Fot. Jakub Szymczuk / KPRP

Nikt nie może złamać naszej jedności. PAWEŁ BOBOŁOWICZ o wystąpieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy w RN Ukrainy

Zawsze wiedzieliśmy, że umiemy się jednoczyć w momentach zagrożenia. Wtedy jednoczymy się wewnątrz kraju, ale w takich momentach potrafiliśmy się też jednoczyć z Ukraińcami, a wspólny wróg łączy najmocniej…

Dziś jesteśmy świadkami procesu, o którym od dawna marzyli nieliczni, a dziś głośno mówią o tym też najważniejsi. Ci nieliczni rozumieli, że od tego zależy nasze bezpieczeństwo i przyszłość, ci najważniejsi często o tym zapominali patrząc na bieżące poparcie polityczne wewnątrz kraju. Jednak spoglądanie w stronę marginalnych środowisk narodowych, zżeranych własną ksenofobią i często karmionych z zewnątrz, wczoraj bezpowrotnie się skończyło.

Niedzielne wystąpienie w Radzie Najwyższej Ukrainy prezydenta RP Andrzeja Dudy zamyka niekończące się wzajemne pretensje i oskarżenia o kwestie historyczne. „Wiemy że napięcia w relacjach polsko-ukraińskich służą tylko obcym interesom, a nam, Polakom i Ukraińcom szkodzą” powiedział prezydent RP na forum ukraińskiego parlamentu wywołując kolejny raz burzę oklasków. Prezydent przypomniał też słowa św. Jana Pawła II wygłoszone w czasie pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku o tym, by wyżej stawiać to co jednoczy, niż to co dzieli w naszych relacjach opartych o braterską współpracę i autentyczną solidarność. Dwadzieścia jeden lat trzeba było czekać, żeby te słowa przeistoczyły się w polityczną deklarację łączącą nasze narody. Dziś to się dzieje. Bo jak mówił wczoraj Andrzej Duda, nie wolno nam tej szansy zmarnować i będziemy dobrymi sąsiadami już na zawsze.

Oczywiście dziś jedność jest nam potrzebna przede wszystkim w obliczu zagrożenia, ale gdy ono minie (choć mała szansa, by minęło na zawsze), jest niezbędna dla rozwoju, dla tworzenia nowej przyszłości, bez ciągłego oglądania się z trwogą na imperialnych graczy.

Od początku rosyjskiej inwazji 24 lutego br. Polacy pokazują, że rodziny ukraińskich obrońców, że ukraińskie kobiety i dzieci w naszym kraju mogą znaleźć bezpieczny azyl i nie są traktowane jak uchodźcy, lecz są naszymi gośćmi. I tak są traktowani także w polityce naszego państwa. Gdy takie słowa wczoraj padły z ust prezydenta Andrzeja Dudy, ukraińscy parlamentarzyści ze łzami w oczach, na stojąco bili brawa. Tak samo reagowali na słowa o ukraińskiej przyszłości: „nic o Tobie, bez Ciebie”, czy też na prezydencką deklarację: „osobiście nie spocznę, dopóki Ukraina nie stanie się członkiem UE w pełnym tego słowa znaczeniu” i na stwierdzenie „Polska nigdy Ukrainy nie zostawi samej”.

W tych niedzielnych deklaracjach splatają się drogi polskich twórców szkoły ukraińskiego romantyzmu, polityczny duch Powstania Styczniowego, idea i czyn Piłsudskiego, Józewskiego, Giedroycia, marzenia Vincenza, Łobodowskiego i wszystkich tych, którzy rozumieli znaczenie polsko-ukraińskich relacji, a jednocześnie zagrożenia płynące z realizacji polityki jednego i drugiego nacjonalizmu okraszonego moskiewskimi wpływami.

„Wolny świat ma dziś twarz Ukrainy” – mówił prezydent Duda i dziękował ukraińskim obrońcom Kijowa, Charkowa i Mariupola, przypominając, że to Ukraińcy dziś bronią „Europy przed najazdem barbarzyństwa i nowego rosyjskiego imperializmu”. Dumnie brzmiały słowa prezydenta, że my, jako państwo, mamy w tej obronie olbrzymi wkład dzięki przekazaniu potężnej (drugiej po USA) pomocy zbrojeniowej. Obiecując wsparcie Zachodu, zwrócił uwagę na coś, co wydaje się tak oczywiste: koszty odbudowy Ukrainy musi przede wszystkim ponieść Rosja, podobnie jak musi odpowiedzieć za popełnione zbrodnie.

Nasz prezydent odwiedził kolejny raz Ukrainę w czasie wojny. W Kijowie wcześniej był premier Mateusz Morawiecki i wielu polskich ministrów. W tym samym czasie nie ustały nawet na chwilę rosyjskie ataki na naszego sąsiada. Polscy przywódcy jednak konsekwentnie swoją postawą manifestują, że przed Rosją się nie ugniemy, nawet w obliczu bezpośredniego niebezpieczeństwa, czy „moskiewskich pogróżek”.

Ten wyjątkowy moment w naszych relacjach widzą też Ukraińcy. Wreszcie na Cmentarzu Orląt Lwowskich odsłonięto posągi lwów, a w dniu wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie prezydent Wołodymyr Zełenski anonsował ustawę o szczególnym statusie Polaków na Ukrainie.

Daj Boże, byśmy tej szansy nie zmarnowali.

Paweł Bobołowicz, źródło: https://kurierlubelski.pl

 

Fot. Kancelaria Premiera / flickr.com

Leki na „russkij mir”

Premier Polski Mateusz Morawiecki publicznie porównał „russkij mir” z guzem rakowym. Diagnoza ta zasługuje nie tylko na rozpowszechnienie, ale też na szukanie sposobów leczenia.

Polska, jak można było się spodziewać, stała się jednym z liderów w kwestii pomocy Ukrainie w powstrzymywaniu rosyjskiej agresji. Ponad 2,5 miliona obywateli Ukrainy znalazło schronienie w Polsce, oficjalnie Warszawa przekazała Ukrainie broń o wartości 1,7 miliarda dolarów, w tym ponad 200 czołgów T-72, niezbędnych do kontrofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy. Nieprzypadkowo to właśnie w Warszawie miała miejsce konferencja donatorów dla Ukrainy, na której ogłoszono zebranie 6,5 miliarda dolarów pomocy. Intensywność kontaktów między rządami Polski i Ukrainy bije rekordy.

