? Zaczynał karierę dziennikarską w Olsztynie, w „Gazecie Olsztyńskiej” i miejscowym oddziale „ Gazety Wyborczej”, następnie dostał etat w „Rzeczpospolitej” i właśnie tekstem w tym piśmie zasłynął. Tekst dotyczył tzw. „afery seksualnej” w olsztyńskim ratuszu. Prezydent Olsztyna Czesław Jerzy Małkowski miał molestować podległe urzędniczki a jedną z nich, z którą miał wcześniej romans, zgwałcić, gdy była w zaawansowanej ciąży. Proces w tej sprawie toczy się do dzisiaj.

 

Później jednak Mariusz Kowalewski stał się dziennikarzem od „mokrej roboty”. Zasłynął z niszczenia osób publicznych za pomocą bezpodstawnych oskarżeń i sfałszowanych dokumentów. Redakcje, które publikowały jego teksty przegrywały procesy i płaciły wysokie odszkodowania.

 

Tę czarną listę otwiera „Rzeczpospolita”, która musiała zapłacić 90 tysięcy złotych odszkodowania na cele charytatywne po przegranym procesie z posłanką Lidią Staroń (dzisiaj niezależna senator). We wrześniu 2008 roku Mariusz Kowalewski napisał, że posłanka PO wzbogaciła się o kilkaset tysięcy złotych dzięki nowelizacji Prawa Spółdzielczego, nad którą pracowała. Artykułem tym dziennikarz wpisywał się w nagonkę lobby prezesów spółdzielni mieszkaniowych przeciwko posłance, autorce nowelizacji prawa spółdzielczego, która miała przywrócić kontrolę członków spółdzielni nad ich zarządami. Sąd za nieprawdziwy uznał zarzut o uwłaszczeniu się poseł Staroń dzięki noweli Prawa Spółdzielczego. Ocenił też, że Kowalewski nie dochował należytej staranności przy gromadzeniu materiałów prasowych i nie zweryfikował prawdziwości stawianego posłance zarzutu.

 

Kolejna akcja w wykonaniu Mariusza Kowalewskiego dotyczyła obrony dr. hab. Piotra Obarka, byłego dziekana Wydziału Sztuki Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, któremu Rada Wydziału Grafiki ASP w Warszawie odebrała w 2016 roku habilitację z powodu plagiatu. Mariusz Kowalewski w tekście pt. „Zniszczyć naukowca!” na łamach tygodnika „Uważam Rze” (2.09.2013 r. za redaktora naczelnego Jana Pińskiego), twierdził, że Piotr Obarek jest ofiarą spisku, w którym uczestniczył dr hab. Marek Wroński (obecnie sekretarz Komisji Rewizyjnej SDP) i ówczesna minister nauki Barbara Kudrycka. Następnie Mariusz Kowalewski wystąpił jako świadek Piotra Obarka w procesie, który ten wytoczył koleżance z wydziału za zawiadomienie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów o podejrzeniu popełnienia przez niego plagiatu (Piotr Obarek proces przegrał).

 

Jednocześnie dziennikarz rozpoczął akcję atakowania i dyskredytowania osób, które zaangażowały się w zdemaskowanie plagiatora lub stanęły w obronie spotwarzanej publicznie autorki zawiadomienia do Centralnej Komisji. „Rzeczpospolita” opublikowała 17 lipca 2013 roku jego tekst zatytułowany „Plagiator w resorcie Kudryckiej”, mający zdyskredytować dr. hab. Marka Wrońskiego, który od lat walczy na łamach „Forum Akademickiego” ze zjawiskiem plagiatu w nauce polskiej i również napisał o sprawie plagiatu Piotra Obarka. „Rzeczpospolita” przegrała proces z Markiem Wrońskim. Sąd apelacyjny utrzymał w lipcu 2016 roku ten wyrok w mocy. Dziennik musiał przeprosić za podanie nieprawdziwych i szkalujących informacji, iż był on podejrzany o plagiat oraz zapłacić 25 tys. złotych kary.

 

Jednak wszystkie swoje wcześniejsze teksty Mariusz Kowalewski przebił publikując 7 maja 2014 roku, na założonym w tym celu blogu pt. „Dziennikarz śledczy Mariusz Kowalewski”, sfałszowany wyrok z 1978 roku, rzekomo skazujący Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. (Z tego co wiem, Kowalewski wcześniej proponował ten materiał kilku redakcjom, ale każda odrzuciła go, jako niewiarygodny). Publikacji towarzyszyła akcja rozrzucania na terenie Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego i do skrzynek pocztowych pracowników UWM ksero tego artykułu. Ujawnienie odrażającego przestępstwa z lat młodości rektora UWM i senator PO miało go skompromitować oraz spowodować ustąpienie ze stanowisko, które dopiero co objął po zaciętej walce wyborczej, wygranej niewielką ilością głosów.

