CMWP SDP na XVII konferencji „Etyka mediów” w Krakowie

„Dziennikarstwo wobec wyzwań AI” to tytuł sesji  pod patronatem CMWP SDP, jaka odbędzie się  w czasie tegorocznej XVII Konferencji Naukowej Etyki Mediów organizowanej przez Instytut Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej  Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie.  Sesja odbędzie się w pierwszym dniu konferencji  czyli 17 maja br. Sesję poprowadzi dr Jolanta Hajdasz i dyr. CMWP SDP, wiceprezes SDP. 

Sztuczna inteligencja: upodmiotowienie maszyn – uprzedmiotowienie człowieka  to tytuł tegorocznej, już XVII edycji ogólnopolskiej konferencji naukowej „Etyka mediów” .  Co roku biorą w nim udział naukowcy zajmujący się szeroko rozumianą tematyką dotyczącą mediów praktyki i teorii komunikowania masowego.  Konferencja odbędzie się w Krakowie w dniach 17-18 maja 2023 roku. Jak piszą organizatorzy,  w tym roku w jej trakcie medioznawcy będą analizować z różnych perspektyw medioznawczych, między innymi, następujące problemy:  człowiek i maszyna – korelacja, sprzężenie zwrotne; badania funkcjonowania sztucznej inteligencji w przestrzeni komunikowania społecznego, czy platformy i firmy technologiczne w rozwoju i użytkowaniu mediów społecznościowych, kreatywność w sieci – narzędzia i aplikacje, oraz  e-dziennikarstwo – człowiek i booty, naturalne i sztuczne generowanie i dyfuzja treści, a także dziennikarstwo danych i archiwizacja współczesnych treści medialnych. Problematyka ta zawiera także aspekt etyczny, ponieważ funkcjonowanie maszyn i aplikacji informatycznych symuluje inteligencję naturalną człowieka, a działania człowieka stają się coraz częściej zdeterminowane przez sztuczną inteligencję algorytmów. W tym kontekście ujawnia się etyczny dylemat upodmiotowienia maszyn i uprzedmiotowienia człowieka.

Sztuczna inteligencja jest popularnym i częstym tematem zarówno dyskursu publicznego i przekazów medialnych, jak również dyskursu naukowego i badań medioznawczych. Pojęcie to sformułowane już prawie 70 lat temu przez Johna McCarthy’go, uległo z czasem semantycznej modyfikacji i bywa używane współcześnie nie tylko w poważnym i precyzyjnym naukowo ujęciu technicznego symulowania wybranych funkcji ludzkiego umysłu i zmysłów według reguł numerycznej algorytmizacji, ale także w kontekstach popularnych dyskusji i przekazów, w których obejmuje ono całość ukrytego i niekontrolowanego przez człowieka funkcjonowania maszyn i aplikacji. Dynamiczny rozwój technologiczny sprzyja procesom mediatyzacji komunikowania społecznego. Również komunikowanie medialne korzysta z tej dynamiki postępu technologicznego, wykorzystując funkcjonalność maszyn i aplikacji w procesach tworzenia i dyfuzji treści medialnych. Procesy te są możliwe dzięki coraz doskonalszym technicznie algorytmom i ich wykorzystaniu w aplikacjach informacyjnych, komunikacyjnych, mechanizmach gromadzenia i przetwarzania danych oraz ich udostępniania w otwartych i zamkniętych zasobach wiedzy i informacji. Rozwojowi technologii towarzyszy teoretyczna refleksja nad ich wpływem na człowieka i społeczność. Refleksja ta ma charakter interdyscyplinarny i dotyczy w dużej mierze wymiaru etycznego. Celem naszej Konferencji jest odkrywanie i badanie działań człowieka w medialnym świecie funkcjonowania algorytmów i sztucznej inteligencji oraz badanie obecności i funkcjonalności „inteligentnych” aplikacji informacyjno-komunikacyjnych w przestrzeni komunikowania społecznego. Jednym z ważnych problemów związanych ze sztuczną inteligencją jest korelacja i sprzężenie zwrotne działań człowieka z funkcjonowaniem maszyn.

Szczegółowy program konferencji jest TUTAJ.

Oświadczenie CMWP SDP w sprawie finansowania polskich mediów przez podmioty zagraniczne

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP z najwyższym niepokojem przyjmuje informacje o finansowaniu wybranych mediów w Polsce przez podmioty zagraniczne pod pretekstem wspierania „niezależności dziennikarskiej w Europie Wschodniej”. Szczególnie kontrowersyjnym przykładem działań tego typu są informacje o emisji obligacji na rzecz „wolności prasy w Europie Wschodniej” przez bank  społeczno–ekologiczny GLS z Niemiec.

3 maja br. portal dw.com, należący do niemieckiego nadawcy publicznego Deutsche Welle poinformował, iż największy, niemiecki bank społeczno–ekologiczny GLS z siedzibą w Bochun zdecydował się na wyemitowanie obligacji, których celem jest finansowanie mediów w Europie Środkowo – Wschodniej. Tym razem wartość tych obligacji wynosi 5 milionów euro, a Niemcy interesują się szczególnie dwoma krajami – Polską i Słowacją, publikacja zawiera bowiem informację, iż na emisji tych obligacji „skorzystają media w Polsce i na Słowacji”.

Wg niemieckiego, publicznego portalu „w niektórych krajach Europy Środkowej i Wschodniej media znajdują się pod presją prawicowo-konserwatywnych rządów”, a na przykład „na Węgrzech i w Polsce firmy powiązane z rządem przejęły udziały w wydawnictwach medialnych, aby wpływać na kształtowanie opinii zgodnie z partiami rządzącymi”. Obligacje na rzecz wolności prasy w Europie Wschodniej – jak pisze portal – mają więc zapewnić „pomoc dla zagrożonych mediów w tych krajach”. Poinformowano także, iż za emisją obligacji stoi holenderska firma Pluralis B.V., która pochodzi z niekomercyjnego Funduszu Inwestycyjnego Rozwoju Mediów (MDIF). Pomysł jest prosty – czytamy na portalu Deutsche Welle, inwestorzy mogą – dzięki zainwestowaniu swoich pieniędzy – przejąć „społeczną odpowiedzialność”, zapewniając „bezpieczeństwo finansowe niezależnym mediom w Europie Środkowej i Wschodniej” i umożliwiając tym samym dalsze „niezależne informowanie”( cudzysłowy – red. CMWP SDP). Jak poinformowano Pluralis określa docelową wielkość inwestycji w spółki medialne w Europie Środkowej i Wschodniej na 100 mln euro. Dziś mamy już razem 50 mln euro, również z pomocą obligacji GLS, które zostały wyemitowane pod koniec marca – informuje Max von Abendroth, senior advisor w firmie Pluralis. Europejski Fundusz Inwestycyjny Pluralis potwierdził, iż  zainwestował do tej pory 32 mln euro na Słowacji i w Polsce. Na Słowacji w Dom Medialny Petit Press, a w Polsce w Dom Medialny Gremi (właściciela dziennika Rzeczpospolita – przyp. CMWP SDP).  I szczególnie w Polsce będziemy jeszcze bardziej aktywni – dodał  Max von Abendroth.

W ocenie CMWP SDP finansowanie mediów przez nietransparentny podmiot zagraniczny jest zawsze wyjątkowo niepokojące, ponieważ ten, kto finansuje media kieruje się zawsze swoimi interesami, a jego cele nie są jasne i czytelne dla odbiorców tych mediów. W tym wypadku chodzi o wpływanie na opinie publikowane w mediach dystrybuowanych na terenie Polski pod pretekstem wspierania „niezależnych” mediów.

