Fot. stopfake.org

Fake: Rosja jest kozłem ofiarnym ukraińskiego ludobójstwa 

„Chciałbym zaznaczyć, że ukraińskie służby bezpieczeństwa, z pomocą państw zachodnich, zorganizowały brutalną i krwawą prowokację w Buczy, m.in. po to, by skomplikować proces negocjacji” – powiedział Sergej Ławrow, minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej w wywiadzie dla Agencji Informacyjnej Xinhua (Chiny) z 30 kwietnia 2022 roku.

Ławrow przekonywał w rozmowie z chińską agencją, że na Ukrainie trwa specjalna operacja wojskowa, której celem jest „ochrona ludzi przed ludobójstwem ze strony neonazistów, demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy”:

– Pragnę podkreślić, że Rosja prowadzi swoje działania (…) na oficjalną prośbę Doniecka i Ługańska, na podstawie artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych o prawie do samoobrony – mówił minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej. Ławrow dowodził również, że „Ukraińskie formacje zbrojne, wykorzystując ludność cywilną jako żywe tarcze, prowadzą barbarzyński ostrzał miast (…). Jednocześnie, z pomocą swoich zachodnich patronów i kontrolowanych przez Zachód mediów, oskarżają armię rosyjską o zbrodnie wojenne. Przerzucają odpowiedzialność, jak u nas się mówi, na kozła ofiarnego (…) Rosyjscy żołnierze robią wszystko, co w ich mocy, by uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej. Uderzenia przeprowadzane są z użyciem broni precyzyjnej, przede wszystkim na infrastrukturę wojskową i miejsca koncentracji pojazdów opancerzonych. W przeciwieństwie do armii ukraińskiej i nacjonalistycznych formacji zbrojnych, które wykorzystują ludność jako żywą tarczę, armia rosyjska udziela miejscowej ludności wszelkiego rodzaju pomocy i wsparcia”.

W retoryce szefa rosyjskiej dyplomacji znalazło się także miejsce na zrzucenie odpowiedzialności za krwawe zbrodnie na Ukrainie na państwa NATO:

– Najwyższy czas, by Zachód przestał bez zastrzeżeń „wybielać” i uniewinniać Kijów.  Przeciwnie Waszyngton, Bruksela i inne zachodnie stolice powinny być świadome swojej odpowiedzialności za współudział w krwawych zbrodniach ukraińskich nacjonalistów – przekonywał Sergiej Ławrow dodając, że rozwiązaniem „kryzysu ukraińskiego” nie jest dostarczanie Ukrainie broni, ale pilna pomoc humanitarna, której Zachód nie udziela. Robi to za to Rosja:

– Naród ukraiński nie potrzebuje Stingerów i Javelinów, ale rozwiązania pilnych spraw humanitarnych. Rosja robi to od 2014 r. W tym czasie do Donbasu dostarczono dziesiątki tysięcy ton pomocy humanitarnej (…). Korytarze humanitarne z Charkowa i Mariupola są codziennie otwierane w celu ewakuacji ludzi z niebezpiecznych obszarów, ale reżim kijowski żąda, by „bataliony narodowe” kontrolujące te obszary nie wypuszczały cywilów. Mimo to wielu osobom udaje się wydostać stamtąd za pomocą żołnierzy Rosji, DRL i ŁRL. W czasie trwania specjalnej operacji wojskowej (SOW) na gorącą linię Międzyresortowego Sztabu Koordynacyjnego Federacji Rosyjskiej ds. Reagowania Humanitarnego wpłynęły prośby o pomoc w ewakuacji do Rosji 2,8 mln osób, (…) W podmiotach Federacji Rosyjskiej działa ponad 9,5 tys. tymczasowych ośrodków zakwaterowania wyposażonych we wszystko co jest niezbędne.  Zapewnia się w nich miejsca do odpoczynku i gorące posiłki. Przybywającym uchodźcom udzielana jest wykwalifikowana pomoc medyczna i psychologiczna.

Zacznijmy od najważniejszego kłamstwa Sergieja Ławrowa, czyli dotyczącego Buczy. Rosyjską tezę o ukraińskiej prowokacji podważyli dziennikarze „New York Timesa” udowadniając, że na zdjęciach satelitarnych amerykańskiej firmy Maxar widać ciała leżące na ulicy Jabłuńskiej już 11 i 19 marca. Gdy porówna się te zdjęcia z filmami opublikowanymi po 2 kwietnia, czyli po wkroczeniu do Buczy ukraińskiej armii, okazuje się, że ciała leżą w tych samych miejscach. Zatem nie mogło dojść do prowokacji, bowiem w marcu w mieście stacjonowały wojska Federacji Rosyjskiej i to Rosja odpowiada za mordy na cywilach. Rząd rosyjski nie przedstawił dowodów na rzekome zainscenizowanie ataku.

Powyższe podważa kolejną forsowaną przez Ławrowa tezę, że Rosja chroni Ukraińców przed ludobójstwem ze strony ukraińskiego wojska (co za kuriozalne stwierdzenie), a ostrzał rosyjski jest precyzyjny i chroni ludność cywilną, bowiem atakowane są jedynie obiekty militarne. Zatem Bucza, Irpień, Hostomel to miasta, w których bezsprzecznie doszło do masakry ludności cywilnej rękoma rosyjskich żołnierzy. Jak podaje ukraińska Pravda, w samym obwodzie ługańskim każdego dnia niszczonych jest około 50 domów cywilnych (https://t.me/ukrpravda_news/17381). Ponadto atakowane są również szpitale. Dla przykładu centralny szpital rejonowy w Wołnowasze na wschodzie Ukrainy po raz pierwszy znalazł się pod ostrzałem rosyjskiej artylerii już 27 lutego 2022 roku, później atakowany był kilkukrotnie, najciężej 1 marca. Ataki na obiekty medyczne są uznawane za zbrodnie wojenne i mogą być sądzone przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Stanowią naruszenie międzynarodowego prawa humanitarnego.

Kłamstwem jest również, że to Rosja a nie Zachód udziela pomocy humanitarnej ogarniętej wojną Ukrainie. Przede wszystkim Rosja jako „pomoc” udzielaną Ukraińcom traktuje przymusowe przesiedlenia. Zwrócił na to uwagę ambasador USA przy Organizacji ds. Bezpieczeństwa i współpracy w Europie (OBWE) Michael Carpenter mówiąc o co najmniej kilka tysiącach Ukraińców wysłanych do tzw. ośrodków filtracyjnych i dziesiątkach tysięcy kolejnych wywiezionych do Rosji lub na terytorium przez nią kontrolowane:

– Przymusowe wysiedlenie – i zgłoszone przypadki przemocy, z jakimi spotykają się osoby przebywające w tak zwanych centrach filtracyjnych – są równoznaczne ze zbrodniami wojennymi – stwierdził. (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2155981,1,boj-o-azowstal-amerykanski-think-tank-ukraina-wygrala-w-charkowie.read)

W sprawie korytarzy humanitarnych Sergiej Ławrow mija się z prawdą w sposób całkowicie jawny. Już nawet papież Franciszek, znany ze swoich powściągliwych oficjalnych wystąpień w spawie wojny na Ukrainie, zabrał głos w sprawie korytarzy humanitarnych.

Papież trzykrotnie prosił Putina o humanitarny korytarz z Mariupola, ale ten odmówił, podała włoska gazeta Il Messaggero, powołując się na źródła. Papież był początkowo gotów wysłać do Mariupola z Polski kardynała Konrada Krajewskiego, który jako specjalny wysłannik wizytował Ukrainę w marcu i kwietniu. Ponadto papież raz trzeci zaproponował ewakuację ludności cywilnej z Azowstalu na statku pływającym pod flagą Stolicy Apostolskiej. Bez odpowiedzi ze strony Federacji Rosyjskiej. (https://t.me/TCH_channel/30016)

Fot. Dariusz Popławski

Dzieci z domu dziecka z Mariupolu są już w Domu Dziennikarza SDP w Kazimierzu Dolnym

– Jeszcze przed wybuchem regularnej wojny na Ukrainie Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjął decyzję o przeznaczeniu Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym na ośrodek dla ewentualnych uchodźców – mówi Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – Nawet nie przewidywaliśmy, że tak szybko ta decyzja wejdzie w życie.

Od kilku dni w Domu Dziennikarza w Kazimierzu Dolnym przebywają grupy uciekinierów z ogarniętej wojną Ukrainy (pisaliśmy już o tym TUTAJ). Największą grupę stanowią dzieci z domu dziecka w Mariupolu. Jak mówi dyrektor placówki Dariusz Popławski, małym uchodźcom udzielona została kompleksowa pomoc:

– Dzieci przyjechały w środku nocy dwoma autokarami. W sumie w 70-osobowej grupie mamy 62 dzieci (29 chłopców i 33 dziewczynki) i ośmioro opiekunów. Dzieci są w wieku między 7 a 17 rokiem życia, ale największą grupę stanowią dzieci najmłodsze, z przedziału 7-11 lat.

Jak relacjonuje Popławski, tuż po przyjeździe o 4 nad ranem dzieci zostały nakarmione i rozlokowane w pokojach. Były zmęczone podróżą i przeżyciami ostatnich dni. Ale już następnego dnia energia zaczęła je rozpierać.

– Byliśmy na to przygotowani. Jeszcze przed przyjazdem dzieci przygotowaliśmy dla nich salę zabaw i kino, mamy w ośrodku specjalną salę rozrywki, gdzie wstawiliśmy m.in. stół do ping-ponga, mamy salę do zajęć plastycznych, a od soboty dzieci korzystają także z infrastruktury tutejszej szkoły, gdzie mają zapewnione zajęcia sportowe. Więc poza pełnym wyżywieniem i schronieniem, organizujemy im w miarę normalne życie – mówi dyrektor Domu Dziennikarza.

 

Do SDP natychmiast zgłosili się lokalni społecznicy, którzy włączyli się w pomoc małym uchodźcom. Wśród nich są artyści i lekarze.

– Od pierwszych godzin od uruchomienia ośrodka jest bardzo duże zainteresowanie pomocą, dzwonią ludzie, przede wszystkim mieszkańcy Kazimierza, zgłaszają się wolontariusze, którzy chcą pomagać. W sobotę była u nas grupa animatorów, którzy prowadzili zajęcia dla dzieciaków.

Jak mówi Dariusz Popławski, dzieci, ale także pozostali mieszkańcy Domu Dziennikarza, od pierwszych chwil pobytu w Kazimierzu objęci są pomocą lekarską, którą zaoferowała miejscowa lekarka, oraz wsparciem psychologicznym.

– Organizujemy spotkania z psychologiem, zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych uchodźców – tłumaczy dyrektor Popławski. – Okazało się, że jedną z osób, które znalazły schronienie w naszym Domu jest pani psycholog. Od razu zajęła się pracą z mieszkańcami. Sama doświadczywszy wojny doskonale wie jaka pomoc jest potrzebna. Jednak dzieci o wojnie nie chcą rozmawiać, a my ich do tego nie zachęcamy. Robimy wszystko, żeby teraz dostawały czego sobie zapragną i nie myślały o tym, co się wydarzyło. Wspiera nas w tym Ambasada USA w Polsce, która objęła małych uchodźców swoją pomocą.