 

Mówiło się, że za tą prowokacją stała „spółdzielnia” kilku osób z UWM, którym rektor z różnych powodów się naraził. Jak ujawniło późniejsze śledztwo, Mariusz Kowalewski w chwili publikacji miał pełną świadomość, iż wyrok jest fałszywką, a wobec Ryszarda Góreckiego nigdy nie toczyło się postępowanie karne. Twierdził, że ten „dokument” znalazł w skrzynce pocztowej.

 

Przez szereg miesięcy Kowalewski nie odbierał wezwań sądowych. Następnie, mimo wyroków sądowych, przez szereg miesięcy nie zdejmował sfałszowanego dokumentu z blogu. Sąd Okręgowy w Olsztynie (29.05.2015 roku) nakazał dziennikarzowi przeproszenie prof. Ryszarda Góreckiego, rektora UWM i senatora RP, za naruszenie jego dóbr osobistych. Sąd nie miał żadnych wątpliwości, iż dziennikarz posłużył się na swoim blogu fałszywym wyrokiem. Ten wyrok utrzymał w mocy Sąd Apelacyjny podwyższając nawiązkę na rzecz domu dziecka do 15 000 zł.

 

Również Sąd Okręgowy w Olsztynie (apelacyjny), wyrokiem z 29 października 2018 r. z art. 212 par. 2 kk, uznał iż Mariusz Kowalewski jest winny pomówienia i zniesławienia poprzez publikację sfałszowanego wyroku rzekomo skazującego Ryszarda Józefa Góreckiego za współżycie z małoletnią. Sąd stwierdził, iż Kowalewski w chwili publikacji miał wiedzę, iż wobec pokrzywdzonego Ryszarda Józefa Góreckiego w latach 70. XX wieku nie toczyło się postępowanie karne, którego dotyczył wyrok w sprawie III K 876/78 (wyrok o takiej sygnaturze dotyczył innej osoby, która została skazana za kradzież auta). Sąd wymierzył dziennikarzowi karę grzywny w wysokości 100 stawek dziennych po 40 zł każda (4 tys. złotych). Wyrok jest prawomocny.

 

Byłem zszokowany, gdy na ostatnim zjeździe SDP w Kazimierzu Dolnym koledzy delegaci (Stefan Truszczyński i Zbigniew Rytel) powitali mnie „newsem”, iż  Mariusz Kowalewski został zatrudniony w TVP Info jako kierownik działu śledczego. Natychmiast podzieliłem się tą wiadomością z delegatem, poszkodowanym przez Kowalskiego dr. hab. Markiem Wrońskim a następnie poinformowałem o tym skandalu, w swoim wystąpieniu na zjeździe, pozostałych uczestników.

 

Wyraziłem wówczas opinię, iż prezes Kurski potrzebował nie wiarygodnych, rzetelnych dziennikarzy „z kręgosłupem”, ale właśnie „fachowców od mokrej roboty”. Zatrudnienie Kowalewskiego tym bardziej było rażące, gdyż z telewizji publicznej zwolniono wówczas szereg dziennikarzy i prezenterów, którym nowe władze TVP zarzuciły „łamanie etyki i standardów dziennikarskich”.

 

Zjazd w żaden sposób nie zareagował na moją informację, nie przyjął mojego projektu uchwały krytykującej przekształcenie mediów publicznych w narzędzie tępej propagandy. Toteż jedyne co nam (pismu „Debata”) pozostało, to wystosowanie listu otwartego w tej sprawie do prezesa Jacka Kurskiego. Odpowiedzi nie było.

 

Odpowiedzi udzielił Mariusz Kowalewski wywiadem dla tygodnika „Polityka”.

 

Adam Socha

 


 

Rozmowa z Mariuszem Kowalewskim

 

Adam Socha:  Jaki był powód Twojego rozstania się z TVP?

 

Mariusz Kowalewski: Powiedziałem to  w wywiadzie z „Polityką”.

 

Chciałbym to usłyszeć od Ciebie.

 

Nie mam nic do dodania.

