Kop do dziennikarskiego świata – MIŁOSZ KLUBA o nagrodzie im. Bartka Zdunka

W tym roku już po raz dziewiąty początkujący i nieco bardziej doświadczeni twórcy rywalizują w ramach Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka, współorganizowanej przez krakowski oddział SDP.

 

Grono organizatorów jest jednak szersze – rosło w miarę rozwoju konkursu. Pierwsze gale wręczenia NMD odbywały się w Klubie Dziennikarza „Pod Gruszką”, w pięknej, ale kameralnej „sali Fontany”. Konkurs się rozwijał i stopniowo forma gali stawała się coraz bardziej profesjonalna. Później nagrodzeni odbierali swoje wyróżnienia na deskach krakowskich teatrów – „Groteski” i „Bagateli”. Tegoroczna gala ma się odbyć na scenie Akademii Sztuk Teatralnych. Była planowana na 26 marca, ale podobnie jak wiele innych wydarzeń została przełożona ze względu na rozprzestrzeniającego się koronawirusa.

 

Od początku koordynacją konkursu zajmowali się studenci Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie (Stowarzyszenie Absolwentów Dziennikarstwa UPJPII jest formalnym współorganizatorem NMD). Tak jest do teraz. W czwartej edycji do kategorii „Debiut Publicystyczny” i „Inicjatywa Roku” dodano „Reportaż – po debiucie”, której patronem jest Paweł Migas, zmarły nagle w młodym wieku dziennikarz krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”. Tym samym redakcja krakowskiego „GN” włączyła się w prace przy konkursie. Później dodano jeszcze kategorię „Młodzi Twórcy Filmowi”, a jej patronem został ks. prof. Andrzej Baczyński.

 

Izabela Witek, która obecnie koordynuje NMD, przyznaje jednak, że dla niej wciąż najbardziej inspirująca jest postać pierwszego z patronów Nagrody Młodych Dziennikarzy. To od historii Bartka Zdunka, studenta dziennikarstwa, który zginął, zanim zdążył zadebiutować w mediach, zaczęła się historia całego konkursu. – Bardzo przemawia do mnie płynące z jego historii przesłanie o tym, żeby wykorzystać czas, który się dostaje. Nigdy nie wiadomo, co stanie się za chwilę – czy za tydzień, za miesiąc, za rok będziemy w stanie spełnić te marzenia, które mamy dziś. Nie mamy gwarancji, że robiąc jakiś krok, przybliżymy się do tego marzenia, ale na pewno szanse są większe niż wtedy, gdy nie robimy nic – mówi Izabela Witek.

 

Dodaje, że w całym przedsięwzięciu najważniejsi są uczestnicy konkursu i jego laureaci. – Staramy się utrzymywać z nimi kontakt już po zakończeniu każdej edycji, zapraszamy ich na wydarzenia związane z Nagrodą.

 

W ramach tegorocznej edycji na krakowskim Kazimierzu odbyło się spotkanie z dotychczasowymi laureatami Nagród Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka. – Wyciągaliśmy od nich porady dla młodych dziennikarzy i podpytywaliśmy, dlaczego warto się zgłosić – dodaje koordynatorka konkursu.

 

Trudno się rozstać

 

Lista prac nagrodzonych w krakowskim konkursie to przegląd rozmaitych dziennikarskich form i tematów. W drugiej edycji w kategorii „Debiut Publicystyczny” zwyciężyli Daniel Karaś, David Zeisky i Norbert Tkacz, autorzy reportażu  „Złota jedenastka”. Opowiadał on o piłkarskiej reprezentacji Węgier z lat 50., a został wyemitowany na antenie TOK FM oraz Radiofonii 100,5 FM. – Nagroda była dla nas bardzo pozytywnym zaskoczeniem – wspomina Daniel Karaś. – Traktowaliśmy to jak docenienie swojej pracy i potwierdzenie, że to, co robimy ma sens i że zmierzamy we właściwym kierunku.  Była to  również super motywacja do dalszej dziennikarskiej działalności – mówi.