W grupie, która znalazła schronienie w Domu Dziennikarza, poza dziećmi z Mariupola, znajdują się także rodziny.

– Zadeklarowaliśmy miejsce dla 110 osób – mówi Jolanta Hajdasz, wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. – a już przyjęliśmy 135 i wiemy o co najmniej sześciu, które mają do Kazimierza przyjechać. Wśród nich są dziennikarze i ich rodziny, bo jako stowarzyszenie chcieliśmy wesprzeć przede wszystkim ich. Jak widać nie domawiamy jednak tej pomocy nikomu.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest w stałym kontakcie z Międzynarodową Federacją Dziennikarzy (IFJ), oraz z organizacjami dziennikarskimi na Ukrainie. IFJ koordynuje pomoc w ewakuacji dziennikarzy i ich rodzin z Ukrainy, zabezpiecza fundusze na pomoc medyczną, zapewnia niezbędny sprzęt potrzebny dziennikarzom relacjonującym wydarzenia na Ukrainie.

– Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy zwróciła się do nas z prośbą o wsparcie w utworzeniu centrum logistycznego i biura w Polsce – mówi Jolanta Hajdasz. – Włączamy się w te działania, wyznaczyliśmy osoby, które są w stałym kontakcie z IFJ i pomagają im w tym przedsięwzięciu. Równocześnie koordynujemy działania wspierające naszych kolegów z Ukrainy, którzy nie mogą w warunkach wojennych prowadzić swojej dotychczasowej aktywności dziennikarskiej.

– Apeluję do redakcji, które mają taką możliwość, by zlecały pracę ukraińskim dziennikarzom, kupowały od nich zdjęcia i materiały – mówi Krzysztof Skowroński. – Dla nich to wymierna pomoc, a dla nas źródło informacji z pierwszej ręki.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaapelowało także do Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ) oraz do Europejskiej Federacji Dziennikarzy (EPL) o usunięcie Związku Dziennikarzy Rosji z ich struktur (TUTAJ).

Źródło: Kurier Lubelski

Fot. Dariusz Popławski

WOJCIECH POKORA: Wolność słowa a art. 135 §2 kk

„Niech nam żyją” – wrzeszczy chlewik – Pierwsza Dama! Pierwszy Debil! – to wpis z końca marca z Forum fanów Szkła Kontaktowego. To miejsce, gdzie od 2007 roku można sobie wypisywać je**ć PiS (wolność słowa ogranicza się tam do obrażania jednej partii, inne wpisy są jak widzę usuwane) i układać fraszki w stylu cytowanej powyżej lub:

Cyba – postrach Kaczyńskiego –
doprowadził PiS do tego,
że potrzebne są miliony
dla zapewnienia ochrony.
By nie przerwać mu kariery
policja stawia bariery,
wprowadza specjalny tryb…
Mamy wszak miliony Cyb!

 

Forum działało zatem w chwili, gdy skazywano kibiców za hasła „Donald matole” i nikt go nie zamykał w chwili, gdy zamykano stronę AntyKomor.pl za publiczne znieważenie głowy państwa. W sprawie portalu, jak pamiętamy, było wiele kontrowersji, bo w jego zamknięcie zaangażowało się ABW i wielu komentatorów przypisywało temu działaniu aspekt polityczny i zamach na wolność słowa. Forum fanów Szkła Kontaktowego powstało rok po bardzo głośnej sprawie bezdomnego Huberta H., czego akurat żałuję, bo chętnie poczytałbym „fraszki” w jego obronie. Przypomnę: w roku 2005, tuż po zaprzysiężeniu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, policjanci z Dworca Centralnego legitymowali bezdomnego Huberta H., który na ich widok „puścił długą wiązankę” obrażając głowę państwa. Policjanci uznali, że wyczerpuje to znamiona przestępstwa, dlatego po odwiezieniu Huberta H. do izby wytrzeźwień policja wszczęła sprawę o przestępstwo znieważenia prezydenta RP. W sprawę obrony bezdomnego zaangażowała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz media. Hubert H. był nawet gościem programu Tomasza Lisa „Co z tą Polską”, w którym wystąpił 9 września 2006 roku zaraz po Romanie Giertychu, Izabelli Sierakowskiej, Ewie SowińskiejJerzym Fedorowiczu. Podaję datę dzienną, bo było to duże wydarzenie, gdy topowy wówczas dziennikarz, zapraszający do studia jedynie polityków i komentatorów z głównego nurtu polityki, pochylił się nad bezdomnym mającym w poważaniu nowego prezydenta. Gdy jakiś czas później bloger Piotr Wielgucki (znany jako Matka Kurka) obraził Bronisława KomorowskiegoDonalda Tuska, także poprosił o wsparcie Tomasza Lisa, jednak się go nie doczekał. Może dlatego, że nie był bezdomny?

 

Sprawa Huberta H. jest doskonałym papierkiem lakmusowym w sprawach dotyczących obrazy głowy państwa. Przypomnijmy, Kodeks karny w art. 135 §2 stanowi: Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. W sprawie Huberta H. głos zabrało wiele ówczesnych autorytetów ze świata polityki i dziennikarstwa. Bardzo głośna była wypowiedź byłego ministra w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy Mieczysława Wachowskiego, który cytował Jaroslava Haška: Muchy obesrały portret najjaśniejszego pana.

 

Ówczesny szef Kancelarii Prezydenta Aleksander Szczygło przypomniał wówczas ważną, istotną i dzisiaj, rzecz – sprawy dotyczące znieważenia prezydenta RP są wszczynane przez organy ścigania z urzędu i kancelaria prezydenta nie ma wpływu na tryb takiego postępowania. I też sięgnął do literackiego cytatu, tym razem do Gogola:

Radzę urzędnikom państwowym – bo policjanci i prokuratorzy są urzędnikami państwowymi – by wielokrotnie czytali Mikołaja Gogola – „Rewizora”, „Martwe dusze”, „Ożenek” – wtedy znajdą proporcję rzeczy.

 

I to jest istota sprawy. Proporcje. Obrażając na forum internetowym czy w mediach społecznościowych, osoby publiczne bądź innych użytkowników, musimy się liczyć z tym, że każda z tych osób może zechcieć wytoczyć nam proces za znieważenie lub zniesławienie.
I dzieje się tak coraz częściej, bo plaga hejtu osiąga niewyobrażalne wręcz rozmiary. Zniesławienie (art. 212 k.k.) polega na tym, że sprawca pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności. I tu procesu spodziewać może się internauta, który napisze na forum, że burmistrz jego miasta na pewno wziął łapówkę lub ustawił przetarg na drogę, która mu przeszkadza. Jeśli informacje te okażą się nieprawdziwe i miały na celu zdyskredytowanie włodarza, może on wytoczyć internaucie proces.

 

Znieważenie (art. 216 k.k.) polega na skierowaniu wobec innej osoby słów powszechnie uznawanych w społeczeństwie za obelżywe, np. wulgaryzmów, np. nazwanie kogoś idiotą.

 

Istnieje obiegowy pogląd, że język nieparlamentarny to język zawierający sporo wulgaryzmów. Język nieparlamentarny to język niecenzuralny. Niestety ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tak było. Odkąd mieliśmy w Sejmie do czynienia z tzw. palikotyzacją polityki, a co za tym idzie
i języka, to właśnie język polityczny, czyli parlamentarny zaczął dawać społeczeństwu zły przykład. „Durnia mamy za prezydenta” to przecież cytat z Lecha Wałęsy, „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” – powiedział Janusz Palikot. Do tego dołączają media, jak np. Gazeta Wyborcza reklamująca się w ten oto sposób: Akcja: WESPRZYJ#WYPIERDALAĆ. Prenumerata „Wyborczej” dla Strajku Kobiet”.

 

Jeśli politykom wolno obrażać i nawoływać do nienawiści, jeśli największe gazety promują wulgarne hasła polityczne, to trudno zapanować nad emocjami komuś, kto ma do dyspozycji klawiaturę i przycisk „publikuj”. Skoro taki mamy klimat, to czemu z niego nie skorzystać? Przecież mamy prawo do wolności słowa i publicznego wyrażania swoich poglądów. A że poglądy części społeczeństwa są zbieżne z poglądami części polityków i mediów, to czemu mieliby nie pisać „je**ć PiS” czy „wyp…”. A jak już to napiszą, to czy nie można pójść dalej i nazwać prezydenta „Długopisem” lub „Du*ą” zamieniając jedną literkę w jego nazwisku? Na Forum fanów Szkła Kontaktowego uchodzi to na sucho, czemu więc ma się nie przenieść na FB lub TT? Albo na transparenty? Mamy wolność słowa!

 

Wolność słowa ma znaczenie kluczowe dla rozwoju demokracji i parlamentaryzmu. To jedna z wolności obywatelskich. Wiele pokoleń walczyło o to, żeby tę wolność przywrócić i dziś dzięki nim możemy z niej korzystać. Nie zapominajmy jednak, że wiele pokoleń walczyło także o to, by przywrócić w naszym kraju symbole państwowe i szacunek do nich. Nie spodziewam się, że w każdym domu w identyczny sposób z szacunkiem odnoszono się do orła w koronie czy do urzędu prezydenta. Wielu pasował pierwszy sekretarz, to była ich tradycja, zatem jak mają szanować urząd, którego znaczenia nie pojmują? Nie rozumieją czym jest godność
i powaga urzędu prezydenta. I niestety znów nie pomagają w tym tzw. elity, które wybierają sobie od którego prezydenta przyjąć odznaczenie państwowe, a na ręce którego je oddać. Często mając na piersi napis KONSTYTUCJA. Co ważne, to właśnie przez szacunek do Konstytucji RP, szacunek należy się również osobie sprawującej urząd prezydenta. Niezależnie od osobistych poglądów tej osoby czy jej wyglądu. Bolesne jest to, że psucie państwa zaczyna się od tych, którzy na sztandarze niosą jego naprawę, nie potrafiąc wyzbyć się własnych fobii. Dlatego, rozumiejąc znaczenie wolności słowa i mając w pamięci słowa ministra Aleksandra Szczygły, nie mam problemu z istnieniem przepisów uczących obywateli RP szacunku do instytucji państwowych.

 

Wojciech Pokora

WOJCIECH POKORA: „Niedziennikarze” pozwani przez Ringier Axel Springer Polska

Liczba wytaczanych dziennikarzom i publicystom procesów z powodu wyrażania przez nich opinii, żądanie z powodu ich głoszenia wysokich, drastycznie nieproporcjonalnych do dochodów dziennikarzy zadośćuczynień i odszkodowań wskazują, że działania te mają na celu nie tylko zdławienie możliwości krytyki tego niemieckiego (obecnie także z udziałem kapitału szwajcarskiego i amerykańskiego) wydawnictwa, są także przejawem próby ingerencji przez podmiot zewnętrzny w obowiązywanie konstytucyjnej zasady wolności słowa w Polsce, a także faktycznego wyeliminowania z zawodu dziennikarzy krytycznych wobec linii niemieckich tytułów. Działania tego typu odbieramy jako próbę wprowadzenia ekonomicznej cenzury za pomocą procesów sądowych zagrożonych wysokimi karami finansowymi zmierzającymi do zduszenia wolności słowa. Wydawca największego portalu ukazującego się po polsku Onet.pl, tygodnika „Newsweek” i gazety codziennej „Fakt” oraz wielu tytułów branżowych i specjalistycznych ma dominującą pozycję na rynku medialnym. Ściganie dziennikarzy na drodze sądowej za ich poglądy zamiast polemiki z nimi w ramach swobody debaty wskazuje, że RASP odwołuje się do dziedzictwa odległego od demokratycznych zasad wolności słowa. Musi to budzić najwyższe zaniepokojenie.