W przypadku emisji obligacji przez niemiecki bank za pośrednictwem firmy holenderskiej należy dostrzec, iż kraje te tworzą wygodny dla siebie kanał dystrybucji do Polaków treści zgodnych z własnym interesem narodowym.  Jest to szczególnie niepokojące i niebezpieczne w roku wyborów do parlamentu, w których ogromną rolę odgrywają media, a które odbędą się w br. w naszym kraju.  Ponadto miliony euro kierowane z zagranicy tylko do niektórych polskich mediów nie będą służyć wolności prasy, bo poza treściami które te media będą głosić zgodnie z poglądami swoich właścicieli, będą także psuć nasz rynek medialny. Wydawnictwa nie mające dostępu do takich łatwych i wielkich pieniędzy będą bowiem przez to słabsze finansowo i przez to będą sobie gorzej radzić np. w konkurencji na rynku reklamy, czy w Internecie. Podobnie było np. w latach 90-tych i wczesnych dwutysięcznych, gdy pozbawione jakiegokolwiek wsparcia polskie podmioty medialne nie były w stanie konkurować z wydawcami zagranicznymi, które bez żadnych ograniczeń i z wielokrotnie większymi funduszami działały w naszym kraju i przejmowały kolejne tytuły prasowe.

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

Warszawa, 9 maja 2023

informacja z 3.05.23 TUTAJ.

 

Miasto Sopot przeciwko TVP3 Gdańsk. Relacja z rozprawy

Od 2018 r. w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, w XV Wydziale Cywilnym, toczy się proces przeciwko pozwanym red. Joannie Strzemiecznej-Rozen, byłej dyrektor TVP 3 Gdańsk oraz Jakubowi Świderskiemu, byłemu dziennikarzowi TVP 3 Gdańsk. Powodem jest Gmina Miasta Sopot w osobie Jacka Karnowskiego, który od 1998 r. pełni funkcję prezydenta tegoż ponad 32-tysięcznego nadmorskiego miasta. Ostatnia, dwunasta już rozprawa, trwająca ponad trzy godziny, odbyła się 28 kwietnia 2023 r. Kolejna została zapowiedziana na 19 września i wiele wskazuje na to, iż zakończy się ona odczytaniem wyroku. Sprawa jest objęta monitoringiem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Jej obserwatorem  jest red. Maria Giedz.

Przedmiotem sporu jest  emisja programów nadawanych przez TVP 3 Gdańsk od października 2017 r. do maja 2018 r. Chodzi o materiały, które ukazały się w programach: „W imieniu Sopocian”, „Forum Panoramy”, „Przegląd prasy polskojęzycznej”, oraz „Pomorze samorządowe”. Te publicystyczne materiały, częściowo autorstwa Jakuba Świderskiego lub jemu przypisywane przez władze Sopotu, ukazywały etapy renowacji i zagospodarowywania obiektów potocznie nazywanych „dworcem kolejowym” wraz z terenami do niego przyległymi, które tylko w niewielkim stopniu są owym dworcem. Gmina Sopot pozwała  re. Joannę Strzemieczną – Rosen i red. Jakuba Świderskiego  za przedstawienie przez TVP3 Gdańsk, jak twierdzi, nieprawdziwych informacji dotyczących wypadków na sopockich kąpieliskach oraz popadającego w ruinę byłego szpitala przeciwgruźliczego na Stawowiu (historyczna dzielnica Sopotu), mieszczącego się w zabytkowym zespole parkowo-pałacowym, do niedawna najpiękniejszym w Sopocie (obecnie prywatna własność), a także Centrum Haffnera. Na rozprawę stawił się powód, czyli prezydent Sopotu Jacek Karnowski wraz z pełnomocnikiem pozywającego mec. Moniką Nowińską-Retkowską. Pozwaną Joannę Strzemieczną-Rozen reprezentował mec. Wenanty Plichta. Stawił się też pozwany red. Jakub Świderski.  Sprawę prowadzi Sędzia Piotr Kowalski.

Podczas rozprawy kontynuowano przesłuchanie Jacka Karnowskiego. Pierwsza część przesłuchania prezydenta odbyła się 31 maja 2022 r. Tak długa przerwa między przesłuchiwaniami wynikała z bardzo częstych wyjazdów Karnowskiego poza granice Polski
m.in. do USA, gdzie jak wyjaśniała pełnomocnik Powoda, załatwiał sprawy samorządowe. Osobą zadającą pytania był pozwany Świderski. Formułowane do Powoda pytania były bardzo szczegółowe i opierały się na wielostronicowym pozwie Gminy Sopot. Na większość z nich Prezydent odpowiadał, że nie wie, nie pamięta, oraz że odpowiedź została zawarta w pozwie. Sędzia Kowalski często zgadzał się z Powodem, czyli prezydentem Karnowskim, który prosił o pomoc Sędziego, aby Pozwany zadawał proste pytania i go nie obrażał. Prosił też, aby Sąd pouczył Pozwanego o zadawanie istotnych dla Prezydenta pytań. Kilkakrotnie do przesłuchania włączała się mec. Nowińska-Retkowska, przypominając, że proces nie dotyczy prawa prasowego, tylko chodzi o obrazę dóbr osobistych.

Red. Jakub Świderski dopytywał się, dlaczego nie otrzymał żadnego pisma informującego go o żądaniu przeprosin przez Gminę. Nikt też z Gminy nie skontaktował się z nim, aby załatwić sprawę polubownie. Karnowski tłumaczył, że pisma wysyłano na adres TVP 3, gdyż w Gminie nie znany był adres domowy Jakuba  Świderskiego, chociaż ten mieszka w Sopocie, a nawet przez kilka
lat (2002-2006) był członkiem Rady Miasta Sopot. Świderski uważał, że można było wykonać do niego telefon, bowiem obaj panowie się znają, zamiast wysyłać pisma m.in. do Rady Etyki Mediów. Na jego adres prywatny wysłano jedynie pozew i w tym przypadku Gmina nie miała problemu ze znalezieniem tego adresu. – Pozew wysłano na adres domowy, bo takie są przepisy – wyjaśniał Karnowski. Zresztą to nie on wysyłał pisma, bo – mówił – nie jestem prawnikiem. Prezydent wielokrotnie podkreślał, że każdy materiał wyemitowany w Telewizji był łamaniem prawa. Jednocześnie nie przyjmował do wiadomości, że z nie wszystkimi materiałami prasowymi Jakub Świderski miał coś wspólnego. Na przykład w „Pomorzu samorządowym” zarówno wydawcą, jak i prowadzącym, a nawet uczestnikiem były zupełnie inne osoby. Jakub Świderski nie zajmował się też Centrum Haffnera. Karnowski kilkakrotnie podkreślał, że wszystkie  wyemitowane materiały są kłamstwem i że on nie pozwoli się zastraszać, a nawet próbował odmówić odpowiadania na pytania. Wyjaśnił tylko, że audycje te miały podtekst typowo polityczny, gdyż Świderski był kandydatem na prezydenta Sopotu i nie wiadomo czy jeszcze nim nie będzie. Kiedy Pozwany zapytał, dlaczego Gmina nie pozwała do sądu wydawcy „Pomorza samorządowego”, Karnowski odpowiedział, że o tym zadecydowali prawnicy i to oni lepiej wiedzą kogo pozwać. Jakub Świderski nie mógł zrozumieć, dlaczego owi prawnicy kierowali się brakiem konsekwencji i pozywali go, za to, że w jednym programie był wydawcą, w innym prowadzącym, a w kolejnym tylko uczestnikiem? Dlaczego on ma odpowiadać za scenariusz, którego nie zrobił, za wypowiedzi ludzi podczas sondy ulicznej…?

