Propaganda nie może zastąpić dziennikarstwa – WOJCIECH POKORA o manipulacji „Więzi” i „Gazety Wyborczej”

15 lipca 1410 roku doszło do jednej z ważniejszych bitew w dziejach naszego kraju. Oto, jak ogłosił Zygmunt Luksemburski, „wrogowie Chrystusowego Krzyża” sprzymierzeni ze schizmatykami (prawosławni Rusini), poganami (Litwini i Żmudzini), a także innowierczymi „saracenami” (Tatarzy) pokonali przedstawicieli chrześcijańskiego Zachodu, którzy stali w jednym szeregu z rycerzami Zakonu Najświętszej Marii Panny, potocznie zwanymi „Krzyżakami”. Nie, to nie jest zabieg publicystyczny, tak w propagandzie przedstawiono bohaterów bitwy pod Grunwaldem. Siła tej propagandy była tak duża, że jeszcze dwa lata po bitwie Zygmunt Luksemburski szukał chętnych do antypolskiej krucjaty.

 

Wojna propagandowa nie jest wymysłem XXI wieku i niestety, jej pierwszą ofiarą jest prawda. Od razu po przegranej bitwie, Krzyżacy rozesłali na europejskie dwory poselstwa, informując, że oto chrześcijański świat przegrywa z barbarzyńcami i potrzebna jest natychmiastowa pomoc z zewnątrz, by ocalić honor Kościoła. Zapewne zabieg ten by się powiódł, gdyby nie dyplomatyczne działania Jagiełły i udział polskiej delegacji na Soborze w Konstancji, gdzie ostatecznie udowodniono kłamstwo agresorom. To nic, że mieliśmy bezsprzecznie rację i zwyciężyliśmy w boju. Bez sprawnej dyplomacji pod wodzą Pawła Włodkowica (i nieco bardziej dyskusyjnej Mikołaja Trąby), zostalibyśmy wykluczeni z obszaru tzw. cywilizacji zachodniej.

 

Niestety ziarno raz zasiane będzie rosło, gdy trafi na podatny grunt. Do dziś w debacie pobrzmiewają echa krzyżackiej propagandy i zdarza się, że ktoś użyje „średniowiecznych” argumentów w całkiem współczesnej debacie. Jak kilka lat temu reżyser Janusz Kijowski, zabierając głos w debacie o sensie polskich powstań i patriotyzmie, zapytał: co jest porywającego w fetowaniu bitwy średniowiecznej, gdzie azjatycka dzicz starła się z cywilizacją zachodnią? Co za sens wydawania milionów na bitwę pod Grunwaldem?

 

Kłamstwo jako element wojny, dziś nazywanej hybrydową, towarzyszy nam zatem od wieków. I na wieki zaszczepia wirusa wątpliwości. Elementy tej wojny dostrzegamy w większości konfliktów, w które uwikłana była Polska, szczególnie gdy zależało na osłabieniu jej pozycji w Europie. Tomasz Łysiak pisał w jednym z felietonów o tym, jak Rosjanie w XIX wieku rozpętali propagandową wojnę o wizerunek Polski we Francji i Anglii. Zajęli się tym urzędnicy III Wydziału Osobistej Kancelarii Cesarskiej (czyli rosyjskiego wywiadu) instalując w środowiskach emigracyjnych agentów i prowokatorów. Jednym z nich był Julian Bałaszewicz vel Albert Potocki, który pisując pod pseudonimami do rożnych gazet, prowadził sam ze sobą polemiki skłócające środowiska niepodległościowe. To on uczynił w oczach Zachodu szaleńcem Ludwika Mierosławskiego, co zresztą w opinii o Mierosławskim pobrzmiewa do dziś, bo taka łatka przywarła do niego na stałe – nierealistycznego wariata. Co ważniejsze, rosyjski aparat władzy przećwiczył walkę propagandową wykazując jej skuteczność. Dziś ją tylko rozwija i doskonali. Nie wymyśla niczego na nowo.