 

Powyższy dezyderat został skierowany przez Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu do rządu, a w szczególności do Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu. Komisja prosi o podjęcie działań mających na celu zaakcentowanie tego problemu w relacjach bilateralnych z niemieckimi partnerami.

 

Na wtorkowym (16.03) posiedzeniu Sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu poruszony został temat masowego pozywania dziennikarzy przez koncern RASP. Jak relacjonowała posłom Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, sprawa dotyczy m.in. publicysty i wiceprezesa SDP Witolda Gadowskiego, szefa portalu tvp.info Samuela Pereiry, korespondenta TVP w Berlinie Cezarego Gmyza i dziennikarza wPolityce.pl Wojciecha Biedronia. Zdaniem dyrektor Hajdasz, działania koncernu wskazują na próbę uciszania dziennikarzy:

 

Wielki międzynarodowy koncern dysponujący przeogromnymi możliwościami polemiki na gruncie publicystycznym z głoszonymi przez dziennikarzy poglądami, nie decyduje się na to, wręcz na swoich łamach wycisza ten temat. Natychmiast kieruje sprawę do sądu z ogromną kwotą odszkodowania. W mojej ocenie to efekt mrożący, działający na całe środowisko dziennikarzy – mówiła. – W ocenie CMWP SDP narusza to fundamentalną dla demokracji zasadę wolności słowa i dlatego jest to ten moment, żebyśmy mogli się temu przyjrzeć. To tym bardziej ważne, ponieważ niektóre tych procesów toczą się z wyłączeniem jawności. Opinia publiczna często nie może poznać materiału wyjściowego, jakież to konkretne sformułowania zadecydowały o tym, że trzeba było iść z dziennikarzem do sądów. To jeden z bulwersujących akcentów tej sprawy.

 

Jolanta Hajdasz w swoim wystąpieniu przed Komisją pokazała także mechanizm dwójmyślenia niemiecko-szwajcarskiego wydawcy:

 

Co ciekawe, koncern ten stosuje podwójne standardy, ponieważ wytacza procesy dziennikarzom za wpisy na Twitterze, natomiast w momencie, kiedy na portalu tvp.info opisano wpisy dziennikarza należącego do koncernu RASP, który żartował sobie, że gdyby miał milion dolarów, to chciałby zlecić m.in. zamordowanie ministra Antoniego Macierewicza, to koncern wysyłając żądanie usunięcia tego artykułu napisał, że „dziennikarzom nie starczyło inteligencji, by rozpoznać żartobliwy charakter marzeń dziennikarza ‘Faktu’”. Czyli jeśli ktoś pisze tweety które nie podobają się koncernowi ma pozew, a kiedy sytuacja jest odwrotna, mówimy o żartobliwym charakterze – mówiła Hajdasz.

 

Nie będę opisywał za jakie przypadki pozywani są dziennikarze, można o tym przeczytać w zamieszczonym na stronie CMWP SDP komunikacje (TUTAJ).

 

Skupię się na dwóch sprawach. Równie bolesnych jak fakt działań RASP. Pierwszą jest jaskrawy przykład braku solidarności dziennikarskiej. We wczorajszym posiedzeniu uczestniczyli dziennikarze zrzeszeni w Towarzystwie Dziennikarskim. Po raz kolejny okazuje się, że nazwa ta jest nieprzypadkowa. Towarzystwo reprezentowane m.in. przez Seweryna Blumsztajna co prawda uznało, że procesy wytaczane przez Ringier Axel Springer Polska faktycznie mogą mieć charakter mrożący, ale jednak wyraźnie opowiedziano się po stronie koncernu.

 

– Władza jest silniejsza od RASP. Posłowie próbują uciszyć dziennikarzy. To jest prawdziwy problem, a nie kilku dziennikarzy wyciągniętych przez SDP – mówił prezes Towarzystwa Dziennikarskiego (cytat za Onetem).

 

Fakt, „kilkoma dziennikarzami wyciągniętymi przez SDP” w życiu nikt by się nie zajął gdyby właśnie nie SDP, dlatego nie dziwię się, że obecne władze stowarzyszenia znajdują się pod ciągłym ostrzałem. Mamy przecież w stowarzyszeniu rok wyborczy,  co za tym idzie, nieustającą kampanię wyborczą garstki krzykliwych pretendentów do przejęcia władzy i zmienienia frontu działania stowarzyszenia. Wówczas nie byłoby potrzeby obrażania dziennikarzy zrzeszonych w SDP nazywając ich pseudodziennikarzami. A takie opinie pojawiały się wczoraj na posiedzeniu Komisji Kultury (!) ze strony jej członkiń. Opisał to Wojciech Biedroń:

 

Temat i kolejne świadectwa dziennikarzy wyjątkowo denerwowały szczególnie posłankę Śledzińską – Katarasińską oraz jej koleżankę Joannę Scheuring-Wielgus. Obie panie za wszelką cenę chciały zdezawuować dziennikarzy oraz samą Jolantę Hajdasz. Padały określenia „to nie są dziennikarze”, a panie ochoczo skupiły się na dramatycznej obronie RASP (cytat za wPolityce).

 

Sprawa „wyciągniętych przez SDP” dziennikarzy nie znalazła zainteresowania u posłanek opozycji. Opuściły one salę i nie przyjęły cytowanego wyżej dokumentu.

 

W świetle powyższych wydarzeń warto przypomnieć, że nie minął nawet miesiąc od chwili, gdy posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych (pisałem o tym TUTAJ). Ich koleżanki pokazały wczoraj jasno, jak bardzo im zależy na wolności słowa w Polsce. Ten obrazek jest wart tysiąca słów i warto było, żeby w przeddzień Wielkiego Piątku „dokonało się”. Nikt już nie ma wątpliwości, że postulat likwidacji art. 212 KK jest tylko kwiatkiem do kożucha uszytego z niechęci do wartości konserwatywnych. Uchylić artykuł dotyczący obrazy uczuć religijnych i skazywać konserwatywnych dziennikarzy. Wówczas w rankingach Wolności słowa „Reporterów bez Granic” Polska poszybuje pod sufit.

 

Wojciech Pokora

Jak politycy chcą manipulować art. 212 k.k. – pokazuje WOJCIECH POKORA

Dwa grzybki w barszczu, czyli obiecamy zniesienie art. 212 k.k. a w zamian bezkarnie chcemy obrażać „religijnych talibów”.

 

Najpierw będzie może trochę przydługi wstęp.

 

W wyroku z 2006 r. w sprawie P 10/06 Trybunał Konstytucyjny uznał, iż art. 212 § 1 i 2 k.k. są zgodne z art. 14 i art. 54 ust. 1 w związku z art. 31 ust. 3 Konstytucji, a tym samym nie stanowią nieproporcjonalnego ograniczenia wolności prasy i innych środków społecznego przekazu oraz wolności słowa. Zdaniem Trybunału, ochrona cywilnoprawna w obowiązującym kształcie nie jest wystarczająca i konieczne jest stosowanie ochrony prawnokarnej, ze względu na ścisły związek między ochroną czci i dobrego imienia, a godnością człowieka. Z kolei ochrona godności człowieka ma kluczowe znaczenie dla zachowania dobra wspólnego, gdyż penalizacja zniesławienia wskazuje na znaczenie, jakie państwo nadaje odpowiednim relacjom międzyludzkim.

 

Maj 2011 roku

 

W siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (27 maja 2011) odbyło się spotkanie środowiska dziennikarskiego, wydawców prasy oraz przedstawicielek Obserwatorium Wolności Mediów poświęcone opracowaniu strategii wspólnych działań zmierzających do zniesienia przestępstwa zniesławienia (art. 212 k.k.).Pierwsze działania dziennikarzy zostały już podjęte. Z inicjatywy wydawców prasy lokalnej zebrano już wśród posłów pokaźną listę podpisów pod apelem o wykreślenie art. 212 z kodeksu karnego. Idea tego przedsięwzięcia jest taka, aby przerodziło się ono w poselski projekt nowelizacji kk, który miałby szansę zostać przegłosowany jeszcze przed wyborami do Sejmu.

 

Maj 2012 roku

 

W liście do premiera Donalda Tuska CMWP SDP apeluje o usunięcie tego przepisu [art. 212 k.k.] z obowiązującego prawa.

 

„Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi politycy Platformy Obywatelskiej zapowiadali likwidację art. 212. Pomimo licznych apeli do dziś nie widać żadnych przejawów woli realizacji tej zapowiedzi. Dlatego stanowczo apelujemy o usunięcie z kodeksu karnego artykułu 212, który przynosi Polsce wstyd i szkodzi demokracji.” – pisze dyrektor CMWP Wiktor Świetlik w liście do premiera.

 

Wrzesień 2016

 

Od wielu lat toczy się w Polsce debata publiczna dotycząca odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a art. 212 Kodeksu karnego nadal budzi kontrowersje. Rzecznik Praw Obywatelskich  uczestniczy w tej debacie jako organ powołany do ochrony praw i wolności człowieka i obywatela, w tym prawa do wolności wypowiedzi z jednej strony, ale także czci i godności osobistej z drugiej strony” – napisał rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar w wystąpieniu do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

– W dyskusji na temat zasadności pozostawienia przestępstwa zniesławienia w kodeksie karnym wskazuje się przede wszystkim na negatywne jego skutki dla wolności słowa, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji dziennikarzy.

 

Luty 2019

 

Minister Ziobro deklarował też, że jest gotowy na dyskusję z dziennikarzami w sprawie art. 212 kk i jego ewentualnego usunięcia.

Deklaruje gotowość spotkania z przedstawicielami różnych redakcji, żebyśmy to przedyskutowali. Nie wykluczam, że jeżeli nasza wspólna rozmowa doprowadzi nas do wniosku, że rzeczą właściwszą z punktu widzenia ochrony wolności słowa jest odejście od takich rozwiązań, to będę gotów przygotować rozwiązanie, które wprowadza dekryminalizacje w tym zakresie — powiedział.

 

Maj 2019

 

Sejm w zeszłym tygodniu przyjął projekt nowelizacji kodeksu karnego, który przewiduje m.in. zaostrzenie art. 212. Według niego pomówienie może być ścigane nawet z urzędu. Dziennikarze uznali to za przykład hipokryzji polityków. Wcześniej nawet PiS deklarował możliwość likwidacji tego artykułu. Projekt wyszedł z resortu sprawiedliwości. Pod koniec tygodnia ma się nim zająć Senat.

 

Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki już zapowiedział, że skoro par. 2a artykułu 212 (wprowadzający zaostrzenie) budzi tyle kontrowersji, to podczas prac w Senacie zaproponowane zostanie jego wykreślenie.

