BEATA ADAMCZYK: Wolność słowa a etyka dziennikarska

Dziennikarze poprzez przekazywanie informacji o ważnych wydarzeniach społecznych pobudzają ludzi do wychwytywania wspólnych, ważnych spraw i do realizacji razem określonych zamierzeń. Cechami ich informowania była wiarygodność i umiejętność przekazania jej w sposób, który przekona odbiorców, że przesłanki zawarte w tekstach są istotne i przekazane czytelnikom bez zuchwałości, ale i bez lęku (łac. nec temere, nec timide). Spełnić ten ostatni warunek może osoba, która ma znaczącą wiedzę o tym, o czym wypowiada się w formie pisemnej, tak by mogli zapoznać się i odnieść do prezentowanych informacji inni eksperci i zainteresowani.

 

Teraz trwają dyskusje, czy dziennikarze mogą być uznani za „osoby zaufania publicznego”, co zwłaszcza prawnicy chętnie opiniują. Czyżby była to forma mimowolnego rewanżu za to, co dziennikarze wyciągnęli na światło dzienne o środowisku jurystów…? Ale mniejsza z tym. Dziennikarze powinni dociekać prawdy –  i to jest istotą ich pracy w każdej redakcji, w której reporter czy publicysta pisze zgodnie z ich sumieniem i etyką dziennikarską.

 

Nie tak dawno, nieco ponad sto lat wcześniej warszawski kronikarz Bolesław Prus nakreślił osobę dziennikarza, obecnego przy otwarciu sklepu Wokulskiego jako niezależnego augura, którego wypowiedzi  były znaczące dla dobrego handlu, czyli uczciwych kupców, oferujących towar zgodnie z potrzebami czy upodobaniami klienta i możliwościami ich kieszeni. Z pewnością ówczesny redaktor zdawał sobie sprawę, że przekazanie jego informacji jest obopólnie ważne: i dla polskiego biznesu, i dla dobrego imienia redakcji czasopisma, którą reprezentował. Chapeau bas!  A jeśli już cofnęłam się do czasów zaborów – kiedy walka o  utrzymanie polskiej kultury i naszego języka była codziennym obowiązkiem wszystkich Polaków – warto pochylić się nad wnikliwym i stanowczym protestem patriotycznym chociażby „Gazety Warszawskiej”, założonej w 1793 r., paradoksalnie przez targowiczanina Tadeusza Włodka i wznowionej przez Anotniego Lesznowskiego (ojca), który zapewniał o celach, jakie mu przyświecały: „Szczęśliwa jest redakcja, że pisać ją będzie w czasach powstającej Ojczyzny, w czasie, w którym wolno jej jest uderzać śmiałym czołem na bałwan przesądów i kreślić prawdziwe patriotyzmu wzory lub dzieła rycerskie wybijających się Polaków z haniebnego jarzma, obcej przemocy”. Tym samym walka o informację była ważna dla patriotów, chcących utrzymać pojęcia ważne dla kultury polskiej. Wojnę informacyjną pomiędzy gazetami na europejskim forum wydawnicznym i ówcześnie stosowanymi formami przekazu infomacyjnego jak spotkania salonowe, wydawca i redaktor naczelny „Gazety Warszawskiej” Antoni Lesznowski (syn) przypłacił swoim zdrowiem, a długotrwały stres doprowadził do tego, że zmarł na zawał serca (1859). Dla polskiego środowiska dziennikarskiego wprowadził znaczące zmiany, zapewniające im stałe dochody poprzez umowy, w których były podane honoraria współpracowników. Wojna polskiej redakcji zaczęła się od wskazania przez dziennikarzy faktu pomijania, a tym samym zamierzonego lekceważenia przez niektóre media, ważnych wydarzeń kulturalnych, co oznaczało wybiórczość w informowaniu. „Wojna żydowska” została bezpośrednio wywołana ostrą wypowiedzią Józefa Keniga w sprawie dotyczącej koncertu dwóch skrzypaczek z Moraw – Marii i Wilhelminy Neruda, wydrukowanej w „Gazecie Warszawskiej” w nrze 4. z 1859: „Panna Neruda, jak widać, nie posiada łask w pewnej licznej koterii uchodzącej i uchodzić pragnącej za muzykalną. Brak jej orlego nosa, cery śniadej, czarnych włosów (…) nazwisko jej nie kończy się na –berg, -blat, -kranc, -stern lub podobnie, brak jej więc tytułów do poparcia ze strony tego tajemniczego związku, który nasiadł całą Europę, a zwłaszcza nas, i trzymając się ściśle, popycha każdego ze swoich, czy to on bankierem, czy tenorem, czy spekulantem, czy skrzypkiem. A związek ten popychać umie wszystkim, reklamą, oklaskiem, wrzaskiem, pieniędzmi nawet. Tej to potęgi – w naszym mieście potęga to prawdziwa – nie umiała sobie zjednać panna Neruda…”. Lesznowski miał zamiar poprzeć opinie zawarte w recenzji Keniga, jednak postanowienia cenzorów spowodowały, że redakcja nie mogła skomentować zaistniałej sytuacji. Wspomniany list ten został rozprowadzony po warszawskich salonach. Władze carskie postanowiły zaognić ten konflikt publikując artykuł o prześladowaniu Żydów w brukselskim „Observateur Belge”, które było wspieranym finansowo przez cara. Lesznowski odczuł skutki działań ówczesnych lobbystów, których działania zwięźle przedstawiła w odpowiedzi na jego list redakcja krakowskiego  „Czasu” i wyczerpująco uzasadniła, dlaczego nie może opowiedzieć się oficjalnie po stronie redaktorów gazety broniącej polskich wartości, czyli uczciwości dla drugiej strony, jasnej i nieokrojonej informacji, honoru i prawdy: „Wyzwalibyśmy do walki całe dziennikarstwo niemieckie, szczególnie wiedeńskie, będące wyłącznie w rękach Żydów. Bo jeśli Żydzi są tak silni w Warszawie, iż swym wpływem na cenzurę wzbronili wam odezwać się, to daleko większą przewagę mają w Wiedniu” (K. Bartoszewski, Wojna żydowska w roku 1959. (Początki asymilacji i antysemityzmu). Warszawa-Kraków 1913). Lesznowski wniósł tę sprawę na wokandę sądową, ponieważ poczuł się w tej sytuacji nie tylko znieważony, ale i bezradny i w związku z nasilającymi się pogróżkami zwrócił się do policji o wsparcie w zapewnieniu osobistego bezpieczeństwa. 28 kwietnia 1859 r. sąd skazał Lesznowskiego za obrazę, zwrot kosztów procesu i 3 miesiące domu poprawczego. Jednak gdy cenzura nie pozwoliła na ogłoszenie tego wyroku, Lesznowski wystąpił, podobnie jak oskarżeni Żydzi, z apelacją. Ponowne rozpatrywanie sprawy nie odbyło się, gdyż Lesznowski 13 października 1859 r. zmarł na atak serca, a za ostateczne zaś zakończenie tej wojny można uznać broszurę Joachima Lelewela pt. Sprawa żydowska w r. 1859 w liście do Ludwika Merzbacha rozważana. Szkic historyczny daje wyraźnie odczuć, jak ważnym instrumentem ówczesnych monarchów i polityków była prasa do prowadzenia ich działań politycznych oraz oddziaływania na poddanych i opinię publiczną w innych krajach europejskich.

