Zakręty życiowe – ELŻBIETA KRÓLIKOWSKA-AVIS o przekraczaniu granic między dziennikarstwem i literaturą

Jest to zwykle droga jednokierunkowa. Kiedy dziennikarz pisze książkę,  potem z rzadka wraca jedynie do pisania artykułów i broadcasterki (radio i telewizja). Zwykle publikuje następną książkę, i kolejną.  Z tej ścieżki raczej nie ma odwrotu.

 

Kiedy ja przekroczyłam granicę między dziennikarstwem a pisarstwem? Dawno, bo w 1986 roku, kiedy nakładem Wydawnictwa Ministerstwa Kultury wydałam dwie publikacje, zbiory szkiców? esejów filmowych? „Sladami Bunuela” i „Opowieści kina metyskiego”. Były to pierwsze na polskim rynku wydawniczym książki opowiadające o historii kinematografii hiszpańskiej oraz latynoamerykańskich.  O ile wiem, do dziś są na ten temat jedynym żródłem  informacji.

 

Gdyby się uprzeć, by jakoś określić, skategoryzować moje książki w kilku słowach, na myśl przychodzi  mi określenie:  pionierskie.  Wszystkie one dotykają tematów dotąd w naszym piśmiennictwie nie opisanych – kinematografie hiszpańska i latynoamerykańska, potem najnowsza brytyjska, a następnie – tamtejsza demokracja, jej historia oraz zalety.  I jak się przekłada na życie państwa, społeczeństwa, parlamentu, organizacji pozarządowych i mediów. Tyle, że o ile w przedostatniej książce „Róg Piccadilly i Nowego Swiatu” zachwalałam demokrację i namawiałam Polaków, aby się o nią upominali, a polskie władze, aby po nią sięgnęli – o tyle w ostatniej „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości” pokazuję „dowody zbrodni”, czyli jak Zachód swoje najważniejsze osiągnięcie, jakim jest ustrój demokratyczny,  niszczy i dewastuje.

 

Cecha druga:  moja publicystyka, prasowa i książkowa, to odzwierciedlenie czy raczej odpowiedź na wiraże i zakręty moich losów. Dyktowało ją, i nadal dyktuje „samo życie”.  Najpierw zainteresowanie filmem, a więc dyplom z filmoznawstwa, potem trzydzieści lat  w zawodzie krytyka, pisywanie dla tygodników „Film”, „Ekran” oraz miesięcznika „Kino”. Jednak w międzyczasie pojawiła się fascynująca, enigmatyczna, symboliczna „hiszpańska filmowa fala” i, jakoś równolegle,  latynoski „realizm magiczny”.  Fascynacja obrazami starego mistrza Bunuela i młodych SauryCaminoPatino, oraz książkami Marqueza, Fuentesa, Borgesa, Lezamy Limy. Nauczyłam się – kursy, potem lekcje prywatne – języka hiszpańskiego, i moje redakcje zaczęły wysyłać mnie, już jako specjalistę, na festiwale filmowe do Hiszpanii i Portugalii. Potem stypendium dokumentacyjne do książki z naszego Ministerstwa Kultury do Madrytu – i  tak powstały moje dwie pierwsze publikacje, serie szkiców, obrazujących, historię kina hiszpańskiego i większych kinematografii latynoamerykańskich. Powstały z moich jakby obocznych, pozazawodowych pasji i fascynacji.

 

Następny zakręt życiowy,  to festiwal filmowy w Troi, Portugalia, gdzie poznałam brytyjskiego dziennikarza, Petera Avisa z „Observera”. Małżeństwo, wyjazd na stałe do Londynu, przez 26 lat praca polskiej korespondentki w Wielkiej Brytanii, zajmującej się wszystkimi aspektami życia kraju, od polityki do kina. A był to rok 1990,  i, po mizernej diecie tematów zagranicznych w okresie komuny, korespondenci zaczynali być w cenie. Wprawdzie Zjednoczone Królestwo to tylko skok przez kanał La Manche, zwany przez Brytyjczyków English Channel, okazało się, że to obszar mało znany i opisany. Także tamtejsze kino – przedtem, o ile wiem, pojawiła się tylko książka  Andrzeja Kołodyńskiego pt.”100 filmów brytyjskich”, ale została doprowadzona do 1975 roku. A więc recenzje filmów, zawsze z backgroundem politycznym, socjologicznym i obyczajowym, bo czytelnika nie interesuje mdłe poetyzowanie, ale wyjaśnienia „jak?”,  „skąd?” i „dlaczego”? Już nie dla „Ekranu”, który zlikwidowano, lecz  dla „Filmu”, a potem świetnego, do niedawna najlepszego magazynu filmowego na polskim rynku, „Kino”. Wiele z tych recenzji złożyło się na wybór materiałów do książki pt. „Prosto z Piccadilly”, obrazujących  dekadę lat 90. kinematografii brytyjskiej. Pokazujący jak zawirowania polityczne – odejście thatcherystów, przeobrażanie się konserwatyzmu w „nowoczesny, współczujący konserwatyzm”, przejęcie władzy w 1997 roku przez labourzystów czyli socjalistów i Trzecia Droga Tony Blaira, zmieniły krajobraz i charakter wyspiarskiego kina. Koniec z „heritage cinema”, stylowych adaptacji literatury, z którego słynęło, początek społecznych dramatów z osiedli komunalnych, zaangażowanych politycznie po stronie lewicy, źle, po amatorsku zrobionych. To była pierwsza publikacja, która zasygnalizowała nam upadek standardów BBC, dziś „państwo w państwie”, i chorobę lewicowości brytyjskiego kina oraz jego establishmentu.  Odbrązawianie  mitów o  BBC, dawnym „wzorcu z Sevres” dziennikarstwa,  legendy o  potędze tej zasłużonej korporacji medialnej,  lewicy liberalnej brutalnie ingerującej w delikatną tkankę  filmów. O tym opowiadała książka „Prosto z Piccadilly” z 2001 roku.

