Chichot trolla i cenzora – MIROSŁAW USIDUS o skutkach tzw. ACTA2

Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi. Faktyczną twarzą ACTA2 będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny.

 

W sprawie zamordystycznej dyrektywy zwanej u nas ACTA2 nadzieja umiera ostatnia. Z jednej strony widać jej pierwsze negatywne (zapowiadane przez wielu, w tym także przeze mnie) konsekwencje. Z drugiej – podjęto akcję prawną przeciw przyjętej w marcu regulacji i zrobił to  polski rząd, co zostało wśród internautów na świecie bardzo dobrze odebrane.

 

Spodziewaliśmy się, że filtry będą toporne, że wymagany przez Dyrektywę natychmiastowy prewencyjny filtr (wcześniej art. 13 potem zawarty w art. 17)  będzie działał prymitywnie i „po całości”, wycinając bez szczególnej dystynkcji bardzo wiele materiałów, które są całkowicie w porządku, jeśli chodzi o copyright, lub w ogóle nie powinny być objęte filtrowaniem, bo są to materiały z domeny publicznej, do których żadne „prawa autorskie” nie mają zastosowania. I od pewnego czasu mamy nowe bijące po oczach świeże przykłady, że obawy były słuszne. Filtry działają błędnie i prymitywnie, w dodatku, dokładnie tak jak się obawialiśmy, pojawiają się sygnały, że ochrona praw autorskich wykorzystywana jest jedynie jako pretekst do prostackiej cenzury politycznej.

 

Z powodu toporności tych mechanizmów na YouTube np. amerykańskiej agencji kosmicznej NASA zablokowana została możliwość publikowania jej własnych materiałów wideo z Marsa. Nie ma to jeszcze związku z ACTA2, ale powszechnie jest odbierane jako pokaz bezmyślności mechanizmów filtrowania, które przecież z mocy Dyrektywy mają być wykorzystywane. Inny skandaliczny przypadek nadużyć filtru praw autorskich, to zablokowanie w serwisie Scribd kopii raportu Muellera, dokumentu z punktu widzenia prawa jak najbardziej publicznego z powodu nieuzasadnionych roszczeń jednego podmiotu. W Polsce przed wyborami jeszcze europoseł Dobromir Sośnierz alarmował, że YT zablokowało jego film z powodu rzekomych naruszeń praw autorskich, choć miał uregulowaną kwestię oprawy muzycznej w materiale, przy czym on sam podejrzewał, że prawdziwe przyczyny blokady były polityczne.

 

Corynne McSherry, dyrektor ds. prawnych Electronic Frontier Foundation, która zdecydowanie sprzeciwiała się dyrektywie UE, skomentowała niedawno, że budowanie tego typu systemu jest zadaniem, którego „żadne YouTube’y świata nie będą w stanie wykonać”. Mogę dodać od siebie, że mimo to owe „YouTube’y” będą próbowały, skoro ich ACTA2 do tego zmusza, a skutki będą takie, jak przytoczone tu przykłady.

 

Drakońska „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, kładąca nacisk na natychmiastowe, prewencyjne działanie wymusza na firmach z sektora technologicznego wprowadzenie filtrów praw autorskich zapobiegających naruszeniom za wszelką cenę. W bilansie korzyści i strat krzywda zwykłego youtubera, za którym nie stoi wielka korporacja zarządzająca copyrightem, przestaje się liczyć, zwłaszcza w obliczu ryzyka konsekwencji dla YouTube czy Facebooka z mocy przepisów europejskich. Euroregulatorzy stworzyli raj dla tzw. copyright trolli, którzy zachęceni przez artykuły Dyrektywy zaczynają pokazywać na co ich stać. A to dopiero początek.

 

Młot na krytyczne recenzje

 

W kwietniu agencja Social Element w imieniu swojego klienta zażądała od Twittera usunięcia informacji o tym, że w sieci pojawiły się pirackie kopie seriali z amerykańskiej telewizji. Sam inkryminowany tweet jest jedynie informacją o tym, że doszło do piractwa takich a takich materiałów z linkiem do artykułu na ten temat a nie do źródła pirackich plików. W żaden sposób nie narusza praw autorskich. A jednak został usunięty przez Twittera z powodu „roszczeń związanych z prawem autorskim”. To była tylko sucha informacja, więc sprawa nie dla każdego musi być oczywista, ale wyobraźmy sobie teraz, że piszemy artykuł w sposób wyraźny i dobitny piętnujący piractwo z podaniem rażących jego przykładów. Z doświadczenia skargi agencji Social Element płynie wniosek, że w świecie ACTA2 artykuł taki zostanie usunięty. Jeśli to nie jest cenzura, to nie wiem, co nią jest?

 

To, że automatyczne filtry mają wpływ na artystów działających w Internecie, jest już dobrze widoczne. Dan Bull, rapper i twórca youtubowy z 1,5 milionem subskrybentów opowiadał niedawno serwisowi CNBC jak wprowadzenie (a było to jeszcze przez Dyrektywą) filtra Content ID na platformie wideo wpłynęło na jego twórczość. Obecnie np. niechętnie już tworzy klipy o charakterze parodystycznym. „Nie chcę już tworzyć parodii muzycznych. Kiedyś naprawdę lubiłem je robić, ale teraz, kiedy nabieram na to ochoty, myślę o tym, jak bardzo bolałaby mnie głowa z powodu możliwych roszczeń z tytułu praw autorskich” –  wyjaśniał Bull. I w ten sposób to, co było pełnoprawną uznaną i cenioną formą sztuki zanika w reżimie copyrightowym.

