Skazana za felieton. CMWP SDP w obronie dziennikarki

Red. Hanna Szumińska została oskarżona o przestępstwo z art. 212 § 2 k.k., które miało polegać na pomówieniu dwóch osób: lokalnego radnego oraz funkcjonariusza Policji. 

Na portalu internetowym wikiduszniki.pl oraz  w gazecie „Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej”  w styczniu 2018 r.  Hanna Szumińska opublikowała felieton, w którym stawiała pytania, czy radny „załatwił” policjantowi darmowy wyjazd zagraniczny do Estonii, w zamian za odstąpienie od czynności służbowych (nieodebranie prawa jazdy). Jej krótka publikacja na ten temat  ( około 2 tysięcy znaków) stały się przyczyną wniesienia aktu oskarżenia oraz wydania przez Sąd Rejonowy w Poznaniu   wyroku skazującego. Od tego orzeczenia pełnomocnik Hanny Szumińskiej wniósł apelację. Centrum Monitoringu Wolności Prasy  SDP objęło tę rozprawę monitoringiem. W ocenie CMWP SDP  skazanie dziennikarki za ten artykuł jest rażącym naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa. Sąd Rejonowy uznał przy tym, iż dziennikarka dopuściła się dwóch odrębnych czynów i wymierzył jej dwie kary (i przez to dwie tzw. nawiązki finansowe na cele społeczne).  Oznacza to dwukrotne skazanie za jeden czyn, wbrew przepisom prawa karnego materialnego oraz poglądom judykatury w tej materii. Tymczasem dziennikarka działała w interesie społecznym i w ogóle nie powinna być skazana za ten artykuł. Takie stanowisko CMWP SDP przesłało do Sądu. Rozprawa apelacyjna zaplanowana jest na 20 listopada w Sądzie Okręgowym w Poznaniu. 

 

W dniu dnia 7 stycznia 2018 r. red. Hanna Szumińska opublikowała na str. internetowej www.wikiduszniki.pl oraz na łamach gazety Forum+ Miesięcznika Ziemi Szamotulskiej artykuły, które  dotyczyły lokalnego radnego oraz funkcjonariusza Policji. Nie wymieniała ich nazwisk.

 

Artykuł , po którego publikacji została oskarżona i skazana z 212 kk red. Hanna Szumińska jest tu :CMW.H.Szumińska.artykuł.Dokument 218

 

W artykule czytamy m.in. : Radny AD z Podrzewia załatwił aspirantowi policji Przemysławowi J. darmowy wyjazd do Estonii. Aby to było możliwe, policjant otrzymał honorowe członkostwo Ochotniczej Straży Pożarnej. Czy stało się tak dlatego, że aspirant J. nie odebrał radnemu prawa jazdy, choć powinien? O szczegółach pisaliśmy w tekście „Jak policjant został strażakiem”. Natomiast na łamach Forum+ zamieściła artykuł, który został opatrzony tytułem „Tej hipotezie nikt nie zaprzeczył Jak policjant został strażakiem”. Nadto nad ww. tytułem znajdował się tekst „Na tropie prawdy”. W ww. artykule oskarżona zamieściła tekst: Łatwo odpowiedzieć komu, trudniej udowodnić dlaczego. Wyjazd do Estonii załatwiła ta sama osoba, która wciągnęła J. Na członka honorowego – Andrzej D. Zadaliśmy pytania, ale nie jesteśmy w stanie potwierdzić powtarzanej przez mieszkańców gminy opinii, że była to nagroda za to, że Andrzejowi D, nie odebrano prawa jazdy za naruszenie prawa o ruchu drogowym.

 

Sąd Rejonowy uznał, że dziennikarka nie zachowała szczególnej staranności przy zbieraniu materiałów do artykułów prasowych i ich redagowaniu. W szczególności, nie uznał skuteczności zadanych przez nią w trakcie przygotowywania artykułu pytań przyjmując, że pytanie zadane za pomocą Facebooka nie spełniało wymagań – mimo że Prawo prasowe  nie przewiduje żadnych obostrzeń co do formuły zapytania prasowego. Uznał również, że dziennikarka powinna była poinformować osoby, których materiał prasowy miał dotyczyć  o zamiarze jego opublikowania, chociaż żaden przepis prawa takiego obowiązku nie przewiduje. Nie wziął też pod uwagę statusu prawnego osób, do których odnosiła się treść artykułów prasowych (obydwaj są funkcjonariuszami publicznymi  i dla społeczności lokalnej – osobami publicznymi). Sąd nie objął opisem  wszystkich elementów publikacji, opierając się na wersji zaprezentowanej przez oskarżycieli, a nie na wersji faktycznie opublikowanej. Ponadto sąd oddalił kluczowy dla obrony wniosek dowodowy o przesłuchanie świadka na okoliczność tego, kto był informatorem dziennikarki.  Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autorkę artykułu „Jak policjant został strażakiem” specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej krótkiej publikacji, dziennikarka nie podaje żadnego nazwiska, a co więcej, przyznaje, iż opisuje historię, której nie udało jej się jednoznacznie potwierdzić, zwraca tylko uwagę na fakty i ich zadziwiającą koincydencję stawiając pytania na końcu felietonu. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. W tym wypadku więc skazanie dziennikarza jest w ocenie CMWP SDP rażącym naruszeniem zasady wolności słowa demokratycznego państwa.

 

Podsumowując powyższe rozważania i oceniając całokształt sprawy przez pryzmat wolności słowa, CMWP stoi na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa red. Hanny Szumińskiej do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie jej do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście jej skazanie stanowi naruszenie praw człowieka i obywatela i powoduje tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszając innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy dotyczące społeczności lokalnej. W tym kontekście, wyroku Sądu I Instancji nie da się pogodzić ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP). CMWP stoi na stanowisku, że wyrok ten narusza międzynarodowe standardy wolności słowa i powinien zostać uchylony.

 

Warszawa, 16 listopada 2019 r.

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Jeden świadek nie żyje, inni nie znali, nie widzieli…

Zakończyły się zaplanowane na ten rok rozprawy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu w sprawie uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary.

 

O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Obaj mężczyźni to judocy a także byli milicjanci. Na początku lat 90. zaczęli pracę w ochronie w poznańskiej firmie Elektromis. Na ławie oskarżonych zasiadłby również Roman K., pseudonim Kapela, ale nie żyje od 1993 roku. K. miał także brać udział w porwaniu Ziętary 1. września 1992 roku. Krążące wersje dotyczące śmierci ochroniarza mówią o jego samobójstwie, przypadkowym postrzale w głowę, a nawet, że został zastrzelony, a samobójstwo upozorowano. Podobno istniały obawy, że zacznie coś mówić właśnie w sprawie Jarosława Ziętary. Proces od lutego 2019 roku obserwuje Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

W listopadzie przewidziane były dwie rozprawy, jedna z nich została odwołana, a w czwartek, 14 listopada, przesłuchano kolejnych świadków oraz podano terminy następnych posiedzeń, które odbędą się w pierwszych czterech miesiącach 2020 roku.

