Przemilczanie  – ŁUKASZ WARZECHA o tym co w mediach nieobecne 

Film Stevena Spielberga „Czwarta władza” (The Post, 2017) opowiada historię Katherine Graham, właścicielki i wydawcy dziennika The Washington Post. W 1971 r. gazeta wchodzi w posiadanie tajnych rządowych dokumentów, dotyczących przebiegu wojny w Wietnamie. Bohaterka staje przed wyborem: narazić gazetę i – jak twierdzą waszyngtońscy urzędnicy administracji Richarda Nixona – bezpieczeństwo państwa czy opublikować informacje, bo taka jest misja wolnych mediów w wolnym kraju. Sprawa kończy się przed Sądem Najwyższym, który ostatecznie opowiada się po stronie wolnej prasy, a materiały, zdobyte przez The Washington Post oraz The New York Times publikują inne amerykańskie gazety w geście solidarności.

 

Niedługo później – czego już film Spielberga nie opowiada, ale co pokazuje z kolei znakomity film „Wszyscy ludzie prezydenta” (All the President’s Men, 1976) Alana J. Pakuli – ten sam dziennik ujawnia aferę Watergate, w konsekwencji doprowadzając do rezygnacji Nixona z urzędu w roku 1974. W ten sposób prezydent uniknął prawdopodobnie nieuchronnego złożenia z urzędu w wyniku procedury impeachmentu.

 

W obu tych historiach przewija się to samo pytanie: czy w kluczowych i trudnych dla państwa (wojna w Wietnamie, zagrożenie ze strony komunizmu) momentach media powinny wskazywać wątpliwe działania władzy, analizować je krytycznie, ujawniać uderzające w nią dokumenty – czy może, w imię swoiście pojmowanej odpowiedzialności za państwo, powinny zamilknąć i poddać się autocenzurze? To nie jest dylemat wydumany ani prosty do rozstrzygnięcia. W obu przypadkach dziennikarze jednoznacznie opowiedzieli się za pierwszą drogą postępowania i dzisiaj, przypominając sobie tamte wydarzenia, oglądając Meryl Streep jako Katherine Graham czy Roberta Redforda oraz Dustina Hoffmana jako Boba WoodwardaCarla Bernsteina, nie powinniśmy mieć wątpliwości, że była to jedyna słuszna i godna pochwały decyzja.

 

Wiele osób powinno sobie dzisiaj, w czasie szczególnym, oba te filmy przypomnieć lub obejrzeć po raz pierwszy. Bywają bowiem momenty, w których równie ważne jest to, o czym dziennikarze nie mówią, jak to, o czym mówią. Miewaliśmy w przeszłości sytuacje, w których media głównego nurtu uparcie omijały niektóre niewygodne sytuacje i zagadnienia – by wspomnieć choćby słynne przesłuchanie prezydenta Bronisława Komorowskiego w sprawie Wojciecha Sumlińskiego w 2014 roku.

 

Dziś, gdy naczelnym tematem jest pandemia w powiązaniu z polskim kryzysem politycznym, wydawałoby się, że rodzime media będą się intensywnie zajmować wszystkimi aspektami sytuacji. A jednak tak nie jest.

 

Jednym z najważniejszych wątków sytuacji jest ograniczanie praw obywateli. Konieczne, niekoniecznie, zgodne z prawem czy prawo naruszające – to jest właśnie tematem do dyskusji. W ostatnim czasie, po kolejnych zaostrzeniach restrykcji, trzeba by jeszcze dodać kwestię egzekucji obostrzeń, policja bowiem zaczęła masowo ścigać obywateli, naruszających rządowe rozporządzenia. Tymczasem temat krytycznej analizy tego aspektu sytuacji jest w mediach w zasadzie nieobecny.