 

Należy pamiętać, że Kościół niemal za każdym razem padał ofiarą tej samej wojny propagandowej, na równi z naszą państwowością. Walka ta uwidoczniła się szczególnie w okresie komunizmu. To wówczas przekonywano o istnieniu ciemnogrodu i Kościoła postępowego, z którym trzymać powinna intelektualna elita kraju. Wówczas zaprzęgano literatów do wyrażania poparcia do antykościelnych działań, jak w lutym 1953 roku, gdy księża oczekiwali w celach śmierci na wykonanie wyroku, a grupa literatów krakowskich, wśród których była m.in. Wisława Szymborska, podpisała i przekazała władzom rezolucję mającą potwierdzić poparcie społeczne dla „procesu krakowskiego„. Wówczas też stworzono twór zwany „księżmi patriotami”, którzy dla kariery i stanowisk występowali przeciw hierarchii kościelnej.

 

Nie mogę w innym kontekście rozpatrywać ostatnich wybryków redaktorów „Więzi” i „Gazety Wyborczej”, którzy publikują „ewangeliczny list biskupów w sprawie osób LGBT i praw pracowniczych”. Fałszywka ma zwieść czytelników, którzy nie doczytają tekstu do końca (a w przypadku Gazety Wyborczej, nie wykupią dostępu do płatnego serwisu), by dowiedzieć się, że „tekst powstał w reakcji na oświadczenie Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Świeckich z 5 lipca 2019 r.” i „w rzeczywistości nie jest to list polskich biskupów, ale tekst napisany przez Bartosza Bartosika, który życzyłby sobie i wszystkim, aby dokumenty polskich hierarchów kościelnych zawierały treści bardziej ewangeliczne, a mniej publicystyczne”.

 

Czemu służy taka publikacja? Zdaniem mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris – fałszywka przypomina poziom carskiej Ochrany piszącej „Protokoły mędrców Syjonu”. To mocne oskarżenie, bowiem „Protokoły...” służyły za pretekst i uzasadnienie antysemityzmu na początku XX wieku. Chcę wierzyć, że wybryk wymienionych redakcji, to element „zabawy intelektualnej”, która w żadnym wypadku nie jest dopuszczalna, ale która nie ma jednak na celu uzasadnianie antychrześcijańskich wystąpień. Wpisuje się raczej w szerszy kontekst swoistego „kulturkampfu” i podporządkowywaniu Kościoła doraźnym działaniom politycznym, ale daleko mu do nawoływania do fizycznej eliminacji jego członków.

 

Jednak przyzwolenie na tego typu zabiegi, szczególnie na wykorzystywanie do tego prasy, zasługuje na potępienie i do tego będę zachęcał Zarząd Główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Media nie służą bowiem do „urabiania” postaw obywateli do poglądów ich pracowników i powinny w pierwszej kolejności trzymać się standardów, a nie wyznaczonej przez jakieś redakcyjne kolegium misji. Kłamstwo i manipulacja nigdy nie mogą być elementem pracy dziennikarza, ani misją jakiejkolwiek redakcji. Bez względu na cel i idee, którym mają niby służyć.

 

Wojciech Pokora

Taki postęp już przerabialiśmy – felieton WOJCIECHA POKORY

Sprawa pana Tomasza, któremu firma próbowała narzucić swoją ideologię, przypomina scenę z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono robotników, wręczono im czerwone szturmówki i kazano śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do tłumu śpiewającego hymn „Boże coś Polskę” karano zwolnieniem z pracy.

 

3 lipca to dla mnie, lublinianina, ważna data. Równo 70 lat temu w lubelskiej katedrze dokonał się bowiem cud. Zapłakał obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Wydarzenie to, stało się początkiem kultu wizerunku Matki Boskiej Płaczącej, ale także momentem zwrotnym w relacjach państwo-Kościół.

 

Dlaczego pisze o tym wydarzeniu na branżowym portalu dziennikarzy? Z bardzo ważnego powodu. Efektem lubelskiego cudu, a może bardziej społecznej reakcji na ten cud, czyli masowych pielgrzymek do Lublina i wzmożenia życia religijnego, była m.in. szeroka akcja propagandowa ówczesnych władz. Komuniści postanowili wykorzystać okazję do tego, by przeprowadzić operację uświadamiającą wiernym Kościoła katolickiego, gdzie jest ich miejsce. Metody, które wówczas wykorzystano (w 1949 roku), mogą wydać się bardzo nowoczesne i postępowe dzisiejszemu czytelnikowi, bo pod podobnymi hasłami stosowane są i dzisiaj. Uspokoję, 70 lat temu, także nazywano je postępem.

