WALTER ALTERMANN: Rosja, Polska, Ukraina – Starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (5). Ukraina – między kontynentami wolności i niewoli

Spotkanie na moście, Józef Brandt; 1884 Fot.: Muzeum Narodowe w Krakowie

Ukraińcy przez wieki mieli do czynienia z dwoma wzorcami mentalności i wolności obywatelskiej – mongolskim i europejskim. Wzorzec mongolski reprezentowali wobec nich Rosjanie, a europejski Litwini, Polacy i Austriacy. Teraz historia zrobiła koło i Rosjanie znowu chcą z Ukraińców zrobić element swojego mrocznego imperium, w którym władza może wszystko – zostawiając oczywiście poddanym możliwość bardziej lub mniej entuzjastycznego popierania tej władzy. Ukraina już dawno dokonała wyboru i nie chce żyć między kontynentami wolności i niewoli. Oni chcą być po prostu wolni.

Ukraińska droga do wolności była trudna, bo tak Rosjanie, jak Litwini i Polacy, traktowali ukraińskie tereny jako swoje łupy. Natomiast dla wielonarodowego imperium Austro-Węgier Ukraińcy byli tylko jednym z wielu narodów słowiańskich, które trzeba było trzymać w ryzach siłą i prawem. Niemniej lekcja wzorów wolności obywatelskiej jakiej Ukraińcy doświadczyli najpierw ze strony Polski, potem Austro-Węgier, była na tyle atrakcyjna, że wzmagała dążenia do niepodległości państwowej i wolności osobistej Ukraińców.

Początki spraw polsko-ukraińskich

W XIV wieku spustoszonymi przez Tatarów terenami księstwa halicko-wołyńskiego, zainteresowały się: Litwa, Polska, Węgry, a nawet Krzyżacy. Lwów od 1349 r. był polskim miastem, ale trzeba wiedzieć, że prawa Kazimierza Wielkiego do ziemi halickiej były dość umowne, wynikały bowiem z zawartej w 1338 r. w Wyszehradzie polsko-czesko-węgierskiej umowy o rozbiorze księstwa wołyńsko-halickiego. Ruś Halicką zajął zatem Kazimierz Wielki, Wołyń wzięła Litwa. Pisząc „zajął” popełniamy jednak pewne nadużycie, bo wojna z Ukraińcami trwała 16 lat.

Natomiast Ruś Kijowska najpierw dostała się pod kontrolę Złotej Ordy, po czym Kijów – w odróżnieniu od Moskwy – w 1363 r. zdołał się poddać zwierzchnictwu Litwy. Nad pogańskimi Litwinami Rusini mieli wyraźną przewagę cywilizacyjną. Byli ochrzczeni, mieli pismo i doświadczenie administracyjne. To dlatego jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

W polskiej pamięci historycznej Litwa to „polski raj”, a Ukraina to „polskie piekło” – pisze Adam Krzemiński w POLITYCE. Ukraina to pole ekspansji, po której pozostał barok katolickich kolegiat, magnackich pałaców, żydowskich synagog, a w literaturze „ukraiński romantyzm”: Goszczyński, Słowacki, Sienkiewicz. Ale także krwawe rzezie w czasie powstania Chmielnickiego 1648 r., koliszczyzny (powstanie kozackie z 1768 r.), aż po Wołyń i Akcję Wisła w latach 1943–47. U nas oblicza się, że w czystkach etnicznych w latach 1943–47 zginęło 100 tys. Polaków i 20 tys. Ukraińców.

Taras Szewczenko, narodowy poeta ukraiński, autor „Hajdamaków”, opiewających rżnięcie polskich panów w XVIII w., pisał w 1845 r. Z goryczą: „Myśmy Polskę powalili. Ongiś. Za to chwała… Święta prawda. Polska padła. I was pogrzebała”.

Przez kilka wieków, aż do rozbiorów, Polska traktowała Ukrainę jako tereny kolonialne. Przede wszystkim nigdy nie chciała dać wolności kozakom. Bano się utworzenia stanu równego szlachcie, lub przynajmniej niezależnego od szlachty. I tak zaprzepaszczono szansę na bycie konkurencyjnym wobec Rosji mocarstwem.

Moje smutne rozbawienie budzi fakt, że w okresie międzywojennym prasa wszystkich odłamów pisała o „polskim żywiole na wschodzie”, o „polskim duchu państwowotwórczym na wschodnich krańcach Rzeczypospolitej”. Te metafizyczne teksty miały uzmysłowić Polakom – bo przecież nie Ukraińcom i Białorusinom – że jest dobrze, że mamy prawo do rządzenia Ukraińcami i Białorusinami. Bywały też teksty nieoficjalne, które bardziej niż administracja mówiły prawdę o naszym stosunku do Ukrainy. „Po majątki na Podole, Pułk szesnasty rusza w pole”.  Warto tę żurawiejkę zapamiętać, ku nauce, że trzeba uważać na to co się śpiewa.

Nowożytna historia polsko-ukraińska

Nowożytna historia polsko-ukraińska zaczęła się w 1569 r., gdy Litwa – na mocy Unii Lubelskiej – przekazała Polsce swe południowe rubieże: Wołyń, Podole, Kijowszczyznę i Zadnieprze. Wtedy też wytyczono dzisiejszą granicę białorusko-ukraińską.