Poruszono też kwestię umieszczenia w jednym z programów herbu miasta Sopot. Zdaniem Karnowskiego było to obraźliwe dla miasta. Tylko, że herb pojawił się w kontekście fikcyjnej postaci Al. Karnolo związanej z mafią, której jak się okazało Świderski nie wykreował i nie miał z nią nic wspólnego. W pewnym momencie prezydent Karnowski zażądał od Sędziego powstrzymania pytań. Jednocześnie sam zadał pytanie Sędziemu, jaką otrzyma karę, jeśli opuści salę. Kiedy usłyszał, że żadną, to po kilku kolejnych pytaniach i stwierdzeniu, że Wysoki Sąd nie reaguje na rzekomo kłamliwe pytania Pozwanego wyszedł z sali rozpraw.

Redaktorowi Jakubowi Świderskiemu pytania najpierw zadawał Sędzia Piotr Kowalski. Prezydent Karnowski, zanim wyszedł chciał, aby Sąd odebrał od Świderskiego przysięgę, że będzie mówić prawdę. Sędzia uznał, że nie ma takiej potrzeby. Z odpowiedzi Pozwanego wynikało, że w materiałach przez niego przygotowywanych występował jedynie w roli dziennikarza, chociaż miał świadomość, iż przed laty był konkurentem Jacka Karnowskiego, chociaż nie jest związany z żadną partią polityczną. Jego zainteresowanie Sopotem wynikało z faktu, że zna to miasto. Mówił o szpitalu, który miał powstać w Sopocie w ramach przedwyborczych obietnic Karnowskiego, ale nie powstał, gdyż władze samorządu wojewódzkiego po latach niszczenia obiektu i braku zainteresowania nim ze strony Gminy sprzedały teren wraz z budynkiem. Miasto nie wyraziło chęci jego zakupu. Co do audycji, to Jakub Świderski wyjaśniał: – W programie „W imieniu Sopocian” byłem osobą prowadzącą. W „Forum Panoramy” pełniłem rolę wydawcy i to był program na żywo. Jako wydawca dałem prowadzącemu wskazówki ogólne, ustne zalecenia. A to prowadzący decydował o rozmówcach. Natomiast w programie na żywo ludzie mówią co chcą. W „Przeglądzie prasy polskojęzycznej”, teraz nie pamiętam jakie były pytania, ale tam byłem osobą występującą.

Jakub Świderski kilka razy podkreślał, że trudno mu odnieść się do czyichś wypowiedzi sprzed lat bez ponownego obejrzenia materiału. Poruszano też kwestię utonięć w morzu ludzi, którzy wchodzą do wody np. nocą po wypiciu alkoholu. Tym tematem zajmowały się też inne media, a nawet sam Prezydent wypowiadał się na ten temat, ale to właśnie Świderski został pozwany za uwypuklenie tego problemu.

W pozwie znalazł się też konflikt o Centrum Haffnera. Świderski twierdził, że Centrum się nie zajmował i nie ma z nim nic wspólnego, jednak Gmina jest innego zdania. Najbardziej spornym tematem okazało się zagospodarowanie centrum Sopotu wokół stacji kolejowej, która została obudowana obiektem obecnie w znacznym stopniu należącym do prywatnego właściciela. Zdaniem Świderskiego część mieszkańców Sopotu uważa, że gdyby Gmina nie przekazała prywatnemu właścicielowi budynków (20 tys. m sześć.) za dwa ronda i chodnik, to mogłaby na nich zarabiać, chociażby na podziemnym parkingu. W pozwie w tym przypadku wyraźnie wyartykułowano słowo „przekazała”. Nie była to przecież darowizna tylko transakcja wymienna – budynek za owe ronda, notabene, jak twierdził red. Świderski, prowadzące do parkingu, na którym zarabia inwestor. – Czy jest to dobry interes dla miasta? – pytał Jakub Świderski. Wyjątkowo spornym było słowo „dworzec”. Budynek jest prywatny, a jedynie znajdujące się w nim pomieszczenie z kasami oraz perony i dojście do nich należy do PKP. Jednak nie jest to budynek PKP. Nikt też nie zajmował się definicją dworca. – Nieuczciwość jest w tym, że miasto winno sobie zdać sprawę jaka jest to własność. Miasto winno na tym zarabiać, a nie dokładać, wynajmując powierzchnię od prywatnego właściciela – wyjaśniał Świderski. Dodał też, że ten proces, to kolejny element zwalczania go od 2007 r. jako konkurenta Karnowskiego.

Kolejną osobą zadającą pytania Świderskiemu był mec. Plichta. Wrócił temat utonięć i to utonięć po wypiciu alkoholu. Gmina uważa, że mówienie o tym w audycjach telewizyjnych odstrasza potencjalnych kuracjuszy i wczasowiczów, którzy rezygnują z przyjazdu do Sopotu, więc jest to szkodliwe dla miasta. Mec. Plichta poruszył też temat opłaty za przeprosiny. Gmina chce, aby przeprosiny znalazły się na pierwszej stronie „Rzeczpospolitej” i to pięciokrotnie w odstępach tygodniowych, na głównej stronie internetowej TVP Gdańsk przez miesiąc, a także na portalu Onet.pl przez 72 godz. Oświadczenia te mają być opublikowane w formie ogłoszeń w wytłuszczonych ramkach formatu 17 x 15 cm czarną czcionką o wielkości nie mniejszej niż 12 mm na białym tle na koszt pozwanych. Plichta zadał pytanie, czy Pozwany wie jaki będzie koszt takiego ogłoszenia. W odpowiedzi usłyszał, że co najmniej setki tysięcy złotych, a przy obecnej inflacji, to może i miliony. Mec. Plichta dopytywał się o relacje Świderskiego z Karnowskim. – Jacek Karnowski ma kompleksy wobec mnie – odpowiedział Jakub Świderski. Poniża mnie w miejscach publicznych, krzyczy. Kiedy chciałem przeprowadzić z nim wywiad, to krzyczał „Pan jest kłamcą” i uciekł. Trzy lata temu Radio Gdańsk zorganizowało spotkanie z mieszkańcami Sopotu. Chciałem zadać pytanie na temat zagospodarowania terenu pomiędzy Ergo Areną a morzem – ma tam powstać 500 lokali mieszkalnych. Karnowski podszedł do mnie i wyszarpywał mi mikrofon – zeznawał pozwany dziennikarz.  W pozwie zarzuca się Świderskiemu, że programami telewizyjnymi odstraszył inwestorów od inwestowania w Sopocie. Jednak jak podał Świderski, programy TV nie miały na to przełożenia. Nikt z tego powodu się nie wycofał. Nawet nie miało to odzwierciedlenia w innych mass mediach. Jedynie krytyczne uwagi ukazały się na portalu Gminy Sopot. Natomiast jeśli chodzi o mieszkańców Sopotu, to jedynym ich niezadowoleniem jest to, że program nie jest kontynuowany. Plichta przypomniał też, że do pozwu został dołączony wyrok karny z 2012 r., skazujący Świderskiego za zniesławienie Karnowskiego. Świderski wyjaśnił, że nie ma to nic wspólnego z publikowanymi w Telewizji materiałami, a kara dawno się skończyła. Natomiast okazało się, że Jacek Karnowski w 2015 r. również był karany, czyli został skazany za składanie fałszywych zeznań, o czym przemilczał. Sędzia Kowalski nie pozwolił kontynuować tego tematu.