 

Dziś pracuje w branży public relations, ale w wolnym czasie kontynuuje działalność dziennikarską. – Działamy z Davidem i Norbertem jako blog358.pl. Przygotowaliśmy reportaż radiowy o Erneście Wilamowskim, który był nominowany w nagrody Grand Press, a także wyróżniony w konkursach SDP oraz im. Krystyny Bochenek. Zdobył również główną nagrodę dziennikarzy Małopolski w kategorii sportowej. Natomiast materiał, który otrzymał nagrodę im. Bartka Zdunka był podstawą książki reporterskiej „Mistrzowie bez tytułu. Legenda Złotej Jedenastki”, którą wspólnie z Davidem i Norbertem wydaliśmy dzięki wydawnictwu Arena. Książka ta została wybrana w głosowaniu czytelników najlepszą sportową książką roku 2018 – wylicza Karaś.

 

Jego zdaniem najważniejszą wartością Nagrody Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka jest to, że „pomaga młodym twórcom uwierzyć, że to, co robią ma wartość i sens”. – Dla mnie był to jeden z bodźców, który pomógł utrzymać determinację w działaniu i w dążeniu do zrobienia kolejnych rzeczy w dziennikarstwie sportowym – przyznaje laureat drugiej edycji NMD.

 

Podobnie konkurs wspomina nagrodzony w tej samej edycji w kategorii „Inicjatywa Roku” Krzysztof Gudowski. Doceniony został założony przez niego portal kulturawkrakowie.pl. – Wtedy to był taki kop, którego bardzo potrzebowałem. To dawało do zrozumienia, że jestem częścią tego dziennikarskiego świata. Przynajmniej ja to tak odebrałem – mówi Krzysztof Gudowski.

 

Zaznacza, że Nagrodę Młodych Dziennikarzy traktuje jako jedno ze swoich ważniejszych osiągnięć i do tej pory „trzyma w swoim CV”.

 

Nagroda wpłynęła też na późniejsze działanie portalu. Długo funkcjonował on w oparciu o najmłodszych adeptów dziennikarstwa, studentów, debiutantów. – On stał się takim trochę inkubatorem dla młodych ludzi, którzy chcą pisać, a nie zawsze mają taką możliwość. Poczuwałem się do tego, że skoro dostałem taką nagrodę, to muszę też dać coś od siebie – wspomina Krzysztof Gudowski.

 

Dziś nie pracuje w dziennikarstwie, jest szefem działu sprzedaży w firmie, produkującej oprogramowanie. Kulturawkrakowie.pl nie działa, ale to może się niebawem zmienić. – Jestem z tym portalem związany emocjonalnie – przyznaje Gudowski. – Myślałem już, że to zostawię, że przecież zrobiłem pięć kroków do przodu, nie ma co wracać. Ale też przez to, że to zostało docenione, nie potrafię tego całkiem zostawić, odciąć się – mówi.

 

Do tematu portalu chce wrócić w tym roku, bogatszy o wiedzę i doświadczenie z ostatnich lat. – Gdybym na tamtym etapie miał tę wiedzę, którą zdobyłem zarządzając działem w obecnym miejscu pracy, to zupełnie inaczej bym niektóre rzeczy poprowadził. Podszedłbym do tego jak do biznesu. Wtedy potraktowałem to jak bloga, portal hobbystyczny, nie myślałem o monetyzacji. Jakieś pomysły miałem, ale one nie były dobrze wykonane – mówi laureat NMD.

 

Szkolny blog

 

Prawdopodobnie najmłodszym laureatem krakowskiego konkursu był Norbert Konieczny. W czwartej edycji konkursu otrzymał on nagrodę w kategorii „Inicjatywa Roku” za założony przez niego szkolny blog „Oczami ponieckich gimnazjalistów”. Była to jego odpowiedź na kiepsko funkcjonującą i rzadko aktualizowaną stronę internetową jego gimnazjum. Wspomina, że część nauczycieli była przeciwna – w końcu mieli szkolną witrynę. Dali się przekonać dopiero widząc gotowy projekt. – Do współpracy zaprosiłem szkolnych kolegów i koleżanki, którzy przeprowadzali wywiady z nauczycielami, tworzyli własne serie wpisów. Choć miał być to blog tylko o szkole zdecydowaliśmy się, że wyjdziemy poza jej obszar. Zaczęliśmy relacjonować ogólnopolskie imprezy i spotykać się z artystami – i nie tylko polskimi, bo mieliśmy przyjemność poznać gwiazdy filmów o Harrym Potterze czy samą Pamelę Anderson – wspomina Norbert Konieczny.