 

Zeznawało czerech świadków: Krzysztof S., Henryk J., Tomasz R. oraz Walerian P. Wszyscy potwierdzili przed sądem, że nie znali dziennikarza, nigdy go nie widzieli, nie wiedzą o żadnym pobiciu kogokolwiek z udziałem ochroniarzy Elektromisu. Trzech mężczyzn sprawę dziennikarza znało wyłącznie z mediów, a czwarty Walerian P. w ogóle o niej nie słyszał.

 

Krzysztof S., 60 lat, w latach 90 pracował w Elektromisie jak sam o sobie powiedział jako „samodzielny od zakupów”. Dodał, że jego obowiązkiem był zakup towaru i sprowadzenie go do Polski. Nie zajmował się jednak sprzedażą na terenie kraju. W Elektromisie, według S, pracowało sześć grup, które zajmowały się pozyskiwaniem towarów. Krzysztof S. stał na czele jednej z nich, VI. Świadek stwierdził, że 70% zakupów robiła właśnie VI grupa. Z Elektromisu odszedł z własnej woli, po pięciu latach i przez to stał się – jak powiedział – osobą wyklętą. Polegało to na tym, że „pracownicy mieli zakaz kontaktowania się ze mną”.

 

Ponad to stwierdził, że nie ma żadnej wiedzy o związkach Ziętary z Elektromisem. Nie słyszał, by młodego dziennikarza pobito pod siedzibą firmy, ani  kogokolwiek innego. Tłumaczył, że w tamtym czasie bardzo dużo jeździł po Europie i był bardzo zajęty, a sprawę zna jedynie z mediów. Nie potrafił także wyjaśnić jak trafił do Elektromisu i kto go przyjmował do pracy.

 

Wcześniej prowadziłem kwiaciarnię w Pniewach. Gdy cofniemy się w czasie o 30 lat, Pniewy były wtedy strategicznym miastem. Wszyscy musieli jechać przez Pniewy. (Miasto 50 km od Poznania na trasie do Berlina). To były czasy gdzie nic nie można było kupić. Ludzie przychodzili do mojej kwiaciarni nie tylko po kwiaty, ale również po kawę, pomarańcze, ja to wszystko tam miałem i stąd moje szerokie kontakty. Mogło być tak, że kiedyś przyszedł tam również Mariusz Ś. lub ktoś inny z kadr i tak to się zaczęło – domniemywał Krzysztof S. Świadka spytano również jaką rolę w Elektromisie pełnił Mariusz Ś.

 

Często nabijaliśmy się, że Mariusz Ś. jest w firmie na etacie strażaka. Nie wiem, jaką funkcję formalnie pełnił.

 

Podczas czwartkowej rozprawy twierdził także, że do Elektromisu sprowadzano papierosy z zagranicy i jego zdaniem było to legalne.

 

Tu warto uzupełnić, powołując się na publikacje poznańskich dziennikarzy, że Krzysztof S. był jednym z oskarżonych w aferze Elektromisu polegającej m.in. na wielkich oszustwach podatkowych, został nawet nieprawomocnie skazany w aferze Elektromisu, ale ostatecznie sprawa się przedawniła. Jednak w czwartek nie wspomniał, że miał proces, w którym wyszło m.in. na jaw, że papierosy pochodziły z nielegalnych źródeł. S. prowadził także drużynę Miliarder Pniewy, która w latach 90. występowała na najwyższym szczeblu rozgrywek piłkarskich.

 

Henryk J. to 59 letni były pracownik Elektromisu. Z zawodu strażak, w holdingu zatrudniony był od marca 1989 roku do 2018. Początkowo był handlowcem, następnie pracował w dziale tworzenia sieci dyskontowej Biedronka i Żabka. Swoje zeznania podsumował: pracowałem tam 30 lat i muszę powiedzieć, że super praca.

 

Tomasz R. pseudonim Chomik, to 54 letni były milicjant, który działał również w ZOMO. Ze służby odszedł jeszcze w 1988 roku. Jak sam zeznał został cinkciarzem i stał pod kantorami. Z czasem sam wpadł w kłopoty. Miał procesy za wymuszenia rozbójnicze. W tym samym czasie trenował boks w Poznańskim Klubie Sportowym Olimpia. Z klubu zna obu oskarżonych.  Rybę pamięta dobrze, bo był, jak się wyraził wybitnym judoką, a Lalę, słabiej, wie jednak, że taki „chłopak tam się przewijał”. Tłumaczył równocześnie, że sam trenował boks, a oskarżeni judo. Pytany o ludzi związanych z Elektromisem oświadczył, „ to nie było moje środowisko, to były znajomości na część”.

 

Ostatni na sali sądowej pojawił się, 78 letni Walerian P., który do dziś związany jest z branżą tekstylną, pomimo, że wyjechał z Polski już w 1963 roku. Mieszka w Niemczech, a do Polski przyjeżdża głównie w interesach. Był związany z polskimi firmami odzieżowymi, z których większość już nie istnieje. O sprawie Jarosława Ziętary nic nie wie nawet z prasy.

Tu jednak warto dopowiedzieć, że według poznańskich mediów, Walerian P. był bohaterem artykułu autorstwa zamordowanego dziennikarza, który ukazał się na łamach tygodnika „Wprost” na początku lat 90. Chodziło o tekst dotyczący „wspólnika in blanco” oraz tzw. „białego Żyda”. Pytany o te epitety przez prokuratora Walerian P. oświadczył, że nie słyszał by tak go nazywano oraz zaprzeczył, by to mogło chodzić o jego osobę. Wspomniany tekst, jak donoszą poznańskie media, zahaczał o interesy służb specjalnych i świadek miał zabiegać o jego sprostowanie. Ostatecznie takie ukazało się we Wproście, zredagowane pod nieobecność Ziętary i bez jego wiedzy. Jarosław Ziętara odszedł z tygodnika.

 


 

8 stycznia w Sądzie Okręgowym w Poznaniu rozpoczął się proces dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis oskarżonych przez krakowską prokuraturę o porwanie w 1992 r. dziennikarza śledczego Jarosława Ziętary, które doprowadziło do jego zabójstwa. Z aktu oskarżenia wynika, że ochroniarze o pseudonimach: “Ryba” i “Lala” przedstawili się Jarosławowi Ziętarze jako policjanci i “zaprosili” dziennikarza do samochodu przypominającego radiowóz, później przekazali go zabójcom. Przed 1989 r. obaj byli milicjantami, pracowali w kompanii antyterrorystycznej, po upadku komunizmu zaczęli pracować jako ochroniarze w Elektromisie. Obaj mężczyźni nie przyznają się do winy.