 

Możemy sobie wyobrazić więcej. Piszemy np. krytyczną recenzję na temat jakiegoś filmu i gry aktorów w tym dziele. Publikujemy w Internecie i wrzucamy linki do serwisów społecznościowych. Klient agencji Social Element lub innej nie lubi tego i chce zablokować nieprzychylną opinię, zwłaszcza jeśli mamy szerokie grono czytelników. Co robi? Każe agencji zaskarżyć materiał za „naruszenie praw autorskich”. Że bez sensu? W świecie ACTA2 nie ma to znaczenia. Właściciel platformy, Facebooka, YouTube, Twittera, ma działać natychmiast a ciężar problemu i dowodu swojej niewinności spoczywa na barkach publikującego. Administrator nie wnika, tylko blokuje. To autor recenzji ma teraz problem, bo musi udowodnić, że jego artykuł nie narusza praw autorskich. Może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, mu się to w końcu uda, ale wtedy film, nie niepokojony krytycznymi recenzjami, zaliczy już kasowy sukces.

 

Można usunąć raport Muellera, można i memy

 

Gdy platforma hostingująca dokumenty Scribd zaczęła masowo usuwać kopie raportu Roberta Muellera, które wgrali tam jej użytkownicy, zaczęto wietrzyć spisek rządu i Trumpa. To dokument wytworzony przez organ rządowy w USA i jest w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może go opublikować i zapoznać się z jego treścią bez opłat.

 

Okazało się, że mimo to pojawiły się podmioty, które wydały raport i oferowały kopie w sprzedaży. Jeden lub więcej z tych wydawców wprowadził swoją kopię raportu do filtra praw autorskich Scribd, który jest w pełni zautomatyzowanym systemem, działającym bez ingerencji człowieka. I filtr zaczął traktować opublikowane wcześniej kopie raportu jako naruszające prawa autorskie. Rażący przykład copyright trollingu.

 

Trzeba tu podkreślić, że europejska Dyrektywa o prawach autorskich będzie bez najmniejszych wątpliwości egzekwowana w ten właśnie sposób – za pomocą algorytmów i automatów. Żadne Google ani Facebook nie zatrudni armii ludzi, w dodatku o wymaganych relatywnie wysokich kwalifikacjach czyli drogich, do ręcznego weryfikowania zgłoszeń i zaskarżanych treści, np. memów, które zgłaszane będą przez ośmieszanych w nich polityków. Faktyczną twarzą ACTA2 wobec milionów użytkowników będzie twarz bezdusznej, bezlitosnej i prymitywnej w swoim wnioskowaniu maszyny. Jeśli coś zostanie zgłoszone jako chronione prawem autorskim, to z automatu będzie chronione a wszelka próba naruszenia fikcyjnego copyright zostanie prewencyjnie zdławiona.

Już słychać chichot trolla i cenzora.

 

Europrawo niejasne i marnej jakości

„Wiele obaw i konsternacji związanej z tymi zmianami wynika z niepewności co do tego, co dokładnie będą musieli zrobić właściciele platform treści, twórcy treści i użytkownicy” –  powiedział w debacie, której zapis opublikowano na stronach Uniwersytetu Pensylwanii, R. Polk Wagner, profesor prawa z tejże uczelni.

 

Dlaczego platformy internetowe zgodzą się na taki daleko idący zamordyzm i ryzyko nadużyć. Dlatego, że próby walki z toporną logiką ACTA2 mogą ich bardzo dużo kosztować. Według również wypowiadającego się w debacie Penn State, Stevena Wilfa, profesora Uniwersytetu Connecticut i eksperta w dziedzinie własności intelektualnej, kary na Facebooka czy YouTube, z którymi mogliby się zmierzyć w przypadku naruszeń Dyrektywy nie są jeszcze jasno określone, ale platformy obawiają się, że będą bardzo dotkliwe.

 

W Stanach Zjednoczonych regulacje takie jak Digital Millennium Copyright Act (DMCA), chronią dostawców treści przed pozwami sądowymi dotyczącymi naruszeń, jeśli podejmą natychmiastowe działania, takie jak usunięcie materiału naruszającego prawo i przyjęcie polityki zapobiegającej ponownym naruszeniom. Podobne w duchu przepisy obowiązywały wcześniej w Europie, w tym w Polsce. „Teraz nagle pojawi się odpowiedzialność natychmiastowa i bezwzględna” – zauważa Wilf. To zupełnie nowa sytuacja dla serwisów i platform internetowych. Wzbudza ich ogromny niepokój. A ofiarami ich lęku mogą stać się w największym stopniu zwykli użytkownicy i drobni wydawcy.

 

Oczywiście zmniejszeniu niepewności i lęków nie sprzyja brak precyzji sformułowań Dyrektywy. Na przykład słynny „link tax”, podatek od linków, który wymusza opłaty licencyjne za treści zamieszczane nawet w postaci krótkich fragmentów w agregatorach newsów czy w streamach społecznościowych. Nie wiadomo dokładnie, jak krótki ma być cytat z materiału, aby autor publikacji nie musiał się obawiać a platforma go nie zablokowała. Na to prof. Wilf również zwraca uwagę. „Nowa dyrektywa pozwala na tworzenie hiperłączy przez osoby prywatne i instytucje edukacyjne lub w celach edukacyjnych, ale przepis ten nie jest wystarczająco jasny” – pisze. – „Co,  tak naprawdę, wolno podmiotom prywatnym, jeśli chodzi o publikowanie linków? Jak odróżnić oficjalne agregatory wiadomości od wiadomości osób prywatnych?”. Przepisy te są dość jasne w odniesieniu do takich serwisów jak Google News, ale wiele innych stron internetowych i rodzajów publikacji będzie poruszać się w szarej strefie, w której nigdy do końca nie wiadomo co jest naruszeniem prawa a co jeszcze w jego granicach.

 

Czy o prawo o tak marnej jakości w Unii Europejskiej chodzi? A może chodzi o to by, jak to mówi stare polskie przysłowie – „łowić ryby w mętnej wodzie”.

 

Polk Wagner z Uniwersytetu Pensylwanii pyta, kiedy, w rozumieniu ACTA2, jednostkowy użytkownik (któremu wolno publikować linki swobodnie) przestaje być zwykłym użytkownikiem. „Jeśli mam 50 tys. obserwujących na Instagramie i zarabiam na swojej popularności pieniądze, to czy wciąż jestem zwykłym użytkownikiem, czy też muszę być traktowany jako podmiot gospodarczy i płacić honoraria za linki?”