 

Podkreśla, że sama nominacja była dużym wyróżnieniem i motywacją do kolejnych działań. Oprócz blogów próbował też pracy w radiu, a w lokalnej telewizji tworzył autorski program ,,Przepytywanki Norberta”. – Wygrana otworzyła mi kolejne ścieżki, którymi zdecydowałem się kroczyć, a także pozwoliła utrzeć nosa wszystkim tym, którzy zamiast wspierać w działaniach młodego człowieka, rzucali mu kłody pod nogi i mówili, żebym lepiej zajął się nauką – mówi Konieczny. – Dziennikarstwo stało się jeszcze bardziej moją pasją, która pozwalała mi się rozwijać, poznawać ludzi i spełniać marzenia – dodaje.

 

Po skończeniu gimnazjum wybrał klasę humanistyczną w liceum, a następnie studia na kierunku „mediaworking” (jak wyjaśnia to połączenie marketingu internetowego, grafiki komputerowej, dziennikarstwa, nowych mediów i e-biznesu). – W dalszym ciągu chciałbym pracować w dziennikarstwie, założyć firmę odpowiedzialną za organizację różnych eventów bądź wypromować markę osobistą. Dziś działam w Internecie, zajmuję się komunikacją wizerunkową jednego z aktorów i pracuję w branży e-commerce – opowiada Norbert Konieczny. Uważa, że Nagroda Młodych Dziennikarzy jest potrzebna, by utwierdzać pasjonatów dziennikarstwa, że są na dobrej drodze. – Cały czas śledzę losy konkursu i z wyrazami szacunkami patrzę na kolejnych młodych ludzi, którzy twoją kreatywne projekty – zapewnia Konieczny.

 

Zgłoszenia z redakcji

 

Nagrodę Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka zdobywali zarówno twórcy niezależni (np. tworzący własne dziennikarskie projekty), jak i związani z rozpoznawalnymi redakcjami. W pierwszej edycji za „Inicjatywę roku” nagrodzony został Marcin Kwaśny, który wtedy na antenie Radia Kraków prowadził debaty prezydenckie przed wyborami samorządowymi w największych miastach Małopolski. W siódmej edycji nagrodę za reportaże otrzymali Szymon Piegza z Onetu (tekst „Pan Bóg będzie nad nami czuwał”) oraz Beata Kwiatkowska z Polskiego Radia (reportaż radiowy „Nieulotne”). Dwie edycje wcześniej nagrodę w tej samej kategorii kapituła konkursowa przyznała Monice Andruszewskiej, związanej z „Tygodnikiem Powszechnym”. To właśnie redakcja „TP” zgłosiła do konkursu jej tekst „Za dużo na jedno życie”. – Było to przyjemne zaskoczenie – wspomina Monika Andruszewska. – Uważam za niezmiernie ważną każdą nominację czy nagrodę przypominającą o tym, że za naszymi wschodnimi granicami trwa wojna – podkreśla. Jej reportaż opisywał wpływ wojny na ludzką psychikę, a więc cały proces powstawania depresji i traumy wojennej.

 

Jak wspomina laureatka nagrody, już wtedy wiedziała, że z dziennikarstwem chce związać całe swoje zawodowe życie. – W 2014 urwałam się z sesji zimowej i pojechałam na ukraińską Rewolucję Godności. Gdy Rosja zaatakowała Ukrainę, Ukraińcy, których znałam z Majdanu pojechali na wojnę, więc wyruszyłam za nimi. Zaczęłam pisać o tym, co się dzieje w sieciach społecznościowych. Około jesieni Wojciech Pięciak, redaktor zagranicy z Tygodnika, dostrzegł mnie na Facebooku, zaproponował napisanie reportażu i w zasadzie od tego czasu jestem dziennikarzem. Nagroda była w 2017 roku, więc wtedy nie miałam już wątpliwości co do wybranego zawodu – opowiada Monika Andruszewska.