 

Czy w jakikolwiek sposób zaszkodził ci protest w sprawie twojego zatrudnienia w TVP, skierowany przez prezesa Fundacji „Debata” Bogdana Bachmurę do prezesa Jacka Kurskiego?

 

Nic nie zaszkodziło. Nikt na to nie zwrócił uwagi.

 

Czy podtrzymujesz zarzuty, jakie postawiłeś wobec kierownictwa TVP w wywiadzie dla „Polityki”?

 

Wszystko podtrzymuję, na wszystko mam dowody. To, co się ukazało w wywiadzie, to tylko 30 proc. tego, co powiedziałem Piotrowi Pytlakowskiemu. Wiadomo, gazeta nie jest z gumy, żeby się wszystko zmieściło.

 

Czy wobec tego zamierzasz napisać np. książkę na temat swojej pracy w TVP?

 

Jestem zapracowany i strasznie zajęty i nie mam czasu na pisanie książek.

 

Z czego teraz żyjesz?

 

Tajemnica poufności, coś robię dla jednej z dużych telewizji.

 

Czy to będzie materiał dziennikarski.

 

Coś innego. Nie jestem osoba publiczną i nie muszę o tym mówić.

 

Czy chciałbyś skomentować prawomocny wyrok w sprawie wytoczonej tobie, przez prof. Góreckiego o zniesławienie. Proces przegrałeś.

 

Nie komentuję wyroków sądów, zwłaszcza absurdalnych.

 

Rozmawiał Adam Socha

Wiadomo, co zrobią ze zwycięstwem –  ADAM SOCHA jeszcze o polemice wywołanej felietonem Roberta Mazurka

„Wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?” – tym pytaniem zakończył Robert Mazurek swój felieton pt. „Danucie Holeckiej i Jackowi Kurskiemu do sztambucha”, odnosząc się do gwałtownych ataków na jego osobę, wywołanych „Listem otwartym do Danuty Holeckiej” opublikowanym  tydzień wcześniej w swoim stałym felietonie w „Plusie Minusie”.

 

 Znam odpowiedź na pytanie Mazurka, ale nim ją udzielę, najpierw zapytam, dlaczego „List” Mazurka wywołał taką furię w gronie prorządowych publicystów, do niedawna koleżanek i kolegów Mazurka z tych samych redakcji? Przecież od momentu przejętych blitzkriegiem mediów publicznych i przekształceniem ich w narzędzia propagandy partyjnej non stop media antyrządowe opisują i potępiają to zjawisko oraz tworzą listy hańby z nazwiskami najgorliwszych wykonawców. Są dwa tego powody.

 

   Ci, którzy atakują Jacka Kurskiego, Danutę Holecką, braci Karnowskich nie są wiarygodni, gdyż za poprzednich rządów robili dokładnie to samo, a więc „przygadywał kocioł garnkowi”. Toteż im gwałtowniej na Czerskiej i Wiertniczej atakują „TVP Info”, „wPolityce.pl” itd., tym w oczach liderów PiS-u i elektoratu rządzącej partii zyskują. Ich wiarygodność z każdym atakiem Lisa, Olejnik, Żakowskiego, Czuchnowskiego itd., tylko się umacnia.

 

   Drugi powód to WIARYGODNOŚĆ Roberta Mazurka w oczach „ludu PiS-owskiego”, a przede wszystkim szacunek i podziw liderów PiS-u, którzy pamiętają, iż to dzięki m.in. takim publicystom, jak Mazurkowi zawdzięczają m.in. dojście do władzy. Robert Mazurek z racji wyjątkowego talentu mógł być gwiazdą największych i najpotężniejszych mediów III RP, tak jak Wojciech Czuchnowski, który zaczynał swoją karierę od konserwatywnego „Czasu Krakowskiego”, by stać się czołowym pistoletem Czerskiej. Robert Mazurek wybrał wierność wyznawanym wartościom i przez wiele lat egzystował w niszy medialnej. Stał się szybko najwybitniejszym publicystą prawej strony, demaskując i zdzierając maski zakłamanym rządzącym III RP politykom. Robił to przy tym w sposób arcyinteligentny, dowcipny i błyskotliwy. Osiągnął w tym mistrzostwo.

 

   Ośmieszał także gwiazdy medialne salonów III RP. Przypomnę tylko jego akcję częstowania ciepłą wódką czołowego propagandzisty TVP za czasów „Brunatnego Roberta” (to też określenie Mazurka, które stało się obiegowe, tak jak nazwanie TVP pod rządami układu post magdalenkowego „Telewizją białoruską z oddziałem w Warszawie”).

