Home / Publicystyka  / Idealizm i dzielenie tortu – MIROSŁAW USIDUS o mediach społecznościowych

Idealizm i dzielenie tortu – MIROSŁAW USIDUS o mediach społecznościowych

Od około półtorej dekady krąży w internetowym obiegu pomysł na jakościowy serwis publicystyczno-informacyjny, który byłby połączeniem otwartej platformy publikacji treści, artykułów, blogów, komentarzy, dyskusji, itp., społeczności i spółdzielni autorów, także z możliwością godziwej gratyfikacji finansowej. Polskie doświadczenia – Salon24, Natemat, czy OKO.press uczą, że bez takiego czy innego „zewnętrznego oparcia”, serwis taki raczej nie przetrwa.

 

Mowa o finansowym zasilaniu innym niż dochody z samego ruchu i reklam. Platformy tworzone według tego konceptu –pomijając koszty początkowe, techniczne i deweloperskie –mają zazwyczaj personel redakcyjny, oferują wynagrodzenie autorom o znanych nazwiskach, dają nawet szansę zarobić popularnym autorom „ze społeczności” (choć nie w Polsce). To wszystko kosztuje. W pierwszej fazie istnienia serwisu nie ma mowy o generowaniu przychodów wystarczających do pokrycia tych kosztów.

 

Ten stary Salon24

 

Nie znika wciąż pytanie czy ów idealistyczny koncept „mediów społecznościowych” ma szanse kiedykolwiek wyjść na swoje, trzymając się, nazwijmy to, ortodoksyjnego modelu. Spójrzmy na Salon24.pl, który obecnie nie różni się od typowego serwisu newsowego i społeczno-politycznego. W 2006 i 2007, przez dwa pierwsze lata funkcjonowania, był czymś innym, blogowiskiem, żywą i nad wyraz aktywną społecznością autorów i dyskutantów, miejscem, w którym rodziły się gwiazdy Internetu. Blogi założyli tu też znani publicyści o różnych poglądach (m.in. Rafał A. Ziemkiewicz, Jan Pospieszalski, Paweł Wroński, Janusz Rolicki, Sławomir Sierakowski), a także tysiące „zwykłych” ludzi.

 

O ile pamiętam (piszę z pamięci), Igor i Bogna Janke otrzymali dofinansowanie na stworzenie swojej platformy z funduszy europejskich. Nie chodzi mi to, by komuś coś wypominać, lecz o ukazanie zasady, o której piszę wyżej. Idealistyczna koncepcja potrzebuje finansowego zastrzyku. Tzw. zarabianie na reklamie, które z pozoru wydaje się „czystym” pieniądzem, też może wzbudzać kontrowersje, o czym Salon24 przekonał się niedawno, gdy „odkuł się nieco” reklamowo. Serwis w sierpniu 2019 roku poinformował, że w ubiegłym roku miał prawie milion złotych wpływów i 275,3 tys. zł zysku, co było wzrostem o 62,3 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Wow! Media jednak nie omieszkały zauważyć, że ten imponujący skok wyniku finansowego serwisu wynika w dużym stopniu z tego, że intensywnie reklamowała się w nim firma windykacyjna GetBack. I to stawia sprawę w nieco innym świetle.

 

Oparcie finansowe miał też pomyślany pierwotnie jako „otwarta platforma społecznościowa” serwis Natemat. Media i fora internetowe szeroko komentowały sprawę kontrowersji  finansowania, jakie miał portal Tomasza Lisa otrzymać z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju i pogłoski o specjalnym traktowaniu tego portalu przez ogłoszeniodawców ze spółek skarbu państwa.

 

Powtarzam, zamierzeniem tego tekstu nie jest rozliczanie i demaskowanie. Dla mojego wywodu ważne jest, że platforma społecznościowa Natemat również nie oparła swojego startu na samej jedynie wierze w społeczność autorów, jej siłę i potencjał. Serwis łączy treści redakcyjne i wpisy blogerów, będąc wciąż w pewnym sensie „platformą społecznościowo-blogową”. Wśród ponad 900 autorów są m.in. Stefan Niesiołowski, Jacek Dehnel, Tomasz Lis, Marcin Orliński, Jacek Rostowski, Krzysztof Hołowczyc, Aleksander Kwaśniewski, Krystyna Kofta, Karol Okrasa. Jednak szybki przegląd blogów wskazuje, że autorzy przeważnie są już mało aktywni, a w serwisie wyeksponowana jest strona informacyjno-publicystyczna, jak w konwencjonalnych mediach.