Mec. Monika Nowińska-Retkowska, pełnomocnik Gminy Sopot również miała bardzo dużo pytań do Pozwanego. Dopytywała się w jakiej kadencji był radnym? W jakich pracował komisjach? Czy przedstawiał się jako sopocki działacz społeczny? W pewnym momencie na Sali sądowej wywiązał się spór o to czy dworzec kolejowy w Sopocie jest otwarty całą dobę. Świderski twierdził, że kasy są zamykane po godz. 19, natomiast Nowińska-Retkowska uważała, że dworzec jest czynny całą dobę, gdyż nie zamyka się wejścia na perony. Po raz kolejny pojawiła się konieczność zdefiniowania słowa „dworzec”, gdyż sklepy i inne instytucje w budynku potocznie zwanym dworcem w nocy są nieczynne. Ponadto pani pełnomocnik dopytywała, skąd wzięło się określenie, że jest to dworzec prywatny, skoro część kasowa oraz perony przynależą do PKP. Pani mecenas zadawała szczegółowe pytania dotyczące konkretnych słów wypowiedzianych podczas programów telewizyjnych. Świderski odpowiadał, że nie pamięta i aby sobie przypomnieć i odnieść się do nich musi je odtworzyć. Wrócił też temat utonięć. Nowińska- Retkowska chciała dowiedzieć się, czy Świderski był świadkiem takiego wydarzenia. Okazało się, że Pozwany widział „topielca”, chłopaka w wieku ok. 20 lat w stroju imprezowym i płaczących obok niego kolegów. Pani mecenas miała dużo pytań i nie wszystkie dotyczyły programów telewizyjnych, chociaż interesowało ją, w jaki sposób dobiera się wypowiadających jako publiczność oraz osoby do sondy ulicznej. Dziwiła się, że wśród wypowiadających się nie było przedstawicieli Gminy. Świderski zripostował, że nie ma żadnego klucza przy doborze wypowiadających się na ulicy, a co do przedstawicieli Gminy, to wielokrotnie byli zapraszani, ale nigdy nie byli tym zainteresowani.

Spór wynikł również w powoływaniu się na informację zamieszczoną na mapie dotyczącą europejskiej dotacji na sopocką inwestycję. Pełnomocnik twierdzi, że była to pożyczka, a dziennikarz, że dotacja, bo taka znalazła się na mapie. Po kilku godzinach owych przesłuchań Sędzia Piotr Kowalski zakończył te słowne „przepychanki” i zarządził kontynuowanie przesłuchania Pozwanego przez pełnomocnika Gminy Sopot, ale po przeglądzie materiałów prasowych w celu przypomnienia poruszanych tematów w owych programach. Odbędzie się to na kolejnej rozprawie we wrześniu 2023 r. Zostanie też wezwany świadek Jarosław Sulewski.

Umorzona sprawa przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu oskarżonemu z art 212 kk. Dziennikarz miał wsparcie CMWP SDP

17 kwietnia 2023 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku  umorzył sprawę apelacyjną o zniesławienie z powództwa Henryka Jezierskiego,  właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z Trójmiasta przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu, dziennikarzowi oraz pisarzowi. Jest to  umorzenie warunkowe na okres jednego roku, ale nie ma mowy o skazaniu na jakąkolwiek karę trójmiejskiego dziennikarza. Zgodnie z decyzją oskarżonego dziennikarza  sprawa była objęta monitoringiem CMWP SDP  dopiero w  II instancji.   CMWP SDP  przesłało do Sądu opinię amicus curie w obronie skazanego dziennikarza 28 marca b.r. 

Sprawa toczyła się od połowy kwietnia 2021 r., po opublikowaniu 7 stycznia 2018 r. na portalu internetowym www.sdp.pl artykułu autorstwa Krzysztofa Załuskiego p.t. „Układ trójmiejski kontra repolonizacja”. Artykuł był felietonem, dotyczącym kwestii repolonizacji trójmiejskich gazet, będących ówcześnie w rękach niemieckich. Zajmował się strukturą własnościową prasy regionalnej. Znalazły się w nim dwa sformułowania dotyczące Henryka Jezierskiego, które według prywatnego oskarżyciela są nieprawdziwe, gdyż mają związek z podejrzeniem go o współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Nazwisko Henryka Jezierskiego znalazło się tam niemal przypadkowo i nie miało znaczenia dla przedstawionego problemu. Jednak oskarżyciel prywatny, czyli Henryk Jezierski uznał, że ów tekst naruszył jego dobra osobiste. Dlatego skierował przeciwko dziennikarzowi pozew o zniesławienie w trybie art. 212 kk. Sprawę rozpatrywał  Sąd Rejonowy w Gdańsku – Południe,  II Wydział Karny, gdzie wydano nieprawomocny wyrok skazujący red. Załuskiego. Oskarżony Załuski złożył apelację do Sądu Okręgowego w Gdańsku. Od  wyroku  Sądu I instancji odwołał się także oskarżyciel.

Ponieważ sprawa toczyła się z wyłączeniem jawności, więc zgodnie z art. 364, par. 2 szczegółów  wyroku nie można podać. Wyrok nie zostanie też podany do publicznej wiadomości. Wiadomo tylko, że 17 kwietnia 2023 r. na ogłoszenie wyroku nie stawił się oskarżyciel prywatny, którym był Henryk Jezierski.

Sam wyrok składa się z kilku części. Ta najważniejsza, to że wyrok nie jest wyrokiem skazującym, bowiem jest to umorzenie warunkowe na roczny okres próbny. Jeśli red. Krzysztof Załuski zniesławiłby w publicznym materiale ponownie Henryka Jezierskiego, to sprawa powróci na wokandę. Natomiast w myśl art. 67, par. 3 kk Sąd nałożył obowiązek naprawienia szkody w formie nawiązki w wysokości 3 tys. zł, uznając, że owa kwota będzie wystarczająca jako rekompensata. Ponadto nałożył obowiązek opłaty skarbowej w wysokości 100 zł., za to uchylił koszty procesu. Co ciekawe nałożył też  opłaty na oskarżyciela Henryka Jezierskiego. Wyrok jest prawomocny.

Warto jednak przypomnieć, że do tego i kilkunastu innych procesów, w których dziennikarze zostali pozwani lub oskarżeni przez Henryka Jezierskiego nie doszłoby, gdyby Jezierski nie zechciał kandydować na członka Rady Programowej TVP Gdańsk i to niedługo po głośnej w środowisku trójmiejskim IPN-owskiej publikacji Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym” (wydanej przez IPN w Gdańsku w 2015 r.). Na dodatek Jezierski, ubiegając się o owe członkostwo w Radzie powołał się na rekomendacje Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Jednak Anna Dąbrowska, ówczesna prezes KSD, obecnie sekretarz Zarządu KSD zaprzeczyła, aby Stowarzyszenie udzieliło takiej rekomendacji Jezierskiemu – wynika to z zeznań procesu wytoczonego przez Jezierskiego innym dziennikarzom, m.in. Annie Dąbrowskiej. Wręcz uważała, że Jezierski samowolnie zgłosił swoją kandydaturę bez żadnych rekomendacji i bez wiedzy Stowarzyszenia. Oddział gdański  Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy  już wówczas był rozwiązany.  Oddział Gdański  KSD nie miał nigdy osobowości prawnej, więc  zgodnie z prawem rekomendację  mógł wydać wyłącznie Zarząd Główny KSD.

Na stronie 77  publikacji  Daniela Wicentego znajduje się zapis: „Henryk Jezierski – pracownik sekretariatu redakcji. Proponuje się pozostawić w zespole”. Do tego jest przypis nr 17: [Jezierski] „Zarejestrowany jako KTW (prawdopodobnie 27 IV 1988 r.), a następnie jako TW ps. „Jurek” przez Wydział III WUSW w Gdańsku (nr rej. 57968, nr arch. I-26134), wyrejestrowany 3 VII 1989 r. ze względu na „odmowę współpracy” (na podstawie wypisu z dziennika rejestracyjnego b. WUSW w Gdańsku; materiały nie zachowały się)”.