 

Polska skarga i inne iskierki nadziei

 

Złożona tuż przed eurowyborami w maju skarga polskiego rządu do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej na Dyrektywę odwołuje się do prawa wolności wypowiedzi i informacji, które gwarantuje Karta Praw Podstawowych. Wicepremier Piotr Gliński mówił przy okazji tej skargi, że  nie należy ustawać w walce o wolności, które ACTA2 narusza. Jego koledzy z PiS zapowiadali starania o jej zmianę w nowym euro parlamencie, który zaczyna obrady w lipcu.

 

Zapowiadając skargę, polski wicepremier, podobnie jak cytowani eksperci, zwrócił uwagę na niejasność sformułowań Dyrektywy i szerokie pole do interpretacji, co, oprócz tego o czym była mowa wcześniej, czyli poważnego zagrożenia, że stosowane filtry będą prymitywne i nadużywane przez podmioty działające w złej wierze, może sprawić, że krajach UE powstaną prawa nie tyle jednolite, co mocno się od siebie różniące. Przypomnijmy, że w nazwie Dyrektywy mowa jest o „jednolitym rynku”. Paradoksalnie może się okazać, że implementacja ACTA2 będzie całkowitym zaprzeczeniem jednolitości.

 

O polskiej skardze od kilku tygodni piszą liczne media światowe. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, jak szerokim echem międzynarodowym się odbiła. W środowiskach internetowych w całej Europie odebrana została bardzo dobrze, jako znak nadziei na obalenie tego nie dość, że niechlujnego i niejasnego, to w spodziewanych konsekwencjach drakońskiego i destrukcyjnego prawa.

 

Także niektóre postacie publiczne, którym niekoniecznie politycznie po drodze z Prawem i Sprawiedliwością, zdobyły się na słowa uznania. Catherine Stihler, była szkocka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Socjalistycznej, a obecnie dyrektor naczelna Open Knowledge Foundation, napisała na stronie internetowej swojej organizacji m. in.: „Jest to bardzo mile widziane posunięcie Polski, które mogłoby uchronić Internet” przed wszystkimi problemami wynikającymi z Dyrektywy.

 

Jest kilka iskierek nadziei, że uda się obalić ACTA2. Pierwsza wiąże się z polską skargą, ale nie liczmy na to za mocno. Trzeba pamiętać, że wolność w dzisiejszych czasach nie jest dla elit europejskich, także prawniczych, wartością nadrzędną i najważniejszą. Druga to możliwość zmiany Dyrektywy wskutek nowej konfiguracji sił w europarlamencie i w innych organach europejskich, ale, jak to w polityce bywa, perspektywy zmian nie są zbyt jasne.

 

I wreszcie jest trzecia droga, która kogoś, kto przeczytał, co powyżej napisałem może nieco zaskoczyć. Pozwólmy mianowicie działać ACTA2. Niech wszyscy zobaczą jej absurdalność, jej antywolnościowe i cenzorskie oblicze. Niech rozszaleją się copyright trolle i cyniczni najemnicy prawni, którzy samowolnie tępić będą niekorzystne i krytyczne wobec swoich klientów treści pod hasłem walki o poszanowanie praw autorskich.

 

Smutna prawda jest taka, że ludzie relatywnie słabo interesowali się Dyrektywą, a walka z nią miała ograniczony zasięg. Może, gdy oberwą osobiście po sempiternie, i zamordyzm tych regulacji zacznie dopadać na każdym kroku ich codziennego internetowego życia, powstanie klimat i wystarczająco silna presja społeczna na wyrzucenie ACTA2 tam gdzie od początku jej miejsce – do śmietnika.

 

Mirosław Usidus

 

Polski proces przeciw Facebookowi w globalnym kontekście – analizuje MIROSŁAW USIDUS

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych.

 

Maciej Świrski, który pozwał Facebooka do sądu, zarzucając mu dyskryminację i cenzurę prewencyjną, poinformował na Twitterze, że przedstawiciele błękitnej platformy podczas pierwszej rozprawy, 5 czerwca próbowali wyłączyć jawność postępowania. Sąd na szczęście się na to nie zgodził. Mamy więc szansę poznać fejsową argumentację, która, według relacji samego pana Macieja, brzmi przedziwnie.

 

W jednym z argumentów procesowych przedstawiciele koncernu twierdzą np., że Świrski nie może reprezentować społeczności Facebooka. Sam, jako członek tej społeczności, zapewniam, że może, choćby mnie, a pewnie nie tylko mnie. Dołączam się i solidaryzuję z panem Świrskim. Ile tysięcy użytkowników, tak jak ja, ma poprzeć sprawę tego pana, żeby „twarzoksięga” przyznała, że jednak reprezentuje społeczność?

 

Przy czym nie chodzi tylko o szczegółową treść i znaczenie skarg pana Macieja. W interesie znacznie większej społeczności, właściwie wszystkich Polaków, jest wyjaśnienie, do jakiego stopnia w kraju, w którym obowiązują konkretne przepisy prawa i Konstytucja, ludzie Marka Zuckerberga mogą sobie na swojej platformie kierować się „standardami”, które są inne niż prawo obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Trzeba też od razu wyjaśnić, że Maciej Świrski nie pozywa fejsa w imieniu Reduty Dobrego Imienia, z którą jest związany. Pozwał portal z powództwa prywatnego w 2016 roku, po Marszu Niepodległości. Jego skarga dotyczy znikania z Facebooka przed 11 listopada stron i profili niektórych osób i instytucji m.in. organizujących marsz. Pozew cytuje również przykłady cenzury, z którymi zetknęły się różne znane osobistości życia publicznego, związane z szeroko rozumianą prawicą.

 

Czy sąd sprosta?