W minionym tygodniu Mateusz Morawiecki znalazł się w nagłówkach rosyjskich mediów. Ulubiona koncepcja ideologiczna Władimira Putina – „russkij mir” – nazywana jest guzem rakowym. Na łamach brytyjskich gazet „The Telegraph” i „The Daily Telegraph” polski premier wyraził pewność, że Rosję trzeba zatrzymać. Jego zdaniem Putin jest bardziej niebezpieczny niż Hitler i Stalin, dlatego trzeba mu koniecznie przeciwdziałać wspólnym wysiłkiem. Zwłaszcza pozbywając się iluzji, że rosyjska agresja może zatrzymać się na Ukrainie.

Te wystąpienia Mateusza Morawieckiego to nie tylko wystąpienia programowe polityka gotowego rzucić wyzwanie Rosji. Są one dowodem ruchów tektonicznych w środowisku europejskiego establishmentu, wywołanych agresją Rosji na Ukrainę. Największa po Drugiej Wojnie Światowej wojna w Europie trwa ponad 80 dni, a o jej szybkim zakończeniu mogą mówić chyba tylko optymiści. Ale już dzisiaj można stwierdzić: Ukraina potwierdziła zdolność do obrony własnej suwerenności, a Polska trafnie diagnozowała zagrożenie, które niesie polityka Kremla.

To wzajemne zrozumienie dowodzi najwyższego w ciągu ostatnich 30 lat poziomu zaufania w stosunkach Warszawy i Kijowa i umiejętności naszych państw do wspólnego działania. W Polsce dzisiaj problemy Ukrainy traktowane są prawie jak własne a w Ukrainie uświadamiają sobie, że dające nadzieję polskie zaplecze jest poręczeniem przyszłych zwycięstw.

Ale diagnozowanie geopolitycznej onkologii jest niewystarczające – trzeba ją leczyć, bo niebezpieczna choroba szerzy się szybko. Pierwsze niezbędne kroki wyglądają następująco:

– Zagrożenie zostało zdiagnozowane i uświadomione, trwa praca nad rozszerzeniem arsenału leków na nadmierną agresywność Rosji, przede wszystkim metodami wojskowymi. Jednakże uzasadnione są przypuszczenia, że będą one niewystarczające.

– Przerzuty fejków, które aktywnie szerzy rosyjska propaganda w Ukrainie, USA i UE rozprzestrzeniają się szybko i niosą realne zagrożenie dla stabilności i demokracji. Dlatego potrzeba nie tylko leczenia skutków rosyjskiej agresji w sferze informacyjnej, ale i stosowania zbiorowych środków profilaktycznych.

– Nasza zbiorowa odporność w regionie bałtycko-czarnomorskim może przyspieszyć proces tworzenia wspólnej narracji, która ma przeciwdziałać ideologii „russkiego miru”. Wola narodów i państw do rozwoju, zabezpieczenia pokojowego życia, informacyjna irygacja „krwawych ziem” wydają się być gwarancją rozwoju Międzymorza, którego znaczenie we współczesnym świecie znacznie wzrosło.

– Niezbędne jest już dzisiaj zwiększanie poziomu wzajemnego poznania, aranżowania kontaktów kulturowych i współdziałania informacyjnego. Ukraińscy uchodźcy, którzy znaleźli się na terytorium sąsiednich państw, powinni otrzymać informacje na temat państw, w których tymczasowo przebywają, a partnerzy Ukrainy impuls do rozwoju swoich z nią relacji.

– W warunkach śmiertelnego zagrożenia ze strony Rosji warto odłożyć na bok stare urazy. Pamiętajmy: na Kremlu realnie pragną wyjść na nową przestrzeń strategiczną, żeby wzmocnić własną pozycję. Zatrzymać „russkij mir” możemy tylko wspólnym wysiłkiem.

Jewhen Mahda

 

Fot. stopfake.org

Fake: Rosja jest kozłem ofiarnym ukraińskiego ludobójstwa 

„Chciałbym zaznaczyć, że ukraińskie służby bezpieczeństwa, z pomocą państw zachodnich, zorganizowały brutalną i krwawą prowokację w Buczy, m.in. po to, by skomplikować proces negocjacji” – powiedział Sergej Ławrow, minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej w wywiadzie dla Agencji Informacyjnej Xinhua (Chiny) z 30 kwietnia 2022 roku.

Ławrow przekonywał w rozmowie z chińską agencją, że na Ukrainie trwa specjalna operacja wojskowa, której celem jest „ochrona ludzi przed ludobójstwem ze strony neonazistów, demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy”:

– Pragnę podkreślić, że Rosja prowadzi swoje działania (…) na oficjalną prośbę Doniecka i Ługańska, na podstawie artykułu 51 Karty Narodów Zjednoczonych o prawie do samoobrony – mówił minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej. Ławrow dowodził również, że „Ukraińskie formacje zbrojne, wykorzystując ludność cywilną jako żywe tarcze, prowadzą barbarzyński ostrzał miast (…). Jednocześnie, z pomocą swoich zachodnich patronów i kontrolowanych przez Zachód mediów, oskarżają armię rosyjską o zbrodnie wojenne. Przerzucają odpowiedzialność, jak u nas się mówi, na kozła ofiarnego (…) Rosyjscy żołnierze robią wszystko, co w ich mocy, by uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej. Uderzenia przeprowadzane są z użyciem broni precyzyjnej, przede wszystkim na infrastrukturę wojskową i miejsca koncentracji pojazdów opancerzonych. W przeciwieństwie do armii ukraińskiej i nacjonalistycznych formacji zbrojnych, które wykorzystują ludność jako żywą tarczę, armia rosyjska udziela miejscowej ludności wszelkiego rodzaju pomocy i wsparcia”.