Trzeba zaznaczyć, że z Unią Lubelską powstał spójny obszar. Zboże z Ukrainy mogło płynąć do Gdańska i dalej. Polska szlachta, żydowscy dzierżawcy, włoscy artyści – malarze i architekci, niemieccy rzemieślnicy szeroką fala zaczęli napływać na Ukrainę. Język polski stał się językiem kultury wysokiej, politycznych i teologicznych rozpraw. Na założonej przez Piotra Mohyłę prawosławnej Akademii Kijowskiej polemiczne traktaty pisano po polsku, a poezja Kochanowskiego była wzorem dla nowej słowiańskiej stopy metrycznej.

Ala nie ze wszystkim było tak dobrze. Stało się tak, że cała klasa polityczna ówczesnej Rzeczypospolitej nie dorosła do poważnych politycznych wyzwań. Może dlatego, że unia Polski z Litwą była wynegocjowana przez równych partnerów; katolicyzm przenikał stopniowo, a statuty litewskie chroniły miejscową własność ziemską. Natomiast przyłączenie Ukrainy do Polski było gwałtowne – i spowodowało cywilizacyjny szok. Ukraina była chłopska, bo szlachta stanowiła tam ledwie 2 procent i szybko się polonizowała. Nastąpiło rugowanie chłopów ukraińskich z ich ziemi, która następnie dzierżawiono Żydom. W ten sposób powstała klasa „ukraińskich królików”, którzy stali się panami latyfundiów i fortun, podczas gdy prawosławne chłopstwo popadało w nędzę, w pańszczyźnianą niewolę lub uciekało na Dzikie Pola. Próby spolonizowania ukraińskiego chłopstwa i narzucenia mu wyznania rzymskokatolickiego nie powiodły się, ale spowodowały ogromne napięcia na tle wyznaniowym i trwałą wrogość.

Zwróćmy uwagę, że powstanie Chmielnickiego w 1648 roku, miało trzy główne hasła: I. walka o godność o sprawiedliwość, której symbolem był polski szlachcic – najczęściej spolonizowany Ukrainiec; II. walka z obcym wyzyskiem – czyli z Żydami, dzierżawcami i kupcami; III. walka z antychrystem – z jezuitami i katolickimi księżmi.

Co do problemu żydowskiego – Żydzi na Ukrainie nie byli akceptowani, bo stali się trzecią klasą, pośrednikami pomiędzy szlachtą a chłopami, czyli bezpośrednim narzędziem ucisku. To Żydzi ściągali podatki, oni – w imieniu pana – odbierali też dobytek i ziemię za długi. „Doszło nawet do tego, że – jak pisze żydowski historyk H. Graetz w „Historii Żydów”, Warszawa 1929 – szlachta dzierżawiła Żydom cerkwie, skutkiem czego Rusin, chcący w cerkwi ochrzcić dziecko lub wziąć ślub, musiał uiszczać dzierżawcy, czyli Żydowi odpowiednią opłatę”.

Próba przekształcenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów miała miejsce w roku 1568 w Hadziaczu. Jednak ugoda hadziacka, mimo że ratyfikowana przez Sejm, nie została wprowadzona w życie, a kwestia ukraińska przez cały XVIII w. była dla Moskwy pretekstem do ingerencji, w końcu do rozbiorów.

Nigdy nie powstała stabilna unia polsko-ukraińska, choć parę razy o niej mówiono, a raz nawet – w 1920 r., gdy Piłsudski z Petlurą ruszał na Kijów – spróbowano ją zmontować. Zresztą, po wojnie o Lwów w 1918 roku, nie można się już było oczekiwać od Ukraińców poparcia polskich planów federalizacji. Jest też faktem, że także strona polska jakoś nie bardzo wierzyła w federację polsko – ukraińską, czego dowodem było odstąpienie od kwestii ukraińskiej przez Polaków, w czasie negocjacji nad pokojem ryskim w 1921 roku. Wyszło na to, że polscy negocjatorzy pilnowali wyłącznie własnego interesu narodowego.

Państwowotwórcza myśl polska u zarania niepodległości.

Białorusini i Ukraińcy u schyłku pierwszej wojny światowej podejmowali próby utworzenia własnych państw narodowych. Nie zdołali, ale pamięć o tych zamierzeniach w obu narodach pozostała żywa.

W wyniku wojny polsko-radzieckiej część terytorium Białorusi i Ukrainy znalazła się w granicach Polski. Za wschodnią granicą powstały sowieckie republiki Białorusi i Ukrainy, które wprawdzie stanowiły atrapę państwowości narodowych, lecz oddziaływały propagandowo na słowiańskie mniejszości w Polsce.