 

Przypominam, że pisałem o tym problemie na portalu SDP wielokrotnie. Komentowałem na przykład w grudniu ubiegłego roku umowę, którą Ministerstwo Cyfryzacji podpisało z przedstawicielami Facebooka, otwierającą drogę polskim użytkownikom społecznościówki weryfikacji odmowy dotyczącej odwołania od decyzji o blokadzie treści na ich profilu przez tzw. „punkt kontaktowy”. Wówczas, jak zapewniali przedstawiciele resortu, Polska była pierwszym krajem, w którym coś takiego ma być możliwe.

 

Miejmy nadzieję, że rozstrzygnięcia sądu w sprawie Świrski vs. Facebook też będą miały pionierski i precedensowy charakter, wytyczając relację wewnętrznych regulaminów i praktyk stosowanych przez portale społecznościowe do obowiązujących przepisów krajowych. Może tak  się stać, ale nie musi. Nie mam niestety pewności, czy sąd sprosta tej sprawie merytorycznie, czy poradzi sobie z technicznymi kwestiami związanymi z funkcjonowaniem serwisów internetowych, w szczególności społecznościówek. O tym też wspominałem niedawno, pisząc o pomyśle na „internetowe sądy pokoju”. Obawiam się niestety, że z powodu trudności z ogarnięciem „technikaliów” sąd podejmie ostatecznie decyzję, którą nazwijmy „chowaniem głowy w piasek”, unikając ustanawiania ważnego precedensu z lęku przed błędami, co się już w przypadku spraw dotyczących internetu zdarzało.

 

Jednak już sam proces wytoczony Facebookowi jest czymś ważnym, jeśli nie przełomowym. I nawet jeśli wyrok nie zadowoli zwolenników wolności i wyższości przepisów prawa nad cenzorską samowolą administracji serwisu społecznościowego, to sam fakt, iż sprawę rozstrzyga sąd jest krokiem naprzód. Argumentacja, że Facebook jest prywatnym, a nie publicznym serwisem i zasadniczo na wolnym rynku może sobie ustanawiać takie zasady moderacji treści i polityki wobec użytkowników, jakie tylko chce, jest konfrontowana z ogólniejszymi zasadami demokracji – wolności informacji, debaty i wymiany. I na tę płaszczyznę powinniśmy przenosić ten spór, nie odpuszczając serwisowi Zuckerberga spraw fundamentalnych.

 

Lewica: cenzura to bzdura, ale potrzeba więcej cenzury

 

Jak pisałem też niedawno, nikt nie wybrał w demokratycznych wyborach Zuckerberga, szefów Twittera, Apple’a czy Bezosa. Nie ma więc żadnego powodu, aby wolno im było wobec obywatela więcej, niż wolno przedstawicielom i organom państwa. Wspominałem o coraz potężniejszych monopolach spółek technologicznych, które nie tylko niszczą branżę medialną ale kontrolują coraz więcej danych o każdym z nas, same nie podlegając prawie żadnej kontroli. To co zapowiadałem w tekście z 23 kwietnia, czyli akcja prawna przeciw monopolitom tzw. Big Tech, staje się obecnie ciałem za oceanem.

 

Batalia z potentatami występującymi czasem jako skrót GAFA (Google Amazon Facebook Apple) albo też w amerykańskim nazewnictwie „Big Tech”, ma dwa aspekty. Jeden to stosowane przez społecznościówki, ale również przez Google i Apple praktyk cenzury politycznej o dość dobrze widocznym i jednostronnie lewicowym obliczu. Drugi rozgrywa się na płaszczyźnie prawa antytrustowego i kwestii praw konsumenckich.

 

W maju Biały Dom poprosił Amerykanów, by podzielili się swoimi osobistymi historiami na temat cenzury politycznej i uprzedzeń, z jakimi zetknęli się w mediach społecznościowych. Powstało internetowe narzędzie do monitorowania cenzury praktykowanej przez Big Tech. Podawany w połowie maja adres strony – www.whitehouse.gov/techbias – na którą doświadczeni przez facebookowy, youtubowy, twitterowy i google’owy zamordyzm mieli zgłaszać swoje sprawy, w tej chwili prowadzi na pusta stronę. Na razie nie wiem, dlaczego.

 

Oczywiście przedstawiciele mediów lewicowych (w amerykańskim nazewnictwie „liberalnych”) uważają, że antykonserwatywnej i antyprawicowej cenzury w społecznościówkach nie ma w ogóle. Jednocześnie przedstawiciele tych mediów raz po raz nawołują do zaostrzenia cenzury na tych platformach. Ostatnie szeroko komentowane przykłady to Oliver Darcy z CNN wzywający Twittera do zbanowania oficjalnego konta prezydenta Donalda Trumpa czy Joe Bernstein z Buzzfeeda żądający od YouTube stosowania cenzury wobec satyrycznego kanału wideo prowadzonego przez 14-letnią dziewczynkę o pseudonimie Soph, bo w jednym z filmów przebrała się w hidżab.

 

Przedstawiciele lewicy nie widzą sprzeczności logicznej pomiędzy zaprzeczaniem istnienia cenzury a wzywaniem do ostrzejszego cenzurowania treści. Możemy się na to tylko uśmiechnąć. Jeszcze bardziej uśmiechamy się, gdy fakt cenzury potwierdza przedstawiciel uprzywilejowanej w społecznościówkach formacji. Kilka tygodni temu parlamentarzystka Partii Demokratycznej i kandydatka do urzędu prezydenta, Tulsi Gabbard wyraziła sprzeciw wobec cenzury praktykowanej wobec użytkowników Facebooka.

 

„Musimy być gotowi walczyć o prawo wszystkich Amerykanów do wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy” – pisała pani Gabbard w jednym ze swoich tweetów. – „Musimy zachęcać do nieskrępowanej dyskusji na tematy publiczne i zjednoczyć się, aby powstrzymać Facebooka i innych przed próbami cenzury/dławienia/wpływu w debacie publicznej”.

