Home / Publicystyka  / Dwa monopole – MARIA GIEDZ o “prasowym rozbiorze Polski”

Dwa monopole – MARIA GIEDZ o “prasowym rozbiorze Polski”

W ramach transformacji politycznej i gospodarczej naszego kraju, a także późniejszych operacji na wolnym już rynku mediów, dokonano „prasowego rozbioru Polski”, oddając zbyt dużą część tytułów w ręce obcego kapitału. Media o rodzimym kapitale, poza TVP, Polskim Radiem, Polsatem i nielicznymi gazetami, właściwie przestały istnieć. Pojawili się za to zagraniczni giganci, dziś w przeważającej większości niemieccy.

 

Niemcy kreują bardziej lub mniej subtelnie swój przekaz przez pryzmat własnego obyczaju, kultury, a jak wyraźnie pokazały ostatnie wybory prezydenckie w Polsce – także interesu politycznego. Doszło do sytuacji, że mamy media polskojęzyczne, ale nie polskie, gdyż podmioty o obcym kapitale kontrolują ponad 76 proc. tego rynku w Polsce. I na dobrą   sprawę czasami nie wiadomo, czyje interesy w forsowanym przekazie reprezentują.

 

Rozbić monopol komuny

 

Do 1989 r. zarówno telewizja, radio, jak i prasa znajdowały się pod polityczną kontrolą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, m.in. poprzez potężnego wydawniczego monopolistę, jakim była Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch”, w której pracowało blisko 100 tys. osób! RSW dysponowała ok. 250 tytułami prasowymi, blisko 20 drukarniami, a także siecią „Ruchu” z ok. 30 tysiącami punktów sprzedaży. Jeśli chodzi o inne media, to istniała wówczas jedna telewizja – państwowa i Polskie Radio z kilkoma programami i regionalnymi rozgłośniami (obie te instytucje połączone w Komitecie ds. Radia i Telewizji).

 

Po 1989 r., czyli po „okrągłym stole” i pierwszych częściowo wolnych wyborach, Polska przechodziła transformację na wszystkich płaszczyznach. Pojawił się wolny rynek, ale bez kapitału.  W marcu 1990 r. Sejm uchwalił ustawę o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch”, a w kwietniu 1990 r. powstała specjalna Komisja Likwidacyjna. Miała ona rozbić monopol peerelowskiej prasy, głównie poprzez proces prywatyzacji poszczególnych składników majątku RSW. Zadaniem komisji było odpowiednie podzielenie tego majątku oraz znalezienie kupców chętnych do jego nabycia. Oczywiście najbardziej skomplikowane, m.in. ze względu na kształtujący się właśnie system demokratyczny w Polsce i związane z tym emocje, było dzielenie rynku tytułów prasowych. TVP i PR miały pozostać w rękach państwa. W projekcie zmian znalazł się główny cel: „likwidacja Spółdzielni RSW oraz budowanie nowoczesnego, pluralistycznego rynku prasowego”. Jak czytamy, ta likwidacja miała być „procesem przekształceń własnościowych, ekonomicznych i organizacyjnych koncernu”.

 

Założono, że mają powstać silne kapitałowo wydawnictwa, które powinny nie tylko utrzymać się na rynku, ale też inwestować w rozwój i prowadzić działalność marketingową. Miały też konkurować ze sobą oraz z wydawcami zachodnimi. Uznano, że „gminy, komitety obywatelskie, „Solidarność”, partie polityczne mogłyby stać się udziałowcami lub akcjonariuszami w tworzonych spółkach wydawniczych”. Natomiast „rozproszenie udziałów kapitałowych poszczególnych partnerów mogłoby zapewnić niezbędny stopień autonomii redakcjom i w konsekwencji niezbędny stopień niezależności prasie”.

 

Skład członków Komisji Likwidacyjnej kilka razy zmieniał się (w pierwszym składzie byli m.in. Donald Tusk czy Maciej Iłowiecki, a także Maciej Szumowski), jednak niezależnie od składu – tego i następnych, panowało przekonanie, że sprzedaż polskich mediów prasowych jest konieczna.