Na podstawie tego fragmentu publikacji IPN-u powstały materiały prasowe. Niestety tak się złożyło, że dokumenty IPN-u z lat 80. XX w. zostały zmikrofilmowane, a następnie w 2010 r. spalono je wraz z mikrofilmami, dlatego też w książce Wicentego brakuje wyraźnego potwierdzenia o współpracy Jezierskiego z SB. I rzeczywiście dzisiaj, mając do dyspozycji jedynie pustą teczkę Jezierskiego niczego nie można mu udowodnić. Jednak sprawa w Trójmieście nadal jest głośna właśnie przez te procesy. Istotnym jest również to, iż data odmowy współpracy z lipca 1989 r. wiąże się z sytuacją, jaka zaistniała w Polsce po zawarciu porozumień Okrągłego Stołu i zachodzącej w naszym kraju transformacji politycznej. Był to okres, w którym „tajni współpracownicy”, czy też „kandydaci na tajnych współpracowników”  Służby Bezpieczeństwa PRL masowo wyrejestrowywali się i niszczyli swoje dokumenty. Ponadto osoby, którym przypisywano współpracę z SB, zwłaszcza po 2010 r., kiedy wszystkie dokumenty zostały zniszczone, występowały do sądu w celu uzyskania „sądowego certyfikatu niewinności”. Zdarzało się też, że osoby te próbowały udowodnić, iż nie współpracowały z SB wnioskując o taką decyzję do IPN.

Henryk Jezierski otrzymał taką decyzję z IPN o nr 1041/OP/2019, wydaną w dniu 11 maja 2019 r., w której zaznaczono, że „nie był pracownikiem, funkcjonariuszem lub żołnierzem organów bezpieczeństwa państwa”. Jednak brakuje wyraźnego stwierdzenia, które posiadają np. osoby represjonowane, że był lub nie współpracownikiem SB. Zamieszczono tam jedynie informację, że w archiwum IPN „nie zachowały się dokumenty wytworzone przez niego lub przy jego udziale w charakterze tajnego informatora lub pomocnika przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organy bezpieczeństwa państwa.”

Ruszył proces karny z powództwa marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego przeciwko red. Tomaszowi Duklanowskiemu

11 kwietnia  w Sądzie Rejonowym dla m. st. Warszawy rozpoczął się proces karny, jaki Marszałek Senatu Tomasz Grodzki wytoczył red. Tomaszowi Duklanowskiemu. Marszałek Senatu oskarża redaktora naczelnego Radia Szczecin o zniesławienie w związku z publikacjami obciążających go relacji byłych pacjentów. Polityk zaprzecza wszelkim doniesieniom i domaga się ukarania dziennikarza. Sprawa objęta jest monitoringiem CMWP SDP. 

Sprawa dotyczy publikacji, które ukazywały się na antenie Radia Szczecin i na łamach Gazety Polskiej na przełomie lat 2019 i 2020. Red. Tomasz Duklanowski ujawnił wówczas świadectwa kilkunastu osób – byłych pacjentów oraz rodzin pacjentów prof. Grodzkiego, które twierdzą, że lekarz przyjmował od nich korzyści majątkowe w zamian za przeprowadzenie lub przyspieszenie operacji. W czasie gdy miało to miejsce, Tomasz Grodzki pełnił funkcję dyrektora i ordynatora szpitala w Szczecinie – Zdunowie. Osoby, z którymi rozmawiał dziennikarz, zeznawały, że chodziło o kwoty od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Rozmówcy dziennikarza zdecydowali się także złożyć  zeznania w CBA i prokuraturze, w wyniku czego doszło do sformułowania zarzutów przez Prokuraturę Regionalną w Szczecinie wobec Grodzkiego. Ostatecznie jednak politykowi nie przedstawiono zarzutów, ponieważ większość senacka, która go wspiera, nie zgodziła się na uchylenie immunitetu i tym samym pociągnięcie Marszałka do odpowiedzialności karnej.

Red. Tomasz Duklanowski nie kryje swojego zdumienia przebiegiem zdarzeń: W tej chwili to ja jestem osobą, która odpowiada za skandal korupcyjny przed sądem. Marszałek Grodzki przed sądem prawdopodobnie długo nie stanie, dlatego że bronią go koledzy partyjni z Platformy Obywatelskiej i innych ugrupowań opozycyjnych. Jest to o tyle bulwersujące, że wychodzi na to, iż jedynymi osobami, które ponoszą tu konsekwencje, są dziennikarze oraz świadkowie, którzy de facto są poszkodowani w tej sprawie; którzy w dramatycznej sytuacji byli zmuszeni do tego, żeby przekazywać pieniądze panu Grodzkiemu, po to żeby ratować życie swoje albo swoich najbliższych.

Ze względu na to, iż proces toczy się za zamkniętymi drzwiami, mec. Andrzej Lew-Mirski, pełnomocnik  red. Tomasza Duklanowskiego, nie może ujawnić szczegółów przebiegu wtorkowego posiedzenia. – My niestety nie możemy tego zmienić, natomiast może być tak, że sam Pan Marszałek Grodzki, chcąc upublicznić to, co go boli, złoży wniosek, żeby sąd uchylił tajność. W ten sposób zostałyby ujawnione wszystkie okoliczności, które towarzyszą tej sprawie. To jest możliwe tylko i wyłącznie ze strony Pana Marszałka – powiedział mec. Andrzej Lew Mirski. Odkąd sprawa ujrzała światło dzienne, prof. Grodzki konsekwentnie zaprzecza jakimkolwiek zarzutom formułowanym w mediach i zapewnia o swojej niewinności. Pomimo to polityk nie zgadza się na odtajnienie sprawy. Rozprawa jest w trybie niejawnym i tego się będę trzymał – poinformował przed wejściem na salę sądową. Sprawa została odroczona. Sędzia wyznaczył kolejne terminy rozpraw, na których zostaną przesłuchani świadkowie.

W dniu publikacji tego artykułu mija 754 dni, od kiedy marszałek Tomasz Grodzki chowa się za swoim senackim immunitetem.

Tekst i zdjęcia: Anna Maria Szczepaniak

Przełożone ogłoszenie wyroku w sprawie przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu z Gdańska

Mimo wcześniejszych zapowiedzi Sąd Okręgowy  w Gdańsku 13 kwietnia b.r. nie ogłosił   wyroku w sprawie przeciwko red. Krzysztofowi Załuskiemu oskarżonemu  z art. 212 kk o zniesławienie  Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych z  Trójmiasta .  Wyrok prawdopodobnie będzie ogłoszony w najbliższy poniedziałek 17 kwietnia b.r.   Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP .

W czwartek  13 kwietnia na rozprawę zgłosił się tylko oskarżony dziennikarz. Oskarżyciela prywatnego, czyli Henryka Jezierskiego nie było. Ponieważ tocząca się sprawa apelacyjna objęta jest klauzulą tajności,  nie można podać powodu przesunięcia terminu ogłoszenia wyroku. Sprawę prowadzi Sędzia Sądu Okręgowego w Gdańsku Joanna Studzienna i to ona poinformowała zainteresowanych o przesunięciu rozprawy na inny termin. Sprawa toczy się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, w V Wydziale Karnym Odwoławczym, objęta jest monitoringiem CMWP SDP.  Obserwatorem sprawy  w imieniu CMWP SDP jest red. Maria Giedz. CMWP SDP przesłało do Sądu swoją opinię amicus curiae występując w obronie skazanego w I instancji dziennikarza. Za jedno sporne zdanie w felietonie red. Krzysztof Załuski został skazany na 2 tysiące złotych grzywny, 7 tysięcy zł nawiązki i zwrot kosztów procesu. Od wyroku Sądu I instancji apelację złożył zarówno oskarżyciel, jak i pozwany.
Przypominamy, że Henryk Jezierski wytoczył procesy kilkunastu dziennikarzom. Wszystkie te procesy mają związek z  sformułowaniami dotyczącymi podejrzeń o współpracę Henryka Jezierskiego ze służbami bezpieczeństwa czasów PRL-u. Jednak H. Jezierskiemu nie można niczego udowodnić, gdyż nie zachowały się żadne dokumenty – wszystkie zostały zniszczone w 2010 r., a to co znajduje się w zapisie IPN-owskiej publikacji (publikacja Daniela Wicentego „Weryfikacja gdańskich dziennikarzy w stanie wojennym”, wydana przez IPN w Gdańsku w 2015 r.). nie można traktować jako dokument rozstrzygający. Warto jednak wspomnieć, że część tych procesów Henryk Jezierski przegrał i w większości są to wyroki prawomocne, obciążające prywatnego oskarżyciela, czyli Henryka Jezierskiego także kosztami procesowymi.