 

Od 2016 r. w poznańskim sądzie toczy się także proces byłego senatora Aleksandra Gawronika, który według śledczych podżegał do zabójstwa dziennikarza. On także nie przyznaje się do winy.

 

Dziennikarz śledczy Jarosław Ziętara zaginął w 1992 roku. Wyszedł do pracy, do której nigdy nie dotarł. Według prokuratury został zamordowany. Jego ciała do tej pory nie odnaleziono, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego.

 

Aleksandra Tabaczyńska

 

Sąd Apelacyjny oddalił powództwo przeciwko dziennikarzom z Opola oskarżonym z art. 212 kk

15 listopada 2019 r. Sąd Apelacyjny we Wrocławiu  podtrzymał wyrok Sądu I Instancji i  oddalił powództwo w całości oraz  zasądził obciążenie kosztami procesu stronę pozywającą dziennikarzy, czyli Instytut Badań Marki sp. z o.o. Instytut wystąpił z powództwem przeciwko dziennikarzom red. Tomaszowi Kwiatkowi i red. Wiktorowi Sobierajskiemu z Opola.  Decyzja Sądu jest zbieżna ze stanowiskiem CMWP SDP, które zostało przesłane do Sądu już I Instancji.

 

W internetowej Niezależnej Gazecie Obywatelskiej (NGO) dziennikarze opisali działalność Instytutu Badań Marki sp. z o.o polegającą na wykonywaniu fikcyjnych szkoleń  z zakresu BHP  oraz odpłatne przyznawanie  tzw.  laurów zaufania. Instytut Badań Marki sp. z o.o. prowadził szkolenia on-line pobierając wysokie opłaty za materiały szkoleniowe (płyta CD), testy egzaminacyjne  i wystawianie zaświadczeń o ukończeniu szkolenia, w praktyce uniemożliwiając swoim klientom rezygnację z raz przyjętego zobowiązania np. do szkoleń BHP.  Red. Tomasz Kwiatek i red. Wiktor Sobierajski w kilku artykułach opisali te praktykę. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich  było  obserwatorem tej sprawy w ramach swoich uprawnień przekazując do Sądu swoją opinię jako amicus curiae.

 

W ocenie CMWP SDP sprawa ta budziła poważne wątpliwości z punktu widzenia wolności słowa. Powód czyli Instytut Badań Marki sp. z o.o. jest publicznie działającym przedsiębiorcą i powinien liczyć się z krytyką społeczną, w tym także na łamach prasy. Biorąc pod uwagę kontrowersje związane z jego działalnością wytoczenie procesu dziennikarzom oceniliśmy jako jako tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tj. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa powodów do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez ich zniechęcenie do podejmowania ważnych społecznie spraw.

 

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu  rozpatrywał  rzekome naruszenie dóbr osobistych, jakiego mieli się dopuścić red. Tomasz Kwiatek i red. Wiktor Sobierajski poprzez opublikowanie na łamach gazety internetowej  Niezależna Gazeta Obywatelska (NGO) ukazującej się na stronie www.ngopole.pl artykułów, w których opisali niejasne i kontrowersyjne praktyki Instytutu Badań Marki sp. z o.o.  polegające na sprzedaży  fikcyjnych certyfikatów i szkoleń dla przedsiębiorców.

 

Wcześniej Sąd Okręgowy w Opolu, który zajmował się tą sprawą oddalił powództwo w całości i zasądził obciążenie kosztami procesu stronę pozywającą dziennikarzy, czyli Instytut Badań Marki sp. z o.o. 15 listopada 2019 r. Sąd Sąd Apelacyjny we Wrocławiu  podtrzymał ten wyrok.

 

Kolejna rozprawa przeciwko dziennikarzowi oskarżonemu z art. 212 § 2 kk

5 listopada 2019 w Sądzie Rejonowym w Jastrzębiu-Zdroju w II Wydziale Karnym odbyła się rozprawa przeciwko redaktorowi Grzegorzowi Kosińskiemu z oskarżenia prywatnego wniesionym przez posła Grzegorza Matusiaka. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich objęło tę sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy. Grzegorz Kosiński został oskarżony z art. 212 § 2 kk. o zniesławienie. Sędzia rozpoczęła sprawę i poinformowała, że na rozprawę stawili się: oskarżony G. Kosiński osobiście z pełnomocnikiem z urzędu, oskarżyciel prywatny poseł PIS Grzegorz Matusiak z pełnomocnikiem, obserwator CMWP red. H. Żwirska. Następnie odczytała akt oskarżenia wniesiony przez Posła. Red. G. Kosiński został oskarżony za opublikowanie 27.07.2018 r. na stronie internetowej http://czarna-owieczka.pl tekstu: „Poseł za publiczne pieniądze urządził sobie wycieczkę i prowadził rozmowy na tematy o których nie ma bladego pojęcia. Ciężko uwierzyć, że osoba z tak niskim kapitałem intelektualnym i kulturowym jest w stanie na takim spotkaniu powiedzieć coś interesującego. Kolejny raz chodziło o zapchanie Facebooka fotami, które mogą stworzyć mylne wrażenia, że poseł jest osobą obytą i światową. A w rzeczywistości słoma z butów jest widziana na kilometr.” Oskarżyciel złożył do akt sprawy pismo ambasady w Czarnogórze z 2.08.2019 r. potwierdzające nawiązanie współpracy Polski i Czarnogóry. Oskarżyciel prosił Sąd o potraktowanie tego pisma jako dowodu w sprawie, gdyż zostały nawiązane kontakty i współpraca między miastami w Polsce (Żory) i Czarnogórze. Sędzia poinformowała strony, że 23.10.2018 r. doręczono oskarżycielowi odpowiedź na jego pismo. Odpowiedź ta została udostępniona stronie oskarżonego na wniosek pełnomocnika.

 

Z kolei Sąd rozpoczął przesłuchanie red. G. Kosińskiego. Najpierw Sędzia poprosiła oskarżonego o podanie szczegółowo informacji o danych osobowych: stanu cywilnego, zatrudnieniu, zarobkach, wykształceniu, miejscu zamieszkania i innych. Po otwarciu przewodu sądowego Sędzia odczytała akt oskarżenia pomijając uzasadnienie. Oskarżony G. Kosiński został pouczony, że może odmówić odpowiedzi, może złożyć wnioski lub z nich zrezygnować. Oskarżony redaktor nie przyznał się do winy i oświadczył, że będzie składał wyjaśnienia.

