Spółka KCI sprzedała część udziałów wydawcy „Rzeczpospolitej”

Holenderska spółka Pluralis za 96,78 mln zł kupiła od kontrolowanego przez Grzegorza Hajdarowicza KCI 40 proc. akcji Gremi Media, wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”.

 

O podpisaniu umowy sprzedaży spółka KCI poinformowała w komunikacie giełdowym. Pluralis kupił łącznie 691 299 akcji Gremi Media S.A., stanowiących 40 proc. kapitału spółki i uprawniających do 37,60 proc.  głosów na walnym zgromadzeniu. Jedna akcja została wyceniona na 140 zł. Transakcja zrealizowana będzie w dwóch etapach, w pierwszym właściciela zmieni 346 612 akcji Gremi Media, a w drugiej – 344 687.

 

„Umowa reguluje również zasady ładu korporacyjnego w Gremi Media, a także postanowienia dotyczące prawa pierwokupu, prawa pociągnięcia („drag-along right”) oraz przyłączenia („tag-along right”)” – napisano w komunikacie KCI.

 

Mająca siedzibę w Amsterdamie spółka Pluralis należy do funduszu Media Development Investment Fund (MDIF), belgijskiej firmy medialnej Mediahuis i King Baudouin Foundation. MDIF jest wspierany finansowo przez miliardera George’a Sorosa.

 

Niewiążące porozumienie o sprzedaży 40 proc. akcji Gremi Media spółki KCI i Pluralis podpisały pod koniec listopada (pisaliśmy o tym TUTAJ).

 

opr. jka, źródła: KCI, Wirtualnemedia.pl, fot. Wikipedia

 

Radosław Gruca dziennikarzem śledczym portalu Radiozet.pl

Radosław Gruca dołączył do redakcji portalu Radiozet.pl. Będzie tam dziennikarzem śledczym.

 

W ramach współpracy Gruca ma prowadzić własne śledztwa dziennikarskie, ujawniające nieprawidłowości i nadużycia w kręgach władzy. Będzie również autorem kolejnego podcastu Radiozet.pl, w którym odsłoni kulisy polskiej polityki.

 

Radosław Gruca do lipca 2021 roku był dziennikarzem OKO.Press. Wcześniej pracował w „Fakcie”. W swojej karierze publikował również w „Dzienniku”, „Gazecie Wyborczej” i „Super Expressie”. Jest autorem książek „Hipokryzja. Pedofilia wśród księży i układ, który ją kryje” oraz „Osadzony”.

 

opr. jka, źródło: Eurozet, fot. YouTube

 

W TVN powstał związek zawodowy

W TVN powstał pierwszy związek zawodowy, który założyli przedstawiciele Związkowej Alternatywy. Na razie zrzesza kilkadziesiąt osób.

 

Organizację związkową w TVN udało się stworzyć po kilku miesiącach starań, na jej czele stanął montażysta Tomasz Ozimkiewicz.

 

Jak informuje szef Związkowej Alternatywy Piotr Szumlewicz, w rozmowie z portalem Wirtualnemedia.pl, związkowcy będą walczyć m.in. o poprawę komunikacji zarządu firmy z pracownikami.  – Oczywiście nie tracimy też z pola widzenia innych bardzo ważnych problemów, jak zarobki czy zwiększanie liczby etatów  – tłumaczy Szumlewicz.

 

Związkowa Alternatywa chce również utworzyć oddziały swojej organizacji w Polsacie i Telewizji Polskiej.

 

opr. jka, źródło:Wirtualnemedia.pl, fot. Wikipedia

 

Światowa lekkoatletyka tylko w TVP

Telewizja Polska nabyła prawa do najważniejszych imprez World Athletics – Światowej Federacji Lekkiej Atletyki na lata 2024-29. Nowa licencja zapewnia publicznemu nadawcy wyłączność na terenie Polski.

