Home / Publicystyka  / MIROSŁAW USIDUS: O wyższości Pornhuba nad Twitterem

MIROSŁAW USIDUS: O wyższości Pornhuba nad Twitterem

Gdy powstał równo 15 lat temu, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę  Dziś Twitter ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty, tonie w obłudzie i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych – krzywdzie najmłodszych.

 

„Happy birthday, Twitter!” – życzą ulubionej platformie promocyjno-komunikacyjnej naszych polityków, publicystów, moralizatorów i besserwisserów wszelkiej maści, nieletnie ofiary przemocy i wykorzystywania seksualnego, które ofiarami zostały dzięki kończącej 15 lat platformie, a która w przypadkach nadużyć seksualnych wobec nieletnich i pornografii dziecięcej „nie widzi problemu”.

 

Filmowych życzeń dla przyjaznego pornografii dziecięcej mikroblogowego serwisu wysłuchać można na YouTube, pod tym adresem: https://www.youtube.com/watch?v=QbNh6L7sybw.

 

Kampania, w której za skrzywdzone dzieci z oczywistych względów wypowiadają się wynajęci aktorzy, jest inicjatywą Kanadyjskiego Centrum Ochrony Dzieci, przygotowaną specjalnie na piętnaste urodziny Twittera. Towarzyszy jej hasztag #TwitterBirthdayPlea.

 

Ofiary seksualnych przestępstw z okazji urodzin przypominają Twitterowi swoje historie, gdy próbowały administracji serwisu zgłosić nadużycia i krzywdy wyrządzone im przez przestępców seksualnych na platformie, a ta ignorowała skargi lub wręcz twierdziła, że zasady nie zostały naruszone. Problem przestępczości wobec nieletnich na tle seksualnym na Twitterze nie maleje lecz narasta. Organizacja o nazwie National Centre For Missing and Exploited Children, podaje, że ilość publikowanych na Twitterze materiałów wiążących się z seksualnym wykorzystywaniem dzieci wzrosła w ubiegłym roku o 41 proc.

 

Pornografia dziecięca nie zarusza zasad Twittera

 

– taką odpowiedź otrzymują ludzie, którzy zgłaszają tego rodzaju treści do administracji serwisu. Narusza je za to próba opublikowania matematycznej analizy anomalii w rozkładzie głosów na Bidena, za co zostałem zbanowany ja lub generalnie krytyka polityki Bidena, za co Twitter zablokował ostatnio kandydata na senatora w stanie Ohio. Naruszają ja reportaże o tragicznych warunkach w amerykańskich obozach przejściowych dla imigrantów przybyłych do USA na wyraźnie formułowane do niedawna zaproszenie prezydenta Joe Bidena.

 

Wygląda na to, że Twitter, niczym sprawny dział komunistycznej propagandy, skupia się na ochronie „drogiego przywódcy” Joe Bidena przed wszelką krytyką. Dzieci będące ofiarami seksualnych predatorów nie mogą liczyć na tej platformie na nic. Chyba, że publikowana treść dotyczy dzieci, które znalazły się na jednym zdjęciu z Bidenem. Nie będę się rozwodził na tym nurtem memów. Zainteresowani mogą łatwo sprawdzić, na czym polega wątek Bidena i dzieci w internetowych subkulturach.

Podsumowanie Twittera po piętnastu latach istnienia jest ponure a nawet przerażające. Gdy powstał, traktowano go jako zabawny gadżecik, nieco dziwaczną, ale w gruncie rzeczy niewinną zabawkę, wyróżniającą się ekstrawaganckim w swojej lapidarności pomysłem na tle kwitnącej wówczas mody na blogi internetowe. Dziś Twitter nie jest już niewinnie śmiesznym, dla jednych głupawym, dla innych uroczo ćwierkającym ptaszkiem. Ma zaciętą gębę brutalnego cenzorrysty i tonie w obłudzie jednostronnej cenzury politycznej. W dodatku, tępiąc z jednej strony nielewicowe treści, z drugiej – toleruje i nie widzi problemu w rzeczach paskudnych, wyrządzających ludziom, także tym najmłodszym i bezbronnym, prawdziwe krzywdy i szkody.

 

Gdy parę miesięcy temu pisałem o bezwzględnym cenzorryzmie politycznym Twittera, reakcją większości, także tych przywiązanych do wartości i zazwyczaj zasadniczych ludzi, którzy tak chętnie publikują okrągłe, mądre i umoralniające zdania na Twitterze, było wypowiedziane lub niewypowiedziane „oj, tam”.

 

Ani pełnej słów o zasadach prawicy, ani, zawsze gotowej do hałaśliwego napiętnowania bezczynności hierarchów kościelnych wobec pedofilii wśród księży, lewicy, najwyraźniej nie przeszkadza to, że administracja i moderacja Twittera notorycznie „nie widzi naruszenia swoich zasad” w publikowaniu na ich ulubionej platformie pornograficznych zdjęć np. ofiar handlu dziećmi do celów seksualnych.