 

   To dlatego jego „List otwarty do Danuty Holeckiej” tak wkurzył niedawnych kolegów Roberta Mazurka, a zwłaszcza ta fraza mistrza felietonu: „W tępej propagandzie sukcesu jesteście gierkowscy, w nagonkach na opozycję gomułkowscy, a w estetyce jaruzelscy. Tyle, że za Jaruzela było klarowniej, bo oni przynajmniej występowali w mundurach, a wam ich nie sprawiono”.

 

   Robert Mazurek od samego początku krytykuje, jak to określił „paździerzową TVP” pod rządami Jacka Kurskiego, ale dopiero to zdanie przypiekło ”salon medialny IV RP” do żywego. Dlatego, że te porównania do niedawna  mogły odnosić się tylko i wyłącznie do dziennikarzy z „lewej strony Wisły”, że posłużę się poetyką Mateusza Matyszkowicza, wiceprezesa TVP z jego polemiki z „listem Mazurka”. „Jak można porównać nas do propagandzistów gomułkowsko-jaruzelskich, skoro to my właśnie przez tyle lat z takimi propagandzistami walczyliśmy!” – zdają się pytać zdumieni i obrażeni.

 

   Prorządowe pióra, które rzuciły się na Mazurka nie podjęły polemiki z podstawowym jego pytaniem-stwierdzeniem: dlaczego w publicznej telewizji robicie partyjną propagandę? Zamiast polemiki uciekli się do ataków ad personam, insynuując, jak Danuta Holecka, że to pewnie zazdrość go zżera, że to nie on jest telewizyjną gwiazdą, czy jak szef TAI Jarosław Olechowski, „subtelnie” starał się go zdyskredytować przypominając, komuż to Mazurek się wysługuje: „Panie Mazurek, kto Panu kazał napisać te wynurzenia spod śmietnika (wiadomo do czego nawiązuję) szef Niemiec czy szef z czerwonoarmijnym rodowodem?”.

 

   Podstawowa różnica pomiędzy jego niedawnymi koleżankami i kolegami, z którymi ramię w ramię walczył z postkomunizmem, a którzy go teraz zaatakowali polega na tym, że Robert Mazurek pozostał wierny misji dziennikarskiej, zachował niezależność i wolność. Tak się składa, że dzisiaj może być wolny i niezależny na antenie RMF FM, w „Plusie i Minusie” oraz w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, a nie w tygodniku „Sieci” czy na portalu „wPolityce”. Tygodnik „Sieci” czytałem już tylko dla rubryki „Mazurka i Zalewskiego”, reszta autorów stała się do bólu przewidywalna, pisząc „po linii i na bazie”.

 

   Dla mnie najistotniejszy głos w tym chórze potępiającym Roberta Mazurka zabrał Michał Karnowski, który najlepiej wyraził, o co tu chodzi: „mając na karku tak brutalnych medialnych przeciwników, trzeba znaleźć w sobie siłę do walki. Nie do zniesmaczenia, nie do mlaśnięcia z odrazą, ale do twardej, codziennej walki o obronę demokratycznego werdyktu”.

 

   Michał Karnowski napisał, ni mniej ni więcej, że w miarę, jak obóz PiS-u powiększa swoje zwycięstwo, walka z obozem III RP zaostrza się. Rozumiem traumę braci Karnowskich i innych dziennikarzy z prawicowych, niszowych mediów, którzy zostali przez Jacka Żakowskiego, w apogeum rządów Donalda Tuska, skazani na wymarcie.

 

   Robert Mazurek też to rozumie, ale chciał uprzytomnić, że rewolucja się dokonała, przeciwnik został rozgromiony i trzeba wrócić do cywilizowanych form walki.

 

   Mazurek wcielił się tutaj w rolę Dantona z genialnego filmu Andrzeja Wajdy, który stara się zatrzymać krwawy terror, uzmysłowić Robespierrowi, że zwyciężył i trzeba zatrzymać gilotynę, bo ci, którzy ją uruchomili też w końcu na nią trafią.

 

   To samo mówi Mazurek: „wygraliście. Zastanówcie się raczej, co z tym zwycięstwem zrobicie?”

 

   Łukasz Warzecha, też jeden z nielicznych już publicystów, którzy wybrali niezależność, broni na portalu sdp.pl Roberta Mazurka i proponuje zorganizowanie debaty o tym, „jak wyglądają informacje i publicystyka w TVP”?

