Zdążyłem wypić herbatę i przyszli – wspomnienia dziennikarzy internowanych w stanie wojennym

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. władze PRL wprowadziły stan wojenny. Przygotowania rozpoczęto jesienią 1980 r. Już wtedy sporządzono i aktualizowano listy osób przeznaczonych do zatrzymania. Wstępna lista pojawiła się 28 października 1980 r. Spis uzupełniano przez kolejne kilkanaście miesięcy. Wśród internowanych po wprowadzeniu stanu wojennego znaleźli się również dziennikarze. Przypominamy ich wspomnienia z tego okresu.

 

Lech Dymarski, w stanie wojennym został internowany na ponad 10 miesięcy. Publikował w „Zapisie”, „Pulsie”, „Krytyce”, paryskiej „Kulturze”, rosyjskim „Kontiniencie”. Zatrzymano go 13 grudnia 1981 roku w sopockim Grand Hotelu. (W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. w Stoczni Gdańskiej obradowała Komisja Krajowa „Solidarności”. MO i SB chcąc uniknąć ewentualnego oporu straży robotniczej zrezygnowały z aresztowania działaczy na terenie Stoczni. Zatrzymywały ich później w hotelach i mieszkaniach): Wychodząc z baru zderzyłem się z człowiekiem, który bardzo przejęty zapytał, czy jestem z Komisji Krajowej „Solidarności”. Po czym poprowadził mnie do frontowego okna, a tam na zewnątrz sprzętu i ludzi uzbrojonych tyle, jakby odbywały się manewry. […] Więc spytałem tego człowieka: „Czy tu się da kędyś spieprzyć?”. I poszliśmy do innego okna, w stronę plaży – tam też desant. Człowiek wtedy odpowiedział spokojnie: „Nie, w tej sytuacji nikt stąd nie ucieknie”.

 

Wróciłem do baru gdzie była jeszcze grupa naszych i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: „Co pan powie… a dużo ich jest?”), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: „O Jezu!” i uciekła. W ciągu minut na sali została tylko „Solidarność” – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: – Grać, jakby się nic nie stało!” Atmosfera panująca w hotelowym barze zaczynała przypominać ostatnie chwile rejsu „Titanica”.

Źródło: www.histmag.org.

 

Jarosław Guzy, pierwszy szef NZS, w czasie stanu wojennego był przez rok internowany, przebywał w Białołęce, następnie w Darłówku. Wypuszczono go dopiero po zawieszeniu stanu wojennego: 13 grudnia rano już siedziałem, już byłem po nocy spędzonej gdzieś tam w sukach, na przejściówce, ostatecznie to była Białołęka, adres Ciupagi 1, Areszt Śledczy w Warszawie. Razem z całym gronem osób, których część zresztą dobrze znałem.

 

O ile pamiętam godzinę, to było przed północą, więc akcja była dosyć szybka. Potem przewieziono mnie i moją narzeczoną ówczesną, na komendę na Opaczewską, komenda dzielnicowa Ochota i stamtąd po jakimś czasie odwożono nas, bo były spore grupy, do aresztu śledczego. Tak zaczęło się moje internowanie i stan wojenny jednocześnie.

 

U mnie to było znieczulenie, bo ja akurat byłem chory na zapalenie płuc i rano jeszcze miałem ciut ponad 40 stopni gorączki i byłem po pierwszych zastrzykach, więc wyciągano mnie w piżamie, na szczęście pozwolono nałożyć na piżamę normalne ubranie. Przecież to była zima i to dosyć ostra zima. Tak wylądowałem, więc trochę byłem znieczulony pewnie.

 

Część internowanych obawiało się wywiezienia do Sowietów (przyp. TP): Było takie pytanie rzeczywiście – wspomina Jarosław Guzy – nie wyglądało przyjemnie rano, kiedy już nas rozlokowano w celach, przechodziliśmy przez taki szpaler agresywnie dosyć zachowujących się zomowców i rzeczywiście było pytanie – czy tutaj, czy gdzie indziej, ale ja cały czas miałem poczucie, że to jest akcja policyjna. Rzeczywiście mogli nas ulokować gdzieś – w Brześciu powiedzmy, że było jasne, że ta akcja jest prowadzona pod patronatem naszego bratniego sojusznika – Związku Sowieckiego. Ale w areszcie śledczym, to było widać po prostu, że lądujemy tutaj na jakiś czas, na ile – nie mieliśmy pojęcia.

Źródło: www.radio.bialystok.pl.

