Home / Publicystyka  / Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Zapasy w kisielu – ŁUKASZ WARZECHA o wartości mediów społecznościowych

Media społecznościowe stały się jednym z zabójców mediów tradycyjnych. I to na kilka sposobów.

 

Po pierwsze – dla wielu osób są głównym źródłem informacji, także dlatego, że pojawiają się w nich informacje właśnie z mediów tradycyjnych. W związku z tym impuls, żeby sięgać po te tradycyjne media – niezależnie od tego, jaka jest ich forma – maleje. Jeśli na Twitterze przeczytało się dwuzdaniową informację podaną przez np. rozgłośnię radiową – po co jeszcze włączać tę stację na serwis informacyjny, żeby usłyszeć to samo?

 

Po drugie – media tradycyjne pasożytują na mediach społecznościowych, ale w sposób sprawiający, że ich własna jakość poważnie się obniża. Całe teksty na portalach internetowych, czasami materiały telewizyjne czy radiowe, a bywa, że i teksty w czasopismach, budowane są w części lub nawet w całości na cytatach z mediów społecznościowych. To destrukcyjny głuchy telefon: najpierw media tradycyjne podają jakąś informację (często powtarzając ją jak najszybciej za jednym i nie zawsze sprawdzonym źródłem), następnie ta informacja jest komentowana przez różne rozpoznawalne osoby na Twitterze czy Facebooku, a potem media robią z tych komentarzy kolejny materiał. Nie wnosi to kompletnie niczego do debaty.

 

Po trzecie – media społecznościowe stały się wygodnym miejscem wymiany nawet nie opinii, ale ciosów. Kiedyś taka wymiana wymagała jednak pewnego wysiłku i argumentacji, gdy odbywała się na zasadzie dyskusji na gazetowe teksty opiniowe czy choćby w studiu telewizyjnym albo radiowym. Dziś wystarczy 280 znaków na Twitterze – albo nawet mniej, jeśli ktoś umie dokopać przeciwnikowi w bardziej lakoniczny sposób. A że w sferze publicznej dominują emocje – odbiorcy do tego właśnie przyzwyczajeni znajdują zaspokojenie swoich potrzeb obserwacji zapasów w kisielu właśnie w mediach społecznościowych.

 

Ponarzekać oczywiście można, ale nie ma się co kopać z koniem – tak po prostu jest, media społecznościowe są częścią naszej rzeczywistości, a ja sam pisałem wiele razy na portalu SDP, że Twitter jest dla dziennikarza i publicysty właściwie narzędziem pracy. Narzędziem – to znaczy, że pozwala zapoznać się z trendami czy emocjami w najaktywniejszej politycznie części odbiorców, uchwycić reakcje polityków na wydarzenia czy też wdać się w dyskusję z wieloma osobami naraz, w tym z politykami czy innymi dziennikarzami. Czy jednak media społecznościowe mogą być w takim razie miejscem, gdzie realizowane jest dziennikarstwo – nie w sposób przyczynkarski, ale porządnie i rzetelnie? Wątpię.

 

Owszem, media społecznościowe są istotnym uzupełnieniem innych sposobów dotarcia do odbiorców. Trudno znaleźć dzisiaj poważną, większą redakcję, która nie miałaby konta w najważniejszych serwisach i nie korzystała z ich możliwości, żeby podrzucać odbiorcom swoje materiały. To jednak tylko dodatek, choćby dlatego, że media społecznościowe na ogół wymuszają skrótowość i nie sprzyjają pogłębieniu tematu. To nie jest miejsce, gdzie odbiorca mógłby się skupić na materiale choćby przez nieco dłuższy moment.

 

Jakiś czas temu opublikowałem w „Dzienniku Gazecie Prawnej” obszerny wywiad z socjologiem dr. Michałem Łuczewskim. Łuczewski bardzo interesująco mówił o przymusie szybkiej reakcji, która pojawia się, gdy korzystamy z mediów społecznościowych. Tłumaczył, że to swego rodzaju odruch obronny: musimy się odnieść do sprawy, zanim ktoś odniesie się do nas, być może niekorzystnie i agresywnie.

 

To nie jest środowisko, które pozwalałoby na spokojne odbieranie przekazywanej informacji, nie mówiąc już o obszerniejszej analizie czy komentarzu. Tu jednak wciąż optymalne jest środowisko, w którym komunikacja jest jednokierunkowa, przynajmniej na etapie przyswajania materiału. Środowisko, w którym nie ma „hałasu”. Tymczasem media społecznościowe ze swojej natury tworzą otoczenie takiego „hałasu” pełne.

 

Zauważmy, że nie powstało na razie medium, korzystające jedynie z Facebooka czy Twittera – i nie jest to oczywiście przypadek. Poza wyżej wymienionymi przyczynami może chodzić też o obawę przed cenzorską polityką tego typu miejsc.

 

Pomiędzy mediami a mediami społecznościowymi istnieje, owszem, nieco wymuszona symbioza. Wymuszona, bo skoro już społecznościówki istnieją, to trzeba było nauczyć się z nich korzystać w taki sposób, żeby przynosiło to jednak jakieś korzyści. Nie oznacza to jednak, że mogą one zastąpić media tradycyjne czy nawet stanowić jeden z w pełni równoważnych sposobów kanałów, którymi te będą się posługiwać.

 

Łukasz Warzecha

Podziel się!

Absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta "Do Rzeczy". Karierę dziennikarską rozpoczynał w tygodniku „Najwyższy Czas!” Był redaktorem działu opinii dziennika „Życie” oraz wieloletnim komentatorem w „Fakcie”. Publikował m.in. w tygodniku „wSieci” oraz w dzienniku „Rzeczpospolita”. Był jednym z prowadzących program „W tyle wizji” w TVP Info. Obecnie jego teksty ukazują się m.in. w „Super Expressie” i na portalu Onet.pl.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close