 

Ale i ten etap – znowu zadecydowało samo życie  – zakończył się. Zawsze, a z pewnością od 1968 roku, kiedy wstąpiłam do niepodległościowej organizacji RUCH – potem była działalność w Solidarności – interesowała mnie polityka. Zawsze  stanowiła w mojej pracy korespondenckiej  znaczący wątek. Toteż od początku mojej pracy w Londynie, dostrzegłam, że Wielka Brytania jako państwo, funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż znane mi państwa, a na pewno Polska oraz byłe „demoludy”. I że tę różnicę powoduje  obecność, lub brak, demokracji. I  jej to właśnie – jak przekłada się na życie państwa, społeczeństwa, prace rządu i parlamentu, na media i życie codzienne obywatela – poświęciłam moją kolejną książkę, „Róg Piccadilly i Nowego Światu”. Większość komentarzy opowiadała o tym, dlaczego od 2500 lat, czyli od czasów Platona, który twierdził, że „rządy winni sprawować ludzie odważni, uczciwi”, nie wynaleziono lepszego sposobu organizacji państwa i społeczeństwa niż właśnie demokracja. Pisałam o konieczności istnienia  zasad moralnych  w polityce,  odpowiedzialności władzy przed obywatelem i „kodowi postępowania polityka”, aby wiedział jak winien się zachowywać, i co się z nim stanie, jeśli zboczy z kursu. Dziś duża część tych prawd czy też regulacji jest już u nas w obiegu publicznym, ale w latach 2007 – 15, który to okres obejmuje „Róg Piccadilly i Nowego Światu”, w Polsce była to wiedza nieznana, czy raczej  zapomniana. A więc znowu poruszanie tematów, których nie znaliśmy, bo przez 45 lat rządów komuny i kilkanaście nie wiadomo czego, trzymane były skrzętnie pod dywanem. Moje myślenie biegło szlakiem:  los dał mi szansę owe dobre zasady i regulacje poznać, więc ja miałam obowiązek się tą wiedzą z  moimi czytelnikami, podzielić. Aby rozrzut informacyjny był szerszy, pojawiałam się z  wykładami na ten temat, m.in. w Sejmie, w Uniwersytecie Warszawskim, w Klubach Gazety Polskiej, w klubach studenckich i szkołach. Dziś demokracja, to w Polsce – po bezpieczeństwie – wciąż  temat numer 2, tak w relacjach wewnętrznych, jak i z Unią Europejską. A regulacje są, tylko należy po nie sięgnąć. I o tym opowiadała moja przedostatnia książka ,”Róg Piccadilly i Nowego Swiatu”.

 

Ale znowu powiał  wiatr przemian. Widać wyraźnie, że rewolucja kontrkulturowa ‘68, ostatnimi laty najwyraźniej przyspieszyła. Ostatnie kilka lat przyniosło wiele dowodów na to, że Zachód z furią niszczy swoje własne osiągnięcia, stał się wrogiem wartości, które złożyły się na jego wielkość i tożsamość: grecka filozofia, rzymskie prawo i  etosu  chrześcijaństwa. Tempo zmian z galopu zmieniło się w kłus, i Europa – choć ten trend rozlewa się po całym świecie –  znalazła się  na kolejnym zakręcie cywilizacyjnym. I temu właśnie, ostatniemu etapowi systemowej wojny liberalnej lewicy z dotychczasowym porządkiem moralnym, społecznym i prawnym, poświęciłam ostatnią książkę z tytułem – kluczem „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”. Jest o kryzysie moralnym Europy, o tym jak „czerwona sieć” coraz silniej oplata  wszystkie pola aktywności ludzkiej i państwowej. Jest szukanie odpowiedzi w którą stronę zmierza świat, jakie wartości zyskuje, a jakie gubi, te z Dekalogu czy te z zestawu z 1789 roku? I co z tego wynika? Znów opowiadam o ostatnich dylematach  cywilizacyjnych,  kulturowych i moralnych świata, sięgając po przykłady z terenu Europy, obu Ameryk, Afryki i Azji.  I znowu – publicystyka z serii „gdzie byłam, co widziałam i co z tego może wyniknąć?”, tym razem wydana przez oficynę Zysk i –Ska.

 

Oczywiście, nie zamierzam rezygnować z dziennikarstwa. To dla mnie  chleb powszedni, codzienna praca. Ale książka, to jednak co innego. Może rodzaj „sublimacji dziennikarstwa”? Sytuuje wybrany temat na wyższym poziomie? Ponadto artykuły bywają rozproszone w różnych pismach, często  publikowane na portalach, giną – a książki pozostają. „Cywilizacja Zachodu na rozdrożach wartości”, to wybór publicystyki z ostatnich kilku lat, „sublimacja” tego, co napisałam. Teksty najistotniejsze dla kierunku cywilizacyjnych przemian, oczyszczone z cech tymczasowości, z nieco szerszą, zmienioną perspektywą.  Skierowaną do dzisiejszego, ale być może i „jutrzejszego” czytelnika?

                                                                                                                        

Elżbieta Królikowska-Avis