 

Można uznać, że obecne reguły dziennikarskie są prostsze, czyli zawsze przedstawiona informacja powinna być obiektywnym stanem rzeczy, dopiero po tym możemy zamieścić swoją opinię w formie publicystycznej czy komenatrza. Rozterki pojawiają się, gdy zacznamy zastanawiać się, gdzie kończy się informowanie, a zaczyna przedstawienie swojej opinii. Od tego momentu rozpoczynają się naukowe rozważania redaktorów, czy i do jakiego stopnia informacja chroniona przez prawo do tajemnicy dziennikarskiej, może być zastosowana do celów pijarowskich czy wręcz propagandowych. Cóż, duo cum faciunt idem, nono est idem lub jak ujął to poetycko Cyprian K. Norwid: „Różnić się pięknie i mocno”. Każdy ma prawo do wolności słowa oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, co przekłada się na dotarcie do źródeł i badanie prawdy. W czasie lektury pozostaje nam ocenić, czy autor pisząc artykuł opierał się na autocenzurze czy na sumieniu. Trudno utemperować emocje, gdy piszemy o sprawach, na których najlepiej się znamy, a więc często dotykających nas bezpośrednio. Publicyści starają się przekonująco uzasadniać swoje stanowiska, by oddziaływać skutecznie na odbiorcę, tak jak ich wcześniejsi protoplaści m.in.: Jan Ostroróg, Stanisław Orzechowski, Andrzej Frycz Modrzewski w traktatach politycznych, ks. Piotr Skarga w „Kazaniach sejmowych” i później w warunkach kształtującego się rynku prasowego np. bp. Ignacy Krasicki, współpracujący z „Monitorem” (1765 – 1785) oraz Adam Naruszewicz w „Zabawach Przyjemnych i Pożytecznych” (1770-1777).

 

Dzisiejsi publicyści także posługują się argumentacją, by jak najbardziej skutecznie przekonać do ich racji, zaś czytelnicy mogą dobrać gazety i periodyki stosowne do ich poglądów. Odbiorców mogą zastanawiać cele i jakość informowania oraz kryteria etyki dzienniarskiej stosowanej wówczas i obecnie w mediach: czy mówimy o publicystyce czy już o medialnym lobbowaniu polityki, jaką popierają wydawcy czy ich współpracownicy i chcą jej wprowadzenia w dziedzinie gospodarczej? Mój komentarz kończący te krótkie rozważania – biorąc pod uwagę istotę tematu – sprowadza się do tego, że w sprawach mających przełożenie na dobro codzienne dla nas i naszych bliskich wolimy wybierać multum, non multa, czyli najlepszej jakości, choć w skromnej ilości, aniżeli być mamionymi obietnicami lub zwodzonymi przez informacje w sposób błędny sformułowane lub niewłaściwy realizowane.

 

BEATA ADAMCZYK: Zanurzeni w chaosie informacyjnym?

Znaczenie udostępnianych nam informacji na podejmowane decyzje jest bezdyskusyjne – jak uporządkować, by uniemożliwić ich negatywny wpływ na obywateli, którzy w oparciu o nie kształtują swoje działania w ważnych dla nich sprawach? I to w czasach, gdy opinie i doniesienia prasowe mogą wywołać pozytywne jak i negatywne skutki dla decyzji politycznych, bessy na giełdach i dla przeciętnych obywateli? Sprawdziłam przeprowadzając mini-research w gronie najbliższych seniorów, co zmieniło się przez dekady wolnej Polski. Kierowałam się w doborze tym, że każdy z nich prowadził działalność gospodarczą, przy której korzystał z usług prawnych i mógł ocenić jakość informowania wtedy i dziś oraz wzrost biurokracji w ostatnim trzydziestoleciu.

 

Coraz bardziej jest dla mnie zastanawiający brak informacji w mediach głównego nurtu o ustaleniach polityków odnośnie głównych graczy na polskim rynku rolnym. Obowiązek przekazania takich informacji i danych ważnych dla decyzji, które rolnicy podejmują na co dzień, został scedowany w całości na redakcje czasopism branżowych. Brak takiej informacji wszyscy ankietowani ocenili jako poważne zaniechanie polityczne, które przełoży się na dokładniejszą weryfikację informacji odbieranych z mediów ogólnopolskich zarówno przez rolników, jak i konsumentów.