 

Redaktor G. Kosiński wyjaśnił, że jego działalność nie jest działalnością informacyjną. Zajmuje się działalnością artystyczną i krytyką, satyra rządzi się innymi prawami. Korzystając z prawa wolności artystycznej i dziennikarskiej pozwolił sobie na takie a nie inne komentarze. Nie były one wymierzone w pana posła G. Matusiaka, bo gdyby była to inna osoba podobnie oceniłby subiektywnie, zgodnie z zasadami formułowania satyry. W ocenie oskarżonego jego sformułowania nie podlegają dowodowi prawdy i dlatego postanowił ich użyć. Twórczość artystyczna i dziennikarska nie podlegają dowodowi prawdy. Język debaty publicznej funkcjonuje podobnie a nawet jest ostrzejszy. Ponadto charakter czasopisma „Czarna Owieczka” już przez sam tytuł wskazuje , że jest to czasopismo satyryczne i tak należy je traktować. W swoich wyjaśnieniach powołał się na francuskiego socjologa Pierre Bourdieu’a, który stworzył definicję kapitału kulturowego i na nią się powołał. Wyjaśnił, że ta definicja obejmuje 3 elementy:

 

1) znajomość form kultury, kulturę osobistą i obyczaj, 2) wykształcenie nabyte w prestiżowej uczelni oraz posiadanie prestiżowych nagród, 3) posiadanie licznych dóbr kultury.

 

Zdaniem oskarżonego Poseł nie spełnia tych warunków. Stwierdzenie, że „…słoma z butów jest widziana na kilometr.”.  Wyjaśnił, że jest to metafora artystyczna. Logo „Czarna Owieczka” świadczy o opiniotwórczym charakterze czasopisma. Inne artykuły były w podobnym tonie i zawierały elementy artystycznej oceny.

 

Red. G. Kosiński wyjaśnił, że kancelaria Sejmu potwierdziła finansowanie wyjazdu posła Grzegorza Matusiaka z publicznych pieniędzy. Zdaniem redaktora osoba wyjeżdżająca za granicę powinna mieć wiedzę z zakresu malarstwa, rzeźbiarstwa i historii Czarnogóry oraz w dostatecznym stopniu posługiwać się językiem Czarnogóry. Oskarżony mówił, że jego wypowiedź zaczyna się od sformułowania, że to jakiś żart. Świadczy to o tym, że ta sytuacja była zabawna.

 

Sędzia pytała, gdzie jest działalność artystyczna, gdzie jest artyzm? Pan Kosiński odpowiedział, że w jego ocenie jest to artyzm, wszystko co ma charakter satyry-krytyki jest działalnością artystyczną. Następnie Pani Sędzia przedstawiła szereg artykułów, ustaw, orzeczeń sądów, Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i innych w podobnych sprawach. Omówiła historię gazety „Czarna Owieczka” i stronę internetową na której ukazują się art. red. G. Kosińskiego. Podała również kilka przykładów gdy posłowie wyjeżdżali za granicę za pieniądze mieszkańców. Przytoczyła również Gazetę Wyborczą, która opisała wizyty i wyjazdy często zagraniczne posła G. Matusiaka. Sędzia stwierdziła, że nie można pozbawić społeczeństwa prawa do informacji o zachowaniu się posłów. Przytoczyła też wypowiedzi L. Wałęsy i krytykę posła Kaczyńskiego oraz wypowiedzi posłów Staniszkis i Niesiołowskiego. Podsumowując Sędzia stwierdziła, że subiektywna ocena poziomu kulturalnego jest powszechnie używana w polityce. Jeśli poseł jest krytykowany, to od Sądu wymaga ukarania dziennikarzy. „Słoma z butów…” było używane bardzo często w stosunku do polityków. Intencją posła G. Matusiaka jest zamknięcie ust dziennikarzowi. Każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów. W sumie wypowiedź Sądu trwała ok 1 godziny. Na koniec stwierdziła, że była to odpowiedź na akt oskarżenia.

 

Na koniec pełnomocnik oskarżyciela prywatnego  prosił o możliwość zadania kilku pytań oskarżonemu. Sędzia wyraziła na to zgodę. Pełnomocnik posła G. Matusiaka zadał 5 pytań na które oskarżony red. G. Kosiński odmówił udzielenia  odpowiedzi.

 

Pytania: 1) Czy posługując się Pana definicją odnośnie potencjału kulturalnego sprawdził Pan jakie wykształcenie ma Poseł?,  2) Czy celem tej publikacji na łamach ‘Czarnej Owieczki’ jako magazynu opiniotwórczego było wytworzenie opinii u odbiorcy na temat działalności politycznej posła Matusiaka?, 3) Czy w Pana ocenie jako dziennikarza oczekiwanie dla wypełnienia definicji kapitału kulturowego i intelektualnego posiadanie wykształcenia i ukończenie prestiżowej uczelni i posiadanie określonych dóbr kultury nie ma walorów dyskryminujących osobę?, 4) Czy mógłby Pan wskazując na „słomę z butów widoczną na kilometr” wskazać synonim tego określenia, skoro jest to metafora. Jaką treść w Pana przekonaniu miał wytworzyć odbiorca cytowanego tekstu na temat posła na Sejm Grzegorza Matusiaka, jako synonim użytego przez Pana określenia?, 5) Czy sprawdzał Pan i jaki był wynik co do wiedzy oskarżyciela na temat kultury Czarnogóry oraz czy sprawdzał czy spotkanie co do którego informacje zamieścił na Facebooku dot. współpracy zawartego porozumienia między Czarnogórą i Polską?

 

Na tym rozprawa zakończyła się.

 

Termin następnej rozprawy 19 II 2020 r. godz. 9:30.

 

Tekst: Halina Żwirska

 

Na zdjęciu budynek Sądu Rejonowego w Jastrzębiu-Zdroju. Źródło: https://www.jastrzebie.sr.gov.pl/

 

Apel CMWP SDP do Polskiego Radia o przywrócenie współpracy z red. Łukaszem Warzechą

Łukasz Warzecha nie będzie już prowadził audycji w Polskim Radiu 24. Podziękowano mu za współpracę. W czwartek, 14 listopada, Zarząd Główny SDP omówi tę sprawę. Tymczasem Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP wyraziło swoje stanowisko:

 

CMWP SDP wyraża ogromne zaniepokojenie z powodu zerwania współpracy przez Polskie Radio24 z red. Łukaszem Warzechą, doświadczonym i wyrazistym publicystą, stałym komentatorem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (na portalu sdp.pl) i apeluje do kierownictwa Polskiego Radia S.A. o przywrócenie współpracy z dziennikarzem.  W dniu 12 listopada b.r. w rozmowie telefonicznej red. nacz. PR24 Joanna Turek poinformowała red. Łukasza Warzechę o zdjęciu z anteny jego autorskiego programu „Wróżenie z Faktów” bez wyjaśnienia przyczyn tak radykalnego ruchu, jakim jest zawsze usunięcie z anteny programów konkretnego autora. Jest to kolejny już program Łukasza Warzechy zdjęty z anteny Polskiego Radia 24. W listopadzie 2018 roku z ramówki zniknęła wtorkowa audycja „Szukając dziury w całym”. Audycje były emitowane przez ostatnie  cztery lata.