 

Republikanie mogą więc nie tylko liczyć na niektórych przynajmniej Demokratów w postępowaniu antytrustowym przeciwko Big Tech, ale również w walce z politycznymi praktykami cenzorskimi na platformach, które niektórzy eksperci i komentatorzy oceniają jako bardzo poważne zagrożenia dla demokracji i państwa prawa. Mnożą się przykłady ofiar dyskryminacji i prześladowania ze strony cyfrowych potentatów.

 

Należy do nich były kandydat na prezydenta Herman Cain, obecnie zaangażowany w Koalicji na rzecz Standardów dla Mediów Cyfrowych i IT. Cain twierdzi, że cenzura nałożona na niego przez Big Tech spowodowała spadek liczby jego zwolenników, a także zablokowała mu dostęp do internetu. A to już jest wpływanie przez platformy technologiczne na wynik wyborów. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że nasilające się działania administracji i Republikanów wobec GAFA wynikają z obaw, że platformy te będą wpływały na wyniki wyborów lub próbowały to robić w przyszłym roku, podczas kampanii prezydenckiej w USA w 2020 roku.

 

Inna historia, barwna i niejednoznaczna, to Laura Loomer, aktywistka, „dziennikarka śledcza”, która zasłynęła bardzo niewygodnymi dla Hillary Clinton pytaniami. Nie jest to postać, której można stuprocentowo zaufać. Wielu uważa ją za krzewicielkę bezpodstawnych teorii spiskowych. Twierdzi jednak, że została usunięta z szerokiej gamy platform internetowych, w tym Facebooka, Twittera, PayPala, a nawet Ubera. Jeśli to prawda, to paradoksalnie wiarygodność pani Loomer rośnie, zaś Big Tech wygląda coraz mniej ciekawie. No bo, jeśli to zwykła wariatka i mitomanka, to dlaczego potęgi internetowe ją tak zaciekle i gremialnie zwalczają? Czy chodzi o te pytania do pani Clinton, czy może o to, że udało jej się nagłośnić cenzorskie praktyki Big Tech?

 

Standardy dobrostanu do weryfikacji

 

Drugim nurtem wielkiej batalii z branżą technologiczną są podjęte właśnie kroki administracyjno-prawne przeciw monopolistycznej pozycji Google i innych w Stanach Zjednoczonych. Departament Sprawiedliwości i Federalna Komisji Handlu rozpoczynają przegląd obszarów potencjalnej dominacji największych firm z Doliny Krzemowej.  Jak poinformował „Wall Street Journal”, Departament Sprawiedliwości sonduje obecnie Google, pozostawiając FTC sprawdzenie praktyk Amazona i Facebooka w zakresie uczciwej konkurencji. Niezależnie od tych kroków, House Judiciary Committee ogłosił własne dochodzenie w sprawie stanu „konkurencji na rynkach cyfrowych”, podkreślając swoje zaniepokojenie faktem, że „niewielka liczba dominujących, nieuregulowanych platform ma nadzwyczajną władzę nad handlem, komunikacją i informacją w sieci”.

 

Wojna z Big Tech nie będzie jednak prosta. Zgodnie z większością interpretacji prawnych, rząd amerykański będzie musiał wykazać, że firmy technologiczne nadużyły swojej pozycji monopolisty i zaszkodziły konsumentom. To trudne zadanie w odniesieniu do Google i Facebook, które oferują większość usług za darmo. „Postrzegam te działania jako robienie szumu i wyraz furii, nic w praktyce nie oznaczające” – skomentował akcję administracji USA na łamach „WSJ” Larry Downes z Uniwersytetu Georgetown. Jego zdaniem, jest mało prawdopodobne, aby można było wykazać, że firmy technologiczne naruszyły „standardy dobrostanu konsumentów”.

 

Jednak wzrost potęgi GAFA skłania do ponownego przemyślenia tych standardów. Tak uważa np. Maurice Stucke, były prawnik Wydziału Sprawiedliwości teraz na wydziale prawa na Uniwersytecie Tennessee. W jego ocenie, że chodzi o skupianie się na cenach usług, lecz na odpowiedzi na pytanie, czy firmy technologiczne tłumią konkurencję. Jak dodaje, europejskie działania antymonopolowe przeciwko Google stworzyły „mapę drogową” dla urzędników amerykańskich, która może pomóc im zmierzyć się z gigantem. „Wszystkie obszary naruszeń, które zidentyfikowali Europejczycy, mogłyby zostać wykorzystane przez Stany Zjednoczone” – wyjaśnia.

 

Niedawno Google został ukarany w Europie grzywną 1,5 mld euro za tłumienie konkurencji na rynku reklamy. Zdaniem ekspertów, przy przychodach tej firmy to niewiele znaczy. Jednak podobny cios i zakazanie tego rodzaju praktyk w USA, mogą okazać się dla wyszukiwarkowego potentata bardziej bolesne, bo tam właśnie są jego korzenie.

 

Stucke zauważył, że amerykańskie organy ochrony konkurencji mają przewagę nad swoimi odpowiednikami w UE, ponieważ mogą wymagać „strukturalnych” środków zaradczych lub nawet podzielenia firm, które zdominowały rynek, jak to miało miejsce w latach 80. z monopolem telekomunikacyjnym AT&T a także w pierwotnym orzeczeniu przeciwko Microsoftowi, które zostało potem uchylone w wyniku odwołania.

 

Nie tylko prawica

 

Wprawdzie PR spółek technologicznych kieruje uwagę na polityczny charakter postępowania antymonopolowego i kontekst przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Jednak trudno zaprzeczyć, że  krytyka monopolitycznych praktyk Big Tech ma charakter ponadpartyjny. Już w marcu demokratyczna kandydatka na prezydenta Elizabeth Warren wezwała do rozbicia monopoli technologicznych. I nie jest to jedyna przedstawicielka amerykańskiej lewicy, która się za tym opowiada.