Problem narodowościowy należał do najtrudniejszych w polityce wewnętrznej II Rzeczypospolitej. Wywoływał liczne spory między głównymi obozami politycznymi. Rodziło się wiele pomysłów w sprawie integracji ziem zamieszkałych przez ludność niepolską, wszystkie jednak przewidywały działania na rzecz unifikacji państwa. Elity białoruskie i ukraińskie oczekiwały natomiast daleko idącej autonomii dla obszarów zamieszkałych przez tę ludność. Konflikt zatem był nieunikniony i wynikał z wzajemnie wykluczających się aspiracji Polaków i słowiańskich mniejszości narodowych.

Najbardziej spójny, a jednocześnie utopijny, program rozwiązania problemów narodowych Polski miała Narodowa Demokracja. Jeden z przywódców tego nurtu – Roman Dmowski – jeszcze na początku XX wieku stworzył podwaliny polskiej ideologii narodowej oraz katalog zasad postępowania wobec mieszkających w sąsiedztwie narodów.

Dmowski dostrzegał odrębność kulturową Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, lecz nie wierzył w zdolność zbudowania przez nich własnych państw narodowych i był przekonany o możliwości ich całkowitej asymilacji w kulturze polskiej.

Pojawiające się na początku XX stulecia hasło „samostijnej Ukrainy” uważał nie za przejaw rozwoju świadomości narodowej ludu ukraińskiego, lecz produkt polityki austriackiej, który łatwo mógłby być zastąpiony jakimś wytworem polityki polskiej. Intryga austriacko-niemiecka stanie się wkrótce wśród polskich elit politycznych dość powszechną interpretacją pojawienia się problemu ukraińskiego.

Dmowski, chociaż uznawał nadrzędność interesów narodowych nad państwowymi, wychodził z założenia, iż państwa tworzą narody i w tym upatrywał możliwości naturalnej asymilacji – pisze Eugeniusz Mironowicz w „Białorusini i Ukraińcy w polityce obozu piłsudczykowskiego”, Wydawnictwo Uniwersyteckie Trans Humana, Białystok 2007. – Głównym czynnikiem wpływającym na te narody miała być siła oddziaływania przyjaznych im instytucji państwa polskiego. Wzorem dla asymilacji Białorusinów i Ukraińców miała być praktyka polityki przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wobec szlachty Wielkiego Księstwa Litewskiego, która zakończyła się jej polonizacją. Tą samą drogą do polskości – zdaniem Dmowskiego – należało przeprowadzić masy białoruskiego i ukraińskiego ludu. Nie uwzględniał on jednak (nie mógł przewidzieć) szybkiej ewolucji ruchów narodowych wśród społeczności, które w XIX wieku nie zdradzały większych aspiracji politycznych.

Według Dmowskiego państwo polskie na wschodzie winno obejmować Litwę w granicach etnograficznych z Kownem, powiększone ponadto o Tylżę, Kłajpedę i kurlandzką Lipawę oraz Wileńszczyznę, Grodzieńszczyznę, południowe Inflanty z Dyneburgiem, środkową Białoruś z Mińskiem, Słuckiem, Bobrujskiem, Borysowem, Drysą i Połockiem, Polesie z Mozyrzem, Wołyń, Podole z Kamieńcem Podolskim, Płoskirowem, Uszycą i Barem. Inni przywódcy tworzącego się obozu endeckiego – Jan Ludwik Popławski, Zygmunt Balicki – rozważali możliwość tworzenia państwa narodowego w granicach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Problem wyraźnie występującej przewagi ludności niepolskiej na kresach wschodnich Popławski proponował rozwiązać poprzez stworzenie odpowiednich warunków do jej emigracji. Chodziło głównie o Ukraińców i Żydów. Białorusinów uważał za element na tyle bierny i zauroczony kulturą polską oraz wyznaniem katolickim, że nie stanowił żadnego zagrożenia dla polskości.

Na przełomie XIX i XX wieku wykrystalizowały się także koncepcje polskich socjalistów. Przywódcy Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) od chwili powstania organizacji mówili o „całkowitym równouprawnieniu narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej na zasadzie dobrowolnej federacji”. Popieranie separatystycznych dążeń narodów wchodzących w skład imperium Romanowych stało się zasadą polityki PPS – E Mironowicz, ibidem.

Celem tej partii nie było oczywiście spełnienie aspiracji narodowych elit litewskich, białoruskich czy ukraińskich, lecz osłabienie Rosji. Socjaliści z PPS skłonni byli wspierać rodzące się ruchy narodowe, białoruski, litewski i ukraiński, jako potencjalnych sojuszników w walce z Rosją.

Na początku XX wieku grupa działaczy PPS skupionych wokół Józefa Piłsudskiego wysunęła koncepcję stworzenia państw Litwy, Białorusi, Ukrainy, oddzielających Polskę od Rosji, a jednocześnie politycznie, militarnie i ekonomicznie związanych z Polską. W zasięgu federacyjnego państwa widziano Rygę, Witebsk, Mohylew, Żytomierz, Kijów oraz Zadnieprze. Rozwiązanie takie miało pogodzić dążenia niepodległościowe Polaków i zaspokoić aspiracje narodowe Białorusinów, Litwinów i Ukraińców. Zakładano, że akces do federacji będzie miał charakter dobrowolny, a głównym architektem tej wspólnoty politycznej narodów będą Polacy. Podstawą tej koncepcji było przekonanie, że narody te nie są zdolne do samodzielnego tworzenia własnych państw, i że jedynie przy udziale czynnika polskiego mogą uzyskać narodową podmiotowość.