 

W rezultacie uniemożliwia mu to w praktyce wykonywanie zawodu dziennikarza w Polskim Radiu, co jest wyjątkowo dokuczliwą represją dla każdego publicysty, a co ważniejsze, eliminuje z debaty publicznej cenionego i doświadczonego dziennikarza. Sytuacja ta psuje debatę publiczną w Polsce i jest działaniem na szkodę mediów publicznych w Polsce.

 

CMWP SDP oczekuje wycofania się przez kierownictwo Polskiego Radia z tej pochopnej decyzji.

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

Warszawa 13 listopada 2019 r.

Gmina Sopot kontra TVP3 Gdańsk

8 listopada 2019 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku, w XV Wydziale Cywilnym, kolejna już rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz przeciwko red. Jakubowi Świderskiemu, dziennikarzowi TVP3 Gdańsk. Osoby te zostały pozwane przez Gminę Miasta Sopot. Przedmiotem sporu były wyemitowane w TVP3 Gdańsk materiały informacyjne, autorstwa Jakuba Świderskiego, ukazujące etapy renowacji i zagospodarowywania dworca kolejowego w Sopocie wraz z terenami do niego przyległymi. W październiku 2019 r. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela. CMWP SDP reprezentuje na tej rozprawie red. Maria Giedz.

 

Sporny materiał dotyczy  wybudowania w miejscu dworca kolejowego w Sopocie kilkupoziomowego centrum handlowego z wydzielonym pomieszczeniem na cztery kasy biletowe i kilkoma ławkami do siedzenia oraz automatami z napojami. Sprawę prowadzi sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę stawiła się pełnomocnik Gminy Miasta Sopot mec. Monika Nowińska-Retkowska. Stronę pozwanego reprezentował mec. Wenanty Plichta. Stawił się też pozwany Jakub Świderski. Na rozprawie nie było pozwanej Joanny Strzemiecznej – Rozen. Sąd wezwał dwóch świadków zaproponowanych przez Gminę Sopot: Jana Kozłowskiego, który się nie stawił oraz Anitę Sałek. Podczas rozprawy doszło do przesłuchania jednego świadka – Anity Sałek, radcy prawnego pracującego na rzecz Urzędu Miasta Sopotu. Przesłuchanie trwało prawie pięć godzin.

 

Zeznania świadka Anity Sałek

 

Przez pierwsze ponad dwie godziny świadek, odpowiadając na pytania Sędziego Piotra Kowalskiego, przedstawiała bardzo szczegółowo proces przygotowawczy związany z rewitalizacją terenów dworcowych w Sopocie. Następnie odpowiadał na pytania pełnomocnika Gminy, pełnomocnika TVP3 Gdańsk oraz pozwanego dziennikarza Jakuba Świderskiego. Świadek rozpoczął swoje wyjaśnienia od rozmów, które Gmina prowadziła z PKP już w latach 90. XX w. Bowiem PKP, jak zeznawała Anita Sałek, było właścicielem części gruntu przydworcowego. Część z nich przynależało do Skarbu Państwa, a PKP je tylko dzierżawiła. Pozostałe tereny były własnością Gminy.

 

Sałek twierdziła, że PKP nie było zainteresowane renowacją tych terenów. Dlatego w 2008 r. Gmina podpisała z PKP umowę na rewitalizację dworca. Zdaniem świadka rewitalizacji należało dokonać na terenie objętym dwoma planami zagospodarowania przestrzennego z 2005 i 2007 r. Przeprowadzono więc przetargi, konkursy. Summa summarum w 2008 r. PKP wyraziło zgodę, aby wspólnie z Gminą realizować przedsięwzięcie. W tym momencie świadek przedstawiła szczegółowo etapy wybierania doradców zarówno prawnych, jak i ekonomicznych, a także najróżniejszych pełnomocników, których potrzeba funkcjonowania nie została wyjaśniona.

 

Zdaniem świadka sytuacja była niezwykle skomplikowana, gdyż teren oraz budynek dawnego dworca należał do różnych właścicieli, czyli PKP w tym Skarbu Państwa i Gminy Miasta Sopot. Ponadto w gruncie, pod planowaną budową znajdowało się szereg systemów przyłączy. Stworzono 5 lub 6 modeli. Poszukiwano prywatnego inwestora. Powołano kilka komisji. Pojawiło się dwóch inwestorów, ale zdaniem świadka jeden z nich nie miał formalnego wadium, więc wybrano Bałtycką Grupę Inwestycyjną o mieszanej własności z przewagą własności krajowej.

 

W 2012 r. podpisano umowę na projekt zagospodarowania nowej zabudowy, która wpisywała się w rewitalizację starej – wyjaśniała Anita Sałek. Już na tym etapie było wiadomym, że powstanie centrum komercyjne. PKP było zainteresowane gotówką, natomiast chciało jedynie zachować lokal o łącznej powierzchni 500 m kw. Miały to być dwa pomieszczenia na parterze i na antresoli. Obecnie antresola jest pusta, a w lokalu na parterze znajdują się cztery kasy biletowe. PKP przeniosła użytkowanie wieczyste na BGI. W 2014 albo 2015 r. Gmina sprzedała swoje grunty (0,5 ha) i prawo do użytkowania wieczystego BGI. Jednak Gmina zachowała we własnym posiadaniu ciąg pieszy na dwóch poziomach oraz Bagażownię. W dalszym ciągu zeznań okazało się, że gmina jest właścicielem teoretycznie drogi, która stała się parkingiem BGI.

 

Przeprowadzony przez świadka wywód na temat finansów całej inwestycji był jeszcze bardziej skomplikowany niż proces uzyskiwania prawa własności przez BGI. Sałek wyjaśniała, że Gmina nic na tym nie straciła, a inwestor ma prawo zarabiać. Ponadto podkreślała, że Gmina sprzedała swój grunt inwestorowi, gdyż jej zadaniem nie jest prowadzenie działalności gospodarczej. Dzięki tej sprzedaży Gmina nie wykładała własnych środków na zagospodarowanie terenu. Natomiast otrzymała zagospodarowany teren.