W retoryce szefa rosyjskiej dyplomacji znalazło się także miejsce na zrzucenie odpowiedzialności za krwawe zbrodnie na Ukrainie na państwa NATO:

– Najwyższy czas, by Zachód przestał bez zastrzeżeń „wybielać” i uniewinniać Kijów.  Przeciwnie Waszyngton, Bruksela i inne zachodnie stolice powinny być świadome swojej odpowiedzialności za współudział w krwawych zbrodniach ukraińskich nacjonalistów – przekonywał Sergiej Ławrow dodając, że rozwiązaniem „kryzysu ukraińskiego” nie jest dostarczanie Ukrainie broni, ale pilna pomoc humanitarna, której Zachód nie udziela. Robi to za to Rosja:

– Naród ukraiński nie potrzebuje Stingerów i Javelinów, ale rozwiązania pilnych spraw humanitarnych. Rosja robi to od 2014 r. W tym czasie do Donbasu dostarczono dziesiątki tysięcy ton pomocy humanitarnej (…). Korytarze humanitarne z Charkowa i Mariupola są codziennie otwierane w celu ewakuacji ludzi z niebezpiecznych obszarów, ale reżim kijowski żąda, by „bataliony narodowe” kontrolujące te obszary nie wypuszczały cywilów. Mimo to wielu osobom udaje się wydostać stamtąd za pomocą żołnierzy Rosji, DRL i ŁRL. W czasie trwania specjalnej operacji wojskowej (SOW) na gorącą linię Międzyresortowego Sztabu Koordynacyjnego Federacji Rosyjskiej ds. Reagowania Humanitarnego wpłynęły prośby o pomoc w ewakuacji do Rosji 2,8 mln osób, (…) W podmiotach Federacji Rosyjskiej działa ponad 9,5 tys. tymczasowych ośrodków zakwaterowania wyposażonych we wszystko co jest niezbędne.  Zapewnia się w nich miejsca do odpoczynku i gorące posiłki. Przybywającym uchodźcom udzielana jest wykwalifikowana pomoc medyczna i psychologiczna.

Zacznijmy od najważniejszego kłamstwa Sergieja Ławrowa, czyli dotyczącego Buczy. Rosyjską tezę o ukraińskiej prowokacji podważyli dziennikarze „New York Timesa” udowadniając, że na zdjęciach satelitarnych amerykańskiej firmy Maxar widać ciała leżące na ulicy Jabłuńskiej już 11 i 19 marca. Gdy porówna się te zdjęcia z filmami opublikowanymi po 2 kwietnia, czyli po wkroczeniu do Buczy ukraińskiej armii, okazuje się, że ciała leżą w tych samych miejscach. Zatem nie mogło dojść do prowokacji, bowiem w marcu w mieście stacjonowały wojska Federacji Rosyjskiej i to Rosja odpowiada za mordy na cywilach. Rząd rosyjski nie przedstawił dowodów na rzekome zainscenizowanie ataku.

Powyższe podważa kolejną forsowaną przez Ławrowa tezę, że Rosja chroni Ukraińców przed ludobójstwem ze strony ukraińskiego wojska (co za kuriozalne stwierdzenie), a ostrzał rosyjski jest precyzyjny i chroni ludność cywilną, bowiem atakowane są jedynie obiekty militarne. Zatem Bucza, Irpień, Hostomel to miasta, w których bezsprzecznie doszło do masakry ludności cywilnej rękoma rosyjskich żołnierzy. Jak podaje ukraińska Pravda, w samym obwodzie ługańskim każdego dnia niszczonych jest około 50 domów cywilnych (https://t.me/ukrpravda_news/17381). Ponadto atakowane są również szpitale. Dla przykładu centralny szpital rejonowy w Wołnowasze na wschodzie Ukrainy po raz pierwszy znalazł się pod ostrzałem rosyjskiej artylerii już 27 lutego 2022 roku, później atakowany był kilkukrotnie, najciężej 1 marca. Ataki na obiekty medyczne są uznawane za zbrodnie wojenne i mogą być sądzone przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Stanowią naruszenie międzynarodowego prawa humanitarnego.

Kłamstwem jest również, że to Rosja a nie Zachód udziela pomocy humanitarnej ogarniętej wojną Ukrainie. Przede wszystkim Rosja jako „pomoc” udzielaną Ukraińcom traktuje przymusowe przesiedlenia. Zwrócił na to uwagę ambasador USA przy Organizacji ds. Bezpieczeństwa i współpracy w Europie (OBWE) Michael Carpenter mówiąc o co najmniej kilka tysiącach Ukraińców wysłanych do tzw. ośrodków filtracyjnych i dziesiątkach tysięcy kolejnych wywiezionych do Rosji lub na terytorium przez nią kontrolowane:

– Przymusowe wysiedlenie – i zgłoszone przypadki przemocy, z jakimi spotykają się osoby przebywające w tak zwanych centrach filtracyjnych – są równoznaczne ze zbrodniami wojennymi – stwierdził. (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2155981,1,boj-o-azowstal-amerykanski-think-tank-ukraina-wygrala-w-charkowie.read)

W sprawie korytarzy humanitarnych Sergiej Ławrow mija się z prawdą w sposób całkowicie jawny. Już nawet papież Franciszek, znany ze swoich powściągliwych oficjalnych wystąpień w spawie wojny na Ukrainie, zabrał głos w sprawie korytarzy humanitarnych.

Papież trzykrotnie prosił Putina o humanitarny korytarz z Mariupola, ale ten odmówił, podała włoska gazeta Il Messaggero, powołując się na źródła. Papież był początkowo gotów wysłać do Mariupola z Polski kardynała Konrada Krajewskiego, który jako specjalny wysłannik wizytował Ukrainę w marcu i kwietniu. Ponadto papież raz trzeci zaproponował ewakuację ludności cywilnej z Azowstalu na statku pływającym pod flagą Stolicy Apostolskiej. Bez odpowiedzi ze strony Federacji Rosyjskiej. (https://t.me/TCH_channel/30016)

Fot. screen RIA Novosti

Nie zwyciężymy dyktatora pacyfizmem i ustępstwami

Duża część retoryki tych, którzy stanowczo potępiają oblanie putinowskiego ambasadora farbą opiera się na znanej i chętnie przywoływanej argumentacji „nie drażnić Rosji” i „nic tym nie zyskamy”. Otóż zyskamy. Rosja, Rosjanie i Putin czują się bezkarni. Myślą, że są panami świata. Różne ustępstwa względem Rosji, ignorowanie jej imperialnego apetytu, ignorowanie wojny na wschodzie Ukrainy toczącej się od 2014 roku – to doprowadziło nas do tego, gdzie jesteśmy dziś. Gdyby taką samą politykę stosował Kennedy w 1962 roku, USA miałyby drugi Kaliningrad u własnych wybrzeży. Sprzeciw wobec Rosji nawet w warstwie symbolicznej jest niezbędny.

