Home / Publicystyka  / Szafa gra, a komody tańczą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Szafa gra, a komody tańczą – felieton STEFANA TRUSZCZYŃSKIEGO

Samorządnie się samorządzić! To należy się jak psu kość. Teraz, gdy władza nadal pociągnie samodzielnie po 13-tym października, proponuje się nam dziennikarski samorząd. A co to ma właściwie być?

 

PiS wpisał sobie to hasło w program i dowodzi, jakie będą korzyści. A więc – lepsze przygotowanie do zawodu i bardziej etyczna – w epoce hejtu – etyka. Toż to rzeczywiście najbardziej racjonalna racja – potrzeba. Tylko tyle, że deklaratywnie sprawy się nie załatwi. Uczelnie dziennikarskie to mezalians żurnalistyki z PR-em, a bluzg i bezkarność inspiruje chamską bezczelność bez ograniczeń słów i gestów.

 

Jak ma ta nasza samorządność samorządowa być wybrana? W Polsce jest kilkanaście tysięcy ludzi uważających, że uprawiają żurnalistyczny zawód. Z tym, że jeden zrzyna z internetu, a drugi lata po polach, naraża się władzy lub bandytom. Dziumdzia od zapowiadania disco polo ma się za dziennikarkę. Ba, nawet profesor wyższej uczelni grzecznie mówi do niej „pani redaktor”. Pies albo suka (przepraszam: sztuka) pogrzebane są w tym, że ilość nie przechodzi w jakość, a rezultaty niby demokratycznego wyboru widzimy oglądając telewizyjne dysputy z Wiejskiej.

 

Teraz – póki co – jeszcze jakoś tam się samorządzimy. Wisi nam jak miecz nad głową paragraf 212 i każdy przedstawiciel „nadzwyczajnej kasty” może nie tylko usadzić, ale i wsadzić dziennikarza tam, gdzie wielu złodziei dawno już powinno się znaleźć.

 

Biegamy samopas, ale i w grupach. Oto najstarsze i najliczniejsze Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (sam w nim robię). Jakie jest każdy widzi. Fakt, że bardziej prawicowe i konserwatywne, a nawet kościelne niż radzieckie, zdradzieckie i LGBT-owate. SDP samo się wybiera i spłaca. Ma z czego, bo jest nieco zasobne –  w Domy Dziennikarza w Warszawie i Kazimierzu Dolnym. 13 grudnia pamiętnego roku, gdy wewnętrzny wróg napadł na naród zabrano je nam na osiem lat, aleśmy je odebrali. Teraz znów odżywają łupieżcze zakusy. Ale walczymy o swoje. Jest nas około trzech tysięcy. Mamy godną tradycję. SDP zachowywało się zawsze przyzwoicie. Gdy go nie mogło być – to go nie było. Zawsze pomagało potrzebującym, broniło pokrzywdzonych. Nazwiska z przeszłości, na które się powołujemy są godne, ich właściciele byli profesjonalni. Oczywiście czasem różniliśmy się i różnimy w poglądach. Ale nigdy nie łasiliśmy się do obcych, nie wywyższaliśmy się ze względu na kolor skóry, pochodzenie. Owszem, zadzieraliśmy z władzą, bo to czasem obowiązek dziennikarski, ale nie zadzieraliśmy nosa. Staraliśmy się nagradzać sprawiedliwie najlepszych.

 

Bywa, że na nas plują. Ale wolimy tkwić w tradycji tych, których w zbrodniczych czasach nazywano „zaplutymi karłami redakcji”, a teraz żołnierzami wyklętymi, niż będąc analfabetą walczyć o opaczne odczytywanie konstytucji.

 

SDP wie co chce. Jaka ma być Polska i po której stronie jest prawda, prawo i sprawiedliwość. Po 1989 roku wie coraz lepiej.

 

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej stoi również w budynku Foksal 3/5. Ma pokoje piętro nad nami. Bardziej niż sufit dzieli nas wspomnienie stanu wojennego. Upłynęło już wiele lat, ale nie da się wymazać pochodzenia z nieprawego łoża, spłodzenia przez dwóch ojców – Jaruzelskiego i Kiszczaka.

 

SDRP nie ma praktycznie prawie żadnych pieniędzy na działalność. Ich dawni sponsorzy cienko przędą. Jest zadłużone i musi korzystać z naszej pomocy. Płacą tylko za media i utrzymanie porządku. Sale na spotkania organizacyjne wynajmujemy im za darmo. Nie wszystkim w naszym SDP to się podoba. Osobiście uważam, że w sprawach materialnych powinniśmy pomagać kolegom, którzy kiedyś zbłądzili. Mimo dość zasadniczych różnic poglądowych. Materialne troski środowiskowe mamy wspólne. Przecież z zaciśniętymi nawet zębami, ale potrafimy wybaczać.

