O pamięci, historii i solidarności pisze CEZARY KRYSZTOPA: Stracona okazja

Rysuje Cezary Krysztopa

11 lipca tego roku, oprócz tego, że był dniem, kiedy obchodziliśmy rocznicę tragicznej Krwawej Niedzieli Rzezi Wołyńskiej, wyeksponował dwie skrajne postawy wobec stosunków polsko-ukraińskich. Emocje związane z rocznicą wydarzeń, które pozostawiły wieczną bliznę na zbiorowej pamięci Polaków jednych skłoniły do „refleksji” – „Ukrainie nie warto pomagać”, a innych – „nie zawracajcie mi głowy Wołyniem, kogo to dzisiaj obchodzi”. Obydwu, przykro to mówić – niemądrych.

Mamy tuż za ścianą agresywnego sąsiada, który innych sąsiadów dzieli na tych których sobie podporządkował i na tych, których zamierza pobić, lub właśnie bije. Nie są znane przypadki traktowania przez niego kogokolwiek jako „partnera”, no chyba, że przypadkiem ma większą piąchę, lub daje mu na flaszkę.

Ten sąsiad wyraźnie i wielokrotnie komunikował nam, choćby za pomocą manewrów „Zapad” opartych na scenariuszu ataku nuklearnego na polskie miasta, że jest do nas nastawiony agresywnie i wojowniczo. Nie wspomnę nawet o jakości rusko – tuskiego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. Nie widzę powodu, żeby tych wyraźnych komunikatów nie brać poważnie i nie wyciągać z tego wniosków.

A wniosek jest z tego taki, że im słabsza Rosja tym lepiej dla Polski. Dlatego, jeśli Ukraina wykrwawia Rosję, to choćbyśmy Ukrainy zupełnie nie kochali – w interesie Polsk jest, żeby wykrwawiała jak najdłużej i osłabiła jak najbardziej. I jeśli możemy, nie uszczuplając w sposób krytyczny własnych zasobów jej w tym pomóc, chyba lepiej, że to odbywa się na wschodzie Ukrainy a nie musi się odbywać na linii Bugu?

Nie mamy prawa „zapominać”

Z drugiej strony, ci którzy sami się nie szanują, w oczywisty sposób nie są szanowani przez innych. Dlatego jako dość żałosne odbieram te próby „reform językowych”, do których nawet pytani przez mnie Ukraińcy odnosili się z pewnym zażenowaniem – te wszystkie „w Ukrainie” czy zmiana „ruskich pierogów” na „ukraińskie” bez żadnego pojęcia o tym, że w języku polskim nazwa pochodzi od województwa ruskiego, zamieszkanego przez Rusinów, czyli dzisiejszych Ukraińców. A najjaskrawszym przykładem tej dziwacznej egzaltacji jest „zapominanie o Wołyniu”.

Jakie my mamy w ogóle prawo „zapominać” o straszliwej zbrodni dokonanej rękoma Ukraińców z OUN i UPA na Polakach? Jakie mamy prawo „wybaczać” w imieniu rozerwanych dzieci? A jeśli wyprzemy się własne historii, to kto nas będzie szanował?

Fałszywy dylemat

Nie, alternatywa – albo pomoc Ukrainie, albo pamięć o Wołyniu, to fałszywy dylemat – na życie mamy wpływ. O tych którzy nie żyją, możemy już tylko pamiętać i jeśli jest taka potrzeba, domagać się prawdy historycznej na temat ich losu. Nie tylko w imię metafizycznej wspólnoty – ale również – a być może głównie dlatego, że bez pamięci o korzeniach narodu nie istniejemy jako naród. A z obecnej brutalnej wojny płynie co najmniej taka nauka, że jeśli Rosjanie mieli okazję zdziwić się oporem Ukraińców, to dlatego, że Ukraińcy czują się narodem, wspólnotą i w imię dobra tego narodu walczą.

Błąd

Wojna zbliżyła Polaków i Ukraińców. I to dobrze, bo mamy wspólnego wroga. Z jednej strony spontaniczna gościnność Polaków, z drugiej spontaniczne odruchy sprzątania polskich cmentarzy na Ukrainie, oby zaowocowały w przyszłości poprawą stosunków również na poziomie obywatelskim.

Ale najlepsza okazją do wykonania gestu, który mógłby poważnie zacząć oczyszczać atmosferę, była rocznica Krwawej Niedzieli 11 lipca. Pierwszego 11 lipca po wybuchu wojny i po tym co się przy tej okazji zdarzyło. Tak tak, wiem, wieńce, ustawy itd. Ale nie tylko ja jak głupi czekałem aż prezydent Zełenski coś powie. Potępi. Uczyni widoczny gest. No i się nie doczekałem. To oczywiście nie znaczy, że „wszystko stracone”. Warto nad tym pracować nadal. Ale niewykorzystanie takiej okazji to poważny błąd.

Za drugim razem pierwszego wrażenia zrobić się nie da.