Ale wróćmy do argumentu „nie drażnić Rosji”. Rosja to wykorzysta, będzie odpowiedź, Rosja wykorzysta to w warstwie propagandowej. Czytają Państwo rosyjskie media? Rosja nie potrzebuje żadnego paliwa dla własnej propagandy, żadnego argumentu do podejmowania akcji. W naszej logice mieści się możliwość przeprowadzenia prowokacji – Rosja tej prowokacji nie potrzebuje. Ot, rzucą oskarżenia i przechodzi do ataku. Uleganie lękowi przed odwetem prowadzi do kolejnych ustępstw na rzecz szowinistycznego imperium.

Mam wrażenie, że częste są dwie postawy, pozornie sprzeczne, ale często idące w parze: bagatelizowanie zagrożenia ze strony Rosji i straszenie rosyjskim odwetem za sprzeciwianie się jej. Rosja takich postaw nie szanuje i traktuje je jako zachętę. Należy rosyjską siłę doceniać i mieć przed nią świadomą obawę, ale nie taką, która paraliżuje, tylko taką, która każe się szykować do obrony. Bo Rosja rozumie wyłącznie język siły, nawet w warstwie symbolicznej.

Rosja, mimo kilkukrotnie podejmowanych wysiłków cywilizacyjnych jest państwem na wskroś odmiennym od kultury łacińskiej, w której wyrosła współczesna zachodnia demokracja. Rosja jest pogrobowcem Złotej Ordy i bękartem Bizancjum. Nabożny stosunek do ociekającej złotem władzy miesza się w niej z mocno zhierarchizowaną strukturą społeczną opartą na brutalnej sile. Określenie pozycji następuje w drodze ustalenia kto kogo bije, a kto jest bity. Stąd też kult militaryzmu czy przestępczości.

Zachód, patrząc przez pryzmat własnych wartości, nie umie postawić się w pozycji siły, jedynej właściwej do dialogu z Rosją. Udawanie, że pada deszcz, gdy plują nam w twarz, nigdy nie da pozytywnych rezultatów, bo bijący bitych nie szanuje, a wręcz nimi gardzi.

Warto przypomnieć sobie performance Mariny Abramović z Neapolu z 1974 roku. Artystka przez kilka godzin stała nieruchomo i bezwolnie przyjmowała wszystko, co robiła jej publiczność przy użyciu siedemdziesięciu dwóch rekwizytów. Po ciele artystki pisano, oblewano ją różnymi substancjami, obcięto jej włosy, przypalano ją i cięto jej skórę. Występ – czy też swoisty eksperyment – przerwano, gdy jeden z widzów postanowił użyć nabitego pistoletu.

Bierność doprowadziła do eskalacji przemocy u zwykłych ludzi. Jak naiwnym jest uważanie, że doprowadzi do czegoś innego w stosunkach z dyktatorem i zmilitaryzowanym ekspansjonistycznym projektem geopolitycznym pod tytułem Rosja? Gwałty, tortury, mordy na ludności cywilnej, grabieże – czy naprawdę odpowiedzią na te instrumenty prowadzenia wojny, bo tym w gruncie rzeczy są – demonstracją siły i ustaleniem hierarchii – może być uległość? Stawia nas to w hierarchii na samym dole. A tych na samym dole, niewolników, można przecież poniżać dalej.

Nie zwyciężymy dyktatora pacyfizmem i ustępstwami. Musimy dawać mu odpór w każdej sferze – wojskowej, kulturowej, informacyjnej, ekonomicznej a nawet symbolicznej. Bo dla Rosji kto nie jest oprawcą, jest ofiarą.

pmb

Dwa miesiące dobranych kłamstw

Rosyjsko-ukraińska wojna charakteryzuje się nie tylko skalą działań bojowych, ale także potężnym wpływem informacyjnym ze strony agresora. Ale tym razem w porównaniu z 2014 rokiem można zaobserwować pewne cechy charakterystyczne.

Dla analizy strategicznych narracji propagandy wybrano RIA „Novosti” – agencję informacyjną, która znajduje się w posiadaniu państwa, co wyklucza możliwość wpływu na treści trzeciej strony.

Analiza treści informacyjnych RIA „Novosti” w okresie 24 lutego – 24 kwietnia 2022 roku pozwala wyodrębnić następujące strategiczne narracje rosyjskiej propagandy:

– Wykorzystanie terminu „specjalna operacja wojskowa” odnośnie wojny w Ukrainie. Łatwo domyślić się, że na Kremlu nie mają odwagi nazwać własnych czynów słowem „wojna”. (Przypominam, że w 2008 roku w Gruzji wykorzystywano frazę „wymuszanie pokoju”).

– Sukcesywne dzielenie przeciwnika na „Siły Zbrojne” i „nacjonalistyczne bataliony” wydaje się być jedną z kluczowych narracji w obecnej sytuacji, podobnie jak teza, że „nacjonaliści trzymają jako zakładników miliony ludzi”. Termin „nacjonalistyczne/nazistowskie” bataliony koreluje z całościową polityką historyczną Kremla.

– Intensywne wykorzystanie zasady odzwierciedlenia, to jest przeniesienia wydarzeń z ukraińskiej przestrzeni informacyjnej do rosyjskiej z dogłębną zmianą kontekstu. Przede wszystkim w takich przypadkach mowa jest o „przestępstwach nacjonalistów”, którym towarzyszą „świadectwa miejscowych mieszkańców”. Wykorzystanie tematu „nacjonalistów” albo „nazistów” ma na celu wyjaśnić obywatelom Federacji Rosyjskiej przyczyny „denazyfikacji” Ukrainy.