 

Pierwszą metodą było zaprzęgnięcie do walki intelektualistów. Najlepiej katolickich, przecież nie będą Kościoła potępiać innowiercy, żeby nie wyglądało to na zewnętrzną robotę. 14 lipca 1949 roku w Teatrze Miejskim w Lublinie zorganizowane zostało zebranie „demokratycznych katolików” (nie żartuję, tak się określili, przypominam, czasy są stalinowskie), o których pisano, że jest to lubelska inteligencja, którzy to „demokraci” wyrazili zaniepokojenie wykorzystywaniem przez Kościół prostych ludzi, bowiem takie zachowanie „gorszy myślącego katolika”. Na zebraniu głos zabrali członkowie Związku Nauczycielstwa Polskiego, którzy potępili „organizatorów cudu” i pracowników KUL. Spotkanie lubelskiej inteligencji odbyło się pod hasłem: Precz z zacofaniem średniowiecznym.

 

Jednak nie tylko inteligencja potępiła zacofanie niepostępowych katolików. Wykorzystano do tego również aktyw robotniczy. Przywożono pod katedrę pracowników z fabryki obuwia, którzy mieli rzucać w tłum cegłówkami, i prowokować modlących się ludzi do rozrób. Zorganizowano „oddolny” wiec poparcia dla postępowej części społeczeństwa (czyli dla komunistycznej władzy), na który nakazano przyjść pracownikom pod groźbą zwolnienia z pracy. Na wiecu sprawdzano listę obecności i wręczono przybyłym transparenty. Wszystko po to, by ówczesne media (w tym Polska Kronika Filmowa) mogły przygotować obrazek dla reszty społeczeństwa. Hasła, które wówczas zamieszczono na wręczanych robotnikom transparentach, mogą wydać się na dziś znajome. Coraz częściej goszczą bowiem niestety na ekranach naszych telewizorów czy komputerów: Nikt nas nie cofnie do średniowiecza, Lublin nie będzie ciemnogrodem, Precz z politykierami w sutannach, Kościół do modlitwy, a nie do polityki czy też Nie pozwolimy nadużywać wiary do celów politycznych.

 

W mediach pojawiły się artykuły i reportaże, które dziś czytając, widzę obrazki rodem z naszych telewizorów. Zacytuję jeden przykład. (Cytaty przytaczam za książką Marioli Błasińskiej „Cud. W 1949 r. Lublin stał się Częstochową”). Jacek Wołowski pisał w Życiu Lubelskim – Od dwu dni siedzę w Lublinie. Gdy, stojąc dziś w tłumie przed katedrą, spytałem jakiegoś tęgawego księdza w brązowym kiltlu, z teczką w ręce, co myśli o tym, co dzieje się w Lublinie, gdy zadając to pytanie, wyciągnąłem legitymację redakcyjną i dałem mu ją do przeczytania, ksiądz zawołał: – Na kolana, grzeszniku! Zawołał to tak donośnym głosem, iż parę czarno ubranych pań stojących tuż obok ruszyło w moją stronę. Gesty ich były nieprzyjazne, (…) a patrzyły na mnie, jak wielkie kocury na małą biedną mysz(…). Znamy to? Te agresywne „baby” z różańcami atakujące grzecznych i naiwnych reporterów? Tłumy ciemnogrodzkich, opętanych wyznawców, które w różnych powodów postanawiają nienawistnie modlić się publicznie i reagują agresją na media? No to wiedzmy, że to nie wymysł XXI wieku.

 

Prowokacjom na ulicach towarzyszyły prowokacyjne tytuły w prasie.  Prowokacje nie powstrzymają pracy nad odbudową kraju podawały nagłówki „Trybuny Ludu”. Pisano o tym jak wierni i prawdziwi inteligenci powinni traktować swoją wiarę, by odróżnić się od wstecznictwa i fanatyzmu. Zaczęto także wykorzystywać usłużnych duchownych, z których już w niedługim czasie rekrutowali się tzw. księża patrioci, czyli ci, którzy zarejestrowali się w Komisji Księży przy Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Oni doskonale wiedzieli, jakimi wypowiedziami przypodobać się komunistom. Księża, którzy nie dostosowali się do wytycznych władz trafili do więzienia. Wraz z ok. 600 osobami, które wyłapano na ulicy podczas prowokowanych zamieszek lub aresztowano za fakt szerzenia informacji na temat cudu w lubelskiej katedrze.

