Twitter jako narzędzie pracy dziennikarza – refleksje ŁUKASZA WARZECHY

Tak się składa, że osiągnięcie przeze mnie pułapu 100 tysięcy obserwujących na Twitterze (w chwili pisania tego tekstu to już prawie 101 tys.) zbiegło się niemal idealnie z największymi od dawna kontrowersjami wokół wielkich portali społecznościowych, w tym Twittera właśnie. A to bardzo dobra okazja, żeby przyjrzeć się swojej obecności w tym miejscu.

 

Założyłem na Twitterze konto w kwietniu 2010 r. i miała na to wpływ katastrofa smoleńska. Twitter powstał ledwie cztery lata wcześniej i nie był jeszcze w Polsce bardzo popularny. Był kanałem informacji względnie elitarnym, w tamtym szczególnym czasie stało się dla mnie jednak ważne, aby dzielić się z nawet niewielką liczbą jego użytkowników moimi myślami i komentarzami. Poza tym była to dobra platforma do informowania o swojej obecności w mediach, o tekstach, o programach.

 

Przez te prawie już 11 lat obecności w serwisie, który – być może nie wszyscy wiedzą – nie ma nawet w Polsce swojego przedstawicielstwa, obserwowałem, jak zmieniała się jego rola i jak zmieniał się sam serwis. Jedna natomiast rzecz się wbrew pozorom nie zmieniła: choć Twitter stał się nieodzownym narzędziem pracy wszystkich niemal osób publicznych, instytucji, mediów, urzędów i zdecydowanej większości polityków na świecie, jego zasięg i siła oddziaływania są wbrew pozorom wcale nie tak wielkie, jak by się mogło wydawać. Liczba użytkowników globalnie to około 340 milionów (miesięcznie, bo w takich jednostkach podaje się liczby użytkowników mediów społecznościowych), podczas gdy Facebook (nie licząc należących do niego innych serwisów, takich jak Instagram) ma ich 2,7 miliarda. W Polsce z Twittera korzysta około 6 milionów osób, ale – tak jak cały internet – i tu są swoiste kręgi, które na siebie oczywiście zachodzą, ale czasem ledwie minimalnie. Na przykład krąg osób publicznych, dziennikarzy, publicystów czy ludzi generalnie zainteresowanych polityką nie ma niemal żadnych punktów stycznych z kręgiem ludzi zafascynowanych sportem czy grami komputerowymi. Poza tym Twitter bywa postrzegany przez najmłodsze pokolenie użytkowników internetu jako medium dla „starych”. Na topie jest teraz, zdaje się, TikTok.

 

Z mojego punktu widzenia Twitter był drugim miejscem w wirtualnej przestrzeni, gdzie zderzyłem się z moimi odbiorcami. Byłem już na to przygotowany po zaprawie w Salonie24 (Facebook to jednak inna sprawa – tam od początku, korzystając z narzędzi chroniących prywatność, spotykam się tylko ze znajomymi). Obserwowałem jednak różne reakcje na to zderzenie – byli tacy, którzy w pewnym momencie swoje konta pod wpływem zmasowanych ataków zakłódkowali, czyli ograniczyli dostępność do nich do wybranych osób, ale potem wrócili do kont otwartych. Są tacy, którzy od początku kryli się za kłódką – na przykład Robert Mazurek z jednym ze swoich dwóch kont – i trwają w tym ukryciu.

 

Co ważne – konto zakłódkowane nie może być kontem zweryfikowanym. Charakterystyczna gwiazdka przy nazwie profilu, sygnalizująca właśnie zweryfikowane konto, była zawsze nieco snobistyczną oznaką prestiżu, ale też ma znaczenie praktyczne: jako że opatrzenie nią konta wymaga dokładnej weryfikacji tożsamości jego właściciela, jest to zabezpieczenie przed całkiem częstymi twitterowymi wygłupami bądź sabotażem, gdy ktoś udaje kogoś innego, zmieniając swoje zdjęcie i oficjalną nazwę konta (nie mylić z nickiem, czyli identyfikatorem poprzedzonym znaczkiem „@”, którego zmienić nie można). Na polskim Twitterze specjalizuje się w tym użytkownik występujący jako „Człowiek Bóbr”. Bywało, że na jego maskaradę nabierały się osoby publiczne, a nawet media.

 

Nieliczne są osoby, które w naszym zawodzie konta na Twitterze nie mają. Podziwiam tutaj upór choćby Andrzeja Stankiewicza. To jednak wyjątki, bo dla dziennikarza Twitter to po prostu narzędzie pracy, a dla publicysty, który ma grupę wiernych odbiorców, również metoda nawiązywania z tą grupą kontaktu i podtrzymywania jej zainteresowania.

 

Twitter stawia jednak przed użytkownikiem, zwłaszcza użytkownikiem popularnym, pewne wyzwania. Podstawowe to sposób radzenia sobie z agresją, chamstwem, hejtem. Tu metody są różne. Ciekawie zadziałał po latach obecności na Twitterze Bartosz Węglarczyk: w którymś momencie dokonał zbiorowej abolicji zablokowanych przez siebie użytkowników, a potem ich już tylko (lub prawie wyłącznie) wyciszał. Zatem oni widzą jego, a on ich czytać nie musi.

 

Ja nie zdecydowałem się na taki krok, a lista przeze mnie zablokowanych kont ma już pewnie kilka tysięcy pozycji (nie liczyłem). Użytkownikom serwisu, którzy mają po kilkuset lub najwyżej kilka tysięcy obserwujących może się wydawać, że masowe blokowanie innych to obsesja albo zamiłowanie do cenzury. Pomijając fakt, że urządzenie własnego konta w medium społecznościowym według swoich preferencji nie ma nic wspólnego z cenzurą, która oznacza blokowanie wolnego słowa w przestrzeni publicznej – te osoby nie doceniają masowości reakcji. Jeżeli codziennie pod naszym adresem padają dziesiątki obelg, blokowanie wydaje się najlepszym rozwiązaniem.