 

Pakiet zawiera 21 imprez przez sześć lat trwania kontraktu. Najważniejsze to mistrzostwa świata (w hali i na otwartym stadionie), a także mistrzostwa świata w sztafetach. Wszystkie imprezy będzie można oglądać w kanałach TVP (przede wszystkim w TVP Sport, lecz także w TVP1 i TVP2) oraz na stronie internetowej tvpsport.pl i w aplikacji mobilnej TVP Sport.

 

opr. jka, źródło: TVP Sport

Znów niski wynik Trójki. Krytyka badań radiowych

W okresie od września do listopada br. udział Programu 3 Polskiego Radia w słuchalności spadł już do 1,6 proc. Tymczasem badania Radio Track Kantar Polska spotykają się z krytyką, członkini Rady Mediów Narodowych, posłanka Joanna Lichocka skierowała do UOKiK wniosek o ich kontrolę.

 

Według najnowszej fali badania Radio Track Kantar Polska, za okres od września do listopada 2021 roku podanej przez portal Wirtualnemedia.pl, liderem rynku radiowego w Polsce pozostaje RMF FM  z udziałem w słuchaniu na poziomie 30,6 proc. W porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej udział tej stacji zwiększył się o 1,5 pkt. proc.

 

Drugie miejsce zajęło Radio ZET z wynikiem na poziomie 13,8 proc. (wzrost o 1,8 pkt. proc.), a trzecie sieć Eska z udziałem 7,9 proc. (wzrost o 0,3 pkt. proc.). Dopiero na dwunastym miejscu znalazła się radiowa Trójka, której wynik zmniejszył się o 1 pkt. proc. do 1,6 proc.

 

Tymczasem, posłanka PiS i członkini Rady Mediów Narodowych Joanna Lichocka, złożyła wniosek do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o kontrolę badania słuchalności. Wcześniej krytykowała je, przypominając, że udziałowcami odpowiadającego za badanie Radio Track Komitetu Badań Radiowych są czterej prywatni nadawcy: Eurozet, Grupa RMF, Grupa Radiowa Agory i Grupa Radiowa Time. W jej opinii w Polsce nie ma rzeczywistego badania słuchalności, a jedynie „coś w rodzaju sondażu rozpoznawania marki”.

 

opr. jka, źródło: Wirtualnemedia.pl, fot. Pixabay

 

Fake, który żyje przez dziesięciolecia

Napięta sytuacja wokół Ukrainy przyciąga uwagę cywilizowanego świata. Ostatnio stało się jasne, czego dokładnie chce Władimir Putin. Jednak jego pozycja opiera się na fałszywej informacji.

 

Kwestia ustnych gwarancji wobec nierozszerzenia NATO, które rzekomo dali Michajłowi Gorbaczowowi zachodni liderzy, kolejny raz jest omawiane w Rosji. Chodzi o to, że od czasu do czasu ten temat musi przypominać obywatelom Rosji o destrukcyjnej roli Gorbaczowa dla Związku Sowieckiego (przypominam, że Putin uważa upadek ZSRS za największą katastrofę geopolityczną XX wieku) oraz podkreślać niezdolność Zachodu do utrzymania własnego słowa. Podane wypowiedzi niejednokrotnie wypowiadali Władimir Putin, Sergiej Ławrow i inni politycy rosyjscy. W ten sposób Kreml tworzy iluzję własnej słuszności moralnej, którą stara się promować w przestrzeni informacyjnej. Biorąc pod uwagę wielokrotny powrót do tego tematu – całkiem udanie.

