Nie wszystko złoto, co znajdziesz w sieci – WOJCIECH POKORA o tym, jak nie korzystać z mediów społecznościowych

Kilka dni temu oglądając główne wydanie Wiadomości TVP ze zdumieniem zobaczyłem, że do zilustrowania jednego z emitowanych w nich felietonów użyto screenów z mediów społecznościowych. Przywykłem już do tego, że punktem wyjścia niektórych materiałów dziennikarskich, oczywiście nie tylko w TVP, są wpisy w mediach społecznościowych, ale zawsze są to opinie polityków, znanych ekspertów a czasem dziennikarzy. Tym razem jednak były to wpisy anonimowych internautów. Ich pseudonimy nic nikomu nie mówią, więc trudno traktować te opinie jako eksperckie. Raczej jako współczesny rodzaj sondy ulicznej. Jednak przystrojonej w piórka obiektywizmu. Miały one na celu utwierdzić telewidzów w opinii, że anonimowa masa ludzi, nazwana internautami, wspiera lub potępia jakieś zjawisko. Nie pokazano oczywiście całej internetowej dyskusji w tym temacie, wybrano jedynie pasujące pod tezę opinie.

 

O ile taka formuła może się sprawdzić w programach typu Szkło kontaktowe czy W tyle wizji, które z założenia są nieobiektywne i służą w dużej mierze kształtowaniu opinii przez rozrywkę, o tyle w programie informacyjnym nie powinny mieć miejsca. Z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest wspomniana już tendencyjność w doborze komentarzy, mających dawać złudzenie obiektywizmu. Oczywiście, można na tej samej zasadzie zarzucić tendencyjność w dobieraniu z klucza ekspertów komentujących poszczególne wydarzenia, ale telewidz ma w tym przypadku szansę zweryfikować z kim ma do czynienia. Może sprawdzić, czy np. niezależny ekspert udzielający wypowiedzi jako naukowiec, nie jest przypadkiem radnym z ugrupowania związanego z obecną władzą. Widać na ekranie twarz, jest nazwisko, wszystko jasne. Jednak gdy do czynienia mamy z publikacją anonimowych wpisów, to nie ma pewności, że nie napisał ich np. sam dziennikarz, któremu z lenistwa przyszło do głowy pójść na skróty w poszukiwaniu argumentów. Stąd moje zdumienie.

 

Okazuje się jednak, że patent na budowanie narracji na wpisach anonimowych osób jest powszechniejszy niż sądziłem. Gazeta Wyborcza opublikowała bowiem tekst redaktor (?) Żanety Gotowalskiej pt. Kim jest Jolka Rosiek, która od miesięcy wyznaje miłość Dudzie. Gotowalska opisuje w nim historię dziewczyny, która na Twitterze publikuje miłosne wyznania do prezydenta a także utrzymuje, że ma z nim romans. Generalnie tekst dotyczy tylko i wyłącznie tego jednego aspektu – romansu nieznanej dziewczyny z prezydentem, którego dowodem są słowa dziewczyny. Nie dziwi więc, że szybko pojawiły się zarzuty stronniczości wobec tekstu, w którym ewidentnie widać, że słowa bohaterki są brane na poważnie i jedyna weryfikacja faktów polega na dotarciu do niej przez Internet i przejrzenie przesłanych przez nią screenów. Czy to dopełnia rzetelności dziennikarskiej?

 

Znany dziennikarz śledczy, laureat Lauru SDP 2018 Jerzy Jachowicz, zapytany jak nie dać się zmanipulować podczas pracy nad tematem, gdy dziennikarzowi wpadają w ręce materiały z niepewnego źródła, powiedział: „Żeby nie dać się zmanipulować, żeby nie stać się ślepym narzędziem, trzeba rozważyć jaki będzie skutek. Pomijając motywy, bo prawie nigdy nie odkryjemy prawdziwych motywów informatora. On zwykle będzie się powoływał na dobro państwa, na dobro instytucji, zawsze znajdzie sobie jakąś zasłonę. Tego nigdy nie odkryjemy, my musimy sami razem z kolegami – przełożonymi, kolegami z redakcji, rozważyć, jakie będą skutki, jakie znaczenie ma potwierdzenie tych informacji. Jeżeli uznajemy, że one przynoszą społecznie pożyteczny skutek, to oczywiście wchodzimy w to. Wtedy mamy gwarancję, nawet jeżeli informator może uznać, że my jesteśmy jego narzędziem, niech on sobie tak myśli, ale my jesteśmy wewnętrznie przekonani, że występujemy w słusznej sprawie. Inaczej mówiąc sumienie dziennikarza jest narzędziem, które rozstrzyga o tym, czy wchodzić w jakieś tematy czy nie. To, że informator będzie nas uznawał za swoje narzędzie, to nie ma większego znaczenia. Chodzi o to, żebyśmy nie byli ślepym narzędziem”.

 

Czyli ważny jest skutek. Gdy jest społecznie pożyteczny, temat wart jest zachodu, nawet gdy budzi kontrowersje. Sprawa romansu urzędującego prezydenta z młodą internautką jest tematem niewątpliwie społecznie ważnym. Wypada go zatem dobrze zbadać i ujawnić. Tylko kto to ma zrobić? Wyobrażam sobie, że do tak ważnego tematu redakcja wybiera doświadczonego dziennikarza śledczego, kogoś z głośnym nazwiskiem, topową gwiazdę redakcji. Przecież taki temat to pewniak na sukces, więc musi być dobrze obsłużony. Gazeta Wyborcza chyba w temat nie uwierzyła, patrząc komu zleciła jego realizację. I najważniejsze. Jak zauważa redaktor Jachowicz, należy zadbać, by materiały i dokumenty, które trafiają w ręce dziennikarza nie były jedynym źródłem materiału, który na ich podstawie powstaje. Dziennikarz ma pogłębić temat samodzielnie, nie ograniczać się do opisu tego, co otrzymał jako źródło. Jednak w przypadku opisywanego artykułu tak się nie stało. Nie wybrano topowego dziennikarza, który zbada dogłębnie temat i opisze go w oparciu o wszystkie dostępne źródła, nie tylko te, które ujawnił informator – w tym przypadku tajemnicza Jolanta Rosiek. Stało się dokładnie odwrotnie. I to jest podstawowy błąd warsztatowy pani Gotowalskiej. Opisała ona bowiem tylko to, co znalazła na Twitterze, uzupełniając o informacje, które dostała z tego samego, nieznanego internetowego źródła. Ale  czy to błąd redakcji? Wygląda na to, że nie. Jest jedna rzecz, która w tym wszystkim tłumaczy zarówno wydawcę jak i autorkę materiału. Klikalność. Tekst Gotowalskiej na portalu Gazety Wyborczej po prostu się klika. Im więcej osób o nim mówi, tym bardziej się klika. I o to chodziło. Bo to klikalność świadczy o tym, że Gotowalska wykonała swoje zadanie znakomicie. Bowiem jako menedżer ds. promocji, mający w kompetencjach organizowanie akcji promocyjnych i społecznych wspierających prenumeratę cyfrową „Gazety Wyborczej” spisała się świetnie. Nie rozumiem tylko, czemu wydawca nie oznaczył jej tekstu jako promocyjny.

 

Wojciech Pokora