 

Obecnie jest freelancerem, pisze teksty z Ukrainy, głównie dotyczące toczącej się tam wojny. Publikuje w różnych mediach – m.in. w Polskiej Agencji Prasowej, „Tygodniku Powszechnym” oraz telewizji Bielsat. W marcu 2019 roku M. Andruszewska odebrała też przyznawaną przez SDP Nagrodę im. Kazimierza Dziewanowskiego za publikacje o problemach i wydarzeniach na świecie (ufundowaną przez PAP). Konkurs wspomina jako „fantastyczną formę wsparcia młodych dziennikarzy, szczególnie debiutantów”. – Sądzę, że przy obecnym kryzysie dziennikarstwa w polskich mediach młodym dziennikarzom generalnie trudno jest się przebić, więc każda forma wsparcia ich jest ważna i potrzebna – podkreśla Monika Andruszewska.

 

Cel przyznawanej w tym roku już po raz dziewiąty Nagrody Młodych Dziennikarzy dobrze oddają dwie wypowiedzi z gali piątej edycji konkursu (jeszcze w Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką”). – Gdy widzę te prace, które ocenialiśmy w ramach kapituły konkursowej, czytam te wszystkie teksty, reportaże, dostarczone opisy inicjatyw, przywraca to we mnie nadzieję, że dziennikarstwo porządne, świeże, energiczne, z pasją jest jeszcze możliwe – mówił 16 marca 2016 roku dr Krzysztof Gurba, prezes krakowskiego oddziału SDP.

 

Z kolei Piotr Legutko – wtedy wiceprezes, a obecnie członek Zarządu Głównego SDP – podkreślał, że „nagrody zwykle są albo za całokształt, albo trochę na kredyt – za pierwsze sukcesy i to ma charakter promocyjny”. – Myślę, że te nagrody są tego rodzaju. Ten kredyt trzeba spłacić! Będziemy was obserwować bardzo uważnie. Mam nadzieję, że nie zawiedziecie – podkreślał Piotr Legutko.

 

 

Biznes i misja – MIŁOSZ KLUBA o pasji tworzenia nowego magazynu

Mieli pasję, po dziewięć tysięcy na inwestycje i praktycznie żadnej wiedzy o wydawaniu gazety. Zaczęli robić czasopismo. Takie, które sami chcieliby kupować. 

 

Pomysł na poświęcony „kreatywnej edukacji” magazyn pojawił się… w szkole. MarcinAleksandra Sawiccy prowadzą kilka szkół wykorzystujących metodę Montessori oraz współpracują z rodzicami, którzy swoje dzieci chcą uczyć w domu samodzielnie. Wydawane regularnie pismo początkowo miało być pomocą właśnie dla nich. Do zespołu dołączyła ekipa podcastu „Więcej niż edukacja”, poświęconego edukacji domowej. Spotkania, podczas których klarowała się wizja „Kredy” trwały kilka miesięcy. – Zależało nam, żeby było to profesjonalne czasopismo, dostępne w całej Polsce, w szerokiej dystrybucji, żeby to nie miało charakteru szkolnego biuletynu – opowiada Jan Pleti, dyrektor wydawnictwa Inspiredu.

 

Nie bez znaczenia był też fakt, że magazyn ma na siebie zarobić – i to przede wszystkim dzięki sprzedaży, a nie reklamom. – Założyliśmy, że reklam nie będzie zbyt dużo i że nie będziemy reklamowali niczego, czego sami byśmy nie polecili – mówi Rafał Marszałek, również członek zespołu „Kredy”. – Jeśli miałby się pojawić np. artykuł sponsorowany, to powinien on być wyraźnie oznaczony – dodaje Jan Pleti.

 

Więcej niż podręczniki 

 

– Chcemy pokazywać, że edukacja może być piękna, że w każdym dziecku, ale i w każdym z nas drzemie ogromny, często niewykorzystany potencjał. Pragniemy porywać ludzi do pasji, rozwijania talentów, nieustannego poszukiwania – opowiada Agnieszka Pleti, redaktor naczelna „Kredy”, współprowadząca wraz z Anną Marszałek podcast „Więcej niż edukacja”. Podtytuł „magazyn kreatywnej edukacji” miał zwracać uwagę właśnie na to, że „edukacja jest znacznie bardziej złożona niż tylko szkolne podręczniki”. – Teraz odchodzimy od tego hasła, bo za bardzo narzucało ono wielu ludziom skojarzenie z pracami kreatywnymi dla małych dzieci – przyznaje Agnieszka Pleti.