W tym względzie – pisze E. Mironowicz, ibidem – postrzeganie sąsiednich narodów przez socjalistów niewiele różniło się od stanowiska narodowców. Piłsudski zaliczył je do narodów „niehistorycznych”, dla których przywództwo polskie było naturalną koniecznością. W programie socjalistów nie było jednak odpowiedzi na pytanie, jak mieliby zachować się Polacy, gdyby Litwini, Białorusini lub Ukraińcy opowiedzieli się za innym rozwiązaniem.

Zwróćmy uwagę, że mówiąc o „narodach niehistorycznych” Piłsudski stawiał Polskę wyżej na Białoruś i Ukrainę, bo oba te narody nie stworzyły wcześniej własnych państw. Jeżeli nie jest to nawet paternalistyczny kolonializm na wzór angielski, to z całą pewnością jest to klasyczna polska megalomania. Bo w końcu mniejszą sztuką jest założyć państwo, większą jest utrzymać je.

Z kolei przywódcy Polskiego Stronnictwa Ludowego „Piast” (PSL- „Piast”) szukali drogi pośredniej. Wincenty Witos dostrzegał wprawdzie dobrodziejstwa płynące z utworzenia krajów oddzielających Polskę od Rosji, lecz uważał, że żadna piędź polskiej ziemi nie może być przyłączona do tych państw. Ziemia określana przez Witosa jako polska zamieszkała była także przez Białorusinów i Ukraińców, którzy niekiedy stanowili tam większość. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości dla PSL „Piast” najważniejsze było umocnienie polskiego stanu posiadania poprzez osadnictwo wojskowe i cywilne, sprawną administrację, zwalczanie odśrodkowych dążeń ludności białoruskiej i ukraińskiej oraz jej polonizację. Wbrew deklaracjom programowym o zapewnieniu równości obywatelskiej dla mniejszości słowiańskich, PSL „Piast” opowiadał się za ograniczeniem ich praw wyborczych, a tym samym wpływu na bieg spraw państwowych.

Zdaje mi się, że najbardziej szczerzy byli przedstawiciele pierwszej administracji polskiej na ziemiach białoruskich (Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich). Na przykład Władysław Studnicki otwarcie głosił, że ziemie wschodnie były potrzebne Polsce do ich kolonizacji. Zaangażowanie Polski na Białorusi i Ukrainie to ekspansja kolonialna, konieczna ze względów gospodarczych, która w końcowym efekcie miała stworzyć przestrzeń do osadnictwa polskiego. Federacja nie mogła zatem wchodzić w rachubę, ponieważ żadne państwo sprzymierzone unią z Polską nie wyraziłoby zgody na kolonizację swoich ziem.

Można zatem powiedzieć, że z takim bagażem historycznych obciążeń wstąpiła Polska na drogę życia w państwie wielonarodowościowym.

Sprawy polsko – ukraińskie po I wojnie światowej.

Polska w okresie międzywojennym była jednym z państw w Europie posiadających największy odsetek mniejszości narodowych. Ponad 11 mln ludzi, około 35 proc. obywateli, posługiwało się w życiu codziennym innym językiem niż polski. Najliczniejsze narody mieszkające w granicach II Rzeczypospolitej to Ukraińcy (5,1 mln), Żydzi (3,1), Białorusini (2,0 mln), Niemcy (0,8 mln).

Sprawy polsko-ukraińskie od początku poszły najgorzej jak tylko można było sobie wyobrazić. Wojna o Lwów dla Polaków stała się jednym z mitów założycielskich odzyskanej państwowości, ale dla Ukraińców ta przegrana walka stała się wyzwaniem do dalszej walki. Dlatego też przez całe dwudziestolecie międzywojenne ukraińskie organizacje samorządowe, edukacyjne, paramilitarne, partie narodowe i nacjonalistyczne czciły pamięć poległych bohaterów i wzywały do dalszej walki. Tym samy wojna polsko-ukraińska o Lwów stała się zarzewiem nowych konfliktów.

Problem z tym epizodem polskich zmagań o niepodległość jest duży. Oczywiście Lwów był stolicą Galicji w czasach Austro-Węgier, był miastem, w którym dominowali Polacy, ale już tereny wokół Lwowa polskie nie były. Popatrzmy na dane Rocznika Statystycznego z 1937 roku, który podawał stan z roku 1931.

Zaznaczmy jednak, że administracja polska poszerzyła województwo lwowskie o tereny małopolski, które były historycznie polskie i zasiedlone przez Polaków.

Ludność Polski według języka ojczystego w 1931 roku – język ojczysty ogółem, w procentach:

polski – 68,9; ukraiński – 10,1; ruski – 3,8; białoruski – 3,1; rosyjski – 0,4; niemiecki – 2,3; inne – 2,8

Zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą terenu całej międzywojennej Polski. Jednakże w województwach wschodnich jest oczywiście inaczej.

WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE

Ogółem: polski – 16,6; ukraiński – 68,0

Miasta: polski – 27,5; ukraiński – 16,1

Wieś: polski – 15,1; ukraiński – 75,2

 WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE

Ogółem: polski – 57,7; ukraiński – 18,5

Miasta: polski – 63,5; ukraiński – 7,4

Wieś: polski – 55,8; ukraiński – 22,2

 WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE

Ogółem: polski – 24,4; ukraiński – 46,9

Miasta: polski – 40,8; ukraiński – 18,7

Wieś: polski – 17,9; ukraiński – 53,9

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE

Ogółem: polski – 49,3; ukraiński – 25,1

Miasta: polski – 58,3; ukraiński – 10,3

Wieś: polski – 47,4; ukraiński – 28,1

Podobny podział jest w ujęciu deklarowanego wyznania, choć trzeba tu zauważyć, że wiele osób deklarujących język polski jako rodzimy, przedstawiało się jako osoby prawosławne. Mamy tu bowiem do czynienia z faktem, że nie tylko wyznanie rzymskokatolickie oznaczało bycie Polakiem.  Przynależność narodowa jest zjawiskiem bardziej skomplikowanym.

Ludność Polski według wyznania w 1931 roku – wyznanie w Polsce ogółem, w procentach

rzymsko-katolickie – 64,8; greckokatolickie – 10,4; prawosławne – 11,8; ewangelickie – 2,5; mojżeszowe – 9,8

 WOJEWÓDZTWO WOŁYŃSKIE: rzymsko-katolickie – 15,7; prawosławne – 69,8

WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 46,3; greckokatolickie – 41,7

WOJEWÓDZTWO STANISŁAWOWSKIE: rzymsko-katolickie – 16,0; greckokatolickie – 72,0

WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE: rzymsko-katolickie – 36,7; prawosławne – 54,5

 Problem ze strukturą ludności terenów wschodnich II Rzeczypospolitej był duży. Czy można było ten problem lepiej rozwiązywać? Nie wiem, ale jest pewne, że polskie rządy jedynie pozorowały działania.

W praktyce podstawą polityki władz wobec mniejszości narodowych stała się doktryna Romana Dmowskiego. Jak zauważył badacz ukraiński „…w sprawach narodowych, żaden odpowiedzialny polityk polski nie przejawił odwagi pójść przeciwko otumanionej endeckimi hasłami ulicy” –  M. Hietmanczuk, Ukraińśkie pytannia w radianśko-polśkich widnosinach 1920-1939 r., Lwiw 1998, s. 206.

Stanisław Cat Mackiewicz zwycięstwo doktryny Dmowskiego łączył z wynikiem wojny polsko-bolszewickiej. „Konsekwencje polityczne traktatu ryskiego – pisał – narzucały się z żelazną siłą polityce wewnętrznej Polski. Polska polityka narodowościowa zejdzie na tory doktryny Dmowskiego, będzie się dążyło do państwa jednolicie narodowego, i z tego toru nie zejdziemy już nigdy” – St. Mackiewicz (Cat), Historia Polski…, s. 130

W rzeczywistości idea federalizacji, o której tak chętnie mówili polscy politycy, była całkowicie martwa „Polska administracja – pisze historyk ukraiński Wołodymyr Łytwyn, Ukraina: międzywojenna doba (1921-1938), Kyiw 2003, s. 407 – żadną miarą nie zamierzała przebudowywać państwa. Ona zdecydowanie obrała kurs na integrację wschodnich kresów w ramach polskiego państwa narodowego. To oznaczało, że miejscowa ludność wcześniej, czy później musiała się polonizować i wyrzec się swojej tożsamości narodowej. (…) Polskie elity polityczne przejawiły ogromną wolę, determinację i umiejętność konsolidacji, aby odnowić państwowość utraconą w XVIII wieku. Ale ani elity polityczne, ani społeczeństwo polskie w całości nie wiedziały jak odnosić się wobec Ukraińców – czy tak, jak do wrogów wewnętrznych, zagrażających istnieniu państwa, czy tak, jak do współobywateli, którzy posiadają nie tylko obowiązki, lecz także prawa. Ostatecznie górę brał ekstremizm endeków, którzy okazali się najbardziej wpływową partią w międzywojennej Polsce”.

Szybko zbudowano aparat administracyjny, zdominowany przez urzędników z województw centralnych nieznających języka, mentalności i obyczajów miejscowej ludności. Spośród 283 urzędników zatrudnionych na początku 1923 roku w zarządach powiatowych i wojewódzkim 274 było Polakami. Nie sprzyjało to bynajmniej poprawnemu ułożeniu relacji z dominującą na terenie województwa ludnością ukraińską.

Nieudolność administracji oraz pogardliwy stosunek urzędników wobec ludności ukraińskiej doprowadziły do skrajnych napięć na tle narodowościowym. W 1924 roku m.in ze względu na wystąpienia antypaństwowe na Wołyniu rozważano nawet możliwość wprowadzenia stanu wyjątkowego w województwach wschodnich.

Z każdym rokiem, wobec braku nadziei na zmianę ich sytuacji, narastały wśród Ukraińców tendencje separatystyczne.