 

Demokraci w amerykańskiej Izbie Reprezentantów wszczęli kilka dni temu nowe dochodzenie w sprawie ochrony konkurencji w Dolinie Krzemowej. Prawodawcy chcą odpowiedzi na pytanie, czy tacy giganci technologiczni jak Facebook i Google stali się monopolistami i trzeba ich podzielić. Postępowanie jest prowadzone przez Davida Cicilline’a, demokratę z Rhode Island, który stoi również na czele Podkomisji Antymonopolowej Izby.

 

„Wzrost monopolistycznych potęg w naszej gospodarce jest jednym z najpilniejszych wyzwań gospodarczych i politycznych, przed którymi dziś stoimy. Pozycja potentatów na rynkach cyfrowych przedstawia zupełnie nowy zestaw zagrożeń” – głosi Cicilline w komunikacie prasowym wydanym przez jego biuro  – „(…) bardzo ważne jest, aby Kongres podjął kroki w celu ustalenia, czy istniejące przepisy prawne są odpowiednie do zwalczania nadużyć ze strony strażników platform, czy też potrzebujemy nowych przepisów, aby odpowiedzieć na to wyzwanie.”

 

Poza administracją i parlamentarzystami z obu partii jest mnóstwo branż i podmiotów żywotnie zainteresowanych położeniem kresu dominacji GAFA. Nie chodzi tylko o media tradycyjne i internetowe, które boleśnie odczuwają wysysanie dochodów reklamowych do Google’a i Facebooka, ale również firmy innego typu np. sieci handlowe czy deweloperów internetowych, którym trudno mierzyć się z ekspansjonizmem Amazona. Nawet niektórzy przedstawiciele Doliny Krzemowej nie są skłonni stać po stronie GAFA. Na przykład Yelp i Oracle krytykują Google za manipulowanie polityką regulacyjną z korzyścią dla siebie i podkradanie najlepszych programistów.

 

Podchodząc do problemu praktyk monopolitycznych trzeba, jak się wydaje patrzeć nieco szerzej niż tylko na aspekty finansowe. Nawet jeśli wiele usług Big Tech, takie jak media społecznościowe czy konta Gmail, nie wiążą się z opłatami za aktywację i utrzymanie, to konsumenci płacą przecież swoimi danymi od osobowych po dane, których udostępniania nie zawsze są świadomi, historiami zakupów czy podróży. Ile to jest warte dokładnie w przeliczeniu na użytkownika, trudno szacować. Jednak skoro Google i Facebook zarabiają grube dziesiątki miliardów na wykorzystywaniu tych danych, to jednak są to rzeczy wartościowe  w sensie biznesowym.

 

W tym międzynarodowym i globalnym kontekście proces Maciej Świrskiego przeciw Facebookowi przed polskim sądem wydaje się jeszcze ciekawszy. Mam nadzieję, że sąd nie ograniczy się do rozważań, na ile pan Świrski reprezentuje społeczność użytkowników Facebooka i czy naruszone zostały jego dobra osobiste. Sprawa ta ma znacznie ciekawszy wymiar ogólny i kontekst znacznie ważniejszy niż prywatny żal do serwisu internetowego. Czy sąd zechce na to właśnie tak spojrzeć, jak piszę wyżej, to oczywiście zależy już tylko od sądu.

 

Sprawa jest odroczona do 30 października.

 

Mirosław Usidus

 

Dziennikarze w internetowych sądach pokoju – MIROSŁAW USIDUS o pomyśle jak pilnować prawa w sieci

Wolne sądy. Zdecydowanie zbyt wolne dla szybkiego Internetu. Wymiar sprawiedliwości podąża zwykłymi przewodami sądowymi. Sieć potrzebuje sądowych światłowodów i rozpraw 5G. A mówiąc mniej obrazowo – warto byłoby do regulacji i egzekucji prawa w Internecie (w tych drobniejszych sprawach) pomyśleć o rozwiązaniach bardziej przystających do tempa komunikacji internetowej.

 

Rzecz w tym jednak, byśmy, przyspieszając procedury, upraszczając rozwiązywanie sporów, nie wyrządzili krzywdy praworządności. Nie jest to też rozwiązanie koniecznie demokratyczne, raczej tylko narzędzie, które można zastosować w różnych systemach. Tzw. sądy internetowe, działające w trybie online, powstają od niedawna, o czym piszę dokładniej poniżej, w Chinach, gdzie ogólny kontekst nie ma nic wspólnego z wolnością i demokracją. To jednak tylko potwierdza, że koncepcja, którą możemy nazwać „internetowymi sądami pokoju” (niekoniecznie tak, ale to dobrze brzmi), jest organizacyjno-technicznym konceptem, który da się implementować w dowolnym otoczeniu politycznym.

 

Umowa społecznościowa platformy, użytkowników i państwa

 

Demokratyczną wersję tego rozwiązania opisał w serwisie Medium, w kwietniu tego roku Jeff Jarvis, profesor medioznawstwa i internetoznawstwa na The City University of New York.

 

Jego pomysł zaczyna się od swoistego przymierza, czy też „umowy społecznej” czy może lepiej „społecznościowej”, jaką firma operująca w Internecie, wydawca i administrator serwisów, zawiera ze swoimi użytkownikami i z władzami, które stoją na straży obowiązującego w kraju prawa. Dokument ten zobowiązuje użytkowników serwisów, usług i platform do przestrzegania standardów społeczności, które definiują niepożądane i niechciane zachowania oraz treści. Przymierza tego rodzaju mogłyby się różnić w zależności od platform i państw. Ważne jest, by społeczność użytkowników miała równorzędną możliwość wpływania na kształt tej umowy, czyli, aby np. regulamin serwisu był także ich dziełem. Rolą zaś państwowych regulatorów byłoby dbanie o to, aby brzmienie „umowy społecznościowej” zgodne było z przepisami prawa krajowego.