 

Algorytmy Twittera zaczęły tu jednak w pewnym momencie przychodzić w sukurs, filtrując to, co pojawia się na naszym timelinie (nie ma chyba dobrego polskiego odpowiednika). Uważny użytkownik o wielu tysiącach obserwujących zauważy, że korzystając z natywnej aplikacji Twittera wielu kierowanych w swoją stronę wypowiedzi nie widzi, choć ich autorzy nie zostali przez niego zablokowani. To wychodzi na jaw czasem gdy zagłębić się w kolejne wątki odpowiedzi na własne tłity. Można te wypowiedzi, owszem, podejrzeć, korzystając z którejś z aplikacji innych producentów, a jest takich dużo. Może jednak lepiej tego nie robić, bo poziom knajactwa, wulgarności, obrzydliwość niektórych uwag są naprawdę kloaczne. Co zdumiewające, niektóre z nich są pisane pod własnymi nazwiskami – tak to przynajmniej wygląda.

 

Kolejne wyzwanie to twitterowe trolle. O farmach takich sztucznie tworzonych kont wielokrotnie było głośno nie tylko w Polsce. U nas pojawiały się masowo zwykle w momentach politycznie trudnych, na ogół przedwyborczych. Można je jednak dostrzec również na co dzień. Na ogół mają kilka wspólnych cech: często niedawną datę założenia (choć to nie reguła, bo takie konta mogą być stworzone dawno temu i w zamrożeniu czekać na moment, gdy będą potrzebne), zwykle mało obserwujących i obserwowanych, prawie zawsze przeważają podane dalej tłity podbijające jakąś narrację polityczną, mało jest natomiast tłitów własnych czy dyskusji z innymi. Są za to często tło i ikony, wskazujące na partyjne sympatie. W okresie ostatnich wyborów prezydenckich wiele kont prawdopodobnie tego rodzaju miało na przykład w tle słynne zdjęcie Andrzeja Dudy na tle biało-czerwonej kotary.

 

Kilka lat temu zapanowała moda na narzędzia do analizujące autentyczność kont obserwujących szczególnie znane osoby, co miało obnażyć fakt, że ogromna część to rzekomo konta sztuczne, a zatem – w domyśle – kupione. W ten sposób zwolennicy obecnej władzy zabrali się na przykład za Tomasza Lisa i innych antyrządowych dziennikarzy. Ja również w pewnym momencie dowiedziałem się, że kilkadziesiąt procent z moich obserwujących to podobno sztuczne konta. Problem w tym, że stosowane do tych analiz narzędzia opierały się na kompletnie nieprzydatnych kryteriach. Sprawdzały na przykład, ile dane konto publikuje tłitów, podczas gdy nie jest to żaden probierz autentyczności konta. Na Twitterze jest mnóstwo jak najbardziej autentycznych użytkowników, którzy jedynie obserwują, a odzywają się bardzo rzadko. Z czasem sprawa ucichła.

 

Przez te 11 lat udało mi się nawiązać kilka specyficznych twitterowych znajomości. To ludzie, których nazwisk nawet nie znam, ale którzy odzywają się do mnie bardzo często, z którymi dzielę wspólne poglądy, a ich uwagi są interesujące i przyjemnie się z nimi rozmawia. Niegdyś okazją do zapoznania się z takimi osobami na żywo bywały tweetupy, czyli spotkania użytkowników Twittera w realu. Do takiej formy nawiązywania kontaktów uciekali się też politycy: tweetupy organizowali prezydent Andrzej Duda, premierzy Beata SzydłoMateusz Morawiecki, wicepremier Jarosław Gowin. Z czasem jednak motywacja polityków do spotykania się z twitterowiczami jakby spadła – tweetupy skończyły się jeszcze zanim zaczęła się epidemia, która z oczywistych powodów je wyklucza.

 

Najbardziej chyba znaczącą rewolucją, jaką przeszedłem na Twitterze – poza tym, że z czasem przestałem korzystać z zewnętrznych aplikacji, bo ta natywna została wystarczająco udoskonalona – było zwiększenie rozmiaru wpisu ze 140 do 280 znaków. Był o to wielki spór i awantura, niektórzy twierdzili, że to zabije lakoniczną naturę Twittera. Byłem przeciwnego zdania – język polski, zwłaszcza jeśli posługujemy się nim starannie, jest znacznie mniej skrótowy niż angielski. 140 znaków to było po prostu za mało, zwłaszcza że dopiero kilka lat temu Twitter wprowadził możliwość łączenia wiadomości w wątki. 280 znaków jest w sam raz.

 

Czy będę na Twitterze nadal czy też przeniosę się na którą z alternatywnych platform, które wywołują taką ekscytację od momentu, gdy zablokowano konto Donalda Trumpa? Czyniąc to, Twitter – nie mam wątpliwości – przekroczył pewną granicę, stając się po prostu politycznym aktorem. Niezależnie od tego, jak oceniamy wypowiedzi ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

 

Na razie jednak nie widzę alternatywy wartej uwagi. Niestety, działa tu efekt skali. Zgromadzenie w innym miejscu 100 tysięcy obserwujących byłoby czymś na kształt syzyfowej pracy. Jako narzędzie dla ludzi zainteresowanych życiem publicznym i jako ogromna agora – nawet jeśli przy jej bramie stoi coraz agresywniejszy Cerber – Twitter pozostaje bezkonkurencyjny.