 

Minister Ziobro stwierdził, że musi widzieć interesy dziennikarzy, a z drugiej strony interesy ludzi, którzy czują się czasami pomówieni, bezpodstawnie oskarżeni o zachowania, których się nie dopuścili.

 

Marzec 2021

 

Posłowie Koalicji Obywatelskiej i Koalicji Polskiej złożyli projekt ustawy, który zakłada likwidację art. 212 Kodeksu karnego. Wnioskują także o uchylenie artykułu dotyczącego obrazy uczuć religijnych.

 

Może to nieco przydługi wstęp, ale przynajmniej obrazuje zarówno intencje jak i skutki działań polityków w obszarze walki z art. 212 k.k. Przez lata różne ekipy, na różnych etapach dochodzenia do władzy, lub jej sprawowania, obiecują likwidację kontrowersyjnego przepisu a później o swoich deklaracjach zapominają. Więc wrażenia na nikim raczej nie robi kolejna zapowiedź walki z tym paragrafem. Oczywiście trzymam kciuki, żeby się to wreszcie powiodło, ale trudno mi w to uwierzyć, by celem zgłoszonego projektu była właśnie likwidacja tego paragrafu. A świadczy o tym poniższy fragment artykułu w Press pt. Opozycja znów chce likwidacji art. 212 Kodeksu karnego:

 

W projekcie proponowanym przez posłów opozycji zapisano też uchylenie art. 196 dotyczącego obrazy uczuć religijnych. Posłowie przekonują, że zapis służy do zastraszania obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących. Powołują się przy tym na przykład aktywistki Elżbiety Podleśnej, która rozlepiała w Płocku naklejki z wizerunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję. 

 

Manipulację posłów wnioskodawców doskonale wychwyciła cytowana przez Press.pl wiceprezes  Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP dr Jolanta Hajdasz:

 

– Pod pretekstem likwidacji kontrowersyjnego dla dziennikarzy artykułu 212 kk projekt ustawy ogranicza jednocześnie możliwości ochrony praw osób wierzących, likwidując kary za obrazę uczuć religijnych innych osób czy likwidując kary za publiczne znieważanie przedmiotu czci religijnej lub miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych. Nie widzę możliwości, by SDP poparło tego typu rozwiązania legislacyjne, to po prostu manipulacja opinią publiczną, by pod pretekstem walki o wolność słowa wprowadzić niebezpieczne i kontrowersyjne rozwiązania prawne, a takim czymś jest pozbawianie ochrony praw osób wierzących – zaznacza Hajdasz.

 

Zastraszanie obywateli, którzy wyrażają poglądy kontrowersyjne dla osób wierzących jest jak rozumiem, i wynika to wprost z przytoczonego przykładu, uderzeniem w obronę wartości katolickich. Potwierdzają to również statystyki. Prof. Magdalena Budyn-Kulik z Katedry Prawa Karnego i Kryminologii na Wydziale Prawa i Administracji UMCS w Lublinie przeprowadziła badania, z których wynika (dane z 2014 roku), że w badanych przez nią sprawach na potrzeby pracy pt. Znieważenie uczuć religijnych – analiza dogmatyczna i praktyka ścigania, najczęściej dochodziło do obrazy uczuć religijnych katolików (77 przypadków), drugą grupą wyznawców w kolejności częstości obrażania uczuć religijnych byli żydzi (3 przypadki). Te dane pokazują od razu nasz straszliwy i wrodzony polski antysemityzm. Gdy nie jest potrzebny na wyraźne cele polityczne (jak np. obecnie wzniecana nienawiść do Ukraińców), to nie istnieje.

 

Warto podkreślić, jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza jest taka, że ochrona uczuć religijnych na gruncie prawa karnego jest czymś całkowicie Europejskim. Przepisy dotyczące omawianego przestępstwa występują w ustawach karnych m.in. Austrii, Belgii, Hiszpanii, Finlandii, Niemiec, Portugalii czy Włoch.

 

Druga rzecz warta podkreślenia, to że przestępstwo obrazy uczuć religijnych może być popełnione jedynie w zamiarze bezpośrednim. I dobrze obrazują to przekazane przez Ministerstwo Sprawiedliwości dane. Wynika z nich, że np. w 2017 r. mieliśmy 99 przypadków zgłoszeń przestępstw obrazy uczuć religijnych, a w 2018 r. – 95, z czego w 2017 roku ukarano 12 osób, a w roku 2018 – 8. To niewielka skala. Sądy nie skazują z tego paragrafu wszystkich jak leci. Skąd wiec problem?

 

Problem pojawił się w ostatnim czasie na ulicach, głównie przy okazji demonstracji środowisk LGBT i wydaje się, że stąd wzmożone zainteresowanie nim posłów opozycji, która przecież korzysta z owoców wszelkich protestów i niepokojów społecznych. I wcale nie chodzi o kwestie związane z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Agresja antyreligijna zaczęła się wcześniej. Dziennik „Gazeta Prawna” w artykule z grudnia 2020 roku zauważa – To właśnie symbole kojarzone z ruchem LGBT coraz częściej pojawiają się w sprawach dotyczących obrazy uczuć religijnych. W 2019 r. na częstochowskim Marszu Równości również pojawiła się reprodukcja obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, na którym aureola otaczająca głowy Maryi i Dzieciątka miała tęczowe barwy.

 

Zatem prowokacje pojawiają się w określonym kontekście religijnym (dotyczą głównie katolików), i są przeprowadzone po to, żeby zranić większą część społeczeństwa. W tym kontekście faktycznie można przyjąć, że przepis jest dotkliwy dla określonego elektoratu, stąd dosyć agresywna wypowiedź lidera „Wiosny” Roberta Biedronia (z maja 2019 roku), że należy znieść art. 196 tak, by w Polsce nikt nie był ścigany tylko dlatego, że jacyś „talibowie religijni”, jacyś aparatczycy partyjni, nawet w funkcji ministra, próbują zbijać na tym kapitał religijny czy polityczny.

 

Tylko, że dziś kapitał polityczny zbijany jest bardziej na obronie agresywnej mniejszości, która w bolszewickim szale niszczenia stara się uprzykrzyć życie większej części społeczeństwa, wśród której przyszło jej żyć, a nie na byciu „talibem religijnym”, czy „moherowym beretem”.

 

Wojciech Pokora

Fanfaronada Fąfary – komentarz WOJCIECHA POKORY

„Od zasad, którymi się kierujemy – niezależnego, uczciwego, wolnego dziennikarstwa – nie odstąpimy” – pisze członek zarządu i redaktor naczelny Polska Press Paweł Fąfara i zapewnia: „będziemy robić swoje. Nie cofniemy się ani o krok. Bo jesteśmy dziennikarzami”.

 

Deklaracja redaktora Pawła Fafary ma ścisły związek ze zmianami właścicielskimi w spółce. W grudniu ubiegłego roku poinformowano, że Polska Press, należąca do Verlagsgruppe Passau Capital zostanie kupiona przez PKN Orlen. Po ogłoszeniu tej decyzji pojawiło się wiele kontrowersji. Część komentujących zarzuca Orlenowi działalność na szkodę wolności słowa, bowiem jako spółka należąca do Skarbu Państwa wymuszać będzie na posiadanych przez siebie mediach uległość wobec rządzących. Pojawiły się głosy, że media kontrolowane przez państwowy koncern mogą zostać przekształcone w informacyjne biuletyny propagandowe. Rzecznik Praw Obywatelskich wprost opiniuje: „trudno się spodziewać, aby media kontrolowane przez państwo prawidłowo wykonywały swą kontrolną funkcję” oraz „konstytucyjna zasada wolności prasy wyklucza zaś jej prawne podporządkowanie władzom politycznym – choćby pośrednie”.

 

W pełni zgadzam się z tymi stwierdzeniami i też uważam, że politycy w żaden sposób nie powinni naciskać na dziennikarzy, ani ekonomicznie, ani merytorycznie. Publicyści zwracają uwagę, że w wyniku takiego zakupu powstanie linia transmisyjna Pan Prezes Kaczyński – Wiceminister Sasin – Pan Prezes Obajtek – redaktor naczelny – dziennikarze (…)„. I to przypomniało mi pewną sytuację sprzed kilku lat. Dlatego wpisałem w wyszukiwarkę kilka fraz, by sprawdzić, czy Rzecznik Praw Obywatelskich faktycznie dba o głoszoną przez siebie zasadę, czy dopiero ją odkrył, i wydaje mi się, że odkrył. Nie znalazłem nic na temat nocnych spotkań rzecznika rządu Pawła Grasia z prezesem zarządu spółki wydającej „Rzeczpospolitą” Grzegorzem Hajdarowiczem i konsultowania przez nich mających ukazać się w dzienniku treści. Faktem jest, że RPO była wówczas Irena Lipowicz a nie Adam Bodnar, ale jednak konstytucyjna zasada obowiązywała ta sama, a i „pas transmisyjny” jakby ten sam. Z jedną różnicą – wówczas mieliśmy do czynienia z faktami – taki pas transmisyjny zaistniał faktycznie, dziś mamy do czynienia z biciem na alarm zanim transakcja się dopełniła. Podkreślam, słusznie, bo standardy trzeba śrubować, ale w obliczu przytoczonych faktów, te tony są jednak nieco fałszywe, bo nie słyszeliśmy alarmu w chwili, gdy do nadużyć faktycznie dochodziło.

 

Prezes Orlenu Daniel Obajtek uzasadnia zakup koncernu medialnego realizacją strategii zarządzanej przez siebie spółki:

 

Konsekwentnie poszerzamy obszary naszej działalności. Na bazie Sigma Bis zbudowaliśmy od podstaw profesjonalną agencję mediową, która sukcesywnie zdobywa nowych klientów, w tym komercyjnych. Przejęliśmy spółkę Ruch, co ułatwi nam wejście na rynek nowych punktów sprzedaży i rozwój usług e-commerce. Z kolei dostęp do 17,4 milionów użytkowników portali zarządzanych przez Polska Press, skutecznie wzmocni sprzedaż całej Grupy Orlen, zoptymalizuje koszty marketingowe i umożliwi dalszą rozbudowę narzędzi big data. Podejmujemy działania, które wpisują się w nową strategię PKN Orlen do 2030 r. i będą efektywnie wspierać dynamiczny rozwój sieci detalicznej”.

 

Grupa Orlen wchodzi w nowe rynki, rozwija punkty sprzedaży a teraz zacznie działać w branży medialnej. Czy to dobry ruch biznesowy? Analitycy wskazują, że tak. Bo stacje benzynowe powoli odchodzą od swoich pierwotnych funkcji i ten, kto pierwszy na ich bazie wejdzie w kolejne segmenty rynku, może zyskać nowych klientów. Ale to nie nasze zmartwienie, bardziej nas interesuje, czy zakup mediów jest dobrym kierunkiem dla spółki paliwowej. Odpowiedzi na to pytanie szukały Agencja Publicon oraz Instytut Badawczy IPC, które zrealizowały badanie opinii publicznej w tej sprawie. Wyniki tej analizy opublikowały wirtualnemedia.pl. Z badania wynika, że większość ankietowanych pozytywnie przyjęło fakt zakupu Polski Press przez PKN Orlen. Na pytanie, czy to dobrze, że doszło do takiej transakcji, odpowiedzi „tak” udzieliło 42,2 proc. ankietowanych. 27,8 proc. ankietowanych było przeciwnych a 30 proc. nie potrafiło wskazać odpowiedzi. W sumie to nie dziwi, bo sprzedaż gazet wskazuje, że generalnie Polacy średnio interesują się rynkiem prasy.