 

Janina Jankowska, dziennikarka Polskiego Radia, po wprowadzeniu stanu wojennego internowana od lutego do sierpnia 1982 r. w Olszynce Grochowskiej i Gołdapi. Usunięto ją także z pracy w Polskim Radiu: Pamiętam, kiedy byłam internowana w Gołdapi, na moją prośbę za pośrednictwem miejscowego księdza, przemycono mi mały magnetofon. Chciałam nagrać piosenki internowanych i ich losy, słowem zebrać dokumentację do przyszłego reportażu. Nie udało mi się nawet nacisnąć klawisza z zapisem „nagranie”. Moja współlokatorka, koleżanka z zespołu „Radio Solidarność – Region Mazowsze” wzięła mnie na poważną rozmowę i oświadczyła, że nie mam prawa narażać jej i innych koleżanek na dalsze represje a może nawet wywózkę na wschód. Mam natychmiast zwrócić ten magnetofon tą samą drogą. Inaczej….. ona do końca będzie walczyła o swoje życie. Nie chciałam się przekonywać, w jaki sposób. Zwróciłam magnetofon. Przypomina mi się ta historia dziś, gdy oskarża się polskie społeczeństwo o obojętność w stosunku do ci którzy chcieli się na holokauście wzbogacić.Żydów. To była wszechobecna przemoc i strach. Dlatego bohaterami są ci, którzy pomagali sąsiadom, z narażeniem życia przechowywali Żydów. Natomiast „szmalcownicy”, szantażyści, mordercy Żydów, którzy chcieli się na holokauście wzbogacić, zasłużyli na wyroki śmierci. Jednocześnie obok tych skrajności żyli zwyczajni ludzie, dziś zwani obojętnymi, którzy każdego dnia drżeli o los swoich najbliższych i , nie wykluczam, że w strachu przed Niemcami wydawali swoich sąsiadów. To stwierdzenie czysto teoretyczne, bo nie znam takich przypadków. Widziałam jednak strach w oczach mojej koleżanki z opozycji , która zmusiła mnie do oddania magnetofonu.

Pisownia oryginalna, źródło: www.salon24.pl.

 

Jerzy Klincewicz, redaktor informatora Zarządu Regionalnego NSZZ „Solidarność” w Gorzowie „Echo Solidarności”, internowany w Wawrowie: 12 grudnia kończyłem kolejny numer „Echa”. Zrobiłem matrycę i wróciłem z Zarządu Regionu do domu około 23.30. W domu wypiłem herbatę. Nie zdążyłem się położyć, kiedy po mnie przyszli. Ktoś zastukał do drzwi i powiedział, że to milicja. Powiedziałem, że nie otworzę z uwagi na późną porę. Powiedziałem, żeby przyszli po 6 rano. W końcu otworzyłem, do pokoju wpadło trzech. Pozwolili mi się ubrać. Chodzili za mną krok w krok. Potem znieśli mnie po schodach na dół. Dostałem parę ciosów po żebrach, ktoś mnie kopnął w goleń. Wrzucili mnie do fiata.

Źródło: D. A. Rymar, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” w Regionie Gorzów Wielkopolski w latach 1980-1982, Gorzów Wielkopolski 2010, s. 364.

 

Tadeusz Mazowiecki, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność”, po wprowadzeniu stanu wojennego został 13 grudnia 1981 zatrzymany w sopockim Grand Hotelu, po czym internowano go w Strzebielinku: Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji byłyby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni. Pytań i słów było w ogóle niewiele. Żadnego wyjaśnienia.

 

Założono mi kajdanki, a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi „Grand Hotelu” były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna.

 

Źródło: www.histmag.org.

 

Agnieszka Romaszewska-Guzy, szefowa TV Bielsat, po wprowadzeniu stanu wojennego została internowana na pięć miesięcy. Internowana w areszcie przy ul. Opaczewskiej w Warszawie, Olszynce Grochowskiej, Gołdapi i Darłówku: Zostaliśmy aresztowani jeszcze przed południem. Prawdopodobnie chodziło o szybkie unieruchomienie Biura Interwencyjnego. Usłyszałam pytanie: „Pani Romaszewska?”. Odpowiedziałam: „Tak”. „Irena Zofia?”. „Nie, Agnieszka”. „Nie szkodzi”, zdecydował funkcjonariusz po namyśle.

Źródło: www.polskieradio.pl.

 

Dziennikarz francuskiego radia i telewizji ORTF Gabriel Mérétik tak wspominał po latach  zatrzymanie Jacka Kuronia w gdańskim Novotelu z 12 na 13 grudnia 1981 r.: Furgonetka zatrzymuje się przed budynkiem, który Kuroń bierze w pierwszej chwili za szkołę, a który okazuje się być zupełnie nową siedzibą ZOMO. Każą mu wejść do środka. Prowadzą do podziemia. Schodzą coraz niżej, wreszcie duża sala jaskrawo oświetlona. Podłoga pokryta piaskiem. W głębi biały mur, na którym widać liczne ślady kul. Przy drzwiach Kuroń widzi szereg ZOMO-wców z bronią w ręku. Pada rozkaz: „Pod ścianę”. Kuroń przywykł do więzień, ale teraz rzecz wygląda inaczej. Szykuje się na śmierć. Tyle mówiono o interwencji radzieckiej… Wiedział, że w takim przypadku… Ma tylko jedno pragnienie: dojść jak najszybciej do końca sali, by się obrócić i popatrzeć „im” w twarz. Dochodzi do ściany, odwraca się i… nic. Mężczyźni stoją nieruchomo.

Źródło: G. Mérétik, Noc generała, Warszawa 1989, s. 43-44.

 

opr. Tomasz Plaskota, fot. Wikipedia