 

   Szanowny panie Łukaszu, nie będzie żadnej debaty. Prezes Jacek Kurski udowodnił prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że obrał słuszną metodę a elektorat PiS-u przez tyle lat upokarzany jest zachwycony i dopinguje dziennikarzy TVP do spuszczania codziennie twardego, brutalnego łomotu „wrogom Polski”.

 

   I teraz odpowiadam na pytanie Roberta Mazurka: „co z tym zwycięstwem zrobicie?” Na pytanie już odpowiedział marszałek senatu Stanisław Karczewski. Po zwycięskich wyborach parlamentarnych na jesieni, a szykuje się wielkie zwycięstwo, zostanie przeprowadzona operacja pt. „dekoncentracja mediów”. Na czym będzie polegała, wiemy z Węgier, gdzie oligarchowie, którzy zawdzięczają swoje majątki Orbanowi powołali holding medialny i wykupili udziały w mediach opozycyjnych od dotychczasowych, zagranicznych właścicieli. W Polsce po jesiennych wyborach błyskawicznie zostanie przyjęta ustawa, na mocy której w mediach kapitał zagraniczny nie będzie mógł mieć więcej udziałów ponad określony mniejszościowy poziom. Właściciele zagraniczni będą musieli więc odsprzedać udziały, które kupi holding kredytowany np. przez PKO BP. Bo tak naprawdę nie tyle chodzi o to, by inne państwa nie miały wpływu na opinię publiczną w Polsce, co o to, by rządzącą partię uwolnić od kontroli niezależnych mediów. Że o to chodzi pokazała histeryczna reakcja braci Karnowskich, gdy właściciel Zetki nie im sprzedał radio a  Agorze, wszak kapitałowi polskiemu. 

 

   Mateusz Matyszkowicz, wiceprezes TVP pyta: „Gdyby świat wyglądał tak, jak opisuje go Robert Mazurek to, czy mógłby napisać taki list otwarty – wejść w otwartą, publiczną polemikę z dziennikarką Telewizji Publicznej?”

 

   Dzisiaj jeszcze może polemizować, ale po dekoncentracji mediów może to już być niemożliwe.

 

Adam Socha

Dziennikarz z Lidzbarka Warmińskiego wygrał proces z wydawcą „Gazety Olsztyńskiej”

Andrzej Pieślak, dziennikarz obywatelski z Lidzbarka Warmińskiego został uniewinniony w apelacji od zarzutu zniesławienia wydawcy „Gazety Olsztyńskiej”. Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie jest prawomocny i niezaskarżalny.

 

Pieślak odwołał się od wyroku Sądu Rejonowego w Olsztynie, który 16 kwietnia 2018 roku,  umorzył karę na roczny okres próby oraz wymierzył karę grzywny w kwocie 500 złotych. Dziennikarz nie pogodził się z tym wyrokiem z uwagi na jego „efekt mrożący”. W apelacji napisał, że ogranicza on jego konstytucyjne prawo do wolności słowa, gdyż w obawie przed złamaniem okresu próby będzie musiał cenzurować swoje publikacje.

 

Dziennikarz został skazany z art. 212 par. 2 kk o zniesławienie poprzez zamieszczenie w październiku 2018 r. na portalu naszlidzbark.pl, na forum dyskusyjnym komentarzy określających „Gazetę Olsztyńską” jako „gadzinówkę niemieckiej propagandy”, a tygodnik „Gazeta Lidzbarska” – „szmatą lidzbarską” (oba tytuły prasowe wydawane są przez Grupę WM sp. z o.o., której głównym udziałowcem jest obywatel RFN F.X. Hirtreiter, właściciel F.X. Hirtreiter GMBH). Oskarżenie prywatne wniosła Grupa WM sp. z.o.o.

 

Sędzia Sądu Okręgowego w Olsztynie Leszek Wojgienica, który rozpatrywał apelację w uzasadnieniu ustnym odwołał się do wolności dziennikarskiej zawartej w  art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która jest rozumiana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka bardzo szeroko, i do bogatego orzecznictwa Trybunału rozpatrującego skargi dziennikarzy na wyroki skazujące, tłumiące swobodę wypowiedzi w demokratycznym państwie prawa.