 

Jedynym terenem, zdaniem świadka, który nadal jest własnością gminy, jest droga pod centrum handlowym. Jakub Świderski, dziennikarz TVP3 Gdańsk, wykazał podczas rozprawy, że droga ta w rzeczywistości jest płatnym parkingiem, a więc nie jest drogą publiczną, jak to było przed rewitalizacją dworca PKP.

 

Umowa zawarta pomiędzy Gminą a BGI w 2015 r. – kontynuował świadek – dotyczyła również utrzymania i zarządzania terenem na 8 lat. Co będzie po tych 8 latach jeszcze nie wiadomo. Cała sprawa, zdaniem Anity Sałek, była szeroko konsultowana z mieszkańcami Sopotu. – Odbywały się spotkania z prezydentem, wszystkie koncepcje były dostępne w Biuletynie Informacji Publicznej. Odbywały się dni otwarte, ustawiano plansze, zapraszano mieszkańców na spacery po terenie inwestycji – mówiła Anita Sałek. Dodała też, że całe postępowanie było kontrolowane przez NIK.

 

Kolejnym poruszonym problemem było umieszczenie w centrum handlowym, którego właścicielem jest BGI, miejskiej biblioteki, a raczej mediateki. Czynsz za użytkowanie pomieszczeń bibliotecznych, wraz ze spłatą inwestycji Gmina płaci BGI (41 zł za 1 m kw. plus 30 zł za metr spłaty inwestycyjnej – razem jest to 71 zł za 1 m kw.). Umowa została spisana na 10 lat. Świadek twierdził, że była to najkorzystniejsza oferta – jest to najniższa cena, jaką można było wynegocjować na sopockim rynku nieruchomościami. Ponoć w tym czasie nie było w Sopocie tańszych lokali, jednak świadek nie zna szczegółów, gdyż przebywał wówczas na urlopie macierzyńskim.

 

W trakcie przesłuchania wyszła też sprawa, że BGI, jako prywatny inwestor otrzymał preferencyjny kredyt w ramach Funduszu Jessica (Inicjatywa Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Umożliwia państwom członkowskim finansowanie trwałych inwestycji na obszarach miejskich. Oprocentowanie tego kredytu preferencyjne dla miast na prawach powiatu woj. pomorskiego i wynosi 2 proc.).

 

Na pytanie pełnomocnika TVP3 Gdańsk o to, kto dopuścił się do zaniedbania terenu dworcowego, świadek odpowiedział, że – zrobili to mieszkańcy i turyści. Ponieważ każdy, kto chciał przychodził na ten teren, rzucał papierki… Gmina przecież celowo tego terenu nie dewastowała. W pewnym momencie rozprawy pełnomocnik Gminy nie pozwalał zadawać pytań świadkowi przez pełnomocnika dziennikarza. Zwłaszcza, że ten poruszył kwestię opinii Towarzystwa Przyjaciół Sopotu, która negowała sposób prowadzenia inwestycji przez Gminę, inaczej mówiąc odsprzedania gminnych gruntów inwestorowi. Miał też zastrzeżenia do porozumiewania się w trakcie procesu pełnomocnika dziennikarza ze swoim klientem.

 

Na wiele pytań postawionych zarówno przez mec. Wenantego Plichtę, jak i red. Jakuba Świderskiego świadek nie potrafił udzielić odpowiedzi. Zwłaszcza, jeśli chodziło o kwestie finansowe związane z użytkowaniem terenu, a także przyszłych remontów.

 

Zarzuty wobec dziennikarzy TVP3 Gdańsk

 

Podstawowym zarzutem wobec dziennikarzy TVP3 Gdańsk jest to, że w audycji pojawiły się następujące stwierdzenia:

 

  • Gmina „przekazała inwestorowi” miejskie grunty. Dziennikarz nie miał prawa podać takiej informacji – jest to zdaniem Gminy nierzetelność zawodowa.

 

Tymczasem dziennikarz informację tę oparł na komunikacie prasowym Prezydenta Miasta Sopotu o „przekazaniu gruntów”. Świadek skomentowała to, że dziennikarz nie może opierać swojej audycji na „jednym słowie prezydenta, bo jest to informacja nieprecyzyjna”.

 

  • Miejsce po dawnym dworcu kolejowym oficjalnie zostało nazwane Sopot Centrum, chociaż mówi się o nim „nowy dworzec”. Ten nowy dworzec w rzeczywistości nie jest dworcem – co podkreślał w pytaniach Jakub Świderski, lecz jest galerią handlową. Jednak świadek Anita Sałek udowadniała, że jest to dworzec, gdyż w centrum handlowym znajdują się kasy biletowe na pociągi. To kolejny spór pomiędzy Gminą a pracownikami Telewizji Gdańskiej.

 

Reasumując zeznania świadka można stwierdzić, iż urzędnicy mają prawo do korzystania ze zwrotu „nowy dworzec”, ale dziennikarz nie miał prawa nazwać centrum handlowego „dworcem”, chociaż w nazwie inwestycji znalazło się określenie „zagospodarowanie dworca i terenów go otaczających”.

 

  • Podobnie jest z użyciem przez dziennikarza zwrotu „prywatny dworzec”, którego wcześniej użył prezydent Sopotu. Zdaniem świadka nowy dworzec nie jest obiektem prywatnym, gdyż jest on własnością spółki prawa handlowego. Centrum handlowe jest własnością BGI, ale znajduje się w nim pomieszczenie z kasami biletowymi to własność PKP.

 

Sąd postanowił kontynuowanie przesłuchiwania świadków. Kolejną rozprawę wyznaczył na 10 stycznia (godz. 9).

 

Opracowanie Maria Giedz

 

Zdjęcia:  Maria Giedz

 

Odroczenie sprawy red. Józefa Wieczorka na czas nieokreślony

6 listopada br. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy) odbyła się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, że upubliczniał nagranie dźwięku i obrazu z rozprawy sądowej z wyłączeniem jawności. Red. Józef Wieczorek nie został prawidłowo poinformowany o wyłączeniu jawności tej rozprawy. Sprawa red. Józefa Wieczorka toczy się w sądach różnych instancji  już blisko 5 lat.

 

6 listopada po rozpoczęciu rozprawy przewodnicząca składu sędziowskiego wyraziła zgodę na dokumentowanie rozprawy przez publiczność. Zanotowała obecność m.in. obserwatora ze strony CMWP SDP, którym jest p. Agnieszka Kaczorowska.

 

Sędzia ogłosiła odroczenie rozprawy na czas nieokreślony, motywując to małą ilością czasu na zapoznanie się z dokumentacją oraz z uwagi na nowe procedury w sądzie.