 

Trzeba przypomnieć nie tylko idyllę, która przez krótki czas panowała na świecie po zakończeniu zimnej wojny. Przekształcenie świata w jednobiegunowy to nie tylko ocieplenie relacji między wczorajszymi wrogami, ale także pomoc Rosji finansami i żywnością ze strony Zachodu, co z kolei pomogło jej uniknąć upadku. Gorzej było z trzema postsowieckimi republikami – Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem – ponieważ to one musiały dokonać rozbrojenia jądrowego w zamian za uznanie ze strony społeczności światowej. Przypominam, że broń jądrowa była eksportowana na terytorium Rosji, środki jej dostarczania zazwyczaj były niszczone na miejscu, podobnie jak infrastruktura ewentualnego uderzenia nuklearnego.

 

Czy zachodni liderzy mówili Michaiłowi Gorbaczowowi i prezydentowi Rosji Borysowi Jelcynowi o celowości przekształcenia NATO? Oczywiście tak. Czy dawali odpowiednie gwarancje w postaci umów międzynarodowych? Nie, inaczej Putin nie mówiłby dzisiaj, że ustne gwarancje  o nierozszerzeniu Sojuszu nie działają. Jest jeszcze jeden bardzo ważny fakt: na przełomie XX – XXI wieku grupa krajów bałtyckich i Europy Środkowej dokonały integracji euroatlantyckiej i europejskiej, pokazując, które związki dają dziś państwom gwarancje bezpieczeństwa i rozwoju. Udało im się wykorzystać słabość Rosji i demokratyczne poglądy Jelcyna.

 

Przypominam, że prezydent Rosji Putin zaczął głośno domagać się gwarancji nierozszerzenia NATO w warunkach, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy skoncentrowani są w pobliżu granic Ukrainy i zachowują się tak, jakby przygotowywali inwazję. Chodzi o negocjacje  polityczne: Władimir Putin żąda od Zachodu (czytaj: Joseph Biden) gwarancji tego, że Ukraina nie zostanie członkiem Sojuszu. Jednak już dzisiaj warto przypomnieć, że zajęcie przez Rosję Krymu i wybuch wojny hybrydowej w Donbasie przywróciły sens istnienia NATO i dały mu impuls do przywrócenia własnego wpływu. Ukraina w 2014 roku była państwem bezaliansowym, a oficjalny Kijów skonsolidował swoje aspiracje do członkostwa w NATO i UE na początku 2019 roku. Odpowiednie przepisy Konstytucji Ukrainy powinny wpłynąć na poglądy Josepha Bidena wraz z pozycją sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Soltenberga, który podkreślił niedopuszczalność żądań Rosji o stworzenie nowych stref wpływu. Już w przededniu rozmowy z Putinem Biden stwierdził, że nie akceptuje „czerwonych linii” i zapowiedział zestaw środków, które pomogą uniknąć rosyjskiej agresji.

 

Jewhen Mahda

 

fot. Flickr;UD/Frode Overland Andersen

 

Ludzki taran: lekcje z kryzysu na granicy

Cierpienie tysięcy ludzi jest tradycyjnie przedmiotem dużej uwagi ze strony mediów. Po co przyjechali dokładnie na Białoruś? Jakie powinny być działania sąsiadów Białorusi? Spróbujmy dać odpowiedź na te pytania w świetle wydarzeń kilku ostatnich tygodni na granicy Białorusi i jej zachodnich sąsiadów.

 

Przede wszystkim mamy do czynienia z odruchowym zarządzaniem przez Kreml, gdy Rosja umiejętnie przeliczyła działania podjęte przez Polskę i Litwę. Jeżeli przeanalizujemy kryzys migracyjny to zobaczymy, że miał on kilka etapów. Rozgrzewka – stopniowe zapełnianie obozów dla migrantów poszukujących azylu na Litwie. Koncentracja – przemieszczenie tysięcy migrantów na terytorium Białorusi z wyraźną demonstracją gotowości do ułatwienia tranzytu do Niemiec. Szturm – listopadowa kulminacja w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi – Kuźnicą, które stało się prawdziwym wybuchem informacyjnym. Obserwowany dziś częściowy powrót migrantów do ojczyzny nie powinien wprowadzać w błąd, ponieważ Łukaszenka w końcu listopada w Bruzgach podkreślił, że on i jego rząd zrobią wszystko w interesie migrantów.

