Zwycięska Nike w trampkach, czyli wielkie kłopoty Clio

W ścieżce dźwiękowej programie o olimpiadach Grecji: "bogini najki". Zastanawia, że ani lektor ani technik nie zauważyli komizmu tej pomyłki. Przecież Nike naprawdę nie chodziła w trampkach. Zdj.: Nike z Samotraki; autorem marurowej rzeźby jest najprawdopodobniej Pytokritos z Rodos; III lub II w. p.n.e.; Luwr; fot.: Wikipedia

Wśród licznych i różnych zbrodniarzy, mordujących wiedzę o przeszłości i nasz język wyróżniają się stacje i kanały, które nieustannie emitują tzw. „programy wiedzowe”. Jest takich stacji kilka, m.in.: Discovery, Planete +, Polsat i TVP. W założeniu programowym działalność ich jest szczytna i powinna cieszyć się powszechnym uznaniem, gdyż propagują wiedzę o przeszłości. A ponieważ, jak powiada łacińska sentencja historia magistra vitae, czyli historia jest matką życia, więc czym więcej historii, tym więcej mądrości.

Tu, na chwilę przerwiemy wywód o programach kanałów historycznych, by ustalić dwie rzeczy.

Czy historia jest przeszłością?

Po pierwsze – utarło się mówić o historii jako o przeszłości samej w sobie. Tymczasem historia jest nauką o przeszłości, a nie samą przeszłością. I nie wiadomo, dlaczego wszyscy już mówią: Historia Polski XIX wieku…; Historia świata ma momenty zatrważające… W historii zdarzały się momenty zadziwiające… Logicznie to błąd, bo historia, będąc nauką (a nawet sztuką) zajmuje się przeszłością – gromadzi udokumentowane fakty, uwiarygadnia je, sprawdza i interpretuje. Grecy mieli nawet muże, która patronowała i opiekował się historią. Była nią Clio – córka samego Zeusa i tytanidy Mnemosyne. Piszę to dla zasady, bo tego zrównania przeszłości z historią nie da się już odwrócić, ale warto wiedzieć, jak było z tymi pojęciami naprawdę.

Po drugie – szanując Greków i Rzymian (z których my wszyscy), nie bardzo daję wiary prawdziwości paremii, że historia może czegokolwiek nauczyć. Ludzkość jest oporna na naukę, tak jakby przez wieki była na nią szczepiona. Od dziecka po starość, kilka razy w roku jak na gigantyczny Covid.

Ostatnie wydarzenia, jakich doświadczamy w związku z polityką Putina i jego agresją przeciw Ukrainie, dowodzą, że być może doraźny spokój, strach lub nadzieja na zysk z interesu z agresorem    są ważniejsze dla władców świata niż rzetelna realizacja dyrektyw płynących z przeszłości?

Matactwa historyczne

Wracając do stacji mających kanały historyczne. Popełniają one dwa grzechy w jednym.

Pierwszym jest przekazywanie historii ad usum Delphini czyli przeznaczonych dla następców tronu – Delfinów. Pojęcie wzięło się stąd, że dla synów Ludwika XIV dzieła klasyków opracowywano, pozbawiając je momentów gorszących, brutalnych, czyli niewłaściwych dla dzieci.  I kanały historyczne traktują nas jak dzieci lub zidiociałych starców, których prawda historyczna mogłaby śmiertelnie zdenerwować lub wypaczyć im charaktery. A stąd już niedaleko do treści tendencyjnych.

Są teraz nadawane filmy dokumentalne o Europie po I wojnie światowej. I pojawia się w nich teza, spotykana dotychczas tylko w niemieckiej historiozofii, że w Wersalu zbyt przykro potraktowano Niemców, nakładając na nich tak ogromne reparacje wojenne. Można by się z tym nawet zgodzić, bo jest faktem, że tym sposobem Francja chciała odzyskać kwoty, jakich udzieliła carskiej Rosji w formie pożyczek. A skoro Rosja Lenina, jako kontynuatorka państwa carów, nie miała zamiaru płacić, więc padło na Niemców. Niestety druga teza jest już zatrważająca.

