Problem z „Zenkiem” – ŁUKASZ WARZECHA o najnowszej produkcji TVP

Pisząc tekst o wyprodukowaniu przez TVP filmu o Zenonie Martyniuku, muszę zrobić na początku zastrzeżenie: nie uznaję absolutyzowania maksymy de gustibus non est disputandum. Ona ma sens, owszem, jeśli dyskutujemy o tym, czy bardziej przemawia do nas Rembrandt, Rubens czy Velázquez; czy wolimy Wagnera, Haydna czy Purcella albo Vivaldiego; czy lepszy Norwid czy Słowacki albo Goethe czy Rimbaud, Mackiewicz czy Herling-Grudziński, Witkacy czy Gombrowicz. Nie udawajmy jednak, że – jak śpiewał w doskonałej, kpiarskiej piosence „Postmodernizm” Jacek Kaczmarski – „wszystkie mody, wszystkie style równie piękne są – i tyle”. Nie są. Bohomazy nowoczesnych artystów, udające sztukę, nie są warte tyle samo co jedno mniej znane płótno Caravaggia. Pioseneczki, które na co dzień zalewają przestrzeń publiczną, sącząc się z głośników w taksówce, sklepie, u fryzjera są warte mniej niż jedna fuga Bacha czy jedna płyta któregoś z legendarnych zespołów z kreatywnego okresu rocka w latach 70. Gdybyśmy twierdzili inaczej, bylibyśmy winni całkowitej relatywizacji pojęcia sztuki, twórczego wysiłku, warsztatu, a tym samym degeneracji gustów.

 

I owszem, ta degeneracja się dzieje i to od dziesięcioleci, a obrońców całkowitej relatywizacji gustów jest mnóstwo. Co ciekawe, w tej sprawie postmoderniści sprzymierzyli się w Polsce z krzewicielami ludycznego gustu, przy czym ci ostatni działają z pobudek całkowicie cynicznych i po prostu politycznych.

 

Proszę więc nie oczekiwać, że uznam disco polo za muzykę wartościową. Nie, nie ma w niej nic wartościowego. Na poziomie warsztatowym i twórczym jest po prostu prymitywna. Oczywiście, muzyka schlebiająca prostszym potrzebom i gustom istniała zawsze (nie mówię tu o muzyce ludowej sensu stricto). W XVIII wieku takim popularnym kompozytorem, tworzącym w odpowiedzi na masowe potrzeby, był na przykład jeden z moich ulubieńców Georg Philipp Telemann, niemalże rówieśnik Bacha i przez większość życia dyrektor muzyki (tytuł istniejący w wielu większych niemieckich miastach w XVII i XVIII wieku) w Hamburgu. Proszę jednak wziąć jakiekolwiek nagranie tej popularnej muzyki Telemanna, jak na tamte czasy sprzedawanej w postaci nut na masową skalę, i porównać z czymkolwiek tworzonym dzisiaj dla masowego odbiorcy. Mówię o porównaniu na poziomie wewnętrznej komplikacji, oryginalności konstrukcji, włożonej inwencji.

 

Nie zmienia to faktu, że disco polo jest przez jakąś grupę Polaków chętnie słuchane lub przynajmniej traktowane jako najlepsza muzyka do zabawy i trzeba się z tym liczyć. Można by zatem powiedzieć: w czym więc problem? Skoro tak, to dlaczego TVP nie miałaby sfinansować filmu o najbardziej znanym przedstawicielu tego nurtu? To jednak nie jest takie oczywiste.

 

Po pierwsze – Zenon Martyniuk stał się dla telewizji publicznej pożytecznym narzędziem w politycznej rozgrywce na poziomie zbiorowej świadomości. Żeby było jasne – sam piosenkarz, którego szanuję za ciężką pracę, wytrwałość, determinację – nie jest tu niczemu winien. A że korzysta z okazji, jaką tworzą mu warunki – jego prawo.

 

Trudno jednak nie dostrzegać, że Jacek Kurski, promując od kilku lat disco polo jako najbardziej widoczny w publicznej telewizji nurt muzyczny, realizuje miłą swojemu obozowi politycznemu agendę. Mówiąc wprost, a nawet bardzo bezpośrednio – Zenkiem Martyniukiem TVP pokazuje „fucka” zgniłym elitkom. To część opowieści o pretensjonalnych „bogaczach” z warszawki, nienawidzących i gardzących prostym „ludem”, dla którego idolem jest Martyniuk. Kwintesencją tego przesłania był słynny materiał „Wiadomości” z paskiem „Pseudoelity zazdroszczą Polakom Sylwestra”.