 

A teraz współczesny wątek:

„W zeszłym miesiącu obchodziliśmy dzień IDAHOT, Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii (17 maja). Z tej okazji opublikowaliśmy artykuł w naszym intranecie, prezentujący nasze wartości i stanowisko w tej kwestii, zgodnie z komunikacją Grupy Ingka. Jeden z naszych pracowników opublikował komentarz pod artykułem, wyrażając swoją opinię w sposób mogący naruszyć dobra i godność osób LGBT+ . Dodatkowo, pracownik faktycznie wykorzystał cytaty ze Starego Testamentu mówiące o śmierci, krwi w kontekście tego, jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”

 

Pracownik, który opublikował komentarz to pan Tomasz. Pan Tomasz jest katolikiem i głosi katolickie poglądy. Jak sam mówi w wywiadzie, którego udzielił „Naszemu Dziennikowi”, zatrudnił się w IKEI, by zajmować się tym, czego dotyczyła jego umowa o pracę, czyli sprzedażą mebli. I wywiązywał się z tego zadania najlepiej jak potrafił. Nikt nie miał zastrzeżeń do jego pracy. Jednak pewnego dnia, w jego zakładzie pracy obchodzony był „międzynarodowy dzień przeciw homofobii, bifobii i transfobii, aby walczyć o prawa lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych i osób o wszystkich orientacjach seksualnych i tożsamościach płciowych (LGBT+)”. Obchody tego dnia były promowane jako dzień walki z wykluczeniem. Jak mówi pan Tomek: Gdy przyszedłem w tym dniu do pracy i dowiedziałem się, co będziemy świętować, wziąłem urlop na żądanie. Nie chciałem uczestniczyć w promocji czegoś sprzecznego z wyznawanymi przeze mnie wartościami.

 

Następnego dnia władze firmy zamieściły na wewnętrznej stronie internetowej artykuł „Włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Pan Tomasz nie poczuwał się do tego obowiązku, który stał w sprzeczności z jego poglądami. Dodał więc komentarz z cytatami z Pisma Świętego. Skoro pracodawca wprowadził do zakładu pracy swoją ideologią, pan Tomasz poczuł się w obowiązku podzielić się swoją. To nie on zmienił zasady gry i nie on wprowadził do firmy rozmowy o światopoglądzie. Jak się jednak okazało, panu Tomaszowi wolno mieć poglądy i tolerancyjny zarząd je doceni, jeśli będą one „postępowe”. A, że nie były, pan Tomasz wyleciał za drzwi.

 

W tej sprawie słusznie głos zabrało m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Nie, pan Tomasz nie jest dziennikarzem, ale pan Tomasz ma prawo wyrażać swoje zdanie. I tego dotyczy stanowisko CMWP. Każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie, szczególnie w miejscu, w którym ktoś próbuje mu narzucić swoje. Gdyby pan Tomasz spierał się z IKEĄ o kształt śrubek, i IKEA uznałaby, że forsowane przez niego pomysły zaszkodzą interesom firmy, i pan Tomek trwałby w swoim uporze, mieliby prawo za taką polemikę go zwolnić. Jednak gdy firma meblarska narzuca panu Tomkowi swoją ideologię, to przypomina to scenę rodem z 1949 roku, gdy na Plac Litewski w Lublinie zwieziono pracowników lubelskich zakładów pracy, wręczając im czerwone szturmówki i każąc śpiewać Międzynarodówkę, a za dołączenie się do śpiewającego obok tłumu hymnu „Boże coś Polskę” karząc zwolnieniem z pracy albo więzieniem. Na to zgody być nie może, bo taki postęp już przerabialiśmy.

 

Wojciech Pokora

 

 

Junk newsy i inne zjawiska pogodowe – WOJCIECH POKORA o raporcie naukowców z Oxfordu

Raport Oxfordu: Wpolityce.pl wśród serwisów ze „śmieciowymi wiadomościami” grzmi nagłówek jednego z branżowych portali. Drugi w tytule podaje, że Badacze z Oksfordu umieścili Pikio i wPolityce na liście serwisów ze „śmieciowymi” newsami (pisownia oryginalna).

