Powstaje europejska infrastruktura cenzury – alarmuje MIROSŁAW USIDUS

Zarówno słynna dyrektywa ACTA2 jak i rozporządzenie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych w Internecie, które, choć o nim nieco ciszej, jest gorliwie mielone przez młyny prawodawcze Unii Europejskiej, to kolejne elementy konsekwentnie budowanej w Brukseli machiny do cenzorowania sieci w każdym jej aspekcie.

 

Na razie odbywa się to pod hasłami brzmiącymi szlachetnie i trudnymi do zakwestionowania. Nie jest łatwo np. zaprzeczyć konieczności walki o ochronę praw autorskich, czy walki z terrorystyczną propagandą. Gdy prawne mechanizmy represyjnej cenzury już zostaną przyjęte i okrzepną, otworzy się możliwość rozszerzania zakresu represji i poszerzania definicji „niepożądanych” zjawisk. To szansa, której ludzie z obsesją władzy i kontroli nie przegapią.

 

Gdy czytamy oficjalne komunikaty Pekinu o celach i zasadach, stojących za chińską cenzurą polityczną, również wszystko to jest „dla dobra społeczeństwa” i „na straży prawa i bezpieczeństwa”. Dobrze wiemy, że „rasizm”, „ksenofobia” a nawet „terroryzm” to pojęcia w rękach polityków i cenzorów instrumentalne

 

Takie np. „treści terrorystyczne” miałoby zwalczać rozporządzenie, które w tekście opublikowanym na portalu SDP kilka miesięcy temu nazywałem TERREG (zbitka od osłów „terroryzm” i „regulacja”), to potencjalnie całkiem pojemny worek pojęciowy. Lewica od dawna sugeruje, że tak należałoby rozumieć bardzo szeroki zakres poglądów politycznych wykraczających poza „akceptowalny nurt” (zasłyszane od szwedzkiej socjalistki). Prawica z kolei ma tendencję do dostrzegania wyłącznie terroryzmu islamistycznego, co nie jest zgodne z rzeczywistością, bo terrorem posługują się różne grupy i jednostki, także te o prawicowych poglądach.

 

Usuń natychmiast, potem możesz się skarżyć

 

Zwróćmy uwagę, w jakim propagandowym przyodziewku prezentuje się nam rozporządzenie zaproponowane przez Komisję Europejską, które na dostawców Internetu nakłada drakońskie obowiązki nieomal natychmiastowego reagowania na żądania organów państwowych uznających jakieś treści opublikowane w sieci za „terrorystyczne”.  Oficjalnie, ma się rozumieć, chodzi o „sprawne funkcjonowanie jednolitego rynku cyfrowego w otwartym i demokratycznym społeczeństwie poprzez zapobieganie niewłaściwemu wykorzystaniu usług hostingowych do celów terrorystycznych”. Zdaniem urzędników brukselskich, funkcjonowanie owego „jednolitego rynku cyfrowego” należy poprawić, wzmacniając „pewność prawną” dostawców usług hostingowych, „zwiększając zaufanie użytkowników do środowiska internetowego” oraz wzmacniając „gwarancje wolności wypowiedzi i informacji”.

 

Gwarancje większej wolności wypowiedzi przez wprowadzenie mechanizmów cenzury? Jasne. Znamy to. Demokracja socjalistyczna w propagandzie PRL też była „demokracją bardziej” niż po prostu demokracje w krajach zachodnich. Mówiąc wprost: „demokracja socjalistyczna” tym różniła się od demokracji, czym krzesło elektryczne od zwykłego krzesła.

 

Przesadzam? To spójrzmy, co euro-urzędnicy szykują firmom internetowym i nam wszystkim.

 

W projekcie rozporządzenia proponuje się np. jednogodzinny termin usunięcia treści po wydaniu przez wskazane organy nakazu. Oczywiście dla dostawców i administratorów jest to prawo drakońskie, zwłaszcza, że władza chce od nich „punktów kontaktowych” dostępnych całą dobę, siedem dni w tygodniu, co w praktyce będzie zmuszało ich do zwiększenia nakładów na zarządzanie serwisami a niektórym może zwiększyć koszty poza granicę opłacalności biznesu. Przy tak krótkim terminie nie ma czasu na dyskusje, interpretacje, wątpliwości, ekspertyzy i podobne mechanizmy obrony wypowiedzi, która nie musi wcale być jednoznaczna. Jest to po prostu szybka administracyjna pałka państwowego cenzora.

 

Oczywiście proponowana w rozporządzeniu definicja treści terrorystycznych, ograniczająca je do przekazów zachęcających lub popierających akty terrorystyczne, promujących działalność grup terrorystycznych lub też zawierających instrukcje i techniki przeprowadzania ataków, może chwilowo kogoś uspokoić. Gdy jednak uświadomimy sobie, że to urzędnik ze szczegółowymi instrukcjami niekoniecznie jawnymi i znanymi opinii publicznej, decyduje o tym, czy to, co napisaliśmy „zachęca”, „popiera” lub „promuje” ugrupowania terrorystyczne a na obronę przed uznaniową decyzją nie ma praktycznie czasu, to wygląda to już znacznie bardziej niepokojąco.