 

   Jarvis nie przypisuje sobie pomysłu „internetowych sądów”, które nad tak powstałymi regulacjami platform, miałby czuwać. Pisze, że usłyszał o tej koncepcji podczas pewnej konferencji. Powołując się jednak na zasadę Chatham House, osoba, która o tym mówiła, prosiła Jarvisa o zachowanie anonimowości. On sam, mając od autora pomysłu pozwolenie, konceptualnie rozwija tę myśl, zastanawiając się nad, tym jak mogłoby i jak powinno działać to w praktyce.

 

Jak by to miało funkcjonować?

 

A zatem, z wyjątkiem poważnych spraw kryminalnych i naruszeń prawa (np. groźby karalne, podżeganie do aktów terroru lub rozpowszechnianie pornografii dziecięcej), kiedy istnieje obowiązek reagowania z mocy prawa, zobowiązanie firmy administrującej platformą do reakcji na nielegalne treści lub zachowania powstaje po powiadomieniu jej przez użytkowników serwisu lub władze. Po otrzymaniu powiadomienia, firma jest zobowiązana do podjęcia działań i może zostać pociągnięta do odpowiedzialności w wypadku braku odpowiedniej reakcji. Oczywiście trzeba też założyć, że może działać z własnej inicjatywy powołując się na regulamin oparty na „umowie społecznościowej”, ale, co może być dla niej ważne, nie musi.

 

Zasadniczo reakcja na sprawy dotyczące możliwych naruszeń wcześniej uzgodnionego „przymierza” polegałaby na kierowaniu tych spraw do „internetowego sądu pokoju”, ciała istniejącego na mocy prawa krajowego ze specjalnie przeszkolonymi sędziami i wyposażonego w nowoczesne, oparte na sieci systemy komunikacji, które umożliwiają działanie z wymaganą szybkością i w odpowiedniej skali. Oczywiście, trzeba też przewidzieć taką możliwość, że administracja może działać bezpośrednio, powołując się na regulamin, który wypracowano wspólnie. Jednak użytkownik, którego dotyczy sankcja nałożona przez administrację, ma prawo odwołać się od tej decyzji do takiego właśnie sądu.

 

Zakładana w tej koncepcji szybkość podejmowania decyzji przez sąd internetowy, byłaby ogromną zaletą z punktu widzenia wszystkich stron. Obie strony mogą uczestniczyć w procedowaniu osobiście (czyli za pomocą tożsamości sieciowej) lub przez przedstawicieli. Decyzja takiego składu orzekającego przywracałaby np. w ciągu doby lub kilku dni usunięte wcześniej treści lub zdejmowałaby ban z użytkownika, albo też utrzymywała blokady nałożone przez przedstawicieli platformy.

 

Oczywiście w państwie prawa, od decyzji sądu pierwszej instancji (czyli w tym przypadku „internetowego sądu pokoju”) przysługuje odwołanie. Jednak dalsza procedura odwoławcza, co wydaje się oczywiste, toczyłaby się już w tradycyjnych sądach.

 

Jest pytanie o możliwość występowania do takiego sądu przez anonimowego lub posługującego się inną niż prawdziwa tożsamością, użytkownika. Wydaje się, że nie ma możliwości rozpatrywania skarg anonimów przez sąd działający na mocy państwowego prawa. Jednak w określonych sytuacjach, gdy np. sprawa dotyczy aktywności pod dobrze znanym w Internecie pseudonimem, a rzecz dotyczy wyłącznie aktywności sieciowej związanej z tym pseudonimem, można chyba dopuścić sytuację, że sąd zweryfikuje prawdziwą tożsamość użytkownika, ale jej nie ujawni, podobnie jak druga strona.

 

Jak pisze Jarvis, sądy takie mogłyby być finansowane z opłat lub specjalnego „podatku” nakładanego na spółki działające w Internecie. Brzmi to tylko pozornie źle. Jeśli działalność „internetowych sądów pokoju” zmniejsza ryzyko prawne (i finansowe) działalności firm internetowych, czyli zdejmuje z nich groźbę pozwów użytkowników z jednej strony i przedstawicieli państwa – z drugiej, to rozwiązanie takie może okazać się dla nich całkiem atrakcyjne.

 

Zdaję sobie sprawę, że znawcy prawa mogą niechętnie zmarszczyć brwi na taką profanację czcigodnego wymiaru sprawiedliwości. Kto jednak zna dobrze Internet, praktyki cenzorskie Facebooka, Twittera i Google’a, ten musi, moim zdaniem przyznać, że takie rozwiązanie to niezły pomysł, jeśli alternatywą jest arbitralność decyzji administracji serwisów i platform internetowych, zaprawiona dodatkowo mocnym sosem politycznej stronniczości.

 

Kto demokratycznie wybrał Zuckerberga, Bezosa, Dorseya, Cooka? – pytałem niedawno. Jeśli w innych niż polityczna cenzura okolicznościach mówią chętnie o tym, że ich produkty są własnością społeczności użytkowników, to niech będą konsekwentni i zgodzą się na umowę społeczną definiującą reguły i regulaminy ich serwisów. I przestrzegają krajowego prawa, o czym też niedawno pisałem na portalu SDP.

 

Po jedenaste – nie krzywdź

 

Wyobrażam sobie, że w praktyce działalność owych sądów internetowych, polegałaby na stosowaniu wiedzy w dużym stopniu technicznej, a nawet technik dziennikarskich, na równi z prawem i regulacjami platform internetowych. Wyobraźmy sobie np. weryfikację domniemanego „fake newsa” przez taki sąd. Wymagałoby to umiejętności sprawdzenia prawdziwości informacji, wiarygodności źródeł. Czyli tego, czym od zawsze zajmowali się dziennikarze. Czy dziennikarze mogliby zasiadać w tego typu ciałach orzekających, obok prawników? Myślę, że tak, podobnie jak deweloperzy internetowi czy urzędnicy.