 

Jak podkreśla, redaktorów „Kredy” łączy to, że wszyscy są pasjonatami edukacji –  sami uwielbiają się uczyć, odkrywać nowe obszary wiedzy i działania. – Nakręca nas również zachwyt nad tym, co robią inni. Wszyscy kochamy innych ludzi i uwielbiamy pochylać się nad ich pasjami, talentami, często tymi prostymi, ale wymagającymi oddania serca – mówi redaktor naczelna.

 

Na własnych błędach

 

Zanim ukazał się pierwszy numer „Kredy” członkowie redakcji musieli się nauczyć właściwie wszystkiego o wydawaniu pisma. Dziś wspominają np. jak przeglądali inne czasopisma na półkach, by znaleźć takie, które im się spodobają i dowiedzieć się, co decyduje o udanym projekcie magazynowego layoutu. Po tym rozeznaniu stworzenie makiety zlecili profesjonalnemu grafikowi, dystrybucję zewnętrznej firmie (magazyn można dostać m.in. w Empiku oraz w sklepie internetowym wydawnictwa). O artykuły poprosili specjalistów z branży edukacyjnej i praktyków, poznanych m.in. przy okazji prac nad podcastem. – Zależy nam, żeby współpraca z nami była satysfakcjonująca dla piszących również pod względem finansowym. Często jednak spotykamy się z pozytywnym zaskoczeniem autorów, którzy nie spodziewali się gratyfikacji, bo piszą głównie z pasji i chęci dzielenia się swoją wiedzą – mówi Rafał Marszałek, dyrektor finansowy wydawnictwa i kierownik działu IT

 

Do tej pory ukazało się 10 wydań, poświęconych tematom takim jak książki, harcerstwo, edukacja filmowa, muzyczna czy sportowa. Były także numery poświęcone edukacji domowej i metodzie Montessori. Obecnie „Kreda” drukowana jest w nakładzie 3 tys. egzemplarzy. W miesiącu wydania sprzedaje się połowa nakładu. Resztę można kupić jako numer archiwalny (są chętni, bo teksty i tematy pozostają aktualne). Co miesiąc kilkaset sztuk sprzedaje się w wersji elektronicznej, która tak jak wydanie drukowane kosztuje 24,90 zł. – Nasze założenie było proste – płaci się za treść, a treść jest taka sama – tłumaczy Rafał Marszałek.

 

Sprzedaż jest wciąż za mała, by przychody pokryły koszty i zapewniły rezerwę na inwestycje, a w przyszłości zwrot wkładu i zysk dla inwestorów. – Na razie uczymy się na własnych błędach i za własne pieniądze – przyznaje Jan Pleti. Właściwie można to rozumieć dosłownie, bo inwestorzy to po prostu grupa siedmiu znajomych, którzy po równo (9 tys. zł) zrzucili się, by założyć własne pismo.

 

Za dużo czytania

 

Do tego, by można było spokojnie działać potrzebna byłaby sprzedaż na poziomie 5 tys. egzemplarzy. – Wierzymy, że w Polsce jest więcej niż kilka tysięcy osób, które są zainteresowane tematyką edukacji i które byłyby skłonne kupić nasz magazyn – przekonuje Jan Pleti. – Nie poddajemy się, bo „Kreda” ukazuje się dopiero od niespełna roku, a dla nas to nie tylko biznes, ale również misja – podkreśla.

 

Jan Pleti wspomina także telefoniczne rozmowy z kilkoma osobami, które po pół roku zrezygnowały z prenumeraty. – Chciałem zrozumieć, czy to był jakiś nasz błąd techniczny, czy mają może jakieś zastrzeżenia. Wyszedłem z założenia, że jeśli ktoś wydał, licząc z przesyłką, jakieś 150 zł na sześć numerów naszego magazynu, to ma prawo się wypowiedzieć – wspomina. – Okazało się, że niektórzy po prostu zapomnieli odnowić prenumeratę, ale była jedna czytelniczka, która nie kryła swojej irytacji, nie ponowiła zakupu ponieważ treści jest tak dużo, że nie starczyło jej czasu na przeczytanie wszystkich numerów – wspomina dyrektor Inspiredu.

 

Obecnie redakcja przygotowuje dla swoich czytelników obszerną ankietę, by dowiedzieć się „co najbardziej pomaga naszym czytelnikom, a co jest zbędne według nich w magazynie”.