Nie będziemy tu wchodzili w szczegóły, powiemy tylko, że odpowiedzią polskiej administracji na manifestacje, tajne druki ukraińskie, na zebrania polityczne narodowych partii ukraińskich, na bunty i strajki było wzmożenie policyjnej inwigilacji tych organizacji.

W latach trzydziestych w dokumentach rządowych występowało wiele określeń przejętych z publicystyki Jędrzeja Giertycha, jednego z ideologów Obozu Wielkiej Polski. Asymilację uznawał on za rzecz nieodzowną i konieczną. Prawo do posiadania kresów wschodnich – pisał – dawała Polakom „przewaga moralna i cywilizacyjna”. Giertych proponował konsekwentne nazywanie języka białoruskiego i ukraińskiego regionalnymi gwarami języka polskiego, zastąpienie cyrylicy alfabetem łacińskim, tworzenie szkół utrakwistycznych (dwujęzykowych) z zaznaczeniem, że nauczanie odbywa się w polskim języku literackim i miejscowej gwarze. Od szczebla gimnazjum szkoły miały być wyłącznie „w języku literackim”. Najlepszą metodą na powstrzymanie rozwoju tendencji separatystyczny Ukraińców i Białorusinów – uważał Jędrzej Giertych – powinno być powołanie instytucji sądów doraźnych oraz rozszerzenia uprawnień policji i administracji kresowej.

Jawne partie i organizacje ukraińskie stawiały władzom państwowym zarzuty, że nie realizują własnych deklaracji. Ukraińcy wskazywali na trzy poważne problemy, które mogłyby być rozwiązane, lub rozwiązywane:

  1. Edukacja i narodowy język

Wprawdzie na terenach wschodnich RP istniało szkolnictwo w języku ukraińskim, ale rządy miały liczne pomysły na ograniczanie ukraińskiego szkolnictwa narodowego. Realizując endecki program, władze chętniej widziałyby język polski jako podstawowy i główny. Dla ukraińskiego widziano rolę jedynie uzupełniającą i marginalną.

Odezwa UTP „Ridna Szkoła” z lipca 1926 roku zaczynała się słowami: „Ukraiński Narodzie! Rząd polski z chwilą objęcia władzy nad naszą krainą, postawił sobie za cel znieść nas z powierzchni ziemi”. Środkiem prowadzącym do zniszczenia narodu ukraińskiego, według autorów odezwy, było szkolnictwo i zatrudnieni tam sadystyczni nauczyciele, którzy, nie uciekając się także od przemocy fizycznej, wpajali dzieciom ukraińskim obcy dla nich język, uczyli poszanowania dla obcej tradycji i pogardy dla własnej.

Konfidenci donosili, że na zebraniach UNDO – Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne, partia polityczna istniejąca latach 1925–1939 – i innych partii mówi się wyłącznie o krzywdach ukraińskich, braku szkół, zabieraniu świątyń prawosławnych na Wołyniu i Chełmszczyźnie, wrogich Ukraińcom postawach ludzi reprezentujących państwo polskie. Polscy urzędnicy mówienie na ten temat oceniali jako przejaw ukraińskiego szowinizmu.

W październiku 1926 roku starostowie systematycznie konfiskowali kolejne nakłady gazet i czasopism ukraińskich, w których doszukano się treści antypaństwowych. Konfiskowano nawet wtedy, gdy zarzuty dotyczyły treści publikowanych interpelacji lub przemówień poselskich. Zakres ingerencji urzędników powiatowych był tak duży i nieuzasadniony, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, upomniało starostów, że zbyt częste ograniczanie wolności słowa dla mniejszości narodowych i stosowanie bez istotnych powodów barier formalnych do wstrzymywania druku było sprzeczne z intencjami rządu i zasadami cenzury.

Kolejne rządy przed majem 1926 roku próbowały szukać w tej sprawie kompromisu między oczekiwaniami Ukraińców i polską opinią publiczną, zdecydowanie niechętną wszelkim koncesjom na rzecz tej mniejszości. Gabinet Władysława Grabskiego wysuwał propozycje powołania Instytutu Ruskiego w ramach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kolejne rządy uparcie trzymały się tej koncepcji, która dla Ukraińców była rozwiązaniem połowicznym i daleko odbiegającym od ich oczekiwań. Ukraińcy chcieli Uniwersytetu Ukraińskiego we Lwowie.

W Sejmie posłowie polscy z Galicji podkreślali, iż rząd i wszystkie władze państwowe chcą i są gotowe utworzyć oraz finansować Uniwersytet Ukraiński, lecz na takich samych zasadach, na jakich funkcjonują uczelnie polskie. Potrzebne były przede wszystkim odpowiednie kadry, „a materiału ludzkiego na ludzi nauki nie widzimy” – mówił poseł Artur Haban. Zwracał on też uwagę  na fakt małego zaangażowania studentów narodowości ukraińskiej, którzy swoją aktywność naukową ograniczali do zdawania egzaminów. Najczęściej odpowiadano Ukraińcom, że powołanie samodzielnego uniwersytetu oddala się nie z powodu złej woli rządu polskiego, lecz zacofania intelektualnego społeczeństwa ukraińskiego.