 

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

 

Stanowisko CMWP SDP tutaj

 

Tekst i zdjęcia : Agnieszka Kaczorowska

CMWP SDP po raz kolejny w obronie red. Józefa Wieczorka z Krakowa

6 listopada b.r. w Sądzie Okręgowym w Krakowie (Wydział IV Karny Odwoławczy ) odbędzie się rozprawa apelacyjna od wyroku Sądu Rejonowego, w której oskarżonym jest red. Józef Wieczorek, niezależny publicysta i bloger. Jest on skazany za to, iż rozpowszechnił publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, choć o wyłączeniu jawności nie został prawidłowo poinformowany w trakcie rozprawy. Jest to powrót sprawy do Sądu Okręgowego  po kasacji Sądu Najwyższego, co sprawia, iż sprawa ta prowadzona jest w sądach różnych instancji już 5 lat.

 

W związku ze sprawą red. Józefa Wieczorka osk. z art. 241 § 2 k.k., Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP niezmiennie stoi na stanowisku, że zapadły w niniejszej sprawie wyrok skazujący rażąco godzi w prawa i swobody obywatelskie, a jedynym rozsądnym i zgodnym z prawem werdyktem w tej sprawie może być wyrok uniewinniający p. Józefa Wieczorka od postawionego mu zarzutu. Stanowisko nasze zostało przesłane do Sądu pismem z dnia 28 października 2019 r.

 

Skazując red. Józefa Wieczorka Sąd uznał, że rozpowszechnił On publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, zamieszczając na portalu internetowym YouTube nagranie filmowe utrwalające przebieg rozprawy i skazał go za czyn z art. 241 § 2 k.k. , jednak nie można przyjąć, że z informacją przekazaną przez Sąd o prowadzeniu rozprawy z wyłączeniem jawności wiąże się automatycznie wiedza i świadomość każdego co do odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie wiadomości z tejże rozprawy. W tym zakresie, pogląd iż p. Józef Wieczorek zdawał sobie sprawę z tej odpowiedzialności, jest nieuzasadniony. W niniejszej sprawie miała miejsce szczególna sytuacja, bowiem wskutek dynamicznego przebiegu zdarzeń w toku rozprawy przewodnicząca składu orzekającego przeoczyła pouczenie o skutkach niedopełnienia obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności, w tym o odpowiedzialności karnej z art. 241 § 2 k.k. Nadto, wyrażenie przez Sąd I instancji zgody na nagrywanie przez oskarżonego Adama Słomkę przebiegu rozprawy z wyłączeniem jawności, mimo podjętej wcześniej w tej kwestii decyzji odmownej, upewniło obecnego na sali dziennikarza nie tylko w jego przekonaniu co do legalności rejestracji, ale i braku przeciwwskazań do publikacji nagrania.

 

W praktyce, intuicyjne odczucie uczestnika rozprawy rzeczywiście może utożsamiać zgodę na nagrywanie z brakiem niejawności rozprawy, zwłaszcza w takim przypadku jak niniejszy. Obowiązek pouczenia dotyczy pełnej informacji co do tego jakie okoliczności objęte są tajemnicą, a także konsekwencji prawnych w sferze prawa karnego materialnego w razie niezachowania tajemnicy. W tym właśnie celu został on wprowadzony przez ustawodawcę. Aby więc przyjąć, że spełniono znamiona czynu z art. 241 § 2 k.k., zachowanie sprawcy musiałoby zostać popełnione w warunkach wcześniejszego prawidłowego (skutecznego) pouczenia przez sąd o skutkach tegoż zachowania, co nie miało miejsca. W ogóle, mając na względzie fundamentalną zasadę państwa prawa, należy przyjąć, że we wszystkich przypadkach w których przepisy wymagają pouczenia, jego brak nie może szkodzić obywatelowi.

 

Należy podkreślić, że norma art. 362 k.p.k. („Przewodniczący poucza obecnych o obowiązku zachowania w tajemnicy okoliczności ujawnionych na rozprawie toczącej się z wyłączeniem jawności i uprzedza o skutkach niedopełnienia tego obowiązku”) ma znaczenie nie tylko dla stron procesu. Gdyby założyć inaczej, pouczenie dokonywane przez sąd na podstawie art. 362 k.p.k. nie mogłoby się odnosić do publiczności. To zaś byłoby sprzeczne z założeniem racjonalności ustawodawcy, który expressis verbis sprecyzował, że pouczenie ma się odnosić do „obecnych” (a nie jedynie do stron lub świadków). Wprawdzie art. 16 § 1 k.p.k. przewidujący ogólny obowiązek pouczenia odnosi się do skutków procesowych dla uczestników postępowania, jednak art. 362 k.p.k. stanowi wobec niego przepis szczególny, odnosi się bowiem do wszystkich osób obecnych. Jeżeli więc pouczenie zostało wprowadzone przez ustawodawcę ma mieć sens i prawną doniosłość, należy konsekwentnie przyjąć, że jego brak (względnie niedotarcie do adresata ) ma wpływ na odpowiedzialność karną. Na gruncie orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz orzecznictwa krajowego, nie do przyjęcia byłby wniosek, że tak istotna czynność sądu rzutuje jedynie na skutki procesowe, a na materialno-prawne żadnego wpływu nie ma. Założenie, że wskutek braku pouczenia obywatel nie poniesie negatywnych skutków procesowych, ale nie ma przeszkód, aby został skazany wyrokiem karnym, jest ewidentnie sprzeczne z całościowym ujęciem konstrukcji odpowiedzialności karnej na gruncie systemu prawa. Jest też nie do pogodzenia z zasadą demokratycznego państwa prawnego, wyrażoną w art. 2 Konstytucji RP.

 

Zgodnie z art. 54 Konstytucji RP, „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Natomiast w myśl art. 10 ust. 1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka „Każdy ma prawo do wolności wyrażania opinii. Prawo to obejmuje wolność posiadania poglądów oraz otrzymywania i przekazywania informacji i idei bez ingerencji władz publicznych i bez względu na granice państwowe”.

 

W związku z powyższym CMWP stoi na stanowisku, że skazanie dziennikarza za słowo będzie w tym przypadku stanowić naruszenie praw człowieka i obywatela. Red. Józef Wieczorek powinien zatem zostać uniewinniony.

 

dr Jolanta Hajdasz
dyr. CMWP SDP

 

Szczegółowy opis sprawy tutaj.