 

To oczywiście nie jest takie proste. Te elity są bowiem nierzadko nie bardziej wyrobione kulturalnie niż ci, którymi w narracji obozu rządzącego albo i faktycznie pogardzają. Z drugiej strony na niebezpieczne sprymitywizowanie gustów wskazują ludzie, którzy dalecy są od poglądów Tomasza Lisa czy Kingi Rusin. Ale narracje tego typu muszą wszystko upraszczać.

 

Po drugie – publiczne media muszą w jakimś stopniu uwzględniać bohaterów masowej wyobraźni i masowe gusta. Jeśli – piszę „jeśli”, ponieważ badań na ten temat nie ma – faktycznie znaczna część Polaków disco polo lubi, to w publicznych mediach powinno być dla niego miejsce. Czy jednak jednym z największych finansowanych przez TVP przedsięwzięć powinien być akurat film o muzyku disco polo?

 

Po trzecie – i tu dochodzimy do najpoważniejszego problemu – media publiczne są zobowiązane do realizacji misji. Misja nie oznacza podążania we wszystkim za gustami publiczności, ale w niektórych przypadkach próbę ich kształtowania, a przynajmniej wskazywania inspirujących alternatyw. Z tego punktu widzenia wyprodukowanie „Zenka” wydaje się bardzo wątpliwe.

 

Pisałem jakiś czas temu na portalu SDP, że – będąc wielbicielem muzyki dawnej, zwłaszcza barokowej – nie oczekuję przecież, że masowa publiczność będzie się podczas Sylwestra TVP bawić przy suitach Samuela Scheidta (swoją drogą bardzo polecam) czy koncertach Bacha na orkiestrę i klawesyn. To absurd. Ale media publiczne powinny odgrywać również rolę edukacyjną, nakierowując swoich odbiorców na to, co jednak nieco ambitniejsze.

 

Dysproporcja pomiędzy promocją, jaką TVP urządza disco polo jako gatunkowi w ogóle a wszelkimi innymi rodzajami muzyki jest uderzająca. Jeśli telewizja publiczna chciała wyprodukować film o polskim muzyku, to czy naprawdę pierwszym i najlepszym wyborem był pan Martyniuk? Czy to jest wybór jakościowy, zgodny z misją, popychający jakąś część Polaków do zainteresowania się sztuką trochę ambitniejszą niż ta najbardziej popularna – przy straszliwej nędzy edukacji muzycznej? Bynajmniej. I o to można mieć do TVP słuszną i zasadną pretensję.

 

Na koniec, nieco obok tematu, ale jednak à propos: zazdroszczę choćby Francuzom. We Francji działa jeden z najbardziej znanych zespołów, grających muzykę dawną: Les Talents Lyriques pod kierownictwem wybitnego klawesynisty Christophe’a Rousseta (jego wykonanie „Wariacji Goldbergowskich” to jedna z moich ulubionych płyt). To światowa ekstraklasa z kilkudziesięcioma płytami na koncie i koncertami na całym globie. Les Talents Lyriques znajdują jednak czas na programy edukacyjne. Dzieci ze szkół – zwykłych, publicznych szkół z prowincjonalnej Francji daleko od stolicy – są zapraszane na próby zespołu, w trakcie których zapoznają się z instrumentami, muzyką, pracą artystów. Inna forma to koncerty partycypacyjne, podczas których uczniowie mogą muzykę komentować, zadawać pytania, dociekać tego, co ich interesuje. Są też zaproszenia do miejsc, gdzie zespół stale występuje, oraz oczywiście nauka gry. Na swojej stronie zespół przywołuje opinię jednego z uczniów z Collège Langevin (bynajmniej nie w Paryżu, a w niewielkim Saint-Juinien nieopodal Limoges), który brał udział w próbie „Horacjuszy” Antonio Salieriego w paryskiej filharmonii: „Nie rozumiem, czemu nie słuchałem tej muzyki wcześniej, jest genialna!”.

 

Szkoda, że państwo polskie – także finansowane przez podatników media – porządną edukację muzyczną właściwie sobie odpuściło.

 

Łukasz Warzecha