 

Agnieszka Pleti dodaje, że nie brakuje pozytywnego feedbacku od czytelników „Kredy”.

– Piszą, że artykuły pomagają im, wprawiają w zachwyt i inspirują do działania. Prenumerują nas również biblioteki uniwersyteckie co samo w sobie jest dla nas dużym zaskoczeniem i radością – opowiada. – Szczerze powiedziawszy, to komunikat zwrotny, jaki dostajemy, przerósł nasze  oczekiwania – przyznaje.

 

Na taką opinię pracuję m.in. autorzy. – Wielu z nich to bardzo wartościowi ludzie, którzy często nie publikowali nigdzie swoich tekstów. My wyciągamy na światło dzienne prawdziwe perełki, ale takie żywe – cieszy się Agnieszka Pleti. – Piszą o życiu, o tym co dzieje się w ich rodzinach, w ich szkołach, w ich pracy i myślę, że to, co urzeka najbardziej, to właśnie ich pełne mądrości spojrzenie. No i oczywiście umiejętność podzielenia się tym z innymi – wyjaśnia.

 

Miłosz Kluba

Pokazujemy kontekst wydarzeń – rozmowa z dyrektorem TVP Historia PIOTREM LEGUTKĄ

Kiedy przyszedłem do TVP Historia ok. 80 procent stanowiły archiwa. W tej chwili jest to trochę poniżej 70 procent. Ponad 30 proc. to premiery  – mówi Piotr Legutko, dyrektor TVP Historia w rozmowie z Miłoszem Klubą.

 

Na początku maja TVP Historia skończyła 12 lat. Pan objął stery nieco ponad dwa lata temu. Jak w tym czasie zmieniła się stacja?

 

Przez 10 lat był to kanał oparty głównie na archiwach, co było jego wielką zaletą, bo w przypadku historii archiwa to coś szczególnie atrakcyjnego i ludzie uwielbiają po nich szperać. Zasoby TVP są jej ogromną przewagą konkurencyjną. Żaden inny kanał nie mógłby zaistnieć tak szybko, bo musiałby wyprodukować jakiś kontent. Tutaj ten kontent już istniał i był bardzo dobry. Jeśli spojrzymy nawet na czasy PRL, to powstawały wtedy wybitne dokumenty historyczne, reportaże, seriale fabularne. To są rzeczy, które zwłaszcza po digitalizacji i odnowieniu nabierają zupełnie nowego wymiaru i smaku. Poza tym kanał TVP Historia został doskonale zaprogramowany. Jego głównym produktem były, są i zapewne będą dokumenty, ale uzupełnione serialami historycznymi, filmami fabularnymi. Takim uzupełnieniem – mającym bardzo dobrą oglądalność – są też produkcje nie o historii politycznej i gospodarczej, ale naturalnej. Są to rzeczy licencyjne, kupowane przez nas m.in. od BBC czy PBS.

 

W ciągu tej dekady pokazano jednak chyba wszystko z archiwów TVP, co było warte pokazania i trzeba było zacząć produkować rzeczy nowe. Te ostatnie dwa lata w TVP Historia są naznaczone przede wszystkim dużą liczbą premier. Udało nam się uruchomić sporo cykli, wyprodukować bardzo wiele dokumentów i reportaży, zakupić bardzo dużo cykli licencyjnych. Dzięki temu odświeżyliśmy ten kanał. To jest coś, pod czym chciałbym się podpisać.

 

Jakie są proporcje między nowymi materiałami a archiwami?

 

Kiedy przyszedłem do TVP Historia ok. 80 procent stanowiły archiwa. W tej chwili jest to trochę poniżej 70 procent. Ponad 30 proc. to premiery. Można to jeszcze trochę zwiększyć na korzyść nowych produkcji, ale bez przesady. Te 12 lat to czas, w którym wyrosło nowe pokolenie i znów pewne dokumenty, reportaże trzeba powtarzać. To jest nasz obowiązek misyjny i edukacyjny. Takie filmy jak „Pielgrzym” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego trzeba pokazywać praktycznie co roku. Na to musi być czas i dlatego ten udział archiwów nie może być niższy niż, powiedzmy, 60 procent.

 

Jak wybierane są tematy do nowych produkcji i zakupów licencji?