 

Do nas jako społeczeństwa powinny docierać informacje, jakie czynniki wpływają na ceny żywności przy współudziale lobbystów interesów firm zagranicznych i pośredników. Informacja o tym, że wprowadzenie zakazu stosowania soi genetycznie modyfikowanej do pasz dla zwierząt jest przesuwane od wielu lat, świadczy o tym, że decyzje legislacyjne na najwyższym szczeblu nie są korzystne dla polskich rolników. A do czego obecnie sprowadza się import? Im więcej pośredników, kosztów logistycznych tym bardziej obciążane są nasze kieszenie i żołądki, gdyż sprowadzane pasze czy mięsa są niższej jakości niż te z polskich gospodarstw. Media powinny nas o tym wyczerpująco informować, a my wiedzielibyśmy jak gospodarować środkami z naszych portfeli. Jest to konieczny warunek, jeśli mamy opierać się na normach zaufania, a te powstają na podstawie umowy społecznej pomiędzy politykami a ich wyborcami.

 

A może obecny miszmasz medialny jest zamierzony, czyżby czujność dziennikarska została uśpiona, przez co nie dostrzegli braku przepływu informacji w najwyższym gremium decyzyjnym, czyli rządzie? A może obawa, że reakcja odbiorców mogłaby się okazać zbyt spontaniczna i negatywna? Do tego może doprowadzić słaby obieg informacji, czyli postawienie „szklanej ściany” uniemożliwiającej komunikację społeczeństwa z przedstawicielami. Decydowanie – a szczególnie w polityce – jest bardzo ściśle zależne od informacji i powiązane z komunikacją społeczną. Obraz sytuacji, którą powyżej przedstawiłam wynikł ze szczątkowych i niepełnych przekazów, które media wyemitowały w ostatnich dniach. Nie usprawiedliwiam, ale staram się zrozumieć dziennikarzy – w większości osoby z wyższym wykształceniem – i to że mogą wahać się, jak odnieść się do wypowiedzi decydenta politycznego, w której jest podważona zasada prawa rzymskiego, czyli jednej z podstaw naszej cywilizacji: przed wydaniem sądu należy wysłuchać obu stron (audi alteram partem). I tak dotarłam do jądra niepokoju, czyli że została przekazana niepełna informacja, w której są racje tylko jednej strony, bagatelizującej skutki społeczne. Drugą stroną jest były minister rolnictwa J. K. Ardanowski z poplecznikami politycznymi i wzburzoną wsią. Rola Ardanowskiego w rozmowie z liderem PiS sprowadziła się do oddzielenia ziaren prawdy od zafałszowanej reszty, a co zastanowiające – przez polityków na szczeblach o różnej gradacji decyzyjnej. Mianowicie, stwierdził z całą odpowiedzialnością, że komisarz UE ds. rolnictwa przedstawił nieaktualne dane z 2013 r. , co z pewnością nie było pomocne dla polityków krajowych, chcących poprzeć naszych rolników w znalezieniu dobrych kontrahentów na rynkach światowych. Są to niewłaściwe manewry wskazujące, że informacja stała się instrumentem politycznym, zamiast łącznikiem ze społeczeństwem. Następnym świadomym zafałszowaniem jest podanie zmniejszonej liczby rolników, którzy stracą na „piątce dla zwierząt”. Ardanowski zaopiniował, że faktycznie ten akt prawny przyniósłby bardzo niekorzystne skutki dla 350 tysięcy gospodarstw rolnych. Nietrudno wyobrazić sobie dalsze konsekwencje dla rolników i ich rodzin.

 

Następnym działaniem, którego konsekwencje mogą być wręcz zabójcze jest wprowadzenie umowy pomiędzy UE a krajami Ameryki Płd., której sprzeciwili się zarówno premier Morawiecki jak i ówczesny minister rolnictwa J. K. Ardanowski. Przyczyny można jasno wskazać, że jest to cios w polskich rolników i pozbawienie klientów dobrego, polskiego mięsa (co potwierdzili konsumenci w Izrealu) na rzecz mięsa o wiele niższej jakości z krów pasących się na ugorach pozostałych po lasach amazońskich. Badania Narodowej Federacji Związków Rolników (FNSEA) wykazały, że około 74% produktów używanych w Brazylii jest zakaznych w rolnictwie w UE, np. w Brazylii w ostatnich latach autoryzowano 240 takich środków.

 

Porównując znaczenie rynków krajów muzułmańskich (miliard sześćset tysięcy potencjalnych klientów) i krajów Mercosur dla naszych rolników i naszego budżetu jest niepojęte jak profesjonalista ds. rolnictwa, wysłany z Polski do Brukseli, by tam stawać w obronie naszych interesów, chce doprowadzić do bankructw polskich gospodarzy. Na takie zagrożenie wskazują dane zgodne z wyliczeniami ekspertów z London School of Economics, że import wołowiny z Ameryki Płd. do UE może wzrosnąć od 30% – 64% zgodnie z założeniami tej umowy handlowej, oprotestowanej przez rolników, ponad 200 naukowców polskich i z innych krajów Unii oraz 340 organizacji, którzy wystosowali list do KE, by nie podpisała tej umowy oraz mocno skrytykowanej przez polityków – począwszy od  eurodeputowanego Billa Kellehera, do którego następnie dołączyli Emmanuel MacronAngela Merkel. Jest obecnie blokowana przez rząd Austrii, odrzucona przez m.in. Niderlandy, Francję, Luksemburg, Irlandię i Belgię. Z pewnościa realnymi beneficjentami tej umowy są Stowarzyszenie Niemieckiej Inżynierii Mechanicznej i Zakładowej, Niemiecka Izba Handlowo-Przemysłowa i inni powiązani z potencjalnym eksportem samochodów z UE do krajów Ameryki Łacińskiej.