 

Ochrona przed dezinformacją jest tylko jednym z ogólnych postulatów skutecznej i gwarantującej wolność regulacji Internetu. Innym ogólnym oczekiwaniem jest zachowanie „kultury osobistej” (ang. „civility”). Niby wydaje się to oczywiste, jednak zdaniem wielu krytyków, postulowanie zachowań grzecznych w każdej sytuacji, w konsekwencji prowadzi do tłumienia słusznego gniewu. Jak pisze Michael Meranze, historyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego „ostatecznie wezwanie do zachowania kultury osobistej jest żądaniem, aby nie okazywać złości i, gdyby zostało ono wyegzekwowane, sugerowałoby, że nie ma się o co gniewać na świecie”. Obecnie jest tendencja, aby rozumieć to pojęcie jako zachowanie kultury osobistej wobec innej osoby, nie obrażanie jej, unikanie zniesławiania i wyrażania pogardy wobec ludzi ze względu na ich wygląd, poglądy, przypadłości itp.

 

Być może najlepszą ogólną regułą dla postulowanych sądów internetowych i bardziej generalnie regulacji w sieci jest „unikanie krzywdy”, które ja rozumiałbym szeroko. Nie chodzi bowiem tylko o zapobieganie krzywdzie ludzi wprowadzanych w błąd, oszukiwanych, a także tych obrażanych obrzucanych wyzwiskami, będących ofiarami pogardy na takim czy innym tle. „Sąd pokoju” powinien również mieć na uwadze krzywdę, jaka się dzieje osobie, która jest kneblowana, której odmawia się powiedzenia tego, co myśli, i jest bezbronna wobec potężnej korporacji internetowej lub „armii trolli”. Inaczej mówiąc złem i krzywdą są również takie działania jak cenzura, niesprawiedliwe i nierówne traktowanie użytkowników (co dobrze znamy np. z Facebooka), dyskryminacja polityczna i podobne negatywne zjawiska.

 

Chińczycy już prawują się online

 

Zostawiając na chwilę na boku problem demokracji i cenzury, warto spojrzeć jak funkcjonują chińskie internetowe metody rozwiązywania sporów, które wprowadza się tam od ubiegłego roku. Pierwszy taki „sąd online” powstał w Hangzhou, potem utworzono dwa kolejne – w Pekinie i w Guangzhou.

 

W tym samym mniej więcej czasie Najwyższy Sąd Ludowy Chin opublikował przepisy regulujące m. in. to, jakie rodzaje spraw podlegają jurysdykcji tych sądów i niektóre kwestie proceduralne. Zgodnie z tym sądy internetowe są wyznaczone do rozpatrywania sporów dotyczących internetowej sprzedaży towarów i usług, umów użyczenia, praw autorskich i pokrewnych, własności i naruszeń, domen internetowych, naruszeń praw osobistych lub praw własności za pośrednictwem Internetu, roszczeń z tytułu odpowiedzialności za produkt oraz internetowych spraw sądowych w interesie publicznym wnoszonych przez prokuratorów.

 

Obecnie wszystkie trzy sądy internetowe mają jurysdykcję jedynie na terenie miast, w których powstały. Większość odwołań rozpatrywana ma być przez sądy pośredniczące w ich odpowiednich jurysdykcjach. Jednakże, sądy internetowe właściwe dla praw autorskich i sporów dotyczących naruszenia praw autorskich oraz sporów dotyczących nazw domen, rozpatrywanych przez sądy w Guangzhou i Pekinie, mogą odwoływać się do sądów ds. własności intelektualnej w swoich miastach.

 

Co do zasady cały proces sądowy w chińskich sądach internetowych jest prowadzony online, w tym obsługa dokumentów prawnych, przedstawianie dowodów i sam proces. Najwyższy Sąd Ludowy Chin potwierdził, że sądy internetowe mogą brać pod uwagę dowody elektroniczne dostarczone przez strony, które mogą być uwierzytelnione podpisami elektronicznymi, znacznikami chronologicznymi, tzw. weryfikacją hash, blockchain i innymi metodami weryfikacji odpornymi na ingerencję z zewnątrz.

 

Jeszcze zanim opublikowano te regulacje, sąd internetowy w Hangzhou uznał dowody uwierzytelnione technologią blokchain w sprawie o naruszenie praw autorskich w Internecie, co było pierwszym takim przypadkiem w Chinach i chyba na świecie. W tej sprawie powód pozwał drugi podmiot o naruszenie praw autorskich, czyli publikację materiału chronionego prawem autorskim, bez odpowiedniej licencji. Powód przechwycił strony internetowe strony pozwanej, ich kod źródłowy i rejestry połączeń oraz umieścił dane na platformie typu blockchain. Sąd orzekł, że dane te potwierdzają się wzajemnie i dokładnie odzwierciedlają źródło, generację i sposób dostarczenia, a zatem były wiarygodne i mogły zostać dopuszczone jako dowód.

 

Wygląda na to, że działalność chińskich sądów internetowych skupia się na sprawach odległych problemu dopuszczalnych zachowań i treści w Internecie, a zarazem od polityki. Naruszenie praw autorskich czy oszustwo w handlu internetowym to sprawy odnoszące się do dobrze znanych i dość jasnych przepisów prawa ogólnego. Nie potrzeba do nich stosować, ani nawet nie należy, żadnych internetowych „umów społecznych”. Na takie zresztą Chiny chyba nie pozwoliłyby.

 

Dyskusyjne jest, czy w demokratycznych krajach zachodnich „internetowe sądy pokoju”, o których pisałem, miałyby zajmować się tym co od dawna dobrze reguluje prawo handlowe, konsumenckie i autorskie. Wolałbym, by zajęły się kwestiami, z którymi tradycyjne sądownictwo sobie słabiej radzi, czyli regulacją i swobodami sfery „życia społecznego” w sieci. Jednak eksperymentom Chińczyków z sądami internetowymi warto się przyglądać, bo może z nich wyniknąć sporo praktycznej, czasem czysto technicznej, wiedzy, gdybyśmy jednak byli skłonni spróbować sieciowych „sądów pokoju”.

 

Mirosław Usidus