– Przeważnie imitacyjne wykorzystanie materiałów wideo przedstawiających ataki helikopterów i samolotów armii rosyjskiej. Są one mocno zmontowane i mają mało wspólnego z rzeczywistością. Warto rozpatrywać je jako informacyjne przeszczepy ze strumienia powiadomień o sukcesach ukraińskich wojskowych, które podparte są amatorskimi wideo samych wojskowych SZU.

– RIA „Novosti” prowadzi aktywną współpracę informacyjną z tak zwanymi „wojenkorami” (korespondentami wojennymi, a tak naprawdę rosyjskimi propagandystami, którzy obsługują informacyjnie tamtejsze służby specjalne”).

– Po rozpoczęciu okupacji szeregu ukraińskich miejscowości RIA „Novosti” naświetla pracę okupacyjnej administracji i działania kolaborantów.

– Oddzielnym kierunkiem informacyjnym zdaje się być opis „zwycięstw” Ramzana Kadyrowa i kadyrowców na terytorium Ukrainy, co świadczy o zwróceniu głównych zasobów propagandy do środka Federacji Rosyjskiej, szczególnie na neutralizację pozostałości opozycji. Wiadomo, że Kadyrow i jego „gwardia” jest jednym z głównych instrumentów zastraszania rosyjskiej opozycji.

– RIA „Novosti” ochoczo szerzy „kajania i zeznania ukraińskich jeńców wojennych”.

– Demonstracja poparcia „ specjalnej operacji wojskowej” w różnych krajach świata (Birma, Wenezuela etc.) w celu zwiększenia „wielkości Rosji” i neutralizacji oburzenia wspólnoty światowej działaniami Kremla.

– Szerzenie spekulacji na temat możliwości stworzenia przez Ukrainę „brudnej bomby atomowej” po zajęciu przez wojska rosyjskie czarnobylskiej i zaporoskiej elektrowni atomowych.

– Napędzanie fejka o „amerykańskich laboratoriach biologicznych na terytorium Ukrainy”, który przed wojną wysuwali przedstawiciele OPZŻ [Opozycyjna Platforma Za Życie – prorosyjska partia polityczna Wiktora Medwedczuka – przyp. tłum.].

– Przesuwanie symboliki „specjalnej operacji wojskowej” do przestrzeni informacyjnej Federacji Rosyjskiej (to nie tylko oczywiste novum w porównaniu z 2008 rokiem, ale także próba odpowiedzi na ruch wolontariacki w Ukrainie i poparcie społeczeństwa dla działań ukraińskich obrońców). W taki sposób rosyjska propaganda realizuje aktywne różnicowanie „swój-obcy”.

– Warto zauważyć zaplecze dezinformacyjne rosyjsko-ukraińskich rozmów o zawieszeniu broni.

– Wszczepiona nienawiść do państw Zachodu, które wprowadziły sankcje przeciw Rosji po początku wojny w Ukrainie.

WNIOSKI:

– Cała potęga rosyjskiej maszyny propagandowej skierowana jest do wewnątrz Federacji Rosyjskiej. Próby dotarcia z informacją do zachodniego odbiorcy urzeczywistniane są przez Russia Today i Sputnik Media z wykorzystaniem innych, dużo bardziej zawoalowanych treści.

– Podstawą formułowania wiadomości propagandowych jest technologia postprawdy, intensywnego tłumaczenia wydarzeń w wygodnym dla siebie świetle.

– Powiadomienia informacyjne o działaniach wojsk rosyjskich na okupowanych terytoriach Ukrainy przypominają przedstawienia działań „ograniczonego kontyngentu radzieckich wojsk” w Afganistanie w latach 80. XX wieku.

– Przesuwanie do przestrzeni informacyjnej Rosji symboli taktycznych :specjalnej operacji wojskowej” V i Z świadczy o porażce blitzkriegu i chęci zabezpieczenia wsparcia informacyjnego armii rosyjskiej w Ukrainie.

– RIA „Novosti” występuje w roli kamertonu rosyjskiej maszyny propagandowej. Po zakończeniu wojny jej kierownictwo, a także kierownictwo innych tub propagandowych muszą ponieść odpowiedzialność.

Fot. ZOHRA BENSEMRA / Reuters/Stopfake.org

Gwardyjscy kaci putina

18 kwietnia 2022 roku władimir putin przyznał tytuł „gwardyjskiej” 64. samodzielnej brygadzie strzelców zmotoryzowanych armii rosyjskiej. 28 marca analogiczny ukaz przyznał ten tytuł 155. brygadzie piechoty morskiej. Obydwa te oddziały wojskowe działały w Buczy. Pozwala to stwierdzić, że tej wiosny w federacji rosyjskiej rozpoczął się nowy rozdział cynizmu na wyższym, państwowym poziomie.

Tradycyjnie gwardią nazywa się zwycięskie podrozdziały o najwyższej wartości bojowej, jakie pokazały męstwo i odniosły zwycięstwo na polu walki. Ale tym razem chodzi o całkowicie inne czyny. Obydwie „gwardyjskie” jednostki w marcu 2022 roku przebywały w miasteczku Bucza na przedmieściach Kijowa. Stało się ono znanym na całym świecie symbolem zbrodni wojennych okupantów. Zamordowani mieszkańcy – mężczyźni, zgwałcone kobiety i niepełnoletnie dziewczyny, zrujnowane budynki. 85% odnalezionych ciał ma rany postrzałowe. Ofiarami kilku tygodni okupacji padło ponad 400 mieszkańców Buczy. Czemu okupanci Buczy zostali gwardzistami? prezydent rosji zaczął nagradzać rosyjskich wojskowych w pierwszych dniach wojny. W celu wręczenia nagród szef tamtejszego ministerstwa obrony odwiedzał szpitale i przyjeżdżał na okupowane terytorium. Ale z 64 samodzielną brygadą strzelców zmotoryzowanych i 155 brygadą piechoty morskiej sytuacja wydaje się całkiem inna. Gospodarz kremla w poprzednim tygodniu porównywał oskarżenia o zbrodnie wojenne w Buczy z „fejkami o ataku chemicznym w Syrii”. Mówił, że są to zjawiska jednego rodzaju. Na tym tle absolutnie nie dziwi mianowanie dowódcą rosyjskich wojsk w Ukrainie aleksandra dwornikowa, którego nazywają „syryjskim katem”. Ma on, oczywiście, osobiste przyzwolenie putina na jakiekolwiek działania, jakie pozwolą na osiągnięcie postawionych celów. Nowi „gwardziści” stali się innym symbolem. putin i jego poplecznicy plują na otaczający ich świat. prezydent rosji nagrodził katów, gwałcicieli i maruderów. Rosyjska władza nie ukrywa pragnienia zniszczenia Ukraińców jako narodu i Ukrainy jako państwa. Trzeba powstrzymać ich wspólnymi wysiłkami, alternatywy nie ma.