 

Nie ma tu przypadków. W związku z rocznicą lądowania na Księżycu pokazujemy na przykład amerykańskie seriale o podboju kosmosu – to przecież też już historia. To znakomicie zrealizowane dokumenty, fantastycznie pokazujące, że długo przed pojawieniem się „Gwiezdnych Wojen” zimna wojna toczyła się w kosmosie.

 

Równocześnie telewizje newsowe pokazują kolejne starty rakiet Elona Muska.

 

Kanał TVP Historia daje bezcenną możliwość sięgnięcia do backgroundu, pokazania kontekstu. W momencie kiedy nastał kryzys związany z ustawą o IPN i z relacjami polsko-żydowskimi na głównych antenach można było zrobić jeden czy dwa programy, jakąś debatę publicystyczną. My natomiast mogliśmy „wrzucić na stół” dziesiątki dokumentów, opowiadających o całym kontekście relacji polsko-żydowskich i to nie tylko w czasie II wojny światowej. Choćby z tego względu kanał TVP Historia jest potrzebny.

 

Ramówka jest w pewnym sensie niezmienna od początku – operuje podobnymi formatami, które są emitowane mniej więcej o tych samych porach. Widzowie wiedzą, kiedy jest czas na publicystykę, kiedy na seriale fabularne, a kiedy na wspomnianą historię naturalną – ale dostosowujemy ją do kontekstu, do dat, rocznic, do tego, o czym się w danej chwili dyskutuje. Na przykład w czerwcu będziemy obchodzić 40 rocznicę pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Wydaje mi się oczywiste, że „jazdą obowiązkową” jest zrobienie w TVP Historia czegoś w rodzaju „newsowej” obsługi pielgrzymki sprzed czterdziestu lat. Uruchomimy studio pielgrzymki, codziennie będziemy w miejscach, gdzie był Jan Paweł II. Wykorzystamy zasoby TVP i Polskiego Radia, wszystko, co udało się znaleźć. Będą temu towarzyszyły komentarze i opowieści o tym, co papież robił w Gnieźnie, Częstochowie, Krakowie, Kalwarii Zebrzydowskiej. I to jest coś, co można dostać tylko w tym sklepie, tylko u nas.

 

Pieniędzy w budżecie wystarcza na tyle nowości?

 

Kolejną zmianą w ostatnich latach jest to, że zarząd telewizji spojrzał na TVP Historia przychylnym okiem i w zeszłym roku, z okazji 100-lecia niepodległości, po raz pierwszy mieliśmy możliwość zorganizowania konkursu na reportaże i dokumenty. Dostaliśmy na to sporo pieniędzy właśnie od zarządu TVP. Udało się sfinansować 19 produkcji. To jest naprawdę znakomity wynik. W tym roku rozpisaliśmy drugą edycję tego konkursu i myślę, że wyprodukujemy kolejnych kilkanaście filmów i reportaży. W tym roku będą one dodatkowo ukierunkowane na 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Konkursy te są adresowane do oddziałów TVP, dzięki czemu możemy wykorzystać kolejną przewagę telewizji publicznej, czyli właśnie ośrodki terenowe. Tam są ludzie, którzy robią świetne produkcje, pokazują historię Polski z perspektywy swojego regionu, swoich bohaterów, często nieznanych a wartych przypomnienia.

 

Dostrzegam też rosnące zainteresowanie filmami historycznymi bardzo wielu innych podmiotów. Często dostaję filmy, które zostały już zamówione, wyprodukowane i zapłacone. Czekają tylko na emisję. Jest coraz więcej instytucji, które o to dbają – to m.in. zarządy województw. Jest też urząd ds. kombatantów, który ma specjalny fundusz na filmy. Ministerstwo kultury także dba o to, by historia Polski była odpowiednio dotowana. Naszym ważnym partnerem jest Muzeum Historii Polski. W tym roku przypada okrągła rocznica unii lubelskiej i pokazywaliśmy film zamówiony z tej okazji właśnie przez MHP. Takich partnerów jest coraz więcej. TVP Historia jako miejsce emisji jest bezkonkurencyjne – jesteśmy dostępni na multipleksie, z każdego miejsca w Polsce, bez pośrednictwa żadnych dodatkowych platform. Każdy, po opłaceniu abonamentu, może nas oglądać. Na dodatek gdyby taki film pokazała stacja komercyjna, to pewnie raz, o godz. 23.20. My, kiedy pokazujemy premierowo jakiś film, dokument czy reportaż, to zwykle robimy to co najmniej trzy razy, w różne dni i o różnych porach, żeby każdy mógł go zobaczyć. Oprócz tego praktycznie wszystkie produkcje mamy dostępne na platformie VOD. Nie wystarczy zrobić dobry materiał – trzeba jeszcze, żeby obejrzało go jak najwięcej osób.