 

Wróćmy do redaktora Pawła Fąfary i jego deklaracji niezależności, uczciwości i wolności. Medioznawca prof. Wiesław Godzic w rozmowie z portalem wirtualnemedia.pl, chyba w sposób nie do końca zamierzony (co wynika z kontekstu całej wypowiedzi) podsumował słowa Fąfary:

 

Smutne jest dla mnie to, że dziennikarze muszą składać takie deklaracje, jak ta Pawła Fąfary. Każdy, kto mówi publicznie „jestem niezależny”, wystawia się na w pewien sposób na pośmiewisko, można mu wytknąć, żeby nie deklarował tej wolności, a po prostu ją udowodnił”.

 

Niezależność jest jedną z podstawowych zasad w dziennikarstwie i należy o nią dbać. Podobnie jak o uczciwość. Ale nie tylko deklaratywnie. Patrzenie na portfolio Polska Press przez pryzmat okrętów flagowych grupy, takich jak Dziennik Zachodni czy Głos Wielkopolski (w styczniu 2021 roku oba tytuły wymieniane są w czołówce najbardziej opiniotwórczych mediów regionalnych) też nie jest do końca uczciwe. Przez lata obserwowałem zmagania jednego z dziennikarzy Kuriera Lubelskiego (także Polska Press, miesięczna sprzedaż ok. 2500 egzemplarzy), który był jednocześnie dziennikarzem i handlowcem. To o te standardy chcemy dbać w Grupie Polska Press? O to, żeby do pensji dziennikarze dorabiali sobie sprzedając produkty wydawcy? Czy to nie jest dla nich większa presja niż „pas transmisyjny” Kaczyński-Sasin-Obajtek?

 

Redaktor Paweł Fąfara zapowiada, że w tytułach wydawnictwa nadal będą ukazywać się publikacje krytyczne wobec obozu rządzącego.

 

Już dziś rozczaruję tych polityków z PiS i ich sojuszniczych ugrupowań, którzy w swoich zapędach oczekują, że od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat”.

 

Równocześnie dodaje, że dziennikarze Polska Press nie będą przez to z automatu przychylni dla opozycji:

 

Nie poddamy się bowiem szantażowi moralnemu, jaki próbujecie stosować, jakoby od teraz każdy krytyczny tekst na temat władz samorządowych, PO, ugrupowania Szymona Hołowni, Lewicy, Konfederacji czy PSL, miałby być dowodem na nasze przejście na stronę władzy”.

 

Nie mam wątpliwości, że wśród 20 dzienników regionalnych należących do Polska Press i 120 tygodników, znajdują się takie tytuły, które władzy na ręce patrzą. Ja zapytam z perspektywy Lublina – gdzie są tematy śledcze podejmowane przez tutejszych dziennikarzy? Która władza się ich boi? W Lublinie prezydentem jest szef struktur PO w regionie i były minister w rządzie PO-PSL Krzysztof Żuk, marszałkiem jest Jarosław Stawiarski, były poseł i minister PiS. Do wyboru, można sobie wybrać władzę do patrzenia na ręce, można patrzeć obu. Kurier Lubelski tego nie robi. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie ma w tym interesu.

 

Problemem mediów lokalnych jest ich chroniczne niedofinansowanie. Pisałem o tym wielokrotnie, że wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę w obcym mieście, by dowiedzieć się, czy ma niezależne finansowanie czy jest na tzw. pasku samorządu. O jakiej niezależności może myśleć tytuł, który sprzeda 2000 egzemplarzy swojej gazety? Kto go utrzyma? Najczęściej największa w regionie spółka Skarbu Państwa lub lokalny samorząd. A gdy samorząd odmówi finansowania, to wtedy gazeta staje się „niezależna i uczciwa”, bo przez chwilę mieszkańcy mają szansę liczyć na to, że ktoś patrzy lokalnej władzy na ręce. Potocznie nazywa się to jednak nie dziennikarstwem, lecz wymuszeniem rozbójniczym.

 

Tylko że istnieje druga strona tego medalu. Dla kogo dziennikarz ma na te ręce władzy patrzeć, gdy sami nie dbamy o to, by mógł mieć komfort pracy? A taki komfort daje mu uzależnienie pensji od sprzedanych egzemplarzy gazety, dla której pracuje, a nie sprzedanie dodatku czy reklam lokalnemu samorządowi. W takich warunkach trudno o niezależność i jeśli PKN Orlen zabezpieczy przynajmniej tę część pracy redakcji, zapewniając stabilne finansowanie i nie pozwalając na upokarzanie dziennikarzy, to jest szansa na budowę niezależności i ujawnianie lokalnych „pasów transmisyjnych”, co pozwoli udowodnić, a nie tylko zadeklarować wolność prasy.

 

Wojciech Pokora

WOJCIECH POKORA: Wasz ból jest większy niż mój?

„Na razie projekt ustawy, choć przedostał się do publicznego obiegu, nie został umieszczony w oficjalnym spisie rządowych projektów aktów prawnych”.

 

Zacznę od tego cytatu z artykułu red. Pawła Rochowicza w Rzeczpospolitej, żeby już na wstępie ostudzić nieco histerię. Nieoficjalnie mówi się, że będzie podatek. Ale już dziś oficjalnie część mediów rozpętało histerię. Mam wrażenie, że nie o podatki tu chodzi, a o potęgowanie kryzysu w państwie. Co oznacza hasło „Media bez wyboru”? Czytelnik nie będzie miał wyboru, czy media stracą wybór budowy kampanii reklamowych? Czy ktoś czytając wyświetlane dziś na wielu portalach apele (różnej treści), ma możliwość dowiedzenia się o co chodzi? Wygląda, że nie, bo chyba nie o rzetelną informację w tej akcji chodzi, tylko o emocje. Widać to po reakcjach w mediach społecznościowych, rzeczowej dyskusji jest w nich jak na lekarstwo, raczej emocjonalne ataki
w stylu: „rząd zabija media”, „zamach na wolność słowa”, „PiS zamyka media opozycyjne”. Wywoływaniu takich skrajnych emocji służy właśnie treść zamieszczanych dziś w niektórych mediach apelów, bo czym jest np. ten fragment:

 

Apelujemy, by rząd ze swych planów się wycofał, bo niszczenie sfery wolności prasy będzie zabójcze dla polskiej gospodarki i demokracji”, lub „Dziś wszyscy przekonamy się, jak wygląda Polska bez wolnych mediów. Wierzymy jednak, że tak drastyczna akcja jest konieczna, bo bez wolnych mediów nie ma wolnego wyboru, a bez wolnego wyboru nie ma wolności.” I mój faworyt: „<<Gdybym to ja miał podjąć decyzję, czy powinniśmy mieć rząd bez gazet, czy gazety bez rządu, nie wahałbym się ani chwili i wybrałbym to drugie>>. Wolność słowa umiera w ciszy”.

 

Przepraszam, jaka wolność i demokracja jest zagrożona? Czy ktoś potrafi to spokojnie wytłumaczyć? Nieoficjalny projekt zakłada opodatkowanie rynku reklamowego. Nowa danina dotknie nadawców telewizyjnych i radiowych, kina, właścicieli sieci billboardów, wydawców prasy oraz operatorów platform internetowych. Wszystkich? Nie. Tylko tych, którzy spełniają określone warunki: w reklamie konwencjonalnej zwolnione z opłaty będą te podmioty, które nie osiągają z tytułu reklam rocznie 1 mln zł przychodu. „Stawka do progu 50 mln zł wyniesie 7,5 proc. i 10 proc. od nadwyżki. Stawki reklamy m.in. leków i suplementów diety wyniosą odpowiednio 10 i 15 proc.” – podaje Rzeczpospolita. Dalej: „Reklama w prasie będzie zwolniona do 15 mln zł. Stawka wyniesie 2 proc. do progu 30 mln zł i 6 proc. powyżej (4 i 12 proc. od suplementów diety). Z kolei reklama internetowa będzie zwolniona do progu 5 mln euro. Zapłacą ją największe koncerny, o globalnych przychodach powyżej 750 mln euro. Stawka wyniesie 5 proc.”.

 

Jeśli projekt się urzeczywistni, pojawią się dwie kategorie reklam – towarów „kwalifikowanych” i „zwykłych”. Pierwsze to leki, suplementy diety, wyroby medyczne i napoje słodzone cukrem. Będą one objęte wyższymi stawkami podatkowymi. Zapewne spowoduje to, że ceny tych reklam wzrosną i będziemy je częściej słyszeć i oglądać w pierwszych kwartałach roku, gdy jeszcze przedsiębiorcy nie przekroczą limitów kwotowych, później zapewne będą się pilnować, by towarów „kwalifikowanych” było mniej. Sądzę, że będzie to uciążliwe dla producentów leków i suplementów diety, dla niektórych wydawców także. Ale czy dla demokracji? Czy ktoś może mi wytłumaczyć,
w jaki sposób zagraża demokracji 4- lub 12-procentowy podatek za wyemitowanie spotu o okrężnicy i zbierających się w niej gazach? Tak, do tego dziś sprowadzane są hasła o wolności słowa i demokracji. Do walki o niższy podatek od suplementu wspomagającego trawienie. Media dziś zbyt pochopnie używają wielkich kwantyfikatorów deprecjonując słowa zarezerwowane dla większych idei niż „płonący konar”.

 

Warto zwrócić uwagę, że w 2018 roku Komisja Europejska przygotowała projekt dyrektywy o podatku cyfrowym, który zakładał 3 proc. podatek „pobierany przez poszczególne państwa, od firm osiągających globalnie roczne przychody w wysokości 750 mln euro i co najmniej 50 mln euro w państwach UE” (cytat za Dziennikiem Gazetą Prawną).  Projekt nie przeszedł, ponieważ nie było jednomyślności na forum UE, jednak część państw wdrożyła go samodzielnie. Mają go zatem Francja, Hiszpania, Czechy, Wielka Brytania, Włochy. Zdziwienie? No pewnie, przecież Kaczyński wzoruje się na Orbanie. Bo o Orbanie zapewne wszyscy już czytali, że drenuje rynek reklam i niszczy demokrację.

 

I na koniec jedna uwaga. Do zaczernionych dziś mediów. Wielu z nas zapłaciło za subskrypcję treści portalom i gazetom. Jak ma się ich akcja do naszych praw? Albo płacimy miesięczną opłatę za dostęp do telewizji. Platformy cyfrowe oferują pełne pakiety za określone abonamenty. Gdzie podział się nasz dzisiejszy dostęp do opłaconych usług? Jak to jest szanowni „obrońcy wolności i demokracji”? Wasz ból jest większy niż mój?