 

Zwłaszcza, że dobrze wiemy o przypadkach określania jako „terrorystyczne” różnych działań i grup, niewygodnych lub nieposłusznych wobec władz. Chiny nazywają terrorystami walczących o niezależność Ujgurów, uzasadniając w ten sposób niezwykle agresywne represje jakim poddały tę mniejszość narodową. Turcja terrorystami nazywa Kurdów a Arabia Saudyjska nieposłuszne grupy etniczne w Jemenie. Zbyt często „terrorystą” jest nazywany ten, kto się sprzeciwia władzy i ma inne poglądy.

 

Wśród proponowanych sformułowań rozporządzenia jest także, jak donoszą media, „obowiązek” ostrożności na internetowych platformach i upewnienia się, że nie służą do rozpowszechniania treści terrorystycznych. Miałby on spoczywać na użytkowniku! Ale przecież tego rodzaju wezwania w stylu – „Obywatelu, bądź czujny. Wróg nie śpi!” – przywodzą na myśl komunizm i w ogóle totalitaryzm. Od kiedy to w wolnym, demokratycznym kraju obywatel ma obowiązek uważać, czy w miejscu, które odwiedza, ktoś przypadkiem nie publikuje czegoś niewłaściwego?

 

Jasne, projekt rozporządzenia przewiduje składanie skarg i odwołań przez użytkowników, którzy nie zgadzają się na kwalifikowanie tego co opublikowali jako „treści terrorystyczne”. Jednak, oprócz kolejnego obowiązku jaki w związku tym dochodzi dostawcom sieci i platform – bo to oni muszą stworzyć i obsłużyć mechanizmy odwoławcze – znów dzwoni tu głośno alarm, że mechanizm to nic innego jak infrastruktura cenzury. Powstaje procedura, w której „zdejmuje się” coś w trybie natychmiastowym na podstawie administracyjnego żądania, zaś przywrócenie może potrwać znacznie dłużej, jest kłopotliwe i opiera się… znów na administracyjnej uznaniowości.

 

Chcesz dołożyć terrorystom, obrywają dostawcy usług w chmurach

 

Projekt rozporządzenia o treściach terrorystycznych jest obiektem krytyki ze strony wielu organizacji i aktywistów od około roku. Pisałem w swoim tekście z kwietnia o negatywnej opinii Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) na temat szykowanego rozporządzenia.

 

Tworzona przez firmy i aktywistów internetowych organizacja Global Network Initiative już w styczniu 2019 przyjęła stanowisko, w którym stwierdza m. in.: „Proponowane rozporządzenie europejskie w sprawie zapobiegania rozpowszechnianiu treści terrorystycznych mogłoby mimowolnie zaszkodzić prawom użytkowników i podważyć uzasadnione wysiłki na rzecz dokumentowania i przeciwdziałania działalności ekstremistów w Internecie”. Dalej czytamy, że „członkowie GNI zwracają uwagę na niejasne definicje treści o charakterze terrorystycznym, szybkie terminy, w których firmy muszą stosować się do nakazów usunięcia treści, naciski na kształtowanie warunków świadczenia usług przez firmy internetowe a zarazem odnoszenie spraw o usunięcie treści do tych warunków, a nie przepisów prawa krajowego lub unijnego”.

 

GNI wskazuje, że przepisy zakazujące nawoływania do terroryzmu „powinny być ukierunkowane jedynie na bezprawne wypowiedzi, mające na celu podżeganie do popełnienia przestępstwa i które powodują niebezpieczeństwo popełnienia aktu terrorystycznego lub aktu przemocy”. Rozporządzenie odwołuje się do definicji „treści terrorystycznych” zawartej w dyrektywie UE 2017/541, która wielokrotnie została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka i niezależnych ekspertów. Ponadto, ponieważ definicja ta opiera się na dyrektywie unijnej, powstaje możliwość, że będzie interpretowana na wiele różnych sposobów we wszystkich państwach członkowskich.  Zdaniem GNI powstała w ten sposób sfera niepewności prowadzi zagrożenia zbyt gorliwej polityki ze strony firm internetowych, które będą myśleć głównie o swoim bezpieczeństwie prawnym.

 

W opracowanym przez pozarządowych ekspertów GNI pt. „Extremist Content and the ICT Sector” pisze się o obawach „ustanowienia precedensów pozasądowej cenzury administracyjnej bez odpowiedniego dostępu do środków odwoławczych, bez jasno określonej odpowiedzialności i przejrzystości regulacji dla użytkowników i społeczeństwa”.