 

Polskie pieniądze

 

Mówiło się wówczas również, mając zapewne na względzie brak krajowego kapitału, o preferencyjnej sprzedaży, a nawet o nieodpłatnym przekazaniu akcji lub udziałów pracownikom. Niektóre z podmiotów RSW zaczęły więc zakładać spółdzielnie. Część z nich tworzyły zespoły dziennikarskie, które zresztą wcześniej wiernie i skwapliwie obsługiwały potrzeby propagandowe komunistycznej władzy, ze stanem wojennym włącznie. Wywoływało to wiele kontrowersji i protestów ze strony przyzwoitej części środowiska dziennikarskiego, która po 13 grudnia 1981 zerwała współpracę z władzą, a także ze strony nowych ugrupowań politycznych powstających po 1989 roku oraz silnej wciąż „Solidarności”. Niechętnie też takim, właściwie postkomunistycznym spółdzielniom czy spółkom, przyglądała się Komisja Likwidacyjna.

 

Taką spółdzielnię – dla wykupienia „Dziennika Bałtyckiego” – stworzono m.in. w Gdańsku. Tutejsi reżimowi dziennikarze znaleźli nawet partnera w postaci inwestora z dalekiego Zamościa (Krzysztofa Dudę, wówczas właściciela dużej firmy transportowej „Kadex”). Spółdzielnia przegrała jednak z „Solidarnością”, która poprzez swoją spółkę wydawniczą nawiązała współpracę ze znanym francuskim magnatem prasowym, Robertem Hersantem. Walka o tytuł oparła się nawet o sąd.

 

– Stawiliśmy się przed Sądem Okręgowym w Warszawie, gdzie rozstrzygała się sprawa komu przyznać „Dziennik Bałtycki” – mówi Jan Jakubowski, były redaktor naczelny „DB”. – Sąd przyznał go nam, czyli spółce niezależnych dziennikarzy i Zarządu Regionu NSZZ „S” – z jednej strony, a Hersantowi z drugiej.

 

Komisja Likwidacyjna oraz Wysoki Sąd mieli „nosa”, ponieważ rychło potem okazało się, że właściciel „Kadexu” jest przekręciarzem, poszukiwanym listem gończym; ostatecznie przywieziony został do Polski z zagranicy w kajdankach, dokąd wcześniej umknął. Przypadek ten raz jeszcze potwierdzał, na jakie zasoby polskiego kapitału można było wtedy liczyć – albo na „lewe”, albo z szybkich postkomunistycznych uwłaszczeń, które zaczęły się właśnie w Polsce panoszyć.

 

Francuzi i Norwedzy

 

W założeniach komisji znalazł się zapis o dopuszczeniu na polski rynek zagranicznych wydawców. Jednym z powodów było ewidentne zacofanie polskich mediów. Redakcjom czy drukarniom wyraźnie brakowało nowych technologii i metod pracy. Zecerzy w polskich drukarniach wciąż składali czcionkę ręcznie. Poza tym, w kraju znajdującym się w „popeerelowskiej” zapaści gospodarczej i rosnącym katastrofalnie bezrobociu, chodziło o ratowanie firm i miejsc pracy.

 

Zakładając to, komisja zdawała sobie jednak już wówczas sprawę z zagrożeń, jakie niesie nadmierne otwarcie rynku na obcy kapitał; można te obawy znaleźć w założeniach do jej pracy z 1990 r. Warto np. przypomnieć, że Komisja Likwidacyjna RSW wykluczała wówczas sprzedaż niemieckiemu kapitałowi gazet na Pomorzu i Śląsku. Niemcy zresztą początkowo dostosowywali się do takich ograniczeń – interesowała ich głównie prasa kobieca i rodzinna, a także magazyny dla młodzieży.

 

Niemniej kapitał zagraniczny wszedł wówczas do polskiej prasy mocno, zwłaszcza francuski i norweski. I spełnił swoją pozytywną rolę. Później jednak jego nadmierna obecność – nie kontrolowana i nie ograniczana ustawowo, stała się przedmiotem uzasadnionej krytyki.