 

Ja sam poświęcam mu szczególnie dużo uwagi. Po pierwsze – ze względu na moje poglądy i przekonania, w których wolność osobista zajmuje bardzo ważną pozycję. Po drugie – ponieważ uważam za groźną obecną sytuację. To model postępowania, który powtarzał się w historii już kilka razy, ostatnio po 11 września 2001 roku: pod pretekstem dbania o bezpieczeństwo obywateli w obliczu nowego, potężnego zagrożenia, wprowadza się naruszające nasze prawa i prywatność regulacje, które według deklaracji władzy mają być tymczasowe, a zostają już na zawsze. Mający taki charakter i przegłosowany w atmosferze wielkich kontrowersji i nacisku ze strony administracji George’a W. Busha amerykański Patriot Act obowiązuje do dzisiaj. Po trzecie – co powinno nas jako dziennikarzy interesować szczególnie – ponieważ krytyczną analizę działań rządzących, szczególnie pod kątem ograniczania praw obywateli, uważam za jeden z najpoważniejszych obowiązków publicysty czy, bardziej ogólnie, mediów.

 

I w tym ostatnim punkcie, jak mi się wydaje, nie mamy zgody. Być może się mylę, ale wygląda to tak, jakby media ogarnął rodzaj paraliżu, dotyczącego tego konkretnego aspektu sytuacji. Mimo bardzo licznych analiz prawnych, wskazujących na mnóstwo wątpliwości, dotyczących zarówno samych przepisów, jak i sposobu ich egzekwowania oraz mimo wielu historii, ilustrujących te wątpliwości, obecność tego wątku w mediach jest śladowa. Dlaczego?

 

Widzę dwie odpowiedzi. Pierwsza to swego rodzaju medialna inercja i efekt gromadzenia się pod flagą. W ten sposób określa się sytuację, w której w nadzwyczajnych okolicznościach nawet osoby (lub uczestnicy życia publicznego) zwykle niechętne rządzącym bezwarunkowo wspierają wszelkie ich działania. Dla mediów, szczególnie elektronicznych, siłą napędową są dzisiaj kolejne statystyki zachorowań i zgonów, konferencje prasowe polityków, epatowanie emocjami. Znacznie mniej miejsca jest na krytyczną analizę, z oczywistych powodów w zasadzie nieobecną w mediach państwowych. Być może jest ona uznawana za coś nieodpowiedniego.

 

Tu pojawia się druga możliwa przyczyna: spór o to, co znaczy odpowiedzialność. I nie jest to spór błahy. Dla części środowiska dziennikarskiego – nie udawajmy, że nie ma tu znaczenia istniejący w nim podział polityczny – odpowiedzialność polega na tym, żeby w trudnym czasie nie budzić wątpliwości. Oznaczałoby to zatem powstrzymanie się od jakichkolwiek krytycznych analiz działania aparatu państwowego – czy to wprowadzanych ograniczeń, czy postępowania służb, czy generalnego kierunku polityki.

 

Rozumiem to stanowisko, ale kompletnie go nie podzielam. Więcej: uważam je za niebezpieczne. Sytuuje nas ono blisko autocenzury i pokazuje już właściwie efekt mrożący. Postrzegam swoją – jako dziennikarza i publicysty – odpowiedzialność zupełnie inaczej. Właśnie w okresie, gdy grozi nam, że strach całkowicie przysłoni zdrowy rozsądek i pozbawi nas skłonności do krytycznej analizy sytuacji, rolą publicysty, a także dziennikarza informacyjnego powinno być wskazywanie słabych punktów, wątpliwości czy działań i decyzji wprost bezprawnych. To w tym czasie odpowiedzialność większa niż kiedykolwiek, ponieważ w takich właśnie okolicznościach najłatwiej nie dostrzegać tego co, złe. Można też założyć, że często nie widzą tego ci, którzy podejmują decyzje i potrzebny jest ktoś, kto na takie słabe miejsca wskaże.

 

Postawę biernej akceptacji wszystkich działań władzy przez dziennikarzy uważam za swego rodzaju zdradę własnej misji.

 

Łukasz Warzecha