Więcej na ten temat TUTAJ.

Wygrana red. Pawła Gąsiorskiego w Sądzie Najwyższym z gminą Rędziny! Dziennikarz miał wsparcie CMWP SDP

Sąd Najwyższy  oddalił kasację  oskarżyciela – gminy  Rędziny  jako „oczywiście bezzasadną”  i uniewinnił red. Pawła Gąsiorskiego od zarzutu zniesławienia tej gminy,  o co dziennikarz był oskarżony w trybie art. 212kk.  Kosztami procesu został obciążony oskarżyciel prywatny  – gmina Rędziny.  Wyrok kończący ostatecznie tę sprawę wydał 29 marca b.r.  sędzia Sądu Najwyższego  Andrzej Stępka.  Od pierwszej rozprawy sprawa była objęta monitoringiem  CMWP SDP, które wspierało dziennikarza w tym procesie. Toczyła się ona, jak większość spraw karnych o zniesławienie, z wyłączeniem jawności. 

Od stycznia 2021r. sprawę prowadził  Sąd Rejonowy w Częstochowie,  który uznał dziennikarza winnym tego zniesławienia, ale w drugiej instancji  przed Sądem Okręgowym, także  w Częstochowie, dziennikarz był uniewinniony od tego zarzutu, jednak gmina Rędziny nie pogodziła się z nim i wniosła o kasację tego wyroku do Sądu Najwyższego.  Redaktor Paweł Gąsiorski, redaktor naczelny  portalu gminaredziny.pl został oskarżony przez Gminę Rędziny z prywatnego aktu oskarżenia z art. 212 kodeksu karnego. Gminie nie spodobało się sformowanie, że „gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”. Według aktu oskarżenia były to nieprawdziwe informacje, a twierdzenie, że m.in. „mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”  spowodowało „utratę zaufania do gminy Rędziny” przez mieszkańców.

Artykuł będący przedmiotem oskarżenia  jest TUTAJ.

Red. Paweł Gąsiorski został skazany za  opublikowanie w 2019 r. na prowadzonym przez siebie  portalu www.gminaredziny.pl dwóch artykułów na temat wydatków i dochodów związanych z odbiorem, gospodarowaniem i transportem śmieci w Gminie Rędziny. Teksty te zostały także opublikowane  na portalu Facebook.  Według aktu oskarżenia, gmina została zniesławiona  m.in. sformułowaniem “gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”,  “mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”, co  rzekomo spowodowało utratę zaufania do gminy Rędziny przez mieszkańców. Gmina nie zwróciła się do portalu o sprostowanie treści artykułu ani w części, ani w całości.  W toku postępowania sądowego Paweł Gąsiorski nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i w tym zakresie złożył wyjaśnienia. Zgodnie z jego linią obrony, nie uchybił on wymogom art. 12 ust. 1 ustawy – Prawo prasowe, dochowując wskazanej przez ustawodawcę staranności i rzetelności. Podniósł również, że gmina nie może  być oskarżycielem prywatnym w niniejszej sprawie. Został jednak skazany wyrokiem Sądu Rejonowego w Częstochowie – Wydział XVI Karny z dnia 23 listopada 2021 r. CMWP przedstwiło  CMWP przedstawiło swoją opinię w postępowaniu pierwszoinstancyjnym (pismo z dnia 19 listopada 2021 r.), a z uwagi na wydanie wyroku skazującego w I instancji, opinia ta została poszerzona i  została wysłana także do Sądu Okręgowego .

CMWP SDP  w swoich stanowiskach   jednoznacznie podkreślało , iż skazanie dziennikarza wyrokiem karnym za krytykę gospodarki śmieciowej gminy jest nie tylko nie do pogodzenia z międzynarodowymi, powszechnie uznanymi standardami wolności słowa, ale wręcz podważa powagę polskiego sądownictwa, które miałoby sankcjonować karanie dziennikarza za powszechnie formułowane opinie („gmina nieźle zarabia na Waszych odpadach”, czy „mieszkańcy za dużo płacą za śmieci”) .   Zwracaliśmy uwagę także na fakt, iż wbrew pozorom, skazanie dziennikarza nie było również w interesie oskarżyciela, ponieważ organ władzy, którego w praktyce nie wolno krytykować na łamach prasy, nie byłby poddany należytej kontroli społecznej, co ostatecznie, byłoby szkodliwe zarówno dla tego organu, jak i całej wspólnoty samorządowej. Szczególnie bulwersujące było w tym to, iż gmina nie skorzystała z możliwości złożenia wniosku o sprostowanie zawartych w artykułach prasowych treści, które uważa za nieprawdziwe lub nieścisłe. W tym kontekście argumentacja zawarta w akcie oskarżenia budziła poważne wątpliwości, bowiem kluczowym elementem sprawy wydawała się raczej chęć ukarania „nieprawomyślnego” dziennikarza za publikację niż rzeczywiste dążenie do wyjaśnienia stanu faktycznego i obrony dobrego imienia samorządu.

Więcej na ten temat TUTAJ.

CMWP SDP komentuje dla Niezależna.pl kontrowersyjną publikację Radia ZET

Dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  Jolanta Hajdasz w rozmowie z Niezalezna.pl odniosła się do publikacji Radia ZET, dotyczącej Marszałek Sejmu Elżbiety Witek i jej ciężko chorego męża. Zdaniem Hajdasz, artykuł Mariusza Gierszewskiego i Radosława Grucy to „wyjątkowo niskich lotów podłe działanie” a jedynym jego uzasadnieniem byłby „interes społeczny”. – A w tej całej historii na ten moment trudno mi się dopatrzyć jakiegokolwiek interesu społecznego. Czy chcą, żeby pana Witka dzisiaj odłączono od tej aparatury, z godziny na godzinę, bo ktoś tak uważa, inaczej niż lekarze? Przecież to byłaby zbrodnia, nie wolno nawet formułować takich żądań – stwierdziła rozmówczyni portalu. 