Yewhen Mahda

Pisownia małych i dużych liter w tekście jest celowa.

 

Fake, który żyje przez dziesięciolecia

Napięta sytuacja wokół Ukrainy przyciąga uwagę cywilizowanego świata. Ostatnio stało się jasne, czego dokładnie chce Władimir Putin. Jednak jego pozycja opiera się na fałszywej informacji.

 

Kwestia ustnych gwarancji wobec nierozszerzenia NATO, które rzekomo dali Michajłowi Gorbaczowowi zachodni liderzy, kolejny raz jest omawiane w Rosji. Chodzi o to, że od czasu do czasu ten temat musi przypominać obywatelom Rosji o destrukcyjnej roli Gorbaczowa dla Związku Sowieckiego (przypominam, że Putin uważa upadek ZSRS za największą katastrofę geopolityczną XX wieku) oraz podkreślać niezdolność Zachodu do utrzymania własnego słowa. Podane wypowiedzi niejednokrotnie wypowiadali Władimir Putin, Sergiej Ławrow i inni politycy rosyjscy. W ten sposób Kreml tworzy iluzję własnej słuszności moralnej, którą stara się promować w przestrzeni informacyjnej. Biorąc pod uwagę wielokrotny powrót do tego tematu – całkiem udanie.

 

Trzeba przypomnieć nie tylko idyllę, która przez krótki czas panowała na świecie po zakończeniu zimnej wojny. Przekształcenie świata w jednobiegunowy to nie tylko ocieplenie relacji między wczorajszymi wrogami, ale także pomoc Rosji finansami i żywnością ze strony Zachodu, co z kolei pomogło jej uniknąć upadku. Gorzej było z trzema postsowieckimi republikami – Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem – ponieważ to one musiały dokonać rozbrojenia jądrowego w zamian za uznanie ze strony społeczności światowej. Przypominam, że broń jądrowa była eksportowana na terytorium Rosji, środki jej dostarczania zazwyczaj były niszczone na miejscu, podobnie jak infrastruktura ewentualnego uderzenia nuklearnego.

 

Czy zachodni liderzy mówili Michaiłowi Gorbaczowowi i prezydentowi Rosji Borysowi Jelcynowi o celowości przekształcenia NATO? Oczywiście tak. Czy dawali odpowiednie gwarancje w postaci umów międzynarodowych? Nie, inaczej Putin nie mówiłby dzisiaj, że ustne gwarancje  o nierozszerzeniu Sojuszu nie działają. Jest jeszcze jeden bardzo ważny fakt: na przełomie XX – XXI wieku grupa krajów bałtyckich i Europy Środkowej dokonały integracji euroatlantyckiej i europejskiej, pokazując, które związki dają dziś państwom gwarancje bezpieczeństwa i rozwoju. Udało im się wykorzystać słabość Rosji i demokratyczne poglądy Jelcyna.

 

Przypominam, że prezydent Rosji Putin zaczął głośno domagać się gwarancji nierozszerzenia NATO w warunkach, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy skoncentrowani są w pobliżu granic Ukrainy i zachowują się tak, jakby przygotowywali inwazję. Chodzi o negocjacje  polityczne: Władimir Putin żąda od Zachodu (czytaj: Joseph Biden) gwarancji tego, że Ukraina nie zostanie członkiem Sojuszu. Jednak już dzisiaj warto przypomnieć, że zajęcie przez Rosję Krymu i wybuch wojny hybrydowej w Donbasie przywróciły sens istnienia NATO i dały mu impuls do przywrócenia własnego wpływu. Ukraina w 2014 roku była państwem bezaliansowym, a oficjalny Kijów skonsolidował swoje aspiracje do członkostwa w NATO i UE na początku 2019 roku. Odpowiednie przepisy Konstytucji Ukrainy powinny wpłynąć na poglądy Josepha Bidena wraz z pozycją sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Soltenberga, który podkreślił niedopuszczalność żądań Rosji o stworzenie nowych stref wpływu. Już w przededniu rozmowy z Putinem Biden stwierdził, że nie akceptuje „czerwonych linii” i zapowiedział zestaw środków, które pomogą uniknąć rosyjskiej agresji.

 

Jewhen Mahda

 

fot. Flickr;UD/Frode Overland Andersen

 

Ludzki taran: lekcje z kryzysu na granicy

Cierpienie tysięcy ludzi jest tradycyjnie przedmiotem dużej uwagi ze strony mediów. Po co przyjechali dokładnie na Białoruś? Jakie powinny być działania sąsiadów Białorusi? Spróbujmy dać odpowiedź na te pytania w świetle wydarzeń kilku ostatnich tygodni na granicy Białorusi i jej zachodnich sąsiadów.

 

Przede wszystkim mamy do czynienia z odruchowym zarządzaniem przez Kreml, gdy Rosja umiejętnie przeliczyła działania podjęte przez Polskę i Litwę. Jeżeli przeanalizujemy kryzys migracyjny to zobaczymy, że miał on kilka etapów. Rozgrzewka – stopniowe zapełnianie obozów dla migrantów poszukujących azylu na Litwie. Koncentracja – przemieszczenie tysięcy migrantów na terytorium Białorusi z wyraźną demonstracją gotowości do ułatwienia tranzytu do Niemiec. Szturm – listopadowa kulminacja w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi – Kuźnicą, które stało się prawdziwym wybuchem informacyjnym. Obserwowany dziś częściowy powrót migrantów do ojczyzny nie powinien wprowadzać w błąd, ponieważ Łukaszenka w końcu listopada w Bruzgach podkreślił, że on i jego rząd zrobią wszystko w interesie migrantów.