 

Zanim powrócę do informacyjnego komponentu kryzysu zaznaczę kilka ważnych niuansów. Wiadomo, że Polska, Węgry i Czechy odmówiły przyjęcia uchodźców podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku, kiedy milion mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej uciekło do Europy w celach poszukiwania azylu. Tym razem chodzi nie o uchodźców, lecz o ludzi, z których każdy wydał kilka tysięcy dolarów, aby dostać się do granicy z krajami Unii Europejskiej. Jednak wspomnienia o wydarzeniach sprzed sześciu lat są wciąż świeże i tworzą matrycę postrzegania sytuacji przez obywateli UE.

 

A więc, stworzenie przez Polskę i Litwę stanu wyjątkowego na pasie granicznym, gdzie został zakazany pobyt obcych osób, Białoruś z kolei wykorzystała we własnym interesie. Białoruscy i rosyjscy propagandziści aktywnie relacjonowali swoją wersję sytuacji z migrantami na Białorusi, aktywnie wykorzystując postprawdę i tworząc emocjonalny obraz telewizyjny. Przesłanie  to, które było nadawane z dużą siłą można nazwać „Cierpienie uchodźców na granicy Unii Europejskiej”.

 

Kolejny ciekawy niuans: rozmowy telefoniczne w trójkącie Putin – Łukaszenko – Merkel, które miały zakończyć kryzys migracyjny. Warto jednak przypomnieć, że w ubiegłym roku, podczas apogeum protestów Białorusinów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich, Łukaszenka nie odbierał, gdy dzwoniła do niego Merkel. Tym razem w krótkim czasie odbyły się z kolei dwie takie rozmowy, które kanclerz Niemiec wcześniej uzgodniła z prezydentem Rosji. I dopiero po rozmowie z Łukaszenką Merkel zadzwoniła do polskiego premiera Mateusza Morawieckiego.

 

Aby lepiej zrozumieć charakter kryzysu migracyjnego, należy przytoczyć tu słowa Putina „Granice Rosji nigdzie się nie kończą”. Sakralny charakter granicy państwowej dla prezydenta największego, według powierzchni, państwa na świecie stał się motywacją do powstania kryzysu na granicach Unii Europejskiej, którym od ponad roku potrząsa Władimir Putin. W celu osiągnięcia swojego celu Kreml w samą porę przypomniał przeszłość Łukaszenki, który pełnił służbę w sowieckim oddziale granicznym i wywołał emocjonalną reakcję europejskich obrońców praw człowieka na cierpienie tysięcy ludzi. Wielu z liderów UE nie odważy się wskazać Putina jako inicjatora kryzysu migracyjnego, który ma na celu wstrząsnąć Unię Europejską, jako jedyni dokonali tego przedstawiciele polskiego przywództwa politycznego. Udało im się wstrzymać ten ludzki taran, lecz Kreml na tym się nie uspokoi.

 

Jewhen Mahda

 

Fot. KPRM

 

Kiedy Putin kłamie, trzeba uważać

Niestety we współczesnej polityce trudno zaskoczyć kogoś kłamstwem. Różni politycy są przyłapywani na kłamstwie, i ma to dla nich różne konsekwencje. Jednak kłamstwo przywódcy państwa atomowego ma szczególne znaczenie.