 

Polskie społecznościowe platformy autorsko-czytelnicze zdają się więc nieuchronnie ewoluować w kierunku bardziej konwencjonalnych modeli mediów, co widać po przykładach Salon24 i Natemat. Młodsze OKO.press trudno z kolei nazwać otwartą platformą społecznościową, skoro nie ma tam miejsca na poglądy inne niż lewicowe. Jerzy Baczyński z „Polityki” tak pisał o założeniach OKO.press w połowie 2016 roku: „Jest projektem medialnym, zarejestrowanym tytułem prasowym, ale zarazem społecznościowym medium internetowym i archiwum życia publicznego po wyborach 2015”. Nie ma mowy jednak, aby ścierali się tam bezpośrednio autorzy konserwatywni czy narodowi z socjalistami i liberałami, co było charakterystyczne dla „starego” Salonu24. W OKO.press jest po prostu tylko jedna opcja.

 

W 2018 media pisały o problemach finansowych serwisu w związku rzekomym wycofaniem się ze wsparcia zagranicznych sponsorów OKO.press, ale to chyba nieaktualne. W lipcu tego roku pojawiła się w mediach informacja, że wpływy wydawcy wzrosły do 2,6 mln zł głównie z darowizn, więc chyba mają z czego ten serwis wydawać. Nie jest on tani – utrzymanie strony kosztuje miesięcznie 194,3 tys. zł, w jej zespole pracuje ponad 20 osób. OKO.press podkreśla, że nie zamieszcza reklam, co może być rozumiane jako sugestia, że reklamy pozwoliłyby wydawać ten serwis, ale OKO chce być niezależne. Jednak przy milionie użytkowników miesięcznie i 5 milionach odsłon z reklam nie udałoby się, moim zdaniem, sfinansować reklamowo serwisu o takich miesięcznych kosztach funkcjonowania.

 

Czy zatem idealistycznie rozumiany model „otwartej platformy mediów społecznościowych” jest mrzonką? Czy można stworzyć pluralistyczne media internetowe, w których znani autorzy koegzystują z talentami pochodzącymi ze społeczności, jeśli nie na równych prawach, to przynajmniej na zasadzie inkluzyjności i szans dla amatorów, tak aby zarówno pierwsi, jak i ostatecznie drudzy mogli otrzymywać godne honorarium za swoją pracę? A sama platforma „dawałaby radę” finansowo bez dotacji, sponsorów politycznych i instytucjonalnych?

 

Medium – eksperyment, który trwa

 

Być może odpowiedź na to pytanie da obserwacja losów założonej w 2012 roku przez Evana Williamsa, jednego z twórców Twittera, platformy Medium. Piszę o tym w czasie przyszłym, bo jest to byt internetowy i biznesowy, który dochodów na razie nie przyniósł, za to wciąż dynamicznie ewoluuje i co jakiś czas przechodzi przemiany. Na pewno nie można powiedzieć, że poszedł drogą polskich platform społecznościowo-blogowych i zamienił się w klasyczny serwis internetowy z informacjami, publicystyką, redakcją, cyklem i stylem edytorskim typowym dla mass mediów.

 

To medium warto obserwować z dwóch sprzecznych ze sobą powodów. Po pierwsze, jeśli w końcu odnajdzie swoją drogę do sukcesu finansowego w wyidealizowanej formule „mediów społecznościowych” to z pewnością ustanowi benchmark i wzór, za którym pójdą inni, także w Polsce. Jeśli twórcom serwisu ostatecznie nie uda się, to powstanie kolejny pouczający rozdział w historii prób wykreowania „mediów społecznościowych z prawdziwego zdarzenia”.

 

Pierwotnym zamysłem Medium było stworzenie narzędzia do publikacji tekstów wykraczających poza limit twitterowych 140 znaków. Powstała estetycznie zaprojektowana platforma blogerska, otwarta dla wszystkich autorów, z tym, że od początku istniała pewna grupa wynagradzana za swoje treści, która mogła obejmować kolejnych twórców, na podstawie wyników czytelnictwa i poziomu angażowania społeczności.

 

W Medium pojawiały się artykuły nie odbiegające poziomem od najlepszych tytułów prasowych. Oczywiście administratorzy niekoniecznie ujawniali, że autorzy tych treści wynagradzani są podobnie jak w klasycznych mediach i na podobnym poziomie. Był to rodzaj inwestycji w tzw. „kontent”. Wysokiej jakości materiały odgrywały rolę niejako mobilizującą dziennikarzy obywatelskich i blogerów próbujących szczęścia w Medium. Po prostu nie wypadało tam zejść poniżej pewnego poziomu. Autorzy „ze społeczności” po uzyskaniu odpowiedniej popularności, też mieli szanse na wynagrodzenia.