 

Wojciech Pokora

WOJCIECH POKORA: Stop Fake czyli jak się zwalcza propagandę

Czwarty rok Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich realizuje projekt Stop Fake – przeciwdziałanie rosyjskiej dezinformacji. Od kilku lat w Polsce działa grupa dziennikarzy, która codziennie monitoruje media i sieci społecznościowe pod kątem wyszukiwania i weryfikowania pojawiających się w nich elementów rosyjskiej propagandy. W ostatnim roku temat fake newsów stał się bardzo popularny, narodziło się kilka nowych, bardzo potrzebnych inicjatyw, w międzyczasie kilka inicjatyw niestety też upadło, jednak my trwamy na posterunku i rozwijamy nasz program. Jak to działa?

 

Generalnie określenie na czym polega praca w Stop Fake, to pokazanie warsztatu każdego dziennikarza. Bo praca przy weryfikacji dezinformacji i manipulacji w przestrzeni medialnej polega dokładnie na tym, na czym polega praca dziennikarza, czyli na zbieraniu i weryfikowaniu informacji – sprawdzamy, czy to co usłyszeliśmy, co udało nam się dowiedzieć od informatorów lub to co właśnie przeczytaliśmy jest prawdą. Tylko tyle i aż tyle. Bo bardzo często dziennikarze w pogoni za sensacją i za cytowalnością (bo skoro pierwszy podam wiadomość to moje nazwisko pojawi się w cytatach) zapominają o weryfikacji informacji. Zastępują ją wytrychem – podają np. jedno źródło. Ktoś (polityk, celebryta, często nawet anonimowy internauta, kryjący się pod pseudonimem) podał sensację, dziennikarz ją cytuje i kolportuje, uznając, że jest kryty bo ma screen lub nagranie wypowiedzi. Przecież to przeczy zasadzie rzetelności. I rodzi fake newsy.

 

Zatem w pierwszej kolejności weryfikujemy informacje. Gdy to się uda i uznamy, że wiadomość jest prawdziwa możemy ją publikować. A co jeśli nie jest? Oczywiście nie publikujemy ale czy zostawiamy temat? Nie. W tym momencie zaczyna się druga część pracy weryfikatorów propagandy i dezinformacji. Gdy rozpoznamy fake newsa sprawdzamy jego źródło. Podobnie gdy trafi do nas nieprawdziwa, sensacyjna informacja, warto się zastanowić, dlaczego do nas trafiła i z jakiego źródła. Odpowiedź na to pytanie może nam wiele powiedzieć na temat naszych informatorów, a niekiedy i na temat naszego dziennikarstwa. Dlaczego ktoś uznał, że należy nas zmanipulować? Bo puszczamy bzdury bez weryfikacji? Może tak być. A może dlatego, że czyta nas jego grupa docelowa i gdy uda się dzięki nam przemycić sfałszowany przekaz, zmanipuluje się gremium do którego inną drogą trudno dotrzeć? Warto to sprawdzić, dla siebie samych. Stop Fake kładzie nacisk właśnie na tę weryfikację. Dlaczego ktoś manipuluje i skąd pochodzą fałszywe informacje. Do jakiej grupy odbiorców były skierowane i co było ich celem. Tym zajmuje się nasz zespół.

 

Po kilku latach można już stawiać pewne diagnozy. Propaganda i dezinformacja obliczona jest przede wszystkim na dzielenie społeczeństwa i na wprowadzenie zamętu. To jest jej główny cel bez względu na to, jaki przekaz jest aktualnie wykorzystywany i przez kogo. Celem nadrzędnym jest wzbudzenie chaosu i podważenie zaufania do autorytetów (osób i instytucji). Co jest antidotum na dezinformację? Informacja. Prawda. A o nią troszczyć powinien się każdy dziennikarz, nie tylko ten, który weryfikuje propagandę w ramach jakiegoś projektu. Do tego, by nie stać się rozsadnikiem czyjejkolwiek propagandy ważne jest, by w pracy kierować się zasadami. Dziennikarstwo bez żadnych zasad staje się bowiem anarchią a dezinformacja jest jej chlebem powszednim. W imię kilkuminutowej sławy idzie się wówczas na różne kompromisy, także te, którym z prawdą nie jest po drodze. Dlatego warto od czasu do czasu odświeżyć sobie kodeks etyki dziennikarza. Tak na wszelki wypadek, by nadal być dziennikarzem a nie rozsadnikiem obcej propagandy.

 

 

WOJCIECH POKORA: Alternatywa dla Facebooka i Twittera nie istnieje

Przestrzeń medialna dla prawicowych serwisów internetowych gwałtownie się kurczy. Po faktycznym wycięciu aplikacji Parler, technologiczni giganci usiekli serwis Gub. Oba z nich w ostatnich tygodniach polecali sobie polscy narodowcy. Teraz zostali z niczym – bo nawet uruchomiony kilka lat temu Polfejs przeszedł gruntowną zmianę. – pisze na money.pl Konrad Bagiński.

 

Polfejs powstał w 2017 roku w odpowiedzi na cenzurę Facebooka, na którym prawicowi użytkownicy nie mogli swobodnie się wypowiadać. Tak przynajmniej było w założeniu. Jednak tak sprofilowany projekt się nie utrzymał i zniknął z rynku w ciągu roku. Nowe życie dostał na fali wydarzeń w USA, gdy najpopularniejsze portale społecznościowe na świecie – Facebook i Twitter zaczęły przeżywać kryzys wizerunkowy w związku z blokadami konta prezydenta Donalda Trumpa. Duża część użytkowników uznała, że nie chcą korzystać z serwisów, które wprowadzają cenzurę i zaczęli szukać alternatywy. Przez chwilę była nią aplikacja Parler, ale nie na długo. Szybko poinformowano, że stała się ona platformą do planowania i wymiany wiedzy w związku z atakiem na Kapitol, co stało się argumentem, by światowi giganci Google i Apple usunęli ją ze swych sklepów a Amazon od swych sieciowych usług. Tłumaczono to ty, że wymienione firmy nie chcą być narzędziem do przemocy i łamania prawa.

 

Nie rozsądzam w tym felietonie kwestii łamania prawa czy nawoływania do przemocy za pomocą Facebooka czy Twittera przy okazji innych, niż atak na Kapitol wydarzeń w całym świecie, a szczególnie w Polsce, bo to temat na całkowicie inny tekst o podwójnych standardach, chcę się skupić jedynie na kwestii pewnej niszy, która pojawiła się w Internecie. Okazuje się bowiem, że nie wyobrażamy już sobie życia bez dostępu do mediów społecznościowych i komunikatorów. Jeśli więc te, do których przywykliśmy, przestają spełniać nasze oczekiwania, zaczynają się poszukiwania alternatywy. A tej, wydaje się nie widać. Przynajmniej bezpiecznej.

 

Pierwszym kierunkiem, który wielu osobom przyszedł na myśl w chwili, gdy zawiedli się na zachodnich standardach był Wschód. A ten oferuje swoje, sprawdzone w krajach dawnego ZSRR rozwiązania. Jednym z nich jest należący do Pawła Durowa Telegram, który w pierwszych tygodniach stycznia uzyskał ponoć 25 mln nowych użytkowników. Prokremlowski Sputnik reklamuje swoim czytelnikom inną możliwość komunikacji – wolnislowianie.pl, który „ma łączyć wolnych i niezależnych Słowian”. Przypominam nieśmiało, że najsłynniejszym dziś wyznawcą idei panslawizmu jest główny rosyjski ideolog Aleksander Dugin, co powinno studzić zapał tych, którzy w wolnychslowianach.pl dostrzegli szansę na niczym nieskrępowaną wolność w Internecie. Ta wolność będzie miała mimo wszystko posmak Kremla i zapewne jego kontrolę. Zwrócił na to uwagę w niedawnym wpisie publicysta Onetu i były dyplomata Witold Jurasz, przypominając, że Telegram mimo wszystko, to spółka rosyjska, niezależenie od tego, że należy do spółki zarejestrowanej w Londynie a operującej z Dubaju. Jurasz konkluduje w swoim stylu:

 

Dla jasności – jak się ma coś wrażliwego do przekazania to się należy trzymać z dala od komputera. Ale jak już nie ma innego wyjścia to lepiej chyba, żeby dużo o Państwu wiedziało CIA, a nie spółka z Dubaju.

 

Tych, którzy wyobrażają sobie, że wszystko co piszą w komunikatorach zostaje tylko miedzy nimi a rozmówcą, przytoczone powyżej słowa mogą szokować. Uspokoję, w większości przypadków tak jest. To co piszemy zapewne nigdy nie ujrzy światła dziennego, chyba że jesteśmy politykami, dyplomatami, dziennikarzami… Tak, wówczas lepiej trzymać się z dala od elektroniki, gdy chcemy przekazać coś wrażliwego.

 

Czy zatem Polfejs ma szansę stać się ostoją wolności „prawicowców”? Wątpię. Zresztą sami twórcy, nauczeni doświadczeniem od prawicy już się dystansują zapewniając, że co prawda projekt tworzą wciąż te same osoby, ale zdecydowanie nie jesteśmy jakimś „prawicowym” czy też „lewicowym” portalem. Z poprzednim były same problemy, mowa nienawiści, obrażanie, kontrowersyjne treści. Teraz jesteśmy po prostu medium społecznościowym, neutralnym, dla każdego. Nie ma teraz żadnych problemów z użytkownikami, wcześniej się zdarzały (wypowiedź Bartosza Bakuły z Polonia Web Services dla money.pl). Mało tego, na Polfejsie także obowiązuje regulamin, którego należy przestrzegać. Zapewne łamiący go nie uchowają się na portalu zbyt długo. I wydaje się to logiczne, bo komu zależy na ograniczaniu się w biznesie do jednej strony sporu politycznego czy do członków określonej bańki informacyjnej? Jak zauważają eksperci, polityka to niewielka część tortu mediów społecznościowych. Większości użytkowników służą one do autokreacji i rozrywki.

 

Polityka to jedynie ułamek wszystkich treści zamieszczanych w sieci. Wystarczy popatrzeć, na jakim poziomie w mediach społecznościowych są gwiazdy sportu czy Kim Kardashian. Ona przykrywa czapką Donalda Trumpa i wszystkich republikanów razem wziętych – zauważa w rozmowie z money.pl Jakub Bierzyński, prezes domu mediowego OMD.

 

Warto więc wziąć pod uwagę, że za działaniami Facebooka czy Twittera mogą, podkreślam mogą, kryć się jedynie względy komercyjne i wizerunkowe, mające przełożyć się na kolejne miliardy przychodu, a kampania kreująca oba podmioty na totalitarystów stosujących cenzurę wobec prawicy, to element polaryzacji społeczeństwa przez korzystającą z każdego osłabienia demokracji Rosję. Dlatego ruch z blokowaniem kont Trumpa pojawił się dopiero po przegranych przez niego wyborach, gdy wiadomo, że to nie on będzie rozdawał karty w polityce i … biznesie przez kolejne lata. Gdyby to była tylko i wyłącznie cenzura polityczna, pojawiłaby się zapewne wcześniej. Sądzę, że to działania obliczone na efekt biznesowy.