 

W komentarzach na portalach prasy internetowej rolnicy uznali, że z dotychczasowych ministrów najlepszym reprezentantem ich interesów był J. K. Ardanowski, gospodarz z kujawsko-pomorskiego. Mają solidne podstawy, by tak sądzić, gdyż Ardanowski – pomimo że zapłacił za swoją postawę utratą pozycji politycznej – stanął twardo w obronie stanowiska, że: „nie ma możliwości rekompensowania przez wiele lat strat rolnikom ze względu na zakaz uboju rytualnego. Nie ma takich możliwości, by Komisja Europejska nawet środkami krajowymi, już nie mówię o unijnych, pozwoliła płacić za straty lat przyszłych”. Odsunięcie na bok Ardanowskiego nie zostało uzasadnione podaniem wyczerpującej informacji, na  czym swoją decyzję oparło kierownictwo partii rządzącej.

 

Brak takiej informacji przełoży się na utratę zaufania rolników i związanych z nimi dostawców z polskiej wsi na wiele kolejnych lat dla partii rządzącej, bowiem może być poczytany jako wyraz zlekceważenia istotnej grupy wyborców. Syntetyczna wypowiedź Ardanowskiego, wskazuje jak ważnym elementem polityki powinny być sprawy polskiej wsi: „PiS realizując dobry program rolny, nad którym pracowałem z innymi twórcami przez ostatnie lata, jest w stanie odzyskać zaufanie polskiej wsi, które zostało zniszczone tą głupią ustawą (red.: „piątka dla zwierząt”). Lansowanie tej ustawy w sposób definitywny sprawi, że wieś już nie uwierzy Zjednoczonej Prawicy, to jest samobójstwo polityczne. A bez wsi i moich kolegów z PiS, ostrzegam – bez wsi nikt nie wygra wyborów w Polsce (…) i nie rozumie rewolucji godności, która zachodzi na wsi”. Jest to potwierdzeniem, że wieś i rolnictwo są strategiczne dla gospodarki i silnym rdzeniem polityki narodowej. Wypowiedź doświadczonego rolnika wskazuje, że polskie rolnictwo powinno mieć nie tylko  odrębne ministerstwo, ale także silne przedstawicielstwo w rządzie, np. minister rolnictwa piastujący funkcję wicepremiera. Nie wymaga komentarza powstanie frakcji rolników w PiS, obecnie przebijające się do świadomości publicznej. Świadczy to o sile jaką pokazuje polska wieś, która będzie znaczącym graczem sceny politycznej.

 

Czy obecny minister rolnictwa pracami i propozycjami odnośnie nowelizowanej ustawy o roboczej nazwie „piątka dla zwierząt” pozyska zaufanie wyborców ze wsi? Jest to tym bardziej istotne, gdyż w najbliższym czasie zostaną podjęte decyzje odnośnie odrzucenia lub zaaprobowania umowy krajów UE z Mercosur, których niekorzystne skutki mogą przełożyć się na wiele następnych lat.

 

Uwzględnienie społecznych oczekiwań w działaniach politycznych jest istotnym elementem budowania sprawnego państwa, w oparciu o kulturę zaufania będącej podstawą do: wyzwolenia i mobilizacji ludzkich działań, uwolnienia kreatywnej przedsiębiorczości i wzrostu gospodarczego, wzbogacenia sieci międzyludzkich więzi, wzmocnienia tożsamości zbiorowej i solidarności oraz zwiększenia szansy na współpracę między ludźmi, nawet jeśli ich poglądy są odmienne. Ludzie nie są bezwładną masą, za którą decyzje mające wpływ na ich życie i życie ich rodzin podejmują inni. W tym kontekście ważne wydają się słowa Ludwiga von Bertallanfy’ego: „Społeczeństwo ludzkie opiera się na osiągnięciach jednostek i jest skazane na zagładę, jeśli jednostka stanie się trybem w społecznej maszynie” (Bertallanfy von L., General System theory: Foundations, Development, Applications, New York: George Braziller, revised edition 1976).  Podpisuję się pod tymi refleksjami z nadzieją, że media i politycy także je uszanują i przełoży się to w najbliższym czasie na jakość informowania, które jest tak zaczące dla jakości życia nas, obywateli.

 

Dziennikarz nie powinien cenzurować – rozmowa z posłem JANEM K. ARDANOWSKIM

Beata Adamczyk: Poprosiłam Pana o opinię, gdyż zastanowił mnie Pana komentarz na profilu Facebooka, w którym zarzucił Pan dziennikarzom opublikowanie niepełnej wypowiedzi. Facebook jest dostępny dla każdego, a  to o czym Pan napisał, jest z pewnością sprzeczne z etyką dziennikarską i dlatego zwróciłam się do Pana, by się odniósł i przedstawił swoje stanowisko.

 

Jan K. Ardanowski: Nie zabiegałem szczególnie u dziennikarzy o rozmowy ze mną, raczej wielu z nich o to zabiegało, bo odwoływanie ministra jest medialnie atrakcyjne. Są media, z którymi się nie kontaktuję, np. TVN, czy „Gazeta Wyborcza”, gdyż dla człowieka, o skrystalizowanych prawicowych poglądach jak ja, współpraca z mediami, które ingerują w polską politykę i nienawidzą obecnego  rządu jest nie do przyjęcia. Zgodziłem się jednak udzielić wywiadu, skoro zwrócił się do mnie dziennikarz z prawicowej redakcji, takiej jak portal Niezalezna.pl. Uprzedziłem, że nie chcę stawiać go w trudnej sytuacji ze względu na moje odrębne od Nowogrodzkiej poglądy na zw. piątkę dla zwierząt, ale zapewnił, że wypowiedź zostanie opublikowana w pełnej formie, tak jak chcę. Chociaż mam zaufanie do prawicowych mediów i nie żądam autoryzacji, to tu, ze względu na drażliwość tematu i konieczność ważenia każdego słowa, uznaliśmy wspólnie, że doprecyzuję moją wypowiedź po przesłaniu mi tekstu spisanego z rozmowy telefonicznej. Po przysłaniu tego tekstu zauważyłem, że dziennikarz wybrał tylko fragmenty wypowiedzi i to nie najistotniejsze z mojego punktu widzenia. Uzupełniłem tekst, który nie był już kwestionowany. Pan redaktor poinformował mnie sms-em, że moja wypowiedź bez uwag i poprawek ukaże się rano. Jednak okazało się, że zostały opublikowane tylko wyjęte fragmenty z tekstu, jeszcze okraszone złośliwymi uwagami ze strony posła Suskiego, który z pewnością musiał wcześniej zapoznać się z tym tekstem.