Drugą formalną przeszkodą była próba nadania uczelni nazwy „Uniwersytet Ukraiński”. Posłowie zwracali uwagę, że ukrainizm jest bardziej zjawiskiem politycznym nie kulturowym. Ustawa o szkolnictwie z 1922 roku przewidywała utworzenie „Uniwersytetu Ruskiego”. Zwracano uwagę, że podczas spisu powszechnego jedynie 7 proc. ludności nazwało swoją narodowość ukraińską, pozostali określili się Rusinami. Sugerowano, że najlepiej byłoby, gdyby Ukraińcy kształcili się na uczelniach polskich, wówczas otrzymywaliby wiedzę zamiast agitacji. „Kurier Warszawski” opublikował wywiad z ministrem WRiOP Stanisławem Grabskim, w którym wysoki urzędnik państwowy udowadniał, że sprawa Uniwersytetu Ukraińskiego nie wynika z potrzeb kulturalnych ludności, lecz ambicji polityków.

We Lwowie, Stanisławowie i Przemyślu odbyły się manifestacje ludności polskiej przeciwko planom lokalizacji uczelni ukraińskiej na terenie Galicji Wschodniej. Wobec niemożliwości rozwiązania problemu ukraińskiego szkolnictwa wyższego, partie ukraińskie organizowały tajne nauczanie.

W odpowiedzi urzędnicy, wojskowi i policjanci skupiali się na tym, żeby jeszcze bardziej zacieśnić kontrolę nad społeczeństwem ukraińskim.

Stanowisko zajmowane przez lokalnych urzędników uniemożliwiało jakikolwiek dialog między obu grupami narodowymi, spychało inteligencję ukraińską w stronę radykalnej opozycji antypaństwowej, budowało wrogie sobie mitologie narodowe. Władze lokalne traktowały organizacje ukraińskie jako zło konieczne, wymuszone przez ustawodawstwo państwowe.

  1. Reforma rolna

Niezadowolenie wśród mas ukraińskich chłopów budziła bieda, a nawet skrajna nędza wsi. Przypomnę, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego Sejm dwa razy ogłaszał parcelację majątków rolnych. Najpierw w roku 1920 uchwalono ustawę o reformie rolnej. Ponieważ jednak naruszała ona konstytucję po raz drugi głosowano sprawę w roku 1925.

Zasadą był wykup ziemi obszarniczej przez państwo, jej właścicielom  płacono ½ ceny rynkowej. Chłopom zaś udzielano kredytów w wysokości 75 procent wartości przejmowanej ziemi, a raty rozłożono na 40 lat.

Do roku 1939 rozparcelowano 2,7 ml hektarów ziemi. Dla porównania – reforma rolna w PRL objęła 6,1 mln hektarów ziemi. Przy czym po II wojnie światowej nie było już w Polsce tak wielkich latyfundiów, jakie były przed wojną na ówczesnych ziemiach wschodnich.

Na podstawie  reformy rolnej premiera Grabskiego z 1925 roku, rozparcelowano 1/5 ziemi należącej do majątków ziemskich. Według Rocznika Statystycznego w 1921 roku chłopi mieli w posiadaniu 13,5 mln hektarów ziemi rolnej, a wielcy właściciele ziemscy 6 mln hektarów.

Problem „z głodem ziemi” był bardzo poważny, szczególnie w dawnych zaborach rosyjskim i austriackim. Tam wiele rodzin chłopskich, po roku 1918, żyło z uprawy maleńkich areałów, niekiedy nie mających nawet 0,2 ha.

Niestety tak przeprowadzona reforma rolna nie zadowoliła ukraińskich chłopów, a ich rozgoryczenie pogłębiał fakt, że duży procent „nowej ziemi” zasiedlili przybysze z centrum Polski w ramach „wzmacniania zdrowych sił narodu”.

  1. Kościół

Duchowe przywództwo ukraińskiego życia narodowego w Polsce spoczywało na Kościele greckokatolickim (unickim), którego głową był metropolita Andrzej Szeptycki. Polska administracja wielokrotnie informowała Warszawę, że „Kler greckokatolicki odnosi się zasadniczo wrogo do państwa i narodu polskiego i stoi na stanowisku zupełnej negacji państwa, jako też rządu i władz polskich”

Wojewoda lwowski zwracał uwagę na przywódczą rolę kleru unickiego w mobilizacji Ukraińców w okresie walk z Polakami w latach 1918-1920. Procesy sądowe i surowe wyroki – informował – wprawdzie powstrzymały antypolską propagandę, lecz nie zmieniło się stanowisko kleru wobec władz państwowych i narodu polskiego. „Obecnie – pisał – agitację antypaństwową i antypolską prowadzi potajemnie, aby nie narażać się na odpowiedzialność karną. Wielu spośród greckokatolickiego duchowieństwa, także najwyżsi dygnitarze, są przywódcami ukraińskiego ruchu skierowanego przeciwko państwu i społeczeństwu polskiemu”.