 

Podziękowanie dla CMWP SDP z Ambasady Ukrainy w Polsce za wsparcie dla red. Asiejewa

CMWP SDP otrzymało podziękowanie z Ambasady Ukrainy za wsparcie aresztowanego ukraińskiego dziennikarza red. Stanisława Asiejewa wyrażone w publicznym stanowisku 24 października b.r. W mailu z 25.października 2019 r. podpisanym przez Juliię Borodii, rzecznika prasowego Ambasady Ukrainy w Polsce czytamy m.in. dziękujemy za Waszą stanowcze publiczne stanowisko w sprawie kolejnego nielegalnego skazania ukraińskiego dziennikarza i więźnia politycznego Stanisława Asiejewa, odzwierciedlone w apelu CMWP SDP. Podtrzymanie uwagi społeczeństwa dla tego tematu, stały monitoring i publiczne potępienie aktów bezczelnego naruszania przez Kreml oraz jego marionetki praw człowieka jest niezwykle ważne i potrzebne. Wysoko cenimy Waszą determinację i wysiłki w tej sprawie. Cieszymy się i dziękujemy, że możemy liczyć na Wasze wsparcie w obronie ludzkich wartości oraz przeciwdziałanie rozmaitym hybrydowym formom agresji rosyjskiej.

 

24 października CMWP SDP wystosowało po raz kolejny apel o uwolnienie ukraińskiego dziennikarza Stanisława Asiejewa oraz wezwało do oddalenia oskarżeń przeciwko dziennikarzowi. Został on niesłusznie skazany przez sąd samozwańczej tzw. Donieckiej Republiki Ludowej za rzekome szpiegostwo. Ma on spędzić w kolonii karnej 15 lat . W ocenie CMWP SDP jest to skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa.

 

Pełna treść naszego stanowiska tutaj.

 

Stanisław Asiejew pochodzi z Doniecka, nie wyjechał z miasta po jego zajęciu przez prorosyjskich separatystów, tylko publikował pod pseudonimem informacje na temat sytuacji w regionie objętym walkami. Prowadził swój blog, współpracował m.in. z ukraińską sekcją Radia Swoboda. W maju 2017 r. Stanisław Asiejew został aresztowany i uznany za ukraińskiego szpiega. Jego artykuły zostały uznane za dowody współpracy z ukraińskim wywiadem.Prorosyjscy separatyści zarzucili mu, iż prowadził na terenie tzw. Donieckiej Republiki Ludowej działalność szpiegowską . Stanisław Asiejew był przetrzymywany w nielegalnym więzieniu. Nie miał kontaktu ze światem zewnętrznym, przedstawicielom organizacji międzynarodowych odmawiany był dostęp do niego, dziennikarz nie może wysyłać ani otrzymywać listów, czy odbywać rozmów telefonicznych. Był także torturowany. O wyjaśnienie losów zaginionego do separatystów apelowały m.in. organizacje międzynarodowe Reporterzy bez Granic, Human Right Watch oraz Amnesty International.

 

CMWP SDP w obronie red. Jana Śpiewaka

W związku z prywatnym aktem oskarżenia wniesionym przeciwko red. Janowi Śpiewakowi oraz skazaniem go z art. 212 § 2 k.k. wyrokiem Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie – II Wydział Karny  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że niniejsza sprawa została objęta monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela w zakresie wolności słowa. CMWP SDP uważa skazanie red. Jana Śpiewaka za skandaliczne naruszenia zasady wolności słowa demokratycznego państwa i apeluje do Sądu odwoławczego o umorzenie postępowania wobec dziennikarza. 

 

W ocenie CMWP SDP skazanie przez sąd I instancji red. Jana Śpiewaka, stanowiło poważne naruszenie jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa. Jan Śpiewak to publicysta i dziennikarz obywatelski, a także zasłużony działacz społeczny i obrońca wyrzucanych  ze swoich mieszkań obywateli Warszawy.  Stając w obronie słabszych i nierzadko bezbronnych wobec administracyjnych instytucji miasta stołecznego Warszawa sprawił, iż tematyka kontrowersyjnej reprywatyzacji w stolicy stała  się znaną opinii publicznej w Polsce, co jest oczywistym działaniem w interesie społecznym. Z niezrozumiałych powodów decyzją Sądu Rejonowego w Warszawie red. Jan Śpiewak ma ponieść za to surowe konsekwencje w postaci skazania w procesie karnym. CMWP SDP nie zgadza się z tą oceną i broni w przesłanym do Sądu odwoławczego stanowisku prawa red. Jana Śpiewaka do swobodnego wyrażania opinii w przestrzeni publicznej, co jest fundamentem funkcjonowania demokratycznego państwa. Szczególnie bulwersujące jest w tej sprawie to, iż uzasadnienie wyroku jest niejawne, tak jak i niejawny był cały proces.

 

Jan Śpiewak jest warszawskim społecznikiem, który w ramach swojej działalności zajmuje się m. in. kwestią legalności obrotu nieruchomościami na obszarze miasta. Został on oskarżony o to, że w 2017 r. za pomocą środków masowego komunikowania miał pomówić oskarżycielkę prywatną o postępowanie, które mogło ją poniżyć w opinii publicznej i narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu adwokata. Chodziło o powiązanie jej z aferą reprywatyzacyjną a w szczególności wyrażenie przez Jana Śpiewaka na swoim profilu na portalu Twitter opinii, iż osoba ta jako córka ministra przejęła w 2010 r. kamienicę „metodą na kuratora”, „na zmarłego” itp. Informacje na temat badanej przez siebie sprawy przekazywał także na konferencji prasowej. Powyższe spowodowało skazanie Jana Śpiewaka powołanym wcześniej wyrokiem Sądu Rejonowego. Od tego wyroku pełnomocnicy w/w wywiedli apelację.

 

CMWP stoi ponadto na stanowisku, że wniesiony w niniejszej sprawie akt oskarżenia stanowi tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie praw obywatelskich w zakresie wolności słowa, poprzez zniechęcenie zarówno Jana Śpiewaka, jak i innych społeczników lub dziennikarzy, do podejmowania tematyki nieprawidłowości przy reprywatyzacji gruntów warszawskich w kontekście osoby oskarżycielki prywatnej. Skazanie Jana Śpiewaka powoduje zatem tzw. efekt mrożący. Jest to nie do pogodzenia z aktywizmem społecznym obywateli, którzy w interesie publicznym mają prawo żądać wyjaśnień, wyświetlać trudne i kontrowersyjne sprawy, broniąc w ten sposób państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W ocenie CMWP SDP wyrok Sądu I Instancji nie odpowiada międzynarodowym standardom w dziedzinie wolności słowa. Nie służy on założonym przez ustawodawcę celom postępowania karnego, lecz służy tłumieniu krytyki, która stanowi niezbędny element społeczeństwa demokratycznego . Przyczynia się w ten sposób do niszczenia wolnej debaty, godząc w jeden z fundamentów porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, jakim jest wolność słowa.

 

Fot. YouTube/Superstacja