 

W czasie, gdy przekazywał Pan obowiązki ministra swojemu następcy, Pana opinie były publikowane przez wiele redakcji. Czy są wśród nich takie, które ocenił Pan jako wiarygodne?

 

Różnie dziennikarze podchodzą do wywiadów. Często chcą, by powiedzieć dokładnie to, co chcieliby słyszeć.   Z rozgłośni, z którymi współpracuję, choć nie jedyną, która nie manipulowała rozmową ze mną było Radio Wnet. Są trudne pytania, ale nigdy nie było przekręcania [red. – wypowiedziami], w tym znaczeniu, że ja biorę odpowiedzialność za swoje słowa, ale dziennikarz nie wyrzuca części, nie ma przekłamania.  Ani Skowroński, ani żadna z dziennikarek. Ja brałem odpowiedzialność za swoje słowa, a dziennikarz nie cenzuruje. W polityce nie ma łatwych pytań i czasami trudno na niektóre odpowiedzieć. Bardzo mnie zmartwiło, że Niezależna.pl chciała udowodnić tezę wcześniej przyjętą, że moja determinacja w walce z absurdalnie głupią i szkodliwą dla rolnictwa ustawą wynika z pretensji, że zostałem zdymisjonowany. To miało osłabić wiarygodność mojej osoby. Dla mnie przede wszystkim względy merytoryczne są istotne, a konsekwencje polityczne mojej decyzji znałem wcześniej. Wieś jest rozczarowana tą ustawą i bardzo negatywnie odnosi się teraz do PiS. Co teraz należałoby zrobić? Trzeba wykorzystywać stworzony przeze mnie system konsultacji ze środowiskami rolniczymi. W Klubie Parlamentarnym PiS należy powołać frakcję rolną, która będzie przedstawiała interesy wsi. Byłoby to sito, stworzone z parlamentarzystów znających złożoność sytuacji ekonomicznej, społecznej i politycznej na wsi znacznie lepiej, niż kierownictwo partii, lub „młodzieżówka” PiS. Taka ustawa [red. o ochronie zwierząt] powinna  być propozycją rządową, a nie grupy bliżej nieokreślonych, jak w tym przypadku, posłów. Należy wykorzystać prace, które zostały wykonane w ministerstwie. Wiele do powiedzenia powinien mieć powołany przez mnie pełnomocnik ds. ochrony zwierząt, który szuka dobrych rozwiązań dla dobrostanu zwierząt. W tym wywiadzie zależało mi na precyzyjnym przedstawieniu moich poglądów, z którymi można się nie zgadzać, a nie podsumować je jakimś obraźliwym banałem, że „pewnie Ardanowski się obraził i dlatego krytykuje ustawę”.

 

Z pewnością ta konfliktogenna ustawa obrazuje różnice w pojmowaniu realiów wsi przez utrzymujących się z gospodarstw rolników i inteligencję, która zna wieś z poezji lub teoretycznych opracowań naukowych. Nawet innowacyjne przedsięwzięcie PAN wzorowane na brytyjskich, prestiżowych uczelniach Cambridge i Oksford, a zgodnie z jego założeniami polscy naukowcy mieli służyć wiedzą do rozwiązywania praktycznych problemów przedsiębiorców w Polsce, mówiąc wprost – zbankrutowało. A jak Pan przewiduje dalsze posunięcia odnośnie tzw. piątki Kaczyńskiego?

 

Wyjdzie pewnie na moje, ponieważ PiS zaczyna się rakiem wycofywać z tej ustawy. Zapowiedziano, że nie będzie dalej procedowania, ale zostanie napisana nowa. Znowu przez posłów, a nie przez rząd. Ale wydaje mi się, że tam walczą ze sobą jakieś dwa poglądy. Z jednej strony: iść twardo w zaparte, że zwierzęta najważniejsze i my się z niczego nie wycofamy. Nawet to nie zwierzęta są najważniejsze: nie można się wycofać z niczego, co prezes namaścił i pobłogosławił. A po drugie: już chyba nawet do tego przekonał się. obecny minister, który powiedział, że trzeba napisać na nowo tę ustawę, bo zapisy w niej wzajemnie sobie zaprzeczają. A ja właśnie tego chciałem, czyli tę odrzucić i zacząć pracować nad ustawą, która faktycznie ureguluje status zwierząt, określi warunki dobrostanu, a także warunki ingerecji np. podmiotów społecznych. Moim zdaniem, te ostatnie – to absurd. To państwo może interweniować, a nie działacze społeczni. To nie może być propozycja poselska, ani żadna „wrzuta” z Nowogrodzkiej, ale uczciwie przygotowana i procedowana ustawa rządowa, uwzględniająca oczekiwania polskich rolników. Już poniosłem konsekwencje polityczne, ale politycy PiS będą starali się dowieść, że to nie moje wypowiedzi ich zmobilizowały, ale, że  sami doszli do wniosków, które były podstawą mojego sprzeciwu.

 

W ostatnich latach Pan zajmował się na tyle skutecznie sprawami rolników, by pozyskać ich zaufanie. Co Pana zdaniem należy zrobić, by ponownie przekonać rolników?