 

Władimir Putin rządzi Rosją od ponad 20 lat, a zatem w tym czasie wygłaszał dużo głośnych wypowiedzi. Nowoczesne środki komunikacji pozwalają nie tylko je relacjonować, ale także szybko je odnajdywać. Na przykład w lipcu 2005 roku Putin głośno stwierdził, że Ukraina kradnie gaz. Nie dostarczył żadnego potwierdzenia swoich słów, w rzeczywistości Rosja na to liczyła: jej celem było przygotowanie się do pierwszej wojny gazowej z Ukrainą i uzyskania dostępu do strategicznego obiektu – dyspozytorni Ukrtransgazu. Po Pomarańczowej rewolucji Kreml szukał dźwigni ekonomicznej presji na Ukrainę, gdyż porażka Wiktora Janukowycza zupełnie nie odpowiadała jego interesom. Ćwiczenia retoryczne Putina były skierowane w stronę zachodnich odbiorców rosyjskiego gazu i z czasem znalazły kontynuację w budownictwie gazociągów, które miały na celu wykluczenie Ukrainy z systemu tranzytowego rosyjskiego gazu.

 

Należy zauważyć, że ton wypowiedzi Putina na temat Ukrainy zmienił się w latach 2009-2010, kiedy wraz z premierem Ukrainy Julią Tymoszenko pobłogosławił podpisanie nowego kontraktu gazowego, który m.in. przewidywał pozbawienie statusu mediatora założonej w 2006 roku przez Kreml kompanii RosUkrEnergo. Jednak ten krok nie był dla Ukrainy sukcesem: warunki gazowe były niewolą, co z kolei potwierdziły decyzje sądu arbitrażowego w Sztokholmie zarówno w sprawie zasady «bierz lub płać», jak również w kwestii kontraktu tranzytowego. Ale nawet tutaj też nie obyło się bez manipulacji ze strony Federacji Rosyjskiej: Gazprom zapłacił 2,9 miliardów dolarów według decyzji sądu arbitrażowego dopiero w grudniu 2019 roku, po podpisaniu kontraktu tranzytowego na 5 lat i odmowie «Naftogazu Ukrainy» z pakietu roszczeń do rosyjskiego monopolu energetycznego.

 

W przyszłości sprawa energetyczna nie wypadła jednak z pola widzenia Putina. W październiku 2021 roku on kilkakrotnie powtórzył, że ukraiński GTS «pęknie», jeżeli powiększy objętość dostarczania gazu. Gospodarz Kremla w ten sposób promował NordStream2, podkreślając konieczność jak najszybszej certyfikacji i uruchomienia tego rosyjsko-niemieckiego projektu. Oczywiście prezydent Rosji nie przytaczał żadnych faktów ani ekspertyz potwierdzających swoje stanowisko – to nie jest sprawa królewska.

 

Biorąc pod uwagę, że wojna Rosji z Ukrainą trwa już osiem lat, wypadałoby tu przytoczyć słowa Putina, które wygłosił jesienią 2008 roku, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Odpowiadając na pytania dziennikarza zaznaczył, że Krym nie jest terytorium spornym, ponieważ Rosja od dawna (w 1997 roku) uznała swoje granice z Ukrainą. Odrębną kwestią jest sabotaż Rosji w zakresie demarkacji i delimitacji granic. Jak również odpowiedź «Ich tam nie ma» na pytanie o obecność wojsk rosyjskich w Donbasie.

 

Pytanie «Czy można wierzyć Putinowi?» w rzeczywistości pozostaje retorycznym, ponieważ dla niego nic nie kosztuje kłamać na temat możliwej inwazji wojsk ukraińskich w Donbasie lub porównywać ówczesną sytuację z Bałkanami w kontekście rzezi w bośniackiej Srebrenicy (Putin wielokrotnie próbował tego dokonać na ukraińskich władzach). Szczególne niebezpieczeństwo jego fałszywych oświadczeń polega na tym, że zostały zreplikowane przez rosyjską machinę propagandową. Dlatego teraz, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy są skoncentrowane w pobliżu granic Ukrainy, warto zastanowić się trzy razy, zanim uwierzy się w którekolwiek z oświadczeń Putina. Jest on zbyt przyzwyczajony do publicznego kłamania.