 

Organizacjom takim jak GNI w krytyce projektu rozporządzenia o treściach terrorystycznych, wtórują liczni eksperci i przedstawiciele środowisk akademickich. „Projekt rozporządzenia stanowi poważne zagrożenie dla wolności słowa. Przepisy te mogą być stosowane w odniesieniu do dziennikarzy, organizacji pozarządowych, partii politycznych, związków zawodowych, ludności autochtonicznej, historyków lub przedstawicieli nauk społecznych, pisarzy, rysowników, fotografów i filmowców. Transgraniczne stosowanie tych przepisów sprawia, że może stać się ono strasznym narzędziem w rękach reżimów autorytarnych lub nieuczciwych urzędników”, napisał niedawno na swoim blogu Martin Scheininin, profesor prawa międzynarodowego i praw człowieka na Wydziale Prawa Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (EUI) we Florencji.

 

Nie jest oczywiście zaskoczeniem, że projektowane regulacje ostro krytykowane są przez przedstawicieli sektora technologii i dostawców usług internetowych. Zwiększają przecież znacząco koszty prowadzenia biznesu i odpowiedzialność. Ponadto zwraca się uwagę na to, jak bezrefleksyjnie wprowadzane nowe przepisy mogą zagrażać całym nowym gałęziom biznesu, np. dostawcom infrastruktury w chmurze.

 

Po spotkaniu pt. „Fighting Terrorist Propaganda Online”, które odbyło się w Parlamencie Europejskim 13 listopada Alban Schmutz, przewodniczący stowarzyszenia dostawców usług infrastrukturalnych w chmurze w Europie (CISPE), ostrzegł, że jeśli firmy tego typu nie zostaną usunięte z zakresu rozporządzenia UE w sprawie treści terrorystycznych online, może mieć to poważne niezamierzone konsekwencje dla całego przemysłu, wielu innych przedsiębiorstw i konsumentów. „Wyobraźmy sobie, jaki wpływ na ludzi, usługi publiczne i przedsiębiorstwa miałoby zamknięcie usług związanych z infrastrukturą chmury, a w konsekwencji dostępu do całych platform internetowych, na których się opierają”, wskazywał Schmutz.

 

Od wrzuconych do jednego worka z firmami hostingowymi europejskich dostawców usług w infrastrukturze chmury na  mocy rozporządzenia oczekuje się rzeczy niewykonalnych. W przeciwieństwie do platform, nie mają oni dostępu do danych i treści swoich klientów umieszczanych w sieci. Ile jest jeszcze szczególnych, wynikających w zaawansowania technologii i rosnącej jej komplikacji, przypadków, które euro-urzędnikom nawet nie przyszły do głowy.

 

„Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”

 

Unia ma aż nadto dobrze widoczną ambicję objęcia „opieką” całości internetowego życia i biznesu w sieci. Od pewnego czasu mówi się o projekcie „zbiorczym” Digital Services Act – unijnego prawa regulującego kompleksowo różne usługi cyfrowe i aspekty Internetu. Do przyjętej dyrektywy o prawach autorskich, zwanej u nas ACTA2, szlifowanego w trójkącie PE, KE i Rada Europejska rozporządzenia o treściach terrorystycznych, euro-regulatorzy chcą jak najszybciej dołączyć przepisy do walki z „mową nienawiści”.

 

Komisja bada, a jakże, możliwość ustanowienia scentralizowanego unijnego organu regulacyjnego ds. technologii, posiadającego uprawnienia do egzekwowania przepisów Digital Services Act. Taki „Główny Urząd Kontroli Publikacji Internetowych Unii Europejskiej”. Co sobie urzędnicy będą odmawiać, skoro można wymyślić nowy urząd, w dodatku z potężnymi uprawnieniami kontrolno-egzekucyjnymi?

 

Drogą wdrażania kolejnych dyrektyw i rozporządzeń tworzących jedną, wyżej opisaną, całość, powstać ma kompleksowa infrastruktura do wymuszania na firmach internetowych usuwania treści „na żądanie” władz, czy to dlatego, że władza uzna, że coś jest „treścią terrorystyczną”, czy to dlatego, że pojawi się nie wiadomo dokładnie jeszcze czy uzasadnione, ale pojawi się roszczenie co do praw autorskich czy w końcu ktoś uzna, że krytyka takiej a takiej partii politycznej to „mowa nienawiści”.  A kto wie, na jakie jeszcze pomysły wpadną urzędnicy.

 

O ACTA2 i przygotowanych przepisach o treściach terrorystycznych wiemy, że są to środki administracyjne, o działaniu bezwzględnym i natychmiastowym. Możliwości obrony, przeciwstawienia się, protestu i dochodzenia swoich praw są w porównaniu z szybkością cenzorskiej pałki znacznie słabsze. Choć wydaje się, że nawet przy wszystkich wyżej opisanych zastrzeżeniach, kategorie te są mniej więcej obiektywne. Ale co, gdy ktoś oskarży cię o „mowę nienawiści” np. z powodu dowcipu, memu lub niewłaściwej rzekomo emotikonki. Jak się przed tym bronić?

 

A jestem dziwnie pewien, że z czasem możliwości obrony będą słabnąć jeszcze bardziej. Rozszerzane za to będą i rozbudowywane definicje „praw autorskich”, „treści terrorystycznych” i zmanipulowanego już do granic wytrzymałości pojęcia „mowy nienawiści”. Założymy się?

 

Mirosław Usidus