Te filmy przedstawiają Niemców, którzy na mocy Traktatu Wersalskiego utracili swe rdzenne ziemie, głównie na rzecz Polski. I autorzy pokazują Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze jako ziemie niemieckie, które przypadły nam. Nie wspominając ani słowem w jaki sposób Niemcy, jako spadkobiercy Prus, weszli w posiadanie Gniezna, Poznania, Bydgoszczy, Gdyni i Kaszub czy Śląska. Dosłownie ani słowa o rozbiorach Polski. Nic. Tak jakby Niemcy od zawsze żyli na naszych ówczesnych ziemiach zachodnich. Tym sposobem wszystko gładko zmierza do konkluzji, że Niemcy poparli Hitlera, bo byli ciężko skrzywdzeni przez Ententę i Polaków.

Dlaczego takie programy są emitowane w Polsce? A jeżeli już, to dlaczego bez komentarza? Podejrzewam, że dlatego, iż nikt tych programów przed emisją nie ogląda. Dlaczego? Bo oglądającemu trzeba by za jego czas pracy zapłacić! A w dzisiejszym świecie każdy handlarz dąży do „minimalizacji kosztów”, czyli oszczędza na wiedzy krytyka i redaktora. Po prostu – jest towar, to pakujemy go na ladę, a publiczność to kupi, ponieważ lubi produkcje o historii.

Matactwa językowe

W tych programach o historii pojawiają się również perełki niewiedzy historycznej. W filmie o zbrodniach niemieckich oddziałów Einsatzgruppen lektor czyta, że były to oddziały Ajnszacgrupen. A to po polsku należy wymawiać: ajnzacgruppen. Ale cóż, lektor i technik nie znał niemieckiego, a redaktora i historyka nie wpuszczono, bo chcieliby pieniędzy.

W programie o olimpiadach Grecji objawiła się znana grecka bogini najki. Jakby to wytłumaczyć… O oszczędnościach już pisałem, ale też zastanawia, że ani lektor, ani technik nie zauważyli komizmu tej pomyłki. Przecież Nike naprawdę nie chodziła w trampkach.

W programie o współczesnych olimpiadach słyszymy, że zawodnik zachowuje olimpijski spokój. Był olimpijski pokój, ale o spokoju usłyszałem raz pierwszy. Zastanawia mnie czy naprawdę współtwórcy tego programu nie słyszeli, że na czas antycznych olimpiad ogłaszano pokój między greckimi plemionami?

Zdarzają się też upiorki gramatyczne. W dokumencie o lądowaniu wojsk USA na plażach pomiędzy Cannes a Tulonem w 1944 roku słyszymy: straty wynosiły kilkadziesiąt zabitych. Czyli, tłumacz może i zna angielski, ale z polskim idzie mu marnie. Bo te straty wynosiły kilkudziesięciu zabitych.

Myślę, że sporo wyjaśni mechanizm produkcji. Najpierw wyprodukowany gdzieś w świecie film/program dokumentalny/historyczny trafia do Polski. Do filmu załączone są listy dialogowe, które – chciał nie chciał – trzeba przetłumaczyć i zapłacić. Plotka głosi, że ze względu na cenę angażuje się do tłumaczenia studentów anglistyki, germanistyki lub romanistyki – w zależności od kraju producenta. Taki młody człowiek tłumaczy i potem tekst trafia do produkcji, czyli do nagrywania. Następnie angażuje się lektora oraz technika dźwięku. Pierwszy siada z jednej strony szyby studia, drugi z drugiej strony, przy pulpicie. I nagrywają. Choć nie! Lektor ma tuż obok tekstu przycisk, który uruchamia, gdy wydaje mu się, że coś przeczytał źle. I żeby zaznaczyć miejsce, które trzeba nagrać jeszcze raz. Ergo – lektor może sam u siebie zauważyć jedynie pomyłki dykcyjne, wymawianiowe. Ale w tekst nie ma prawa ingerować.

To smutne jak bardzo ogólna, a tak podstawowa, wiedza o cywilizacji szerokim łukiem omija programy historyczne. A właściwie ich twórców. Kiedyś producent „spolszczenia dokumentu” angażował do pracy historyków i redaktorów. Teraz już nie, bo „minimalizujemy koszty, czyli minimalizujemy wiedzę”.