 

W latach 1991-1994 Hersant dysponował 7 dziennikami regionalnymi w dużych miastach, jedną gazetą sportową, 49 proc. udziałami w dzienniku „Rzeczpospolita” (później odsprzedanymi Norwegom). Zarówno Francuzi, jak i Norwegowie (wielobranżowy holding „Orkla”) zachowywali się w Polsce stosunkowo przyzwoicie, z atencją wobec zwycięskiej rewolucji „Solidarności” oraz zachodzących u nas przemian. Nie wtrącali się do polityk redakcyjnych, nie ingerowali w sprawy kadrowe. Ważniejsze kwestie dotyczące swoich polsko-zagranicznych spółek wydawniczych starali się konsultować.

 

Za ciekawostkę można uznać fakt, że interesy Roberta Hersanta pojawiły się na polskim rynku za namową jego doradcy i przyjaciela, pana Michela d’Ornano, francuskiego arystokraty i polityka o polskich korzeniach (podobno potomka słynnej Marii Walewskiej) i znajomości języka polskiego. Sentyment do drugiej ojczyzny i zafascynowanie antykomunistyczną rewolucją (Hersant i jego otoczenie należeli do francuskiej prawicy) miało tu swoje znaczenie.

 

Z kolei „desant” w Polsce „Orkli” nastąpił dzięki bardzo dobrym, wręcz przyjacielskim kontaktom zdelegalizowanej „Solidarności” lat 80-tych z norweskimi związkami zawodowymi. To tamtejsi związkowcy przekonali tamtejszych biznesmenów, aby zainwestowali w naszym kraju. „Orkla” zakupiła więc kolejny, po Hersancie, pakiet gazet regionalnych.

 

Polskim rynkiem medialnym interesowało się też wiele innych zagranicznych podmiotów: angielski Maxwell, Nicola Grauso z Włoch, niemieckie – Burda, Bauer i Axel Springer, szwajcarski Marquard; nawet spółka Wojciecha Fibaka, która chciała m.in. kupić drukarnię w Katowicach.

 

Niemieckie porządki

 

W pierwszych latach po zakończeniu podziału RSW wydawało się, że uzyskano na rynku prasowym odpowiedni pluralizm. Kiedy jednak w 1993 r. ponownie do władzy doszły (nie bez pomocy Lecha Wałęsy) partie będące kontynuacją ugrupowań z PRL-u, a dwa lata później postkomuniści jeszcze umocnili swą pozycję po wybraniu na prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego – sytuacja zaczęła się zmieniać. Słabła siła i autorytet „Solidarności” i postsolidarnościowych ugrupowań politycznych jako pewnych partnerów do prowadzenia interesów w mediach.

 

Tak się też złożyło, że mniej więcej w tym samym okresie Hersant popadł w długi na skutek bankructwa jednego z banków we Francji i zaczął na gwałt wyprzedawać swoje aktywa w Europie Środkowej.

 

– Sprzedał niektóre francuskie dzienniki, telewizję Tele-5 i zaczął się rozglądać za kimś, komu mógłby sprzedać swoje udziały w Polsce – mówi Jan Jakubowski. – Wtedy zgłosił się Franz Hirtreiter, prezes zarządu mniej znanej niemieckiej grupy wydawniczej Verlagsgruppe Passau. Komisja Likwidacyjna już nie istniała, w mediach działał właściwie niczym nieograniczony wolny rynek, więc Niemcom – wbrew poprzednim cichym ograniczeniom – wolno było już wszystko.

 

Hersant chyba po raz pierwszy, a zarazem ostatni, nie poinformował polskich partnerów o ważnej sprawie dotyczącej ich wspólnego przedsięwzięcia. Sprzedał wszystko przez zaskoczenie. To dla Polaków był szok. Tym bardziej, że – jak się szybko okazało Niemcy – mieli zupełnie inne podejście do współpracy.