 

Ma pani rację, te ponad dwa lata mojej pracy także z Prezydentem RP Andrzejem Dudą spowodowały, że rolnicy się otworzyli na PiS. Zaszła rewolucja godności na wsi, ludzie nie czują się kimś gorszym, od tych którzy poszli do miasta. Nie tylko ze względu na  zasługi historyczne poprzednich pokoleń chłopów, walczących o wolność i niepodległość, czy przeciwstawiających się komunistycznemu reżimowi, ale też ze względu na ich ważną rolę obecnie w społeczeństwie, ponieważ zapewniają bezpieczeństwo żywnościowe, dbają o tereny wiejskie, rozwój społeczny i ekonomiczny mniejszych miejscowości. Czują się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, pomimo że społeczeństwo nie zawsze ich rozumie, czy wręcz lekceważy, co przekłada się na zaprzeszłe spory ideologiczne jeszcze z XIX wieku, podział na inteligencję z miast, która przenosiła cechy pozytywne i pazerne, ciemne chłopstwo. I to nadal pokutuje. Nie ma obiektywnej narracji na temat wsi – albo się bierze prymitywne, wyolbrzymione przypadki patologii wiejskiej, albo pokazuje się ludzi bogatych, ale prymitywnych i chamskich, rozbijających się w swoich luksusowych samochodach. Generalnie nie ma obiektywnej, analitycznej oceny. A odnośnie mediów, też jest wyraźny podział na te, które albo się „specjalizują” w krytyce wsi, albo typowo rolnicze. Ze swojej strony występując wielokrotnie w mediach starałem się przedstawić, że wieś jest pełnokrwistą częścią narodu i społeczeństwa oraz że [red. – jej mieszkańcy] mają swoje poglądy, zainteresowania. Nie są zaprogramowani tylko i wyłącznie na produkcję rolniczą. Są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa i ich prawa powinny być rozumiane. Trzeba im pozwolić się wypowiedzieć, chociaż czasami robią to siermiężnie, bo nie mają biegłości wypowiedzi. To zaczęło pozytywnie ujawniać się na wsi, ludzie mówią: „no tak, zaczynają o nas mówić. Nie tylko w programach typu: „Rolnik szuka żony”, ale także że jesteśmy ważni, nie jesteśmy gorsi, mamy swoje sprawy i interesy. PiS zaczyna bronić naszych interesów, czyli warto na niego postawić. Chociaż my do końca żadnej partii nie ufamy, ale tutaj jeden z nas, rolników został ministrem i w naszym imieniu twardo występuje. A z drugiej strony – wymaga od nas. Niejednokrotnie „twardo” [red. – do nas] mówi. Prezydent go słucha, premier lata z nim po polach, stodołach i liczy się z jego zdaniem, czyli ma wpływ na politykę PiS, także w tak ważnych sprawach, jak pomoc krajowa, np. dotycząca klęski suszy i różne inne, twardo walczy w Brukseli. Podsumowując: warto stawiać na PiS”. I przychodzi ustawa, jedna głupia ustawa, która rozsypała w proch całe to zaufanie dla PiS. Konsekwencje tego i swoje pretensje rolnicy kierują bezpośrednio do mnie: „zaufaliśmy Ci, byłeś jakimś żyrantem PiS-u wobec rolników i wsi. Ciebie wyrzucili, a nam chcą zaszkodzić”. To będzie podsycane przez Konfederację czy PSL, który szampany otwiera i z pewnością wykorzysta okazję przejęcia elektoratu, który jest wręcz przekazywany do ich rąk.

 

Konsekwencją ustawy ochrony zwierząt było, że spora grupa posłów wyłamała się z dyscypliny partyjnej i zagłosowała przeciwko piątce Kaczyńskiego. Czy jest to sygnałem wyłaniającej się frakcji rolniczej?

 

Zastanawiam się nad tym. Frakcji może tak, ale nowej partii chłopskiej nie. W Europie się to nie sprawdziło, nie ma liczących się partii chłopskich. To było i minęło. W tej chwili żeby w sposób nowoczesny i mądry zadbać o interesy wsi, to trzeba być wbudowanym w ogólnonarodowe partie. I dlatego zdecydowałem się na PiS. Inna sprawa, że ja od prawie dwudziestu lat jestem w tej partii, ciężko pracując na jej wizerunek. To nie tak,  że mnie to coś dało. Jeżeli chodzi o stanowisko ministra, to mnie poproszono o to, bym ratował dramatycznie pogarszający się wizerunek PiS i spadające poparcie na wsi. Ja nikogo nie „wygryzłem”.

 

Życie nie lubi próżni, a elektorat wiejski jest łakomym kąskiem do zagospodarowania?

 