Na portalu Radia ZET pojawił się 6 kwietnia w Wielki Czwartek artykuł dotyczący rzekomych nieprawidłowości w szpitalu w Legnicy, a  w tekście pojawiły się wrażliwe informacje o stanie zdrowia pacjenta, umożliwiające jego identyfikację, a także sugestie, jakoby proces (i sposób) jego leczenia był nieprawidłowy oraz odbywał się „kosztem życia i zdrowia” innych pacjentów. Dziennikarze ustalili, że tym „kontrowersyjnym” pacjentem, który „od ponad roku przebywa na oddziale intensywnej terapii” jest mąż Marszałek Sejmu Elżbiety Witek – Stanisław Witek. W tekście możemy przeczytać m.in., że mąż Marszałek Sejmu Elżbiety Witek „od kilkunastu miesięcy blokuje miejsce” na OAiIT (Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii-red.) oraz że na skutek tej sytuacji doszło do zgonu innej pacjentki, która miała czekać „8 dni na przeniesienie” na wspomniany oddział. Artykuł kończy się informacją, że „Radio ZET czeka na odpowiedzi na pytania wysłane do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy, Prokuratury Okręgowej w Legnicy, Centrali NFZ i Marszałek Sejmu Elżbiety Witek”, jednak nie podano, kiedy te pytania zostały do adresatów wysłane. Marszałek Elżbieta Witek w swoim oświadczeniu podkreśliła, że „w tym tygodniu” rozmawiała z autorami artykułu „tłumacząc złożoność sytuacji i jej szczegóły”. – Niestety Radio ZET pominęło ten fakt i napisało, że nie otrzymało ode mnie informacji – napisała Elżbieta Witek. W godzinach popołudniowych do pytań dziennikarzy Radia ZET odniósł się też Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ). W odpowiedzi podkreślono m.in., że „Decyzje w zakresie metod i sposobu leczenia pacjenta zawsze podejmuje lekarz specjalista, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, a także zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością”.– Czas pobytu pacjenta na OAiIT jest uzależniony od decyzji lekarza. Są pacjenci hospitalizowani na oddziale intensywnej terapii dłużej niż rok. W ciągu ostatnich 5 lat takich pacjentów było 83– dodano. Według NFZ, podobnie rzecz się ma w przypadku oceny stanu zdrowia w kontekście „przekazania pacjenta do innego oddziału w celu kontynuacji leczenia lub jego skierowania do hospicjum/ZOL/ZPO”, a także oceny realizacji tych świadczeń w warunkach domowych” – ta również „należy do lekarza”.

Na temat publikacji portalu Radia ZET dla portalu Niezależna.pl  wypowiedziała się dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (CMWP SDP) Jolantą Hajdasz. Jak pisze portal, rozmówczyni podkreśliła, że w tego typu przypadkach decyzja, czy kogoś zabrać z oddziału OIOM, czy nie należy „wyłącznie do lekarzy i dyrekcji szpitala”. – Ci ludzie wiedzą, co robią, mają swoje procedury, różne możliwości. Nie żyjemy w państwie, w którym człowiek pełniący obowiązki ordynatora czy dyrektora szpitala nie wie co ma robić i pyta się o to polityka – mówiła. – Dla mnie skandaliczny jest już sam termin publikacji tego materiału. Robienie tego tuż przed Świętami Wielkanocnymi, w takim wyjątkowym dla wszystkich czasie nie ma żadnego uzasadnienia. Przecież ten dramat nie rozegrał się ani wczoraj, ani dzisiaj  – dodała. Według Hajdasz, w tekście Gierszewskiego i Grucy „nie ma żadnych informacji, ani wniosków istotnych dla sprawy, które usprawiedliwiałyby dzisiejszą publikację z punktu widzenia warsztatu dziennikarskiego. Przeciwnie, każdy dziennikarz wie, że okres przedświąteczny to najtrudniejszy czas na przygotowanie odpowiedzi na publikację czy żądanie sprostowania, więc każdy nawet zupełnie niewiarygodny materiał będzie przez te świąteczne dni nagłaśniany bez względu na to, czy jest choć trochę prawdziwy, tylko z tego powodu, że dotyczy drugiej osoby w państwie. Publikacja tego materiału w Wielki Czwartek „jest więc jedynie uderzeniem w panią Marszałek, żeby sprawić jej dodatkową przykrość i zepsuć korzystny wizerunek, jakim się cieszy”.

– Gdyby autorzy tej publikacji mieli czyste intencje, przeczekaliby z publikacją te świąteczne dni, po to by dać szansę odnieść się do zarzutów zaatakowanym i przede wszystkim, kiedy można by było zweryfikować wiarygodność tych informacji. Teraz przez najbliższe dni temat będzie powielany we wszystkich kanałach komunikowania bez właściwej kontrreakcji, a ci, którzy to nagłośnili, doskonale sobie z tego zdają sprawę, bo przecież wiedzą, dlaczego zdecydowali, że ta publikacja ukaże się dzisiaj.  To w mojej opinii pokazuje rzeczywiste motywy autorów publikacji – wskazała.

Zdaniem naszej rozmówczyni, „komu jaki rodzaj świadczeń się należy, to jest kwestia do wyjaśnienia przez placówkę medyczną, bo decyzje podejmuje lekarz i dyrekcja danego szpitala a nie osoby z zewnątrz”. – Sugestie, że tam się działo coś nieprawidłowego są tutaj wyjątkowo niestosowne, nie na miejscu, choć chcę jednak podkreślić, że kogoś, kogo spotkała taka wielka tragedia, jak w przypadku córki zmarłej pacjentki, trzeba zrozumieć. Ma ona prawo w emocjach formułować bardzo ostre sądy, jednak dziennikarz jest od tego, żeby nie nadawać im rozgłosu, zanim nie sprawdzi wszystkich okoliczności zdarzenia – tłumaczyła.

Jak dodała, sprawę powinny wyjaśnić organy ścigania i szpital, „bo nie ma innej możliwości, żeby zweryfikować te zarzuty”. – Ale sposób nagłaśniania tego w mediach, rodzaj publikacji, mówienie bez żadnego kontrargumentu, pisanie o tym, że ktoś jest winny, bo inny pacjent za długo przebywa na intensywnej terapii, jest absolutnie nie na miejscu – mówi Jolanta Hajdasz.

Oceniając kontrowersyjną publikację szefowa CMWP SDP stwierdziła, że jest to „wyjątkowo niskich lotów podłe działanie” a jedynym jej uzasadnieniem „byłoby działanie w interesie społecznym”. – A w tej całej historii na ten moment trudno mi się dopatrzyć jakiegokolwiek interesu społecznego. Czy chcą, żeby pana Witka dzisiaj odłączono od tej aparatury, z godziny na godzinę, bo ktoś tak uważa, inaczej niż lekarze? Przecież to byłaby zbrodnia, nie wolno nawet formułować takich żądań – stwierdziła. – Biorąc pod uwagę termin tej publikacji, trzeba koniecznie wrócić do tematu po Wielkanocy. Ciekawe kto i dlaczego zdecydował o publikacji tego materiału w ten sposób i w takiej formie?  – pyta Hajdasz. „Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że czasem brakuje w szpitalach łóżek, ale nie można podsycać emocji w ten sposób. Podkreślam, ta publikacja w mojej ocenie ukazała się tylko po to, by uderzyć w marszałek Elżbietę Witek, która nie ma się teraz jak bronić przed fałszywymi argumentami, bo przecież nie każdy przeczyta jej oświadczenie na ten temat, jego zresztą Radio Zet nie będzie nagłaśniać.  Po tej publikacji u odbiorców ma zostać tylko wrażenie arogancji władzy. Mam jednak nadzieję, że innym mediom uda się zdemaskować nie pierwszą przecież manipulację środowiska Gazety Wyborczej, bo przypomnijmy, że koncern Agora jest dzisiaj 100 % właścicielem Radia Zet, które opublikowało ten materiał. Nie pierwsza to osoba publiczna, którą ten koncern usiłuje zniszczyć niegodnymi metodami” – podsumowała szefowa CMWP SDP.

Źródło: Niezalezna.pl

Oświadczenie Marszałek Elżbiety Witek w tej sprawie TUTAJ.

Donald Tusk przeciwko red. Tomaszowi Sakiewiczowi. Relacja obserwatora CMWP SDP z rozprawy

3 kwietnia w warszawskim Sądzie Okręgowym odbyła się  I rozprawa w procesie cywilnym, jaki Donald Tusk wytoczył Tomaszowi Sakiewiczowi, redaktorowi naczelnemu tygodnika „Gazeta Polska” oraz jego wydawcy Niezależnemu Wydawnictwu Polskiemu. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej zarzuca redaktorowi naczelnemu „Gazety Polskiej” naruszenie dóbr osobistych, domaga się od niego publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP.

Przedmiotem sporu jest okładka  „Gazety Polskiej” z  20 lipca 2022 r. , jego postawę wobec obywateli Polski. Donald Tusk domaga się publikacji wielokrotnych przeprosin na łamach mediów tradycyjnych i społecznościowych oraz po 100 tysięcy złotych odszkodowania zarówno od red. Sakiewicza, jak i pozwanego wydawnictwa.