 

Nawiązuję do konkretnej sprawy – procesu wytoczonego Twitterowi w Kalifornii za to, że nie tylko tolerował materiały przedstawiające akty seksualne z 13-latkiem, ale wręcz na nich zarabiał. Ofiarą był chłopiec, który trafił w ręce internetowych oszustów i szantażystów. Materiały wideo o charakterze pornograficznym, przedstawiające go, zostały opublikowane na Twitterze w 2019 r. Gdy potem zostały zgłoszone przez matkę chłopca, administracja platformy, działająca błyskawicznie gdy chodzi o zamykanie ust przeciwnikom lewicowej ortodoksji, a nawet ostatnio stosująca wręcz zautomatyzowaną cenzurę polityczną, w ogóle nie reagowała.

W końcu, po upływie wielu tygodni, gdy pornograficzne filmy z udziałem dziecka osiągnęły zasięgi liczone w dziesiątkach tysięcy, chłopiec i jego matka otrzymali od administracji Twittera odpowiedź następującą: „Dziękujemy za skontaktowanie się z nami. Przejrzeliśmy zawartość i nie znaleźliśmy naruszenia naszych zasad, więc w tym momencie nie zostaną podjęte żadne działania”.

 

Skarżący odpisali Twitterowi: „Co to znaczy, że nie widzicie problemu? Jesteśmy niepełnoletni i byliśmy niepełnoletni w momencie nagrywania tych filmów. Mieliśmy po 13 lat. Byliśmy zwiedzeni, nękani i zastraszaniem zmuszani do nagrania filmów, które są teraz publikowane bez naszej zgody”. Przesłali nawet numer sprawy, która była już w organach ścigania. Administracja serwisu niewzruszenie stała na pozycji, że pornografia dziecięca to rzecz całkowicie dopuszczalna na Twitterze.

 

Pomogła dopiero interwencja przedstawiciela Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych, powiadomionego przez matkę ofiary. Bez interwencji służb pornografia dziecięca Twitterowi nie przeszkadzała. Pozew przeciw waszej ulubionej platformie komunikacyjnej idzie dalej niż pojedyncza skarga. Formułowany jest w nim zarzut, że Twitter świadomie pozwala operować i korzystać ze swoich usług osobom rozpowszechniającym pornografię dziecięcą i czerpiącym z tego profity. W domyśle – Twitter sam czerpie niemałe profity z dystrybucji pornografii dziecięcej.

 

Czy świetle tej sprawy znajdą się chętni do obrony Twittera przed władzami Rosji, które kilka dni temu nakazały platformie usunąć nielegalne treści, z naciskiem m. in. na dziecięcą pornografię? W przeciwnym razie Twitter zostanie zablokowany w tym kraju. Owszem w przypadku Rosji ma to zapach pretekstu mającego na celu eliminację z tamtejszego rynku środka komunikacji, nad którym Kreml nie ma kontroli, ale przecież Twitter naprawdę pozwala na publikację dziecięcej pornografii. To wiemy na pewno. Jakoś nie ma we mnie silnej chęci obrony Twittera przed działaniami rosyjskich władz.

 

Twitter wierzy w wolność słowa, ale nie dla każdego

 

Tak jak niedawno niewiele było chętnych do obrony platformy przed blokadą wyborczą w Ugandzie. Po jego ekscesach z cenzurą polityczną podczas wyborów prezydenckich w USA tylko skrajni naiwniacy kupują komunikaty przedstawicieli Twittera głoszące, że „zapewnia on swobodę komunikacji i wypowiedzi”. W zapewnianiu mu wolności wypowiedzi pomóc mu chcą prawodawcy w wielu krajach, np. w Meksyku, Brazylii czy w Indiach, gdzie projektuje się przepisy gwarantujące wolność słowa w sieciach społecznościowych. Twitterowi jednak, podobnie jak równie miłującym wolność słowa kolegom w Facebooka, pomysły te są nie w smak. Politycy bowiem w wymienionych krajach chcą wolności wypowiedzi dla każdego. Nie tak Twitter wyobraża sobie „swobodę komunikacji i wypowiedzi”.

Jak sobie ową „wolność” wyobraża. Pisałem o tym na portalu SDP niejeden raz. Twitter ocenzurował wpisy prezydenta Donalda Trumpa na długo przed wyborami w listopadzie, tolerując jednocześnie hejt i wezwania do przemocy publikowane przez lewicę, zwłaszcza terrorystów z Black Lives Matter. Konserwatywne media wiele razy zwracały uwagę, że platforma społecznościowa nie reagowała w żaden sposób, gdy przestępcy korzystający z zamieszek po śmierci George’a Floyda koordynowali swoje łupieskie napady na sklepy za pomocą Twittera właśnie. Nawet zgłaszanie postów zamieszczonych tam przez pospolitych złodziei nie pomagało.