Jednym z wariantów, który, niestety, staje się coraz bardziej realny to powtórzenie fenomenu Samoobrony i Leppera. Wieś, która nie ufa władzy, staje się albo radykalna w swoich, czasami nierealnych żądaniach, albo, co jeszcze gorsze, staje się bierna i pasywna w poprawianiu swojego losu. Zrewoltowany ruch chłopski, walczący radykalizmem i destrukcją o popularność jego liderzy, stają się „łakomym kąskiem” dla wrogów Polski. Ci, którzy występują przeciwko wszystkim, nierozumiejący pewnych konieczności historycznych, społecznych i ekonomicznych, np. wynikających z naszego członkostwa w UE, z pieniędzy, z braku możliwości, itd., może i uzyskują chwilową popularność, ale w pewnym procesie dziejowym wsi szkodzą, a nie pomagają. Zbudowałem system konsultowania wszystkich spraw dotyczących wsi i rolnictwa z bezpośrednio zainteresowanymi, czyli organizacjami rolniczymi, powołując tzw. Porozumienie Rolnicze. Prawie wszystkie spotykają się by rozmawiać o pojawiających się problemach, jak COVID, Zielony Ład, globalizacja itd., oraz przedstawiać propozycje rozwiązań, które ja, jako minister, starałem się realizować. Czasami jestem pytany o nowe organizacje, takie jak np. Agrounia, która  obrażając rolników z innych organizacji, takich jak Izby Rolnicze,  czy związki zawodowe lub branżowe, uważa, że protestami rozwiąże się chłopskie problemy i nie chce brać udziału w dyskusji. Cóż, każdy w demokracji może działać, jak chce. Jednak jak chce się zostać mężem stanu, przywódcą, to trzeba mieć ogromne rozeznanie w skomplikowanych zależnościach zachodzących w światowym rolnictwie, znać skutki swoich działań i brać za nie odpowiedzialność. Kiedy przed tą nieszczęsną „Piątką dla zwierząt” niektórzy chcieli robić protesty, to często słyszeli: „chłopie, my mamy ministra, który walczy o nasze interesy. Widocznie nic nie da rady więcej zrobić, my mamy do niego zaufanie. Nawet jak nie zawsze się z nim zgadzamy, ale widocznie nic więcej nie da rady”. Niektórym, „pompowanym” przez TVN i inne zaangażowane politycznie media, marzy się, by zostać współczesnym Lepperem. Otóż miałem okazję znać i pracować z przywódcą Samoobrony.  Lepper protesty traktował jak środek walki o jakieś cele, a nie sposób na uzyskiwanie popularności. Mimo wszystko pewien zdrowy rozsądek jednak miał. Byłem przez jakiś czas wiceministrem z PiS-u, który zastępował Leppera w MRiRW, więc miałem z nim do czynienia. Owszem, też grał, niewiadomo kto nim manipulował, nie wchodzę w dyskusję, czy Sumliński ma rację, czy nie. W każdym razie – jak przychodziło do jakiś zdroworozsądkowych decyzji, to Lepper potrafił powiedzieć, że mam rację i był w stanie ustępować. Podsumowując: jeśli wieś nie dostanie oferty, pokazującej, że się z nią liczymy i szanujemy, jednocześnie uczciwej rozmowy, co jest realne, co nie jest realne w sferze gospodarczej – to wieś się zrewoltuje. Z drugiej strony: popadnie w kompletną apatię i będzie pasywna politycznie, albo polityczni gracze typu Kołodziejczaka to zagospodarują.

 

BEATA ADAMCZYK: Informacja jest niezbędna dla świadomości społecznej obywateli

Prawo obywateli do informacji jest zapisane w konstytucji RP, a informacja jest bezsprzeczenie częścią kultury, która jest kreatywna. Co oznacza, że może być zarówno konstruktywna, a więc pozytywnie inspirująca, jak i destruktywna. Przekłada się to na celowość działań dziennikarzy, ale także posłów, ekspertów i innych decydentów, których opinie są wiążące i wpływają na realia życia na co dzień, a co w konsekwencji z pewnością przełoży się na ważny dla nas wszystkich stan naszych portfeli.

 

Dobry stan polskiego rolnictwa zarówno towarowego, jak indywidualnego, będącego bardzo ważną dziedziną gospodarki i fundamentem bytów znaczącej części polskich rodzin jest obecnie priorytetową sprawą dla wszystkich Polaków. Obszary wiejskie stanowią 94% naszego kraju i to one są podstawą utrzymania rolników i zapewniają bezpieczeństwo żywnościowe nam wszystkim. Jak trafnie i pięknie ujął ks. Jan Twardowski: „Tu Pan Bóg jest na serio pewny i prawdziwy/bo tutaj wiedzą kiedy kury karmić”. Hodowcy bydła, trzody chlewnej czy zwierzęt futerkowych zapewniają miejsca pracy nie tylko dla osób, które zatrudniają bezpośrednio, również producentom pasz i wielu innym pracującym w całym procesie hodowlano-przetwórczym.

 

W zaistniałej sytuacji należy jasno przedstawić opinii publicznej ważne argumenty stanowiska rolników, tak by ludzie mogli zdecydować, czy rezygnują np. z jedzenia miodu lub mięsa, tradycyjnych kożuchów, ponieważ w tym roku brakło miodu lipowego albo ASF świń doprowadziła do takiej sytuacji, że kupujemy od naszych rolników inne produkty, tak by z jednej strony zapewnić sobie dobrą, bezpieczną żywność a z drugiej – dochody naszym producentom żywnościowym, a tym samym płynność finansową ich gospodarstw.  Argumenty do tej pory przedstawiane mało odnosiły się do realiów polskich gospodarstw  rolnych czy oczekiwań polskich klientów. Były powiązane z opiniami osób, które przy pomocy niewystarczającego informowania przez media zostały ustawione w roli autorytetów-opiniodawców. Do zaistniałego konfliktu pomiędzy autorami kontrowersyjnej pod wieloma względami ustawy a rolnikami, protestującymi na obszarze całego kraju odniosło się niemalże pół tysiąca ekspertów w podpisanym liście oraz ich opiniach publikowanych na łamach czasopism specjalistycznych i w dziennikach ogólnopolskich. Opinie naukowców-sygnatariuszy tego listu są udostępniane głównie na stronach periodyków rolniczych, wskutek czego opinia publiczna pozostaje niedoinformowana, co uniemożliwia im wyciąganie właściwych wniosków, a dzięki temu bycia świadomymi uczestnikami w sprawach społecznych i gospodarczych.

 

Konstytucyjna wolność słowa zapewnia swobodę pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Właśnie teraz wskazana jest informacja, która wyjaśniłaby odbiorcom, dlaczego rolnicy są tak zdeterminowani, gdyż dla protestujących hodowla jest podstawowym źródłem ich dochodów, decydującym o egzystencji ich rodzin. Należy zaznaczyć, że hodowla zwierząt jest tylko jednym z ogniw łańcucha działalności rolniczej, a tym samym odciska się wręcz dramatycznymi konsekwencjami dla o wiele szerszej grupy niż bezpośredni hodowcy. Jako badacz jakości informowania rolników i mieszkańców wsi uważam, że jest wyraźny konflikt pomiędzy wiedzą rolników przekładającą się na realne prowadzenie ich gospodarstw i ferm a administracyjną urzędników, którzy wręcz narzucają władztwo biurokratyczne przeciwko naturalnym prawom, na jakich opiera się polska wieś i rolnictwo. W trakcie wprowadzania zmian związanych z transformacją ustrojową i gospodarczą rolnictwo zostało potraktowane jako dział produkcyjny gospodarki bez uwzględnienia aspektów kulturowych i społecznych czy specyfiki działalności rolników np. straty wskutek klęsk żywiołowych albo przekazywania dzieciom gospodarstw prowadzonych od pokoleń.