 

Klepali nas po plecach, zapewniając o poparciu w staraniach o członkostwo w UE, a zarazem, gdzie mogli ograniczali nam pole manewru w redakcjach i wydawnictwach – wspomina jeden z byłych redaktorów naczelnych gazety należącej do Passauera. – Nie dbali o niezależność redakcji wobec polityków, łasząc się do nich. Przeprowadzali np. badania dotyczące ilości tekstów poświęconych partii rządzącej, w tym przypadku SLD. Coraz częściej dyktowali, co mamy robić, jaką tematykę w gazecie poruszać, wtrącali się także do polityki kadrowej w redakcjach, co w umowie spółki było akurat zastrzeżone dla strony polskiej. Liczyła się tylko „kasa” i dobre stosunki z władzą, czyli – w sumie – nie misja, lecz święty spokój.

 

Kiedy na łamach „Dziennika Bałtyckiego”, współpracującego wtedy z „Życiem”, pojawiła się sprawa „Wakacji z agentem” (chodzi o urlop prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego spędzany w Cetniewie wraz z rosyjskim szpiegiem, Ałganowem), z Niemcami nie dało się już współpracować. Zaczęli się zachowywać brutalnie wobec dziennikarzy i stanęli po stronie przeciwnej niż autorzy publikacji. Po odejściu z redakcji jej redaktora naczelnego oraz polskiego wiceprezesa wydawnictwa, skończyła się współpraca polsko-niemiecka. Zaczął się ordnung.

 

Problem polegał też na tym, że możliwości ekonomiczne polskich partnerów w mieszanych spółkach medialnych były żadne – mówi były członek managementu jednej z takich spółek. –  My nie mieliśmy pieniędzy. Nasza siła polegała na „know how” – znajomości rynku, wpływach środowiskowo-politycznych i do pewnego stopnia zapleczu kadrowym. Ale z tym „forsiasty” kapitalista mógł sobie w sprzyjających okolicznościach łatwo poradzić Wystarczyło podnosić kapitał i wykupywać nas z tego interesu. A kiedy jeszcze przestali się z nami liczyć, bo zaplecze polityczne „Solidarności” w postaci części ugrupowań parlamentarnych zdecydowanie osłabło, to mogli nas po prostu puścić w skarpetkach…

 

No i stopniowo zaczęli przejmować wszystkie gazety regionalne, nie tylko wcześniejszą własność Hersanta. Warto tu wspomnieć, że zanim Passauer przejął od niego gazety, funkcjonował już na polskim rynku, ale za pośrednictwem podstawionej szwajcarskiej spółki Interpublication. Natomiast w czasach już stosunkowo bliskich – za panowania Platformy Obywatelskiej pod dowództwem Donalda Tuska – doszło do transakcji wręcz skandalicznej. W momencie ostatecznego wycofywania się z Polski „Orkli” ostatnie nieniemieckie gazety regionalne przeszły w ręce… niemieckie. Pytanie – gdzie był wtedy UOKiK? gdzie ustawodawcy, gdzie jakiś normalny, propaństwowy porządek rzeczy!?

 

Rozbić nowy monopol

 

Podstawowym błędem po rozbiciu monopolu RSW było pozostawienie rynku medialnego bez żadnego sensownego uregulowania. Nie stworzono przyzwoitej ustawy chroniącej nie tylko wolny rynek w tym obszarze, ale także szeroko rozumiany interes państwa i społeczeństwa. Poszczególne rządy, a więc SLD wraz z PSL-em, ale także AWS – UW i wreszcie przez 8 lat PO nie zajęły się tym tematem i pozwoliły na trwanie sytuacji niezdrowej.

 

Po paru latach, kiedy Komisja Likwidacyjna zakończyła swoją działalność, wszystkie błędy powstałego systemu mediów trzeba było skorygować. I to zadanie należało już do polityków i prawników. Problem w tym, że ci lewicowi i liberalni, którzy jeszcze do niedawna byli u steru, nie rozumieli tego problemu, albo nie byli zainteresowani jego uporządkowaniem. Wszak – „sam rynek sobie poradzi”, a w ogóle, to „kapitał nie ma narodowości” … No, niestety ma! A niedawne antyprezydenckie akcje dziennika „Fakt” czy dziwne wyborcze „operacje” medialne portalu Onet jaskrawo tego dowodzą.