 

– Wolność dziennikarska nie może obejmować wyłącznie informacji, poglądów odbieranych jako nieszkodliwe lub obojętne, ale także takie, które obrażają, oburzają, wprowadzają niepokój w państwie albo jakiejś grupie społeczeństwa – przypomniał sędzia Wojgienica. – Takie są wymagania pluralizmu, tolerancji, otwartości, bez których demokratyczne państwo prawa nie istnieje. Czy to znaczy, że wolno kogoś obrażać? Nie. We wszystkich wyrokach ETPC mamy ścisły podział na opinie i fakty, bowiem „istnienie faktów można wykazać a prawdziwość sądów ocennych nie podlega dowodzeniu”. Wymóg ocenienia prawdziwości sądów ocennych jest wymogiem niemożliwym do spełnienia i sam w sobie narusza wolność wypowiedzi, która stanowi podstawę państwa prawa, zapewnioną przez art. 10., czyli jeśli ja oceniam, że jakaś tam gazeta to dno, coś co chce się wypluć, wymiotować, kiedy to czytam, to ja mam do tego pełne prawo.

 

– Tam gdzie jest ocena – państwo nie może ingerować. Może ingerować, tam, gdzie jest podany fakt – przypomniał sędzia. – Jak słusznie zauważył pełnomocnik oskarżyciela prywatnego, z faktem to tutaj do czynienia nie mamy.

 

– Gdy pierwszy raz zerknąłem na wyrok I instancji aż zakrzyknąłem ze zdziwienia – mówił sędzia Wojgienica w 20-minutowym ustnym uzasadnieniu. – Nie wiem dlaczego sąd sprowadził określenie „gadzinówka” do okresu okupacji? Sąd nie analizuje tego w kontekście zwrotu „gadzinówka niemieckiej propagandy”. Czy to jest wypowiedź pomawiająca? Uważam, że ona nikogo nie znieważa. To jest poza sporem. Tu jest zastosowany skrót myślowy. W okresie, gdy Polska była pod okupacją istniała taka prasa. Pan prawdopodobnie miał na myśli, że jest to prasa w rękach niemieckich z uwagi na kapitał i ona chroni określone interesy i ten interes może być sprzeczny z polską racja stanu. Czy pan ma prawo do takiej oceny? Tak. Czy pan nadużył wolności opiniowania? W żadnym wypadku! Wolność opiniowania  wg Trybunału jest bardzo nieograniczona. Wyrok stwierdzający, że to było coś bezprawnego, co nie mieściło się w granicach wolności słowa, nie jest normalny.

 

– Natomiast określenie „szmata” jest czynem znieważającym. Tylko że w polskim ustawodawstwie podmiotem zdatnym do bycia znieważonym może być tylko osoba fizyczna, w przeciwieństwie do art 212 kk gdzie szeroki wachlarz podmiotów może być uprawniony.

 

– To sformułowanie jest średnio ostre – ocenił sędzia. – Ja bym znalazł ostrzejsze, które by też nie wykraczały poza granice wyznaczone przez art. 10. Gazeta wchodzi na rynek i ma opinię brukowca, szmatławca. Podejdę do kiosku i powiem proszę mi dać tego „szmatławca”. Czy takie opinie mają rzeczywiście taki wpływ na czytelnika, by spowodować tym brak zaufania do wykonywania czynności? Krytykowi, który napisał że ten film jest kiepski, to chłam, producent filmu może  zarzucać, że z powodu tej oceny nikt filmu nie obejrzy. Ale zdolności do robienia filmów nie traci się na skutek krytycznej opinii na temat konkretnego filmu, tak jak do wydawania gazety.

 

Sędzia zgodził się z oskarżonym, że wyrok I instancji – warunkowe umorzenie – stwarzał „efekt mrożący”. Jeśli znowu będę kogoś krytykował to postępowanie zostanie wznowione i nie mogę już liczyć na umorzenie.

 

– Ja nie widzę w w tym sformułowaniu „gadzinówka niemieckiej propagandy” w ogóle nośnika zniesławienia, a w szmacie widzę jedynie znieważenie – podsumował sędzia Wojgienica.

 

Andrzej Pieślak po ogłoszeniu wyroku nie krył radości, tym bardziej, że tak jak w I instancji, tak i w apelacji występował sam, bez pełnomocnika prawnego, bowiem adwokat, który często broni pro bono olsztyńskich dziennikarzy uznał, że w tym przypadku Andrzej Pieślak nie wygra.

 

Dziennikarz od 2011 roku redaguje niekomercyjny portal obywatelski, zajmujący się głównie sprawowaniem funkcji kontrolnej wobec władzy samorządowej Lidzbarka Warmińskiego. Z tego powodu miał już kilkanaście procesów wytoczonych przez burmistrza i starostę. Poza jednym wszystkie wygrał.

 

Adam Socha