 

Rolnictwo było najbardziej obciążoną kosztami transformacji ekonomicznej gałęzią gospodarki (od 01.01.1990 r. radykalnie zwiększono oprocentowanie kredytów, co uderzyło zwłaszcza w rolników indywidualnych, PGR-y pozbawiono dotacji państwowych, co doprowadziło do ich szybkiego upadku, wprowadzenie  ograniczających rozwój gospodarstw „kwot mlecznych”, „limitów cukrowych”, których rekompensować miały dotacje unijne). Zostaliśmy bez przetwórstwa spożywczego sprzedanego obcemu kapitałowi, tzw. dotacje z funduszy strukturalnych UE były wykorzystywane w większości przez grupy uprzywilejowanych, co oznacza, że nie było do tej pory wdrażanej polityki, której celem byłby ogólnokrajowy, konsolidacyjny rozwój rolnictwa z polskim przetwórstwem spożywczym – od roli do stołu.

 

Bezdyskusyjnie ogromną zasługą polskich rolników było utrzymanie prywatnych gospodarstw rolnych w czasach komunizmu i sprostanie wyzwaniom i ograniczeniom, jakie przyniosła integracja gospodarcza z UE, a pomimo tych wszystkich trudności, dzięki swojej ciężkiej pracy i wiedzy opartej na własnym doświadczeniu i przekazanej przez antenatów udało im się obronić własność ich gospodarstw, a więc podstawowe prawo rzeczowe, w których oni sa faktycznymi decydentami. Próby obecnie wprowadzanych ograniczeń przez firmy zagraniczne, sprzedające pasze i warchlaki wątpliwej jakości doprowadza ich do pauperyzacji, czyli do roli robotników w formalnie ich gospodarstwach, tzw. „kontraktowych niewolników”.

 

Aktualna sytuacja w rolnictwie i najważniejsze zagrożenia, z jakimi bezpośrednio muszą sobie radzić rolnicy, nie są wystarczająco prezentowane w mediach publicznych, przez co społeczeństwo ma ograniczoną informację. A obecne manifestacje niezadowolenia wyniknęły z potencjalnych zagrożeń, które mogą doprowadzić do dalszego, drastycznego zniewolenia polskich gospodarzy. Odniesienie się ze zrozumieniem do protestów polskich rolników przekłada się na odpowiedzenie sobie na pytanie, czy jest ważne dla nas bezpieczeństwo żywnościowe Polski. Sądzę, że oprócz biznesowej strony, rolnicy utrzymują nasze wartości narodowe i jednocześnie walczą o utrzymanie polskiej ziemi w rękach Polaków. Jeśli zostaną pozbawieni realnych dochodów, przełoży się to na przejmowanie przez „inwestorów” ostatniego bastionu tożsamości polskiej i jednocześnie będzie to ostatni etap rozbioru gospodarczego Polski.

 

Zwróciłam się do znajomych pracowników weterynarii i ośrodków doradztwa rolniczego, by przeprowadzili sondaż wśród kolegów, po czym poinformowali mnie, że większość rolników, których obsługiwali i ich współpracowników, pojechała na protest do Warszawy. Rolnicy chcą całkowitego odrzucenia tej ustawy i po ostatnich zmianach w polskim rządzie jest coraz więcej głosów, że zostali pozostawieni sami sobie. W publicznych mediach nadal nie ma dyskusji z przedstawicielami grup społecznych ani programów publicystycznych odnoszących się do obecnie zaistniałej sytuacji, tak by merytorycznie wyjaśnić najbardziej palące problemy. Fermy zwierząt futerkowych w krajach, w których były dotychczas likwidowane, nie stanowiły tak znaczącej części produkcji zwierzęcej – poza Słowenią, do której dołączy wkrótce Polska – też w żadnym kraju UE nie ma tak drastycznych ograniczeń w uboju koszernym i halal, znacznie przekraczających wymagania zawarte w Karcie Praw Podstawowych UE.

 

Jeśli polski Sejm nie odniesie się poważnie do postulatów społecznych wyrażonych w manifestacjach rolników oraz przedstawicieli małych i średnich firm, będzie to oznaczało odstąpienie od solidarności ze społeczeństwem, co wskazuje na powrót do niechlubnych struktur z przeszłości – „nadbudowy” i „bazy”. Uważam, że biorąc pod uwagę protesty rolników i sytuację w Parlamencie, czyli wyraźny rozdział wśród parlamentarzystów na zwolenników naturalnej wsi i jej „ekologizacji”, należy wyraźnie określić stanowisko po stronie czyich interesów chcemy się opowiedzieć. Taka informacja jest konieczna, by społeczeństwo polskie było świadome realnych konsekwencji działań wynikających z decyzji polityków. Bez spełnienia tych wymogów media są tylko pijarowymi narzędziami, pejoratywnie określanymi jako disinfotainment, a takie działania ze strony informującego doprowadzą do zarzucenia wnioskowania refleksyjnego, czyli do dezorientacji społeczeństwa, a w końcowym rezultacie do manipulowania informowanymi. To uniemożliwia obywatelom bycia świadomymi uczestnikami w sprawach społecznych, a także by odbiorca na bazie współtworzonej z mediami informacji miał możliwość rozwoju w sobie postawę wolności i odpowiedzialności obywatelskiej.