 

Zamiana elit rządzących krajem na takie, które dobrze rozumieją, że racja stanu to również formowanie poglądów i popieranie programów wzmacniających Polskę, a nie tylko „roztapianie się w głównym europejskim nurcie”, powinna skorygować ten stan rzeczy. Zrównoważenie pod każdym względem systemu mediów w Polsce jest sprawą pilną – także choćby i po to, aby zneutralizować przekłamywanie historii własnego kraju czy ograniczyć szkodliwe działania zewnętrznych grup nacisku korzystających ze zbyt łatwo dla nich dostępnych źródeł przekazu.

 

Obecnie, paradoksalnie nie chodzi już właściwie o gazety papierowe, które stają się formą przekazu schodzącą z rynku. Teraz gra bardziej toczy się o internet, telewizję, a nawet radio (vide – zakup Zetki przez Agorę). Więc może już nie gazety czy tygodniki opinii (z nadzwyczaj zajadłym „Newsweekiem” na czele) … Ale problem pozostaje ten sam: rozbicie nowego monopolu, tym razem nie komunistycznego.

 

Jaka ustawa?

 

Chodzi o dekoncentrację całego rynku, ponieważ jest kilka potężnych grup medialnych, które w mojej ocenie zaczęły wręcz blokować możliwość swobodnej debaty i wolność słowa – twierdzi Joanna Lichocka, posłanka PiS i członkini Rady Mediów Narodowych na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”. – Chodzi o to, aby na rynku działało jak najwięcej podmiotów, by nie było dominacji ani monopolu, tylko równowaga. A równowaga to wielość podmiotów, tytułów, opinii.

 

Podczas rozmowy w radiowej Jedynce Lichocka podkreślała, że należałoby się zastanowić nad wprowadzeniem na polski rynek modelu francuskiego, czy też modeli już obowiązujących w krajach Europy Zachodniej. Czyli kapitał zagraniczny nie powinien przekraczać 20 proc. Tylko jak to zrobić? Czy odebrać mu to, co ponad te 20 proc. posiada? Czy będzie to zgodne z prawem (zwłaszcza tym „świętym” – prawem własności)?

 

Zdaniem Witolda Gadowskiego, wiceprezesa SDP, wypowiadającego się na portalu SDP, „winno się wprowadzić ułatwienia ekonomiczne dla powstawania niezależnych polskich mediów, które mogłyby działać na rynku”. Chodzi o ulgi podatkowe i preferencje przy otrzymywaniu koncesji. Ponadto Gadowski twierdzi, że „trzeba wprowadzić precyzyjne zapisy antymonopolowe w mediach. Nie może być monopolu kapitałowego. Jest to niezwykle ważne dla pluralizmu opinii publicznej”.

 

Prace nad ustawą o dekoncentracji mediów trwają od 2016 r. W kręgach rządowych mówi się, że jesienią 2020 ma ona wejść pod obrady Sejmu. Niestety, nikt na razie nie zna szczegółów. Wiadomo tylko, że obecnie nie prowadzi się dyskusji o tym, czy przeprowadzić reformę dekoncentrującą własność na rynku medialnym – tylko jaką pójść drogąPo latach zaniechań, świadomej, a czasami niezamierzonej ślepoty decydentów – dobre i to.

 

Maria Giedz

fot. Radio Wnet

 

 

Tekst ukazał się w numerze 4/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

TUTAJ.

 

 

Podziel się!

Pracowała w wydawnictwach Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego. W latach 1989–91 w zespole „Tygodnika Gdańskiego”, potem w „Wieczorze Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim” oraz „Magazynie Solidarność” Regionu Gdańskiego. Przez kilka miesięcy była na stażu dziennikarskim w „The Washington Post”, „The Plain Dealer” i „Time Magazine”. Publikowała w magazynach podróżniczych „Świat i Podróże” oraz „Poznaj Świat”. Wydała cztery książki: „Grabarka, Sanktuarium Kościoła prawosławnego”, „Węzeł Kurdyjski” i „Kurdystan – bez miejsca na mapie”, „Pomorze mniej znane”. Jest nauczycielem akademickim i członkiem Zarządu Głównego SDP.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close