 

Wydałoby się, że ten dyskretny, oparty na treściach na wysokim poziomie, model, jest odnalezionym wreszcie świętym Graalem internetowych mediów społecznościowych. Wszystko zdawało się tu być właściwie dostrojone, promocja jakościowych tekstów, subtelne motywatory, w tym także finansowe, rosnąca ranga Medium, w którym ukazywały się ważne materiały, np. artykuł Jeffa Bezosa na temat jego sporu z bulwarówką „National Enquirer”, głośne publikacje demaskatorskie i śledcze.

 

Medium nazywa się czasem „tekstowym YouTube’m”. Niestety, pomimo wspomnianego wyżej mechanizmu motywacyjnego, w odróżnieniu od YouTube serwis nie wykreował żadnych własnych gwiazd. Wynagradzani przez firmę znani autorzy, dziennikarze i pisarze, jeśli następował spadek czytelnictwa, mogli po prostu przestać pisać, nie tracąc swojej pozycji. Amatorzy, którzy liczyli na dużo, zwykle zniechęcali się po pewnym czasie. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć prezentujący od początku idealistyczną wizję wolnego Medium dla każdego, Williams, zawsze dodawał do swoich wizji wizję zarobku dla autorów.

 

Od 2017 roku serwis pobiera od czytelników opłatę subskrypcyjną w wysokości pięciu dolarów miesięcznie. Williams zapewnia, że chce uniknąć reklam, stąd opłaty. Gdyby chodziło o polski serwis, to nie wróżyłbym mu powodzenia. Jednak na rynkach zachodnich taka opłata to niewiele – jeśli uda się utrzymać jakość i bogactwo treściowe serwisu, to Medium będzie ciekawą alternatywą dla konwencjonalnych internetowych serwisów.  Los platformy jest sprawą otwartą i, jak już pisałem, polecam obserwację tego projektu, jako interesującego eksperymentu. Może on zresztą potrwać jeszcze długo, bo Williams, dzięki udziałom w Twitterze, ma wielki majątek… do wydania.

 

A może krypto waluty lub udział w zyskach z reklam?

 

Internet jednak nie czeka na to, jak pójdzie Medium i szuka alternatyw. Nowe serwisy i społecznościowe platformy wciąż powstają, niektóre opierają się na dość innowacyjnych planach biznesowych, dając możliwość zarobkowania kontrybutorom. Niedawno pisałem na portalu SDP o jednym z charakterystycznych pomysłów, który ma nagradzać finansowo członków autorskiej społeczności za aktywność i ciekawe treści, czyli serwisie Steemit. Zasada działania serwisu jest podobna do amerykańskiego Reddita czy polskiego Wykopu. Jednak zamiast samej tylko satysfakcji z popularności udostępnianych treści w tym serwisie użytkownik ma szansę na gromadzenie kryptowaluty o nazwie „Steem”. Niestety stawiając na kryptowaluty musimy się liczyć z wszystkimi wadami tego rynku czyli z ogromnymi wahaniami kursu. Notowania „Steema” spadły z maksymalnego poziomu siedmiu dolarów do zaledwie złotówki, jak sprawdzałem, pisząc ten tekst.

 

Innym konceptem jest platforma HubPages. Jej członkowie („Hubbers”) zamieszczają artykuły („Hubs”). Jeśli chcą wynagrodzenia, autorzy muszą posiadać ważne konto w serwisie reklam kontekstowych AdSense. Po przekroczeniu pewnej kwoty następuje wypłata. Warto pamiętać, że członkowie społeczności zachowują wszelkie prawa własności intelektualnej i mogą usunąć swoje „Huby” w dowolnym momencie. Nie mogą jednak usunąć wszelkich postów, komentarzy i ocen, czyli form aktywności typowo społecznościowej.

 

Koncept „wolnej i otwartej społecznościowej platformy internetowej” wciąż, jak widać, powraca, w nowych wcieleniach. Dziś jednak już mało kto wierzy w trwałość modelu, w którym autorzy dostarczaliby wartościowych treści dla samej tylko idei. Wciąż jednak trwają poszukiwania formuły, w której każdy miałby szanse na swój kawałeczek tortu. Nie wykluczam, że to się w końcu uda.

 

Mirosław Usidus

Podziel się!

Redaktor naczelny miesięcznika m.technik ("Młody Technik"). Dziennikarz i przedsiębiorca. Weteran Internetu. Współtwórca „Rzeczpospolitej" Online, portalu TVP, i wielu innych serwisów internetowych. Jako partner, mentor i szkoleniowiec pomaga ludziom, organizacjom i firmom, ulepszać komunikację w nowych mediach

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close