 

Zanim powrócę do informacyjnego komponentu kryzysu zaznaczę kilka ważnych niuansów. Wiadomo, że Polska, Węgry i Czechy odmówiły przyjęcia uchodźców podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku, kiedy milion mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej uciekło do Europy w celach poszukiwania azylu. Tym razem chodzi nie o uchodźców, lecz o ludzi, z których każdy wydał kilka tysięcy dolarów, aby dostać się do granicy z krajami Unii Europejskiej. Jednak wspomnienia o wydarzeniach sprzed sześciu lat są wciąż świeże i tworzą matrycę postrzegania sytuacji przez obywateli UE.

 

A więc, stworzenie przez Polskę i Litwę stanu wyjątkowego na pasie granicznym, gdzie został zakazany pobyt obcych osób, Białoruś z kolei wykorzystała we własnym interesie. Białoruscy i rosyjscy propagandziści aktywnie relacjonowali swoją wersję sytuacji z migrantami na Białorusi, aktywnie wykorzystując postprawdę i tworząc emocjonalny obraz telewizyjny. Przesłanie  to, które było nadawane z dużą siłą można nazwać „Cierpienie uchodźców na granicy Unii Europejskiej”.

 

Kolejny ciekawy niuans: rozmowy telefoniczne w trójkącie Putin – Łukaszenko – Merkel, które miały zakończyć kryzys migracyjny. Warto jednak przypomnieć, że w ubiegłym roku, podczas apogeum protestów Białorusinów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich, Łukaszenka nie odbierał, gdy dzwoniła do niego Merkel. Tym razem w krótkim czasie odbyły się z kolei dwie takie rozmowy, które kanclerz Niemiec wcześniej uzgodniła z prezydentem Rosji. I dopiero po rozmowie z Łukaszenką Merkel zadzwoniła do polskiego premiera Mateusza Morawieckiego.

 

Aby lepiej zrozumieć charakter kryzysu migracyjnego, należy przytoczyć tu słowa Putina „Granice Rosji nigdzie się nie kończą”. Sakralny charakter granicy państwowej dla prezydenta największego, według powierzchni, państwa na świecie stał się motywacją do powstania kryzysu na granicach Unii Europejskiej, którym od ponad roku potrząsa Władimir Putin. W celu osiągnięcia swojego celu Kreml w samą porę przypomniał przeszłość Łukaszenki, który pełnił służbę w sowieckim oddziale granicznym i wywołał emocjonalną reakcję europejskich obrońców praw człowieka na cierpienie tysięcy ludzi. Wielu z liderów UE nie odważy się wskazać Putina jako inicjatora kryzysu migracyjnego, który ma na celu wstrząsnąć Unię Europejską, jako jedyni dokonali tego przedstawiciele polskiego przywództwa politycznego. Udało im się wstrzymać ten ludzki taran, lecz Kreml na tym się nie uspokoi.

 

Jewhen Mahda

 

Fot. KPRM

 

Kiedy Putin kłamie, trzeba uważać

Niestety we współczesnej polityce trudno zaskoczyć kogoś kłamstwem. Różni politycy są przyłapywani na kłamstwie, i ma to dla nich różne konsekwencje. Jednak kłamstwo przywódcy państwa atomowego ma szczególne znaczenie.

 

Władimir Putin rządzi Rosją od ponad 20 lat, a zatem w tym czasie wygłaszał dużo głośnych wypowiedzi. Nowoczesne środki komunikacji pozwalają nie tylko je relacjonować, ale także szybko je odnajdywać. Na przykład w lipcu 2005 roku Putin głośno stwierdził, że Ukraina kradnie gaz. Nie dostarczył żadnego potwierdzenia swoich słów, w rzeczywistości Rosja na to liczyła: jej celem było przygotowanie się do pierwszej wojny gazowej z Ukrainą i uzyskania dostępu do strategicznego obiektu – dyspozytorni Ukrtransgazu. Po Pomarańczowej rewolucji Kreml szukał dźwigni ekonomicznej presji na Ukrainę, gdyż porażka Wiktora Janukowycza zupełnie nie odpowiadała jego interesom. Ćwiczenia retoryczne Putina były skierowane w stronę zachodnich odbiorców rosyjskiego gazu i z czasem znalazły kontynuację w budownictwie gazociągów, które miały na celu wykluczenie Ukrainy z systemu tranzytowego rosyjskiego gazu.

 

Należy zauważyć, że ton wypowiedzi Putina na temat Ukrainy zmienił się w latach 2009-2010, kiedy wraz z premierem Ukrainy Julią Tymoszenko pobłogosławił podpisanie nowego kontraktu gazowego, który m.in. przewidywał pozbawienie statusu mediatora założonej w 2006 roku przez Kreml kompanii RosUkrEnergo. Jednak ten krok nie był dla Ukrainy sukcesem: warunki gazowe były niewolą, co z kolei potwierdziły decyzje sądu arbitrażowego w Sztokholmie zarówno w sprawie zasady «bierz lub płać», jak również w kwestii kontraktu tranzytowego. Ale nawet tutaj też nie obyło się bez manipulacji ze strony Federacji Rosyjskiej: Gazprom zapłacił 2,9 miliardów dolarów według decyzji sądu arbitrażowego dopiero w grudniu 2019 roku, po podpisaniu kontraktu tranzytowego na 5 lat i odmowie «Naftogazu Ukrainy» z pakietu roszczeń do rosyjskiego monopolu energetycznego.

 

W przyszłości sprawa energetyczna nie wypadła jednak z pola widzenia Putina. W październiku 2021 roku on kilkakrotnie powtórzył, że ukraiński GTS «pęknie», jeżeli powiększy objętość dostarczania gazu. Gospodarz Kremla w ten sposób promował NordStream2, podkreślając konieczność jak najszybszej certyfikacji i uruchomienia tego rosyjsko-niemieckiego projektu. Oczywiście prezydent Rosji nie przytaczał żadnych faktów ani ekspertyz potwierdzających swoje stanowisko – to nie jest sprawa królewska.