Informowano też rząd, że kler unicki był głównym inspiratorem tworzenia struktur Towarzystwa Oświatowego „Ridna Szkoła”. Kler unicki, poprzez dzieci uczęszczające na lekcje religii, rozpowszechniał wśród rodziców deklaracje z żądaniem nauczania w języku ojczystym lub protestami przeciwko nauczaniu w języku polskim. Wojewoda lwowski proponował też, by urząd wojewódzki miał prawo wpływania na listę kandydatów do greckokatolickiego seminarium duchownego.

MAZEPA, czyli tragedia polsko-ukraińska

Czy pisać o tragicznych latach hitlerowskiej okupacji ziem ukraińskich i polskich? Chyba nie tutaj, temat jest wielki i bolesny, a my zajmujemy się w tym cyklu mentalnością i rozumieniem wolności przez Rosjan, Polaków i Ukraińców… Powoli więc będziemy kończyć.

O polskiej głupocie, bezrozumności i błędnych założeniach polskiej polityki w sprawach Ukrainy najwięcej pisał Juliusz Słowacki. Ukazywał – choćby w „Śnie srebrnym Salomei” – polską pychę, butę i okrucieństwo wobec Ukraińców. Słowacki miał wręcz obsesję na temat Ukrainy. Uważał bowiem, że Ukraina była kluczem do wolności Polski i jej samej.

Juliusz Słowacki, w czasie swej paryskiej emigracji marzył też, aby któryś z jego dramatów dostał się na deski jakiegoś paryskiego teatru, więc pisał także z założenia „dla Francuzów”. Takim dramatem jest „Mazepa”. Ze względów formalnych jest to piękna romantyczna historia, w której jest miłość i śmierć. Jednak MAZEPA Słowackiego jest też utworem alegorycznym i dotyczy historii polsko-ukraińskiej. Oto bowiem w Amelii, pięknej a młodziutkiej żonie Wojewody kocha się miłością zakazaną Zbigniew, młody rycerz, syn z pierwszego małżeństwa Wojewody. W Amelii jest też zakochany Mazepa, inteligentny, dowcipny i śmiały dworzanin króla Jana Kazimierza. W splocie tych postaci Słowacki dał (poza wspomnianą atrakcyjnością sceniczną dla Francuzów) jasny wykład o tragedii Polski i Ukrainy.

Najpierw dowiadujemy się, że bogaty, ale ograniczony i okrutny Wojewoda ma młodą, piękną żonę. Traktuje ją niejako jak łup, ozdobę, która mu się należy z racji potęgi pozycji i majątku. Wojewoda utożsamia w dramacie starą klasę magnaterii, która nie chce zrozumieć, że jej czas już przemija. Z kolei nieszczęśliwie zakochany w macosze Zbigniew jest przedstawicielem bezwolnej szlachty, którą ubezwłasnowolniła magnateria. Na domiar wszystkiego pojawia się też tytułowy bohater Mazepa, który zakochuje się w Amelii. Jest i Król, który chętnie uwiódłby Amelię dla zabawy, ale Król jest głupcem, który marnotrawi czas i siły. Rzecz kończy się, jak wiemy, tragicznie… Warto może przypomnieć sobie ten dramat, czytając go jednak właśnie jako alegorię.

Wspomnienia i dzień obecny

Ukraina w polskiej literaturze to niezmierzona piękna przestrzeń i Kozacy, jako ludzie odważni i wolni. Pomijam tu Sienkiewicza z jego trylogią, bo o tym już pisałem wcześniej. Dodam tylko, że nie można pisać „ku pokrzepieniu serc” własnego narodu, poniżając jednocześnie inny naród.

Czy, ogół Polaków ma świadomość, że przez kilkaset lat traktowaliśmy Ukrainę źle? Chyba nie. Jesteśmy tak zajęci naszymi własnymi krzywdami – realnymi lub urojonymi – że nie starcza nam czasu i sił na dochodzenie prawdy o naszym postępowaniu.

Dzisiaj Ukraińcy dowodzą, że są narodem twardym i bitnym. Podjęli walkę z krajem, który mienił się pierwszym mocarstwem świata i daj Boże wygrają. Walczą w imię wolności – swojego państwa i własnej wolności osobistej, której nie zaznają od Rosji.

Agresor napadł na Ukrainę, a przywódca napastnika bajdurzy o Wielkiej Rosji, jednym narodzie i narodowym historycznym posłannictwie. Jakie to posłannictwo wiemy najlepiej my, Polacy. Bezmyślne okrucieństwo i tępa administracja, wynaradawianie i poniżanie, łapówkarstwo i totalny bałagan, zamordyzm zamiast demokracji – to są nasze doświadczenia z kontaktów z Rosją. Być może oni inaczej nie potrafią, skoro tak „zaprogramowali ich” Mongołowie. Czy mam Rosjanom współczuć, że tak tylko potrafią żyć? Nie, bo skoro przez kilkaset lat nie znaleźli sami w sobie dość sił, żeby wypalić w swych duszach okrutne dziedzictwo Azji…

Współczuję natomiast Ukraińcom i podziwiam ich. I życzę, żeby wygrali.

Jestem też pełen uznania dla nas samych, że potrafimy być tak czuli na cudzy ból i nieszczęście. Może nie jesteśmy tak źli, jakby się wydawało na co dzień?