 

Twitter pozwalał w najlepsze publikować Shaunowi Kingowi, znanemu agitatorowi neomarksistowskiego ruchu Black Lives Matter, w których nawoływał do niszczenia posągów, witraży i fresków przedstawiających „białego Jezusa”. Podwójne standardy, pisali krytycy, to na Twitterze standard.

 

W maju ub. roku znany konserwatywny senator z Teksasu, Ted Cruz, oskarżył prezesa Twittera Jacka Dorseya o uciszanie „autentycznych politycznych wypowiedzi Amerykanów przy jednoczesnej pobłażliwości dla terrorystycznych zagrożeń ze strony Iranu”. Wezwał Departament Sprawiedliwości i Departament Skarbu do wszczęcia dochodzenia karnego w związku z zarzutami, że Twitter łamie sankcje USA wobec Iranu, które zabraniają amerykańskim firmom dostarczania towarów i usług dla najwyższych urzędników Iranu. Mówiąc konkretniej chodzi o to, że Twitter pozwala irańskim przywódcom na posiadanie kont na swojej platformie. Wcześniej, w lutym z jego inicjatywy wysłany został list od republikańskich senatorów do Dorseya, wzywający firmę do zakazania działalności irańskim przywódcom, w tym Alemu Chamenei i irańskiemu ministrowi spraw zagranicznych Mohammadowi Javadowi Zarifowi. W odpowiedzi Twitter oświadczył, że jego serwis jest zwolniony z sankcji i że udostępnienie jego technik komunikacji ma krytyczne znaczenie w dobie pandemii koronawirusa.

 

Jack Dorsey, szef Twittera proponuje „redagowanie tweetów światowych liderów”, przede wszystkim, jak należy się domyślać, takich przywódców jak Trump, bo chyba nie irańskich. Robić to chce pod hasłem „walki z dezinformacją” i o tym, co ową dezinformacją jest, decydować ma oczywiście administracja Twittera, która jest tak bezstronna jak sędziowie w polskich procesach AK-owców w latach 50-tych.

 

O tym że ludzie kierujący Twitterem i pracujący dla platformy maszerują w jednym szeregu z bełkotliwymi hasłami neomarksistoskiej rewolucji, świadczy wiele faktów, wielokrotne przypadki jednostronnego prześladowania politycznego prawicowych komentatorów czy satyryków. Jak też dowody wierzeń i przekonań dominujących w tym środowisku. Wiele jeśli nie wszystko mówi o nich choćby pochodząca z początku lipca 2020 roku, informacja o rugowaniu z języka technicznego i korporacyjnego w tej firmie takich słów jak „Whitelist” (bo rasizm), „Man Hours” (bo męski suprematyzm) i „He, Him, His” (bo niezgodne z genderową ortodoksją).

 

Etyka serwisu porno zamiast porno-etyki Twittera

 

Mógłbym o przykładach bezwzględnej cenzury pisać i pisać. Było ich tak wiele i wciąż są nowe, oburzające w swojej bolszewickiej bezczelności i obłudzie. Widzę jednak, że robi to wrażenie na niewielu. Reakcja większości, także osób gotowych o każdej porze dnia i nocy z zaangażowaniem mówić o zasadach, o wolności słowa, to wspomniane wcześniej „oj, tam”. „Oj tam, wolność słowa”. „Oj, tam pornografia dziecięca”. I dalej używamy sobie na twitterku, jak gdyby nigdy nic.

 

No więc pomyślałem sobie – dlaczego wszystkie te godne szacunku postacie, politycy, autorytety, instytucje nie użyją do komunikacji i promocji Pornhuba? Jest to platforma etycznie przewyższająca Twittera. Pornhub, jako serwis z definicji pornograficzny, żwawo i zdecydowanie reaguje na doniesienia o treściach przedstawiających seks z nieletnimi, które publikują użytkownicy. W grudniu 2020 r. o wielkiej czystce takich i innych zakazanych prawem treści na Pornhubie donosił m. in. „The Guardian”. O cenzurze politycznej na Pornhubie nic nie wiadomo. W każdym razie ja nie znam przykładów politycznego cenzorryzmu na ten platformie.

 

Nie widzę więc silnych argumentów za tym, że Twitter jest w jakikolwiek sposób lepszy niż Pornhub. W rzeczywistości, to co napisałem wyżej, dowodzi czegoś całkowicie odwrotnego – że to Pornhub jest lepszy niż Twitter. Aha, mogę zapewnić, że zasięgi będą, znacznie lepsze niż na Twitterze.

 

Mirosław Usidus

 

Podziel się!

Redaktor naczelny miesięcznika m.technik ("Młody Technik"). Dziennikarz i przedsiębiorca. Weteran Internetu. Współtwórca „Rzeczpospolitej" Online, portalu TVP, i wielu innych serwisów internetowych. Jako partner, mentor i szkoleniowiec pomaga ludziom, organizacjom i firmom, ulepszać komunikację w nowych mediach

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close