 

Stowarzyszeniem Gazet Lokalnych (które ponoć dobrze działa) i Katolickim Stowarzyszeniem Dziennikarzy nie będę się tu zajmował, bo za mało o nich wiem. SDP mogłoby być pomocne, jako starszy brat lub siostra, ale oni muszą tego chcieć.

 

Jest jeszcze grupka plwaczy bezwstydnych, to kanapowe Towarzystwo Dziennikarskie. Nieliczne to gremium, bez znaczenia w kraju, ale ruchliwe, uparte i ustosunkowane. Ma emisariuszy w dziennikarskich gremiach zagranicą, którzy szczerze Polski nienawidzą i zawsze chętnie zaszkodzą.

 

I jak tu się dogadać? Jak wybrać wspólnych przedstawicieli. To utopia. PiS wpisał sobie w program wyborczy dziennikarski samorząd. Proszę podać, kto jest autorem tego pomysłu?

 

W środowisku zawrzało: to krok ku ubezwłasnowolnieniu, przeciw wolności słowa! Prezes SDP Krzysztof Skowroński mówi: zorganizujemy otwartą dyskusję środowiska. Pogadać zawsze można. Gadamy zresztą w Polsce długo i usilnie. Tylko ciągle rezultatów nie widać.

 

Dziennikarze dzielą się na „czynowników” i wyrobników. Ci pierwsi są między władzą (partyjną, prywatną, tymi którzy ich mianują) a dostarczycielami artykułów, nagrań radiowych i telewizyjnych. Są pierwszym progiem cenzury, ich podwładni czyli autorzy chcieliby dać się zapamiętać czytelnikowi, słuchaczowi, widzowi. Ten zawodowy podział w codziennej pracy jest naprawdę istotny.

 

Tak samo jest w środowisku. Zawsze funkcja zmienia reportera-redaktora. Można dorabiać różne teorie o odpowiedzialności, doświadczeniu. Ale przecież najcenniejsza jest ta praca „na dole”: dostrzeżenie tematu, trud dokumentacji, odwaga podjęcia sprawy. Mówię tu o rzeczach ważnych, trudnych i niebezpiecznych nawet.

 

Ktoś mi kiedyś wmawiał, że dziennikarz kończy się po 30-tce. Bo potem ma już dzieci, kredyty i nie będzie ryzykował.

 

Organizacje dziennikarskie, stowarzyszenia itp. powinny troszczyć się przede wszystkim o tych „na dole”, ale niestety troszczą się przede wszystkim o funkcyjnych. Oczywiście i oni często wymagają obrony. Ale „wyrobnicy”, ta sól ziemi, ich gwarancje utrzymania pracy (i to nie śmieciowej), ich zarobki – to powinno być troską społecznych opiekunów.

 

No i wyobrażam sobie urzędniczej, hierarchicznej samorządowej struktury! Owszem będą szumne deklaracje i zapowiedzi. A potem przepoczwarzanie się w wałkoni ministerialnych w wypasionych automobilach. Da capo al fine! Szafa gra, a komoda tańczy. Lepiej zostawmy jak jest. Nie majstrujmy. Dziennikarstwo to jednak pasja, pogoń i radość tworzenia. To pomaganie słabszym. To bycie po krytycznej stronie. Inaczej jest niepotrzebne. Wystarczą biuletyny i rzecznicy prasowi. Niech oni sobie założą samorząd.

 

Stefan Truszczyński

 

Podziel się!

Dziennikarz, reporter, publicysta, dokumentalista filmowy. Pracował w prasie, telewizji publicznej i telewizjach prywatnych; doświadczenie w kierowaniu dużymi zespołami. W dorobku ma programy telewizyjne - wielkie transmisje, kilkadziesiąt godzinnych wywiadów na żywo z najważniejszymi - najbardziej znanymi ludźmi w Polsce, reportaże i filmy dokumentalne z kilkunastu krajów - był kilkakrotnie korespondentem wojennym (m.in. w Chorwacji), przez ponad 30 lat organizował wyprawy i realizował filmy o tematyce podwodnej - głównie o wrakach z II wojny światowej leżących na dnie Bałtyku. Angażuje się w obronie ludzi i ich spraw. Żonaty, mieszka w Warszawie od ponad pół wieku (po studiach na Polonistyce UW). Członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się na instalację plików cookies na swoim urządzeniu więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close