 

Strategia wygląda na skuteczną, bo w marcu TVP Historia wskoczyła z czwartego na drugie miejsce wśród kanałów tematycznych, wyprzedzając TVN Turbo i Discovery Channel. Jako jedyna w pierwszej piątce zanotowała wzrost oglądalności – o prawie 11 procent.

 

Ten wynik w grupie ogólnej robi wrażenie, ale szczególnie ważny jest skok w grupie komercyjnej – prawie 20 proc. w porównaniu z marcem 2018. To pokazuje, że udaje nam się przyciągnąć młodego widza. Nie ukrywam, że sporo wysiłku włożyliśmy przez ostatnie dwa lata także w odświeżenie całej oprawy TVP Historia. Chodziło nam o to, by pojawiło się dużo małych form, klipów, nawet piosenek. Poleciłbym np. 5-6 minutowy format „Wojna w eterze”. Pokazuje on zimną wojnę w bardzo ciekawy sposób – poprzez zestawienie newsa podawanego przez radio „Wolna Europa” albo radia zachodnie z mediami komunistycznymi. To zderzenie jest jakością samą w sobie. Całość jest dynamicznie zrealizowana i pojawia się między innymi programami. Dobrze sprawdza się także w internecie. Takich form mamy coraz więcej. Jest cykl, w którym znane osoby – aktorzy, muzycy, sportowcy – opowiadają o swoich ulubionych bohaterach historycznych. W innym Kuba Sienkiewicz, lider zespołu „Elektryczne Gitary”, śpiewa piosenki historyczne, ale też opowiada o tym, jak je pisał.

 

Co będzie dalej? TVP Historia czeka zderzenie ze szklanym sufitem?

 

Absolutnie nie. Uważam, że ogromne rezerwy telewizji publicznej są w dwóch miejscach. Jedno to oddziały regionalne, drugie – kanały tematyczne. To jest przyszłość TVP, bo w przypadku głównych anten faktycznie jest szklany sufit. I to w te dwa miejsca płynie coraz więcej pieniędzy.

Na pewno jednym z kierunków, w którym będziemy zmierzać jest zwiększenie produkcji filmów i reportaży historycznych. Są ogromne przestrzenie jeszcze nieopisanej, polskiej historii. Nie ma też takich pieniędzy, których bym chętnie nie przyjął na zakup filmów licencyjnych. To są rewelacyjne rzeczy, nieporównywalnie tańsze od dużych fabularnych produkcji znanych wytwórni, a ogromnie atrakcyjne. Jeśli mogę coś obiecać to właśnie to, że w kanale TVP Historia będzie więcej zarówno licencyjnych cykli zagranicznych, jak i naszych nowych, premierowych dokumentów i reportaży, opowiadających o polskiej historii.

 

Będzie się rozwijać również platforma VOD?

 

Jak najbardziej. To jest w tej chwili najbardziej rosnąca część telewizji. Zasób TVP Historia będzie tu cały czas uzupełniany i budowany. Myślę, że w lipcu uruchomimy też nasz nowy portal. Mam nadzieję, że będzie to miejsce spotkania miłośników historii.

 

Rozmawiał Miłosz Kluba

 


Piotr Legutko

Rocznik 1960, dziennnikarz, publicysta i wykładowca związany z Krakowem. Absolwent polonistyki na na Uniwersytecie Jagiellońskim. W swojej karierze był m.in redaktorem naczelnym „Czasu Krakowskiego”, „Dziennika Polskiego”, kwartalnika „Nowe Państwo”, a także kierownikiem krakowskiego oddziału „Gościa Niedzielnego”. Od 1997 r. związany z krakowskim oddziałem TVP (w latach 2016 – 2017 był jego szefem). Pełnił także funkcję kierownika redakcji publicystyki TVP. Dyrektorem TVP Historia został w 2017 r. Jest członkiem Zarządu Głównego SDP.