 

Jeśli już mam wierzyć w jakąś teorię spiskową to wolę w tę, która poparta jest doświadczeniem. A doświadczenie pokazuje, że blokowanie kont użytkowników nie zawsze jest niewłaściwą polityką portali społecznościowych (weźmy tu np. antyszczepionkowców i rosyjskie ośrodki propagandowe i dezinformacyjne, których konta są systematycznie blokowane zarówno na Facebooku jak i Twitterze), a kampania przekierowania ruchu użytkowników na mniej rozpoznane i gorzej zabezpieczone portale, także rosyjskie, może służyć tylko jednemu graczowi, bardzo skutecznie prowadzącemu wojnę hybrydową z wykorzystaniem cyberprzestrzeni.

 

Wojciech Pokora

WOJCIECH POKORA: Nie po to Niemcy szykowali ekspansję, by im teraz ją likwidować

Powstałe w latach 80. niemieckie przedsiębiorstwa medialne dość szybko znalazły uznanie wśród niemieckiej publiczności, a dzięki technologii satelitarnej ich oferta zyskała stałą widownię także pośród innych krajów niemieckojęzycznych. Dalszy rozwój oraz ekspansja niemieckich przedsiębiorstw była możliwa dzięki polityce międzynarodowej, między innymi przyjętym przez europejskie kraje dwóm dokumentom: Europejskiej Konwencji o Telewizji Ponadgranicznej oraz unijnej dyrektywie Telewizja bez granic. Niemieckie przedsiębiorstwa dość dobrze wykorzystały również szansę, jakie stworzyło rozszerzenie Unii Europejskiej o kolejnych członków z Europy Środkowej i Wschodniej. Niemieckie przedsiębiorstwa inwestowały w tym regionie już w latach 90., ale dopiero przyjęcie tych krajów w poczet UE umożliwiło całkowite przejęcie lokalnych przedsiębiorstw tego regionu – czytamy w raporcie Instytutu Staszica zatytułowanym Koncentracja kapitału w mediach i jej zapobieganie we Francji oraz Niemczech.

 

Tak wygląda krótka historia obecności kapitału niemieckiego w mediach krajów Europy Środkowej i Wschodniej.  Wytłuszczenia w powyższym cytacie pochodzą ode mnie, żeby czytelnik uchwycił ideę funkcjonowania niemieckich koncernów medialnych na rynku międzynarodowym. Nie ma tu mowy o żadnej polityce równych szans. W okresie gdy w Niemczech kształtował się rynek mediów komercyjnych w Polsce mogliśmy myśleć jedynie o wydawnictwach podziemnych. Gdy doszło do zmian ustrojowych w naszym regionie (nie tylko w Polsce), uchwalono Europejską Konwencję o telewizji Ponadgranicznej (5 maja 1989 roku), którą ratyfikował 9 lipca 1990 roku prezydent RP Wojciech Jaruzelski. Dyrektywa „Telewizja bez granic” także pochodzi z 1989 roku (w kolejnych latach była nowelizowana).

 

Zatem w punkcie wyjścia, gdy doszło do zmian ustrojowych w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, zachodnioeuropejski rynek medialny był już przygotowany na ekspansję. Równocześnie dobrze zabezpieczył się przed ewentualną ekspansją ze wschodu. Zacytuję znów raport Instytutu Staszica:

 

Podstawowym aktem regulującym sprawę konkurencji na rynku mediów jest Ustawa o przeciwdziałaniu zagrożeniom konkurencji, nad której przestrzeganiem czuwa Federalne Biuro ds. Przeciwdziałania Kartelom. Od roku 1997 roku nie ma w Niemczech ograniczeń związanych z liczbą posiadanych koncesji radiowych czy telewizyjnych, natomiast zawarta między landami umowa ma na celu zagwarantowanie pluralizmu opinii publicznej, poprzez zapobieganie zdominowaniu rynku przez jakiekolwiek przedsiębiorstwo medialne (Przyjętym progiem jest poziom 30% oglądalności lub słuchalności w danym roku dla wszystkich posiadanych przez przedsiębiorstwo mediów, lub jeśli stacje radiowe i telewizyjne, których jest właścicielem lub współwłaścicielem osiągnęły poziom 25% oglądalności w danym roku i podmiot ten ma dominującą pozycję na rynku powiązanym z rynkiem mediów elektronicznych, np. rynek prasy codziennej, reklam radiowych, itp.). (…)

 

W niemieckim systemie prawnym na poziomie krajów związkowych wprowadzono także ograniczenia dotyczące koncentracji krzyżowej, czyli możliwości inwestowania przez przedsiębiorstwa prasowe w segment radiowy lub telewizyjny. (…)W wyniku tak prowadzonej polityki zachowania pluralizmu zewnętrznego rynku mediów w Niemczech, od początku lat 90. przedsiębiorstwa niemieckie prowadzą intensywną ekspansję zagraniczną, inwestując głównie w otwierające się wówczas nowe rynki Europy Środkowo-Wschodniej, ale podejmując również rywalizację na rynkach zachodnioeuropejskich.

 

Mimo, iż w Niemczech nie ma ograniczeń dotyczących udziału kapitału zagranicznego tak na rynku mediów elektronicznych, jak i prasy codziennej, to trzeba podkreślić, że jest to przede wszystkim rynek z dominującym kapitałem rodzimym.

 

A teraz dla równowagi zacytuję informację, która pojawiła się na portalu Press:

Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich (DJV) chce, by Komisja Europejska zbadała sytuację na polskim rynku prasy w ramach zaplanowanego zastosowania wobec Polski mechanizmu praworządności. Powodem jest zapowiedź przejęcia przez PKN Orlen tytułów Polska Press.

„Istnieje duże niebezpieczeństwo, że państwo polskie będzie ingerowało w prace redakcji, a wolność mediów znajdzie się pod presją” – zaznacza w opublikowanym na stronach stowarzyszenia komunikacie przewodniczący Frank Überall.

 

Przewodniczący DJV z zadowoleniem przyjął zapowiedź komisarz Very Jourovej, że z powodu naruszania niezawisłości wymiaru sprawiedliwości KE zastosuje przeciw Polsce mechanizm praworządności. „Nie można na tym poprzestać. Podstawowe prawo, jakim jest wolność prasy, też jest u naszego sąsiada bardzo zagrożone” – dodał Überall. Jak zaznaczył, KE nie może przyglądać się bezczynnie, gdy „narodowo-konserwatywna partia PiS likwiduje krok po kroku niezależne dziennikarstwo”.

 

W kontekście zarysowanej na wstępie pokrótce historii rozwoju koncernów medialnych w Niemczech i ich planowej ekspansji na wschód, a do tego gdy znamy formę zabezpieczenia niemieckiego rynku medialnego przed zewnętrzną ingerencją, te apele Franka Überalla trącają nieco hipokryzją. A może wcale nie trącają tylko są nią mocno podszyte, gdy zajrzymy do wyników raportu zespołu badawczego Centrum Roberta Schumana z 2015 roku pt. „Media Pluralism Monitor. Monitoring risks for Media Pluralism in EU Member States”, który (cytat za Instytutem Staszica) podkreśla z jednej strony wysoką przejrzystość przepisów antykoncentracyjnych oraz transparentność struktury medialnej w Niemczech, z drugiej zwraca uwagę na wysokie ryzyko dla rzeczywistego pluralizmu mediów, jeśli weźmie się pod uwagę wzrastający udział kilku największych przedsiębiorstw w poszczególnych segmentach rynku.

 

Jak to interpretować? Najprościej chyba jako konflikt interesów, bo apel polityka, członka partii CDU, Franka Überalla, stojącego na czele organizacji dziennikarskiej, by politycy ingerowali w rynek prasy w Polsce, gdyż jest on zagrożony upolitycznieniem, brzmi tak samo zagmatwanie jak jest w istocie niepoważny. Bo w istocie chodzi w nim tylko o to, by zabezpieczyć interes niemieckich przedsiębiorców, a pośrednio zapewne i zachować polityczne wpływy w Polsce. I z jednej strony ja to rozumiem. Ktoś nie po to przygotował akcję ekspansji na wschodnie rynki, by im ten biznes jakiś „narodowy konserwatysta” w sposób nieodpowiedzialny zlikwidował. I dlatego podpisuję się pod protestem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w sprawie ingerencji polityka CDU w wewnętrzne sprawy Polski, bo też uważam, że nie o wolność słowa tu chodzi, a o dominację gospodarczą zachodniego sąsiada.

 

Wojciech Pokora

WOJCIECH POKORA: Swawola nie jest odmianą wolności

Gazety, rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne z obcym kapitałem funkcjonują w Polsce na podstawie prawa naszego kraju. Tak samo powinny działać media społecznościowe.

 

Portale społecznościowe miałyby obowiązkowo pełnomocników, do których można byłoby się odwołać w spornych sprawach. Jeśli ta procedura nie wystarczyłaby, użytkownik powinien mieć też możliwość odwołania się do specjalnie powołanego do tego celu sądu wolności słowa. Takie m.in. zapisy miałyby znaleźć się w zapowiedzianej przez Ministerstwo Sprawiedliwości ustawie o wolności słowa w internecie.

 

O co chodzi? Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapowiedział, że kierowany przez niego resort przymierza się do wprowadzenia rozwiązania, mającego na celu ochronę wolności słowa w internecie. Byłyby to narzędzia pozwalające odwołać się do organu, który rozstrzygnie, czy dane treści w mediach społecznościowych naruszają dobra osobiste, czy może dochodzi do cenzury. Jak przekonuje Ziobro, co podczas konferencji prasowej podkreślał kilkukrotnie, nie chodzi w tym o cenzurę, lecz cenzurze zapobieganie.  Mamy świadomość, że to nie jest łatwy temat, mamy świadomość, że w internecie powinna by też sfera gwarancji dla każdego, kto czuje się pomówiony, sfera ograniczeń różnych treści, które mogą nieść ze sobą negatywny wydźwięk dla sfery wolności innych osób. Ale chcielibyśmy zaproponować takie narzędzia, które będą pozwalać zarówno jednej, jak i drugiej stronie, odwoływać się do decyzji organu, który będzie mógł rozstrzygać, czy rzeczywiście treści ujawnione na takim czy innym koncie społecznościowym naruszają dobra osobiste, czy mogą być eliminowane, czy może dochodzi do cenzury – tłumaczył minister sprawiedliwości.

 

Oczywiście część ekspertów natychmiast zaczęło bić na alarm, że wprowadzana jest cenzura. W ślad za nimi poszły niektóre portale, jak np. należący do szwedzkiej Grupy Bonnier serwis bankier.pl, który w tytule informacji na temat planów Ziobry pyta: Będzie cenzura na Twitterze i Facebooku? Minister sprawiedliwości zapowiedział projekt ustawy o mediach społecznościowych

 

Co ciekawe serwis nie uzasadnia w treści artykułu swojej tezy zawartej w tytule. Przeciwnie, cytuje Zbigniewa Ziobrę, który zapewnia, że można podać „wiele przykładów”, które „pokazują absurdalność decyzji rozmaitych organów prywatnych, korporacji międzynarodowych, które cenzurują wypowiedzi czy to polityków, czy to użytkowników prywatnych”:

 

W Niemczech minister sprawiedliwości może arbitralnie podjąć decyzję, jakie treści trzeba wyeliminować z internetu. To wprowadzanie cenzury. My chcemy wyważyć pomiędzy wolnością debaty publicznej, naruszaniem czyichś dóbr – powiedział Zbigniew Ziobro i dodał, że:  rozwiązania w tych krajach (Niemczech i Francji na które się powołuje – przyp. WP) koncentrują się na tym, by eliminować i ograniczać treści, które zdaniem organów naruszają prawo co prowadzi do sytuacji, w której władza  ma prawo podejmować decyzje o eliminacji treści z internetu poza jakąkolwiek kontrolą. W Polsce ma to wyglądać inaczej. Zbigniew Ziobro słusznie zauważa, że rozwiązaniom niemieckim i francuskim zarzuca się wprowadzanie cenzury, która ma na celu ograniczenia swobody debaty demokratycznej, która zdaniem ministra nie powinna być ograniczania na podstawie decyzji jakiegokolwiek organu.