Sprawa dotyczy okładki tygodnika, który ukazał się 20 lipca 2022 r.  na której zdaniem pozwanego opublikowano jego wizerunek „w sposób bezpodstawnie sugerujący wrogą, nawiązującą do neonazistowskiej propagandy”. Ukazany na niej lider PO ma zaciśniętą pięść i jest opatrzony napisem Gott mit uns. Poniżej znajduje się dopisek: Słowa Donalda Tuska: „Wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS” to odpowiednik pruskiego „Gott mit uns”, obecnego na klamrach niemieckich pasów. Padły, gdy polski rząd wspiera Ukrainę w walce pod innym starym hasłem: „W imię Boga za wolność naszą i waszą”. Patriarcha Cyryl i Tusk głoszą, że najwyższe dobro nie jest po stronie tych, co niosą sztandar wolności, ale po stronie tyranii.

Podczas rozprawy  Sąd przesłuchał w charakterze świadka red. Piotra Lisiewicza, który jest autorem okładkowego artykułu z tego wydania GP pt. „Gott mit uns, czyli były demokrata Tusk. By wygrać, musi nas znowu zgnoić i ubrudzić”. Redaktor GP zeznał w sądzie, że powodem napisania tego artykuł była wypowiedź Tuska: „wierzysz w Boga, nie głosujesz na PiS”. To była wtedy głośna wypowiedź. Według sondażu IPSOS dla opozycyjnego portalu oko.press 54% uczestniczących w praktykach religijnych zapowiedziało wtedy oddanie głosu na partię PiS. Stąd wypowiedź Tuska uznałem za absurdalną i obraźliwą; oczywiście dopuszczalną w warunkach wolności słowa, ale obraźliwą, bo sugerującą, że osoba biorąca udział w praktykach religijnych i głosująca na PiS sprzeniewierza się tym zasadom. Lisiewicz zwrócił uwagę na to, że Tusk nie tylko nigdy nie wycofał się ze swoich słów, lecz zaledwie kilka dni temu powtórzył publicznie, iż wierzący w Boga nie może głosować na PiS czy Konfederację. Publicysta twierdzi, że odbieranie prawa osobom wierzącym do popierania jakiejś partii politycznej jest nadużyciem. Donald Tusk wcześniej podczas Strajku Kobiet, który dopuszczał się agresji wobec kościołów, zaprosił Martę Lempart do Brukseli, założył też maseczkę z błyskawicą. A później powód staje w roli kogoś, kto nakazuje wierzącym, na kogo mają głosować – zauważył Lisiewicz.

Przed salą rozpraw stawili się przedstawiciele mediów oraz osoby prywatne, które w ten sposób chciały zamanifestować swoje poparcie dla pozwanego red. Tomasza Sakiewicza i „Gazety Polskiej” i  które protestowały przeciwko  kneblowaniu ust  publicystom krytykującym PO.  Tomasz Sakiewicz uważa, że proces, który wytoczył mu lider PO, to jedynie element prowadzonych na szeroką skalę działań, mających na celu zastraszanie krytycznych wobec Donalda Tuska  dziennikarzy: Proces, który wytoczył Donald Tusk, to jeden z trzech procesów wytoczonych mi i moim mediom i jeden z wielu procesów wytoczonych ostatnio dziennikarzom , ale szczególnie uwziął się chyba na mnie.  Donald Tusk żąda w nich po 100 tysięcy złotych oraz wielokrotnych przeprosin. Wszystko po to, żeby wywołać efekt mrożący; wszystko po to, żeby doprowadzić do tego, żeby nie krytykować go i nie atakować.

Zdaniem naczelnego „Gazety Polskiej” mamy do czynienia z sytuacją niedorzeczną: W tym wypadku proces jest absolutnie kuriozalny, ponieważ dotyczy satyrycznej okładki, na której redakcja zażartowała z jego [D.Tuska – przyp. red.] powiedzenia – kto powinien spośród wierzących głosować i na kogo. Tego typu procesy są w ogóle niemożliwe w zachodnim świecie, ponieważ skończyłby się kompromitacją dla polityka. Sakiewicz twierdzi, że tego podobne procesy są niezwykle niebezpieczne ze względu na przekaz, jaki jest dawany społeczeństwu: Dzisiaj niestety ciągle żyjemy w standardzie, w którym dziennikarz ma służyć ważnym ludziom, a nie opinii publicznej – zresztą w dużej części zaatakowanej przez Donalda Tuska. Chyba nikt bardziej nie upokorzył ostatnio ludzi wierzących niż Donald Tusk, zakazując im głosować na pewne partie – powiedział po rozprawie red. Tomasz Sakiewicz.

Rozprawa została odroczona do 16 czerwca b.r.  Na ten dzień sędzia Rafał Wagner wyznaczył przesłuchania powoda i pozwanego, czyli Donalda Tuska i red. Tomasza Sakiewicza.

 Tekst: Anna Maria Szczepaniak, zdjęcia: Mateusz Okrasiński i Łukasz Żmuda

Informacja o monitoringu CMWP SDP TUTAJ.

 

Protest CMWP SDP przeciwko zastraszaniu red. Doroty Kani przez posła Platformy Obywatelskiej

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko skandalicznej wypowiedzi posła Platformy Obywatelskiej Czesława Mroczka, sekretarza stanu w ministerstwie obrony narodowej w rządzie PO/PSL, który 5 kwietnia br. w programie „Poranek Polskiego Radia 24” groził red. Dorocie Kani słowami „rozliczymy przecież Panią, za to co Pani robi w tym imperium Obajtkowym i w Polskim Radiu (…) Pani należy do jakiegoś imperium orlenowskiego, które kłamie Polakom dzień w dzień”. W ten sposób poseł odpowiadał na prośbę  prowadzącej program red. Doroty Kani o odniesienie się do opinii drugiego gościa programu, posła Andrzeja Kosztowniaka, który przedstawił argumenty przeczące tezom głoszonym wcześniej przez posła PO.

Wypowiedź Czesława Mroczka narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa, ponieważ zawiera zapowiedź pozaprawnych działań polityka skierowanych przeciwko dziennikarce prowadzącej autorski program w Polskim Radiu od kilku lat i znanej z bezkompromisowych i odważnych materiałów dziennikarskich dotyczących ważnych problemów społecznych i politycznych.

CMWP SDP stanowczo podkreśla, iż takie słowne groźby są nieakceptowalne, ponieważ ich celem jest przede wszystkim uruchomienie mechanizmu autocenzury w mediach czyli samoograniczania się nie tylko przez osobę, której się grozi, ale także przez innych dziennikarzy, po to by nie podejmowali w swoich publikacjach trudnych i kontrowersyjnych tematów politycznych i  społecznych, co w oczywisty sposób niszczy zasadę wolnego słowa i prowadzi do ograniczenia swobód obywatelskich. Jest to tzw. efekt mrożący (ang. chilling effect), wielokrotnie opisywany zarówno na gruncie polskiego prawa mediów, jak i innych krajów, jako działanie przeciwko wolności słowa i wypowiedzi.  Wyjątkowo bulwersujące w opisywanej sytuacji jest to, iż działanie takie podejmuje polityk pełniący odpowiedzialne funkcje w państwie w tak newralgicznej dziedzinie jaką jest obronność i bezpieczeństwo kraju, który powinien zdawać sobie sprawę z wagi wypowiadanych gróźb. Atakując słownie dziennikarza poseł Czesław Mroczek świadomie naruszył zasadę wolności słowa w demokratycznym państwie, do której przestrzegania zobowiązani są nie tylko przedstawiciele mediów, ale także politycy.