 

Biorąc pod uwagę, że wojna Rosji z Ukrainą trwa już osiem lat, wypadałoby tu przytoczyć słowa Putina, które wygłosił jesienią 2008 roku, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Odpowiadając na pytania dziennikarza zaznaczył, że Krym nie jest terytorium spornym, ponieważ Rosja od dawna (w 1997 roku) uznała swoje granice z Ukrainą. Odrębną kwestią jest sabotaż Rosji w zakresie demarkacji i delimitacji granic. Jak również odpowiedź «Ich tam nie ma» na pytanie o obecność wojsk rosyjskich w Donbasie.

 

Pytanie «Czy można wierzyć Putinowi?» w rzeczywistości pozostaje retorycznym, ponieważ dla niego nic nie kosztuje kłamać na temat możliwej inwazji wojsk ukraińskich w Donbasie lub porównywać ówczesną sytuację z Bałkanami w kontekście rzezi w bośniackiej Srebrenicy (Putin wielokrotnie próbował tego dokonać na ukraińskich władzach). Szczególne niebezpieczeństwo jego fałszywych oświadczeń polega na tym, że zostały zreplikowane przez rosyjską machinę propagandową. Dlatego teraz, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy są skoncentrowane w pobliżu granic Ukrainy, warto zastanowić się trzy razy, zanim uwierzy się w którekolwiek z oświadczeń Putina. Jest on zbyt przyzwyczajony do publicznego kłamania.

 

Jewhen Mahda

 

Kuźnica to nie My Lai

Białoruski przekaz propagandowy wobec kryzysu na granicy białorusko-polskiej, a szerzej wobec Polski (i jeszcze szerzej – wobec Zachodu), wspierany w zakresie metodologii i zasobów przez Rosję, jest intensywny, spójny i skoordynowany. Jego skuteczność oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną. Nie zmienia to faktu, że jednym z kluczowych działań, które winna podjąć strona polska, jest dopuszczenie (akredytowanie) do pracy w rejonie przygranicznym dziennikarzy.

 

Teza, że sprowadzi to na nas klęskę jak na Amerykanów, którzy pozwolili dziennikarzom na swobodne relacjonowane wojny w Wietnamie, jest co najmniej uproszczeniem – a ponadto odnosi się do zasadniczo innej sytuacji. Podobne do wojny wietnamskiej asymetryczne konflikty w Afganistanie przegrali zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie – i nie z powodu dziennikarzy. A wojna w Wietnamie, choć powszechnie uznawana za „pierwszą wojnę medialną”, nie była bynajmniej pierwszym konfliktem, relacjonowanym przez dziennikarzy i (foto)reporterów. Pierwszym była wojna krymska, niemal 170 lat temu. Potem była wojna secesyjna, wojny burskie, rewolucje wszelakie i oczywiście obie wojny światowe. Rzeczywiście jednak przekaz „medialny” był zwykle w mniejszy lub większy sposób ograniczany (co jednak wynikało też ze specyfiki ówczesnych mediów). Ale to dopiero po Wietnamie amerykańscy politycy doszli do wniosku, że informacja winna być w pełni kontrolowana. Niemniej na dłuższą metę ta kontrola okazała się całkowicie przeciwskuteczna – w wymiarze propagandowym, politycznym i wizerunkowym. Strategia kontrolowania informacji i manipulowania przekazem dotyczącym konfliktów od Granady przez Serbię po Irak i Libię wyrządziła Stanom Zjednoczonym ogromne straty polityczne. W dłuższej perspektywie dała oponentom Ameryki twardy i chętnie stosowany do dziś argument: jakie macie prawo pouczać nas w sprawie Czeczenii, Gruzji, Krymu czy Tybetu, skoro sami, pod fałszywym pretekstem, dokonaliście inwazji na Irak i zrzucaliście bomby na Belgrad?

 

Skoro mowa o Bałkanach – obraz konfliktów w byłej Jugosławii został zdominowany przez jednostronną narrację. To niemal wyłącznie Serbowie byli odpowiedzialni za całe zło: czystki etniczne, zbrodnie wojenne itp. I po dziś dzień taki obraz pokutuje w powszechnej świadomości, nie tylko na Zachodzie – choć nie jest to obraz prawdziwy. Ale Serbowie nie zadbali o kluczową rzecz: public relations. Skrupulatnie zadbali o to natomiast Brytyjczycy podczas wojny na Falklandach – i bardzo dobrze na tym wyszli. Był to jednak konflikt dość specyficzny, bo niebudzący specjalnych kontrowersji z moralnego punktu widzenia.

 

Nie zmienia to faktu, że przekaz jednostronny i kontrolowany prędzej czy później obróci się przeciw nam. Nie jest przypadkiem, że wojna, która była niemal transmitowana „na żywo”, tj. pierwsza wojna w Zatoce  Perskiej w 1991 roku, także w zasadzie nie budzi kontrowersji i nie prowokuje zarzutów o imperializm i powstawania teorii spiskowych – nawet wśród wrogów USA i Zachodu.

 

Weźmy też wreszcie pod uwagę, że obecne działania Alaksandra Łukaszenki, mimo, nomen omen, medialnych enuncjacji o „wojnie hybrydowej” – to jednak nie wojna. Tym bardziej nie ma powodu, by blokować dostęp do informacji na ich temat. Zwłaszcza, że dziś to w zasadzie niewykonalne. W erze „Internetu 2.0”, w której każdy może być tak odbiorcą, jak i nadawcą, jakiekolwiek próby kontrolowania informacji nie tylko są bezcelowe, ale też w sposób oczywisty prowokują oskarżenia o złe intencje.

 

Polska winna zademonstrować, że nie ma nic do ukrycia. Jest to ważne nie tylko z punktu widzenia międzynarodowego wizerunku Polski, ale i w kontekście pogłębiającej się polaryzacji wewnętrznej polskiego społeczeństwa – a sytuacja wokół kryzysu na granicy jest jednym z katalizatorów tego procesu. Warto też zadać sobie pytanie: jak potoczyłby się konflikt na wschodzie Ukrainy, jaka w jego sprawie narracja dominowałaby, gdyby Ukraina nie dopuściła, nawet wprost na linię frontu, dziennikarzy?

 

dr Jakub Olchowski

 

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: Pixabay