 

Odkąd w 2017 roku słownik Collinsa uznał „fake news” za słowo roku, odbiorcy mediów a szczególnie tzw. mediów społecznościowych odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki. Fake newsy odpowiadają w powszechnej świadomości, obok bootów, za całe zło i patologię dotykającą współczesne media. No może wygrywają z nimi jedynie internetowe trolle. Dziś o fake newsach powstają książki, organizuje się branżowe konferencje im poświęcone, stają się przedmiotem badań i analiz. Trudno komuś wmówić, jak jeszcze kilka lat temu podczas kampanii prezydenckiej w USA, że prawdziwa, ale niewygodna dla kogoś informacja to fake news. Jesteśmy uświadomieni. Żeby nas zmanipulować potrzebne są nowe narzędzia. A o te łatwo. Wystarczy wprowadzić jakieś nowe, obcobrzmiące pojęcie opisujące stare zjawisko i być jednym z pionierów opisywania nim rzeczywistości. Wówczas można próbować przekonywać społeczeństwo, że białe jest czarne.

 

Od pewnego czasu w medialnej przestrzeni pojawiło się określenie „junk news”, czyli „wiadomości śmieciowe”. Pojęcie nie jest nowe, ale funkcjonowało dotychczas raczej w środowisku branżowym, ostatnio natomiast jest popularyzowane, a jego znaczenie wypaczane. Wiadomości śmieciowe to produkt uboczny portali internetowych. Pojawiły się wraz z walką o klikalność. Już dawno zauważono, że nic tak dobrze się nie sprzedaje jak informacja podana w sensacyjnej formie. Im bardziej sensacyjna i niewiarygodnie brzmiąca, tym bardziej powinna wywołać oczekiwany skutek – kliknięcie. Zaczęto więc na portalach internetowych, obok rzetelnych newsów, zamieszczać materiały mające przyciągnąć uwagę użytkowników. Przywykliśmy już do widoku strony głównej stron informacyjnych, gdzie obok informacji o, dajmy na to, katastrofie kolejowej, możemy przeczytać o nowym sposobie na raka, który każdy z nas może spróbować wdrożyć w życie przy pomocy zalegających w lodówce produktów. Najczęściej rozumiemy, że przeczytana przez nas wiadomość nadaje się właśnie do śmieci i podejrzewamy, że niewiele prawdy w sobie zawiera. Ale wydaje się tak błaha i nieistotna, że nie nazywamy jej dezinformacją czy fejkiem, a określamy właśnie mianem junk news. Głupota mająca przyciągnąć uwagę użytkownika. Ma to dziś praktycznie każda większa witryna.

 

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem nagłówki na branżowych portalach, informujące o tym , że Polska to kraj, w którym na podstawie analiz naukowcy odkryli na Twitterze największy odsetek odnośników do stron szerzących dezinformację w postaci junk news w kontekście eurowyborów. Zaciekawiło mnie coś jeszcze, jak wyglądają junk newsy odnoszące się do wyborów, skoro z definicji powinny to być ciekawostki z pogranicza sensacji i kłamstwa. A jeszcze bardziej przykuło moją uwagę, że poważne branżowe portale informują, że za zdemaskowaniem rozpowszechniaczy tych śmieciowych wiadomości stoi sam Oksford! To robi wrażenie.

 

Z pomocą w dociekaniu prawdy przyszło mi Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którego szefowa – dr Jolanta Hajdasz zadała sobie trud przeanalizowania badań na które powołano się w polskich publikacjach o naszej czołowej pozycji w dezinformowaniu z pomocą junk news. I co się okazało? Na początek oddam głos CMWP SDP, które w wydanym oświadczeniu ostrzega, by nie brać bezkrytycznie na wiarę tego, co czytamy o raporcie „z Oksfordu”, a dokładnie wczytać się w raport: „Rezultat badań uzyskany przez naukowców z Oksfordu jest wynikiem specyficznej metodologii tego badania opartej na ideologicznej interpretacji analizowanych zdarzeń. Badanie, o którym mowa, zostało przeprowadzone na podstawie danych pochodzących z tzw. Junk News Aggregator, narzędzia internetowego, który w oparciu o nieznany użytkownikom algorytm selekcjonuje ukazujące się w Internecie treści pod kątem ich prawdziwości wskazując te, które uznaje za „junk news”, czyli „informacje śmieciowe”.