 

W czym zatem problem? Chodzi o to, że zarówno Facebook jak i Twitter zdominowane są przez lewicową ideologię i nie trzeba tu dziennikarza śledczego by to udowodnić. Wystarczy wejść na Facebooka i zgłosić administracji tego portalu treści nawołujące do przemocy wobec wyznawców chrześcijaństwa, bądź sprawdzić jak wiele istnieje fanpejdży propagujących komunizm. Jeśli ktoś nie wierzy, to proszę znaleźć na Facebooku stronę Komunistycznej Partii Polski i spróbować ją zgłosić do administracji jako promocję totalitaryzmu. Nie będzie skutku. W odróżnieniu do zamieszczenia na swoim profilu zdjęcia np. z Marszu Niepodległości, gdzie pojawi się symbol Falangi. Tu można być pewnym, że blokada za promocje totalitaryzmu nastąpi natychmiast, o czym przekonali się tuż przed 11 listopada 2016 r. m.in. ówczesny redaktor naczelny „Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski czy poseł Kukiz’15 Marek Jakubiak, którym Facebook zablokował konta za opublikowanie plakatu Marszu Niepodległości.

 

W takich przypadkach pojawiają się często tłumaczenia, że prywatny podmiot może sobie postępować zgodnie z własnym regulaminem i nikomu nic do tego, jak ten regulamin jest skonstruowany. Nie chcesz to nie korzystaj z serwisu. Tylko, że pojawiają się tu dwa problemy. Pierwszy jest taki, że trzeba zdefiniować czym są media społecznościowe. Czy to na pewno przestrzeń prywatnego przedsiębiorcy, eksterytorialna, rządząca się własnymi prawami gdzie nie działają żadne zasady poza ustalonymi przez właściciela? Jeśli tak, to za chwilę może się okazać, że w podobny sposób zdefiniowany zostanie internet jako globalna sieć i ktoś go zechce skomercjalizować. Wydzieli nam kawałek przestrzeni, którą będzie powoli i systematycznie poddawał kontroli, jak robi to już np. Google. Może się wówczas okazać, że musimy zgodzić się na narzucane haracze i rozwiązania „statutowo-ideologiczne” bo przestanie działać nam coraz więcej urządzeń, które są powiązane z tymi globalnymi graczami. Spróbujcie używać smartfonu z systemem Android bez konta Google. Może za 15 lat nie uda nam się bez takiego konta uruchomić samochodu? Jeśli zatem uznamy, że jednak prywatny monopolista nie stoi ponad prawem, przechodzimy do punktu drugiego – jak uregulować prawnie działanie podmiotu zagranicznego? Najlepiej zrobić to na tej zasadzie, na jakiej działają w Polsce zagraniczne media. Chcesz wydawać w Polsce, zarejestruj tutaj tytuł zgodnie z obowiązującym prawem. Chcesz nadawać zdobądź koncesję spełniając warunki. Przecież działające w Polsce gazety z obcym kapitałem funkcjonują na podstawie prawa kraju, w którym tytuł jest wydawany, a nie kraju pochodzenia wydawcy. Tylko jest jeden problem. Media społecznościowe to nowe zjawisko. Portale informacyjne, na których pojawiają się komentarze czy inne treści zamieszczanie przez użytkowników, jak np. blogi to też nowe zjawisko. I trzeba je uregulować prawnie. Stąd poszukiwanie odpowiednich rozwiązań, bo mitem jest, że bez regulacji ze strony ustawodawcy poruszamy się w warunkach bezwzględnej wolności. Taka wolność nie istnieje. Jeśli ktoś nie wierzy to zapraszam na wycieczkę do np. Somalii. Można poczuć na własnej skórze czym jest kraj, gdzie nie działają żadne prawa (chociaż od kilku lat jedynym obowiązującym w tam prawem jest szariat ). Jakoś przez lata „wolności”, gdy rząd nie mieszał się w sprawy gospodarcze i społeczne obywateli, bo rządu nie było, Somalia nie stała się gospodarczym tygrysem Afryki i czempionem swobód obywatelskich. Dlaczego? Bo utopie nie istnieją, a swawola nie jest odmianą wolności. Wbrew temu co słyszymy przy okazji każdej kolejnej kampanii wyborczej, nie istnieją społeczności, w których rząd nie wtrąca się do spraw gospodarczych czy społecznych swoich obywateli. Tak samo nie istnieje wolny internet, który działa sobie bez kontroli. Takie cuda znaleźć można tylko na ulotkach wyborczych ugrupowań meblujących głowy nastolatkom.

 

WOJCIECH POKORA: Zawód dziennikarza w dobie Internetu

Czy zawód dziennikarza jest zagrożony w dobie Internetu? To pytanie wraca jak bumerang od chwili spopularyzowania blogosfery, a niepokój o kondycję naszego zawodu nasilił się, gdy powstały media społecznościowe. I nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

 

Wszystko zależy od tego, co uznamy za zagrożenie dla zawodu. Jeśli ma nim być szybkość przekazu, zastąpienie informacji relacją bezpośredniego uczestnika wydarzenia, czy nawet przez streaming live wprost z miejsca wydarzeń – nie ma obaw. Nie zagraża to dziennikarstwu. Wręcz przeciwnie, wspomaga je. Nie ma dziś chyba redakcji, która nie wykorzystywałaby nowych technologii w swojej pracy, media społecznościowe stały się kolejnym kanałem komunikacji, streaming na Facebooku, YouTube czy Twitterze jest jedną z form relacjonowania wydarzeń. Ale nie jedyną. Na szczęście, bo media społecznościowe stają się też niestety doskonałym miejscem uprawiania propagandy i manipulacji.

 

Większość z nas ma zapewne konto na najpopularniejszym portalu społecznościowym, czyli Facebooku. Polecam przeprowadzić dwa doświadczenia. Pierwsze nie wymaga dużo czasu. Wystarczy zamienić się na chwilę telefonem z kolegą/koleżanką z pracy, przyjacielem czy współmałżonkiem i przejrzeć jego tablicę na Facebooku. Ktoś z kim mieszkasz pod jednym dachem, lub pracujesz w jednym pokoju ogląda świat przez całkiem inne filtry niż ty. Widzisz to? Tak działają media społecznościowe. Subiektywizują przekaz.

 

W czasie jednego ze swoich wykładów, genialny matematyk, mistrz współtwórcy lwowskiej szkoły matematycznej prof. Hugona Steinhausa, David Hilbert wypowiedział cenną myśl:

– Każdy człowiek ma pewien określony horyzont myślowy. Kiedy ten się zwęża i staje się nieskończenie mały, zamienia się w punkt. Wtedy człowiek mówi: „To jest mój punkt widzenia”.

 

Dokładnie w ten sam sposób działają media społecznościowe. Zawężają nasz punkt widzenia, wyjaławiając nas i zamykając w szczelnej bańce informacyjnej. Wspomaga to dodatkowo możliwość blokowania tzw. znajomych, których poglądy nie przystają do naszych, oraz ograniczanie ilości stron, które można obserwować jako wyświetlane nam jako pierwszy wybór. Powoduje to, że przeglądając swoje tablice na Facebooku codziennie po kilka razy widzimy te same treści, tych samych znajomych (z kilku tysięcy czy kilkuset wciąż wyświetlają nam się wpisy kilkunastu). Można zgłupieć? Nawet należy.

 

Drugim doświadczeniem jest śledzenie grup miejskich. To doskonała lekcja tego, jak działają media. W grupach pojawia się codziennie kilkadziesiąt wpisów – od reklam, przez ogłoszenia, prośby o pomoc, po informacje. Po dłuższym czasie łatwo się zorientować, kto jest przedstawicielem jakiej firmy czy zwolennikiem jakiej partii. Pojawiają się także newsy. I to prawda, że szybciej niż w konwencjonalnych mediach. Wydarzył się wypadek, gdzieś pojawiło się pogotowie pod klatką schodową, policja kogoś goni, na grupie miejskiej pierwsi się o tym dowiemy, zobaczymy często nawet zdjęcia czy filmy. Tylko niewiele się z nich zorientujemy. Czasem zbudujemy sobie obraz wydarzenia na podstawie zamieszczanych pod takim wpisem komentarzy, ale nadal nie mamy pewności, co jest prawdą.

 

I tu wkracza dziennikarz. On sprawdza fakty, weryfikuje opinie i on ostatecznie zamieści rzetelny materiał na ten temat. I zazwyczaj taki materiał trafia po jakimś czasie na tę grupę, z nagłówkiem – już wiemy dokładnie co się stało. Czyli od kilku godzin śledzimy wydarzenie i dyskusję na jego temat, ale i tak ostatecznie to dziennikarz poda nam sprawdzone fakty i pomoże zrozumieć zaistniałą sytuację. W sumie tak przecież działają media od początku ich istnienia, weryfikują fakty i informują. Media społecznościowe jedynie zmieniają formę podania plotki, która musi zostać zweryfikowana. Zanim to nastąpi, plotka jest nadal plotką, nawet gdy dziś nazywa się ją „postem” czy „wpisem”. I tu przechodzimy do prawdziwego zagrożenia dla dziennikarzy, bo drugą stroną medalu jest wpływ mediów społecznościowych na nich samych.

 

O ile Internet nie zagraża zawodowi dziennikarza i nie ma szans, by w najbliższym czasie wpłynął niekorzystnie na kondycję redakcji, o tyle nie mam w sobie aż tyle optymizmu, by nie stwierdzić, że ma bardzo niekorzystny wpływ na samych dziennikarzy i wielu z nich na pewno zaszkodził. Szybkość przekazywania informacji w Internecie ma swoje zalety ale także wady. Przekonali się o tym ci, którzy dali się wciągnąć w emocjonalne dyskusje polityczne, czy pod wpływem impulsu puścili dalej niesprawdzoną plotkę. Albo spreparowanego fejka, co staje się dziś wręcz plagą mediów społecznościowych, kompromitując niestety dziennikarzy, którzy dają się na to złapać. Bo czy tego chcemy, czy nie, formułka pod nazwiskiem – „tu tylko prywatne opinie” nie załatwia sprawy, i to, co publikujemy pod nazwiskiem, w mediach społecznościowych ma wpływ na postrzeganie naszego obiektywizmu. Dlatego o ile zawód dziennikarza nie jest zagrożony przez Internet, o tyle sami dziennikarze już tak.

 

Wojciech Pokora