 

Zaglądam zatem na stronę https://newsaggregator.oii.ox.ac.uk/ co polecam każdemu, bo to ciekawostka nie mniejsza niż samo zjawisko junk news. Otóż strona ta to agregat, który w teorii ma wyszukiwać i publikować junk newsy, by zwalczać to zjawisko. Na stronie możemy wybrać język i region z którego chcemy wyszukać śmieciowe wiadomości – wybrałem zatem Unię Europejską i rodzimy język, by poczytać bzdury, którymi karmi nas Internet w czasie kampanii wyborczej do Europarlamentu. Wyszukało mi masę informacji. Kliknąłem w tę ze zdjęciem Andrzeja Dudy, spodziewając się manipulacji w jego wykonaniu. Otworzyła się wiadomość umieszczona na portalu niezalezna.pl z dnia 23 maja 2019 roku z godziny 08.44 zatytułowana: „Prezydent Andrzej Duda dzisiaj o godz. 20.00 wygłosi orędzie”. Tyle. Koniec komunikatu. Klikam kolejny, tym razem zdjęcie prof. Legutki, czytam: telewizjarepublika.pl – UWAGA! Już dziś wyjątkowe spotkanie patriotyczne! Gośćmi będą m.in. prof. Legutko; prof. Szczerski; prof. Nowak; prof. Roszkowski. ZAPRASZAMY NA TRANSMISJĘ !, klikam kolejne zdjęcie a tam – wpolityce.pl 20 minute(s) ago – PiS odwołuje konwencję na Mazowszu. Kaczyński punktuje Schetynę: Powinien przeprosić. Pokazał swój stosunek do zagrożonych osób.

 

Przejrzałem całą stronę z wyświetlonymi informacjami z Unii Europejskiej w języku polskim i trafiłem jedynie na informacje z portali: niezalezna, wPolityce, nczas, pikio, wsensie i dlapolski. Żaden z artykułów, w które kliknąłem, nie zawierał w moim mniemaniu niesprawdzonych informacji, nie wszystkie dotyczyły kampanii wyborczej do Europarlamentu (były np. dotyczące pedofilii). O co zatem chodzi? Być może wyjaśni to chociaż po części klauzula, która zamieszczona jest na cytowanej stronie, a brzmi ona tak:

 

ZASTRZEŻENIE: Junk News Aggregator i jego narzędzia rozpoznają witryny oparte na ugruntowanej typologii, przetestowanej w kilku naukowych badaniach przeprowadzonych przez naszą grupę badawczą (COMPROP). Odzwierciedla on naszą naukową opinię i ocenę, i niekoniecznie jest wynikiem poglądów naszych założycieli czy też Uniwersytetu w Oxfordzie. Podstawa tejże opinii opisana jest w naszej metodologii.

 

Czyli to nie Uniwersytet w Oksfordzie opublikował raport tylko grupa badawcza, która zastrzega by nie przypisywać wyników jej prac uniwersytetowi, a sami badacze przyznają, że wyniki z którymi możemy się zapoznać, to OPINIE i OCENY, a nie wyniki badań. Po wyborze stron do agregacji nie trudno odnieść wrażenie, że naukowcy mają ugruntowane poglądy polityczne, które mogą przeszkadzać im w obiektywnej ocenie rzeczywistości. I to mnie nie dziwi. Dali klauzulę w której to otwarcie przyznają, zatem każdy korzysta z ich narzędzi na własną odpowiedzialność i z pełną świadomością, że to nie jest narzędzie mające na celu obiektywne uchwycenie rzeczywistości. Dziwi mnie jednak fakt, że narzędzie to wykorzystują branżowe portale, które pod pozorem opisania raportu o junk newsach wciskają nam wszystkim starego i dobrze nam już znanego fake newsa.

Wojciech Pokora

 

Zagrożeniem dla wolności słowa jest dewaluacja pojęć – zauważa WOJCIECH POKORA

Na drugi koniec Tęczy z Ojcem Tadeuszem. Chryja 2  – pod tym hasłem już po raz drugi odbyła się demonstracja Toruńskiego Strajku Kobiet pod siedzibą Radia Maryja w Toruniu. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP zaprotestowało przeciwko temu wydarzeniu zwracając uwagę, że takie działania niszczą i w niepodważalny sposób naruszają zasadę wolności słowa, ponieważ jej elementem jest zawsze szacunek i tolerancja dla innych oraz poszanowanie ludzkiej godności. Dla osób pracujących w mediach tego typu prowokacje są przy tym wyjątkowo dokuczliwe, ponieważ podważają ich wiarygodność oraz autorytet i zaufanie odbiorców mediów, a one są niezbędne przy pełnieniu funkcji związanych z dziennikarstwem i komunikowaniem masowym.

 

Przy okazji demonstracji, na której rozdawane były druki aktu apostazji, pojawił się po raz kolejny postulat świeckiego państwa. Co ciekawe, padł on z ust byłej wicemarszałek Sejmu, a dziś liderki kujawsko-pomorskiej listy partii Wiosna w wyborach do Parlamentu Europejskiego – Wandy Nowickiej:

 

Wielki sukces, że udało się zrobić tę pokojową, a jakże słuszną demonstrację, po to, żebyśmy mieli świeckie państwo, żeby wreszcie zmieniło się to, że tak ogromne pieniądze publiczne płyną wielką rzeką do rozgłośni i to się musi skończyć. Musimy wreszcie zbudować państwo świeckie, a Toruński Strajk Kobiet, który organizuje +Chryję+ już drugi raz naprawdę robi fantastyczną robotę i fakt, że wyście wygrały, to wielki sukces ruchu kobiecego.

 

W tej na pozór naiwnej wypowiedzi upatruję większe zagrożenie dla wolności słowa w Polsce, niż w maskaradzie urządzonej pod rozgłośnią. Warto zwrócić uwagę na dwa ważne aspekty tego wydarzenia. Pierwszy jest banalnie prosty do wychwycenia. Oto środowiska uważające się za arcytolerancyjne, niosące na sztandarach hasła odmieniające tolerancję przez wszystkie przypadki, urządzają demonstrację będącą skrajnym przykładem nietolerancji na wartości odmienne od wyznawanych przez ich liderów. Obalając pomnik hipokryzji kleru stawiają w jego miejsce jeszcze większy pomnik hipokryzji, nawet tego nie zauważając. I z tego rodzi się drugie, poważniejsze zagrożenie. Niezrozumienie pojęć które się samemu głosi, bądź, co bardziej niebezpieczne, celowe ich wypaczanie. Z tego płynie wielkie zagrożenie dla wolności słowa i tu już można zacząć bić na alarm.

 

   Gdy polityk o bardzo silnie określonym światopoglądzie głosi publicznie ideę świeckiego państwa, zaczynam mieć to samo poczucie dyskomfortu, gdy stojący na czele wrogiej dywizji oficer wydaje rozkaz powszechnego rozbrojenia, nie zaczynając od siebie. Idea świeckiego państwa nie zakłada bowiem tego, co odnajdujemy w krótkiej wypowiedzi marszałek Nowickiej, czyli że nagle organizacje religijne zostaną usunięte z przestrzeni publicznej i przestaną korzystać z publicznych pieniędzy na tych samych zasadach co tzw. świeckie organizacje. Idea państwa świeckiego zakłada w pierwszej kolejności neutralność państwa i jego funkcjonariuszy, czyli powinność powstrzymywania się od zajmowania stanowiska w sprawach religijnych i światopoglądowych. Za tym idzie szereg cech państwa świeckiego, na które pani Nowicka i popierane przez nią manify, czy chryje nigdy w swojej ograniczonej tolerancji się nie zgodzą, czyli rezygnacja państwa z różnicowania obywateli według kryteriów religijnych, czy dopuszczenie do nauki religii w szkole na zasadzie dobrowolności (co dziś ma miejsce i jest oprotestowywane).

 

Zagrożeniem dla wolności, w tym wolności słowa, jest dopuszczanie do dewaluacji pojęć i zmiany znaczeń słów, których używamy. Przez takie zabiegi dopuszczamy w debacie publicznej do głosu osoby i organizacje, które pod hasłami szczytnych idei mogą chcieć przemycić nam kolejne odmiany totalitaryzmów, które nieświadome społeczeństwo wpuści do swoich zagród jak ciotka mojej znajomej bolszewików przechodzących przez jej miejscowość, by się poczęstowali obiadem. Jak łatwo się domyślić – straciła nie tylko obiad i zastawę, ale ledwo uszła w swej dobroci i naiwności z życiem.

Wojciech Pokora