 

Jewhen Mahda

 

Kuźnica to nie My Lai

Białoruski przekaz propagandowy wobec kryzysu na granicy białorusko-polskiej, a szerzej wobec Polski (i jeszcze szerzej – wobec Zachodu), wspierany w zakresie metodologii i zasobów przez Rosję, jest intensywny, spójny i skoordynowany. Jego skuteczność oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną. Nie zmienia to faktu, że jednym z kluczowych działań, które winna podjąć strona polska, jest dopuszczenie (akredytowanie) do pracy w rejonie przygranicznym dziennikarzy.

 

Teza, że sprowadzi to na nas klęskę jak na Amerykanów, którzy pozwolili dziennikarzom na swobodne relacjonowane wojny w Wietnamie, jest co najmniej uproszczeniem – a ponadto odnosi się do zasadniczo innej sytuacji. Podobne do wojny wietnamskiej asymetryczne konflikty w Afganistanie przegrali zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie – i nie z powodu dziennikarzy. A wojna w Wietnamie, choć powszechnie uznawana za „pierwszą wojnę medialną”, nie była bynajmniej pierwszym konfliktem, relacjonowanym przez dziennikarzy i (foto)reporterów. Pierwszym była wojna krymska, niemal 170 lat temu. Potem była wojna secesyjna, wojny burskie, rewolucje wszelakie i oczywiście obie wojny światowe. Rzeczywiście jednak przekaz „medialny” był zwykle w mniejszy lub większy sposób ograniczany (co jednak wynikało też ze specyfiki ówczesnych mediów). Ale to dopiero po Wietnamie amerykańscy politycy doszli do wniosku, że informacja winna być w pełni kontrolowana. Niemniej na dłuższą metę ta kontrola okazała się całkowicie przeciwskuteczna – w wymiarze propagandowym, politycznym i wizerunkowym. Strategia kontrolowania informacji i manipulowania przekazem dotyczącym konfliktów od Granady przez Serbię po Irak i Libię wyrządziła Stanom Zjednoczonym ogromne straty polityczne. W dłuższej perspektywie dała oponentom Ameryki twardy i chętnie stosowany do dziś argument: jakie macie prawo pouczać nas w sprawie Czeczenii, Gruzji, Krymu czy Tybetu, skoro sami, pod fałszywym pretekstem, dokonaliście inwazji na Irak i zrzucaliście bomby na Belgrad?

 

Skoro mowa o Bałkanach – obraz konfliktów w byłej Jugosławii został zdominowany przez jednostronną narrację. To niemal wyłącznie Serbowie byli odpowiedzialni za całe zło: czystki etniczne, zbrodnie wojenne itp. I po dziś dzień taki obraz pokutuje w powszechnej świadomości, nie tylko na Zachodzie – choć nie jest to obraz prawdziwy. Ale Serbowie nie zadbali o kluczową rzecz: public relations. Skrupulatnie zadbali o to natomiast Brytyjczycy podczas wojny na Falklandach – i bardzo dobrze na tym wyszli. Był to jednak konflikt dość specyficzny, bo niebudzący specjalnych kontrowersji z moralnego punktu widzenia.

 

Nie zmienia to faktu, że przekaz jednostronny i kontrolowany prędzej czy później obróci się przeciw nam. Nie jest przypadkiem, że wojna, która była niemal transmitowana „na żywo”, tj. pierwsza wojna w Zatoce  Perskiej w 1991 roku, także w zasadzie nie budzi kontrowersji i nie prowokuje zarzutów o imperializm i powstawania teorii spiskowych – nawet wśród wrogów USA i Zachodu.

 

Weźmy też wreszcie pod uwagę, że obecne działania Alaksandra Łukaszenki, mimo, nomen omen, medialnych enuncjacji o „wojnie hybrydowej” – to jednak nie wojna. Tym bardziej nie ma powodu, by blokować dostęp do informacji na ich temat. Zwłaszcza, że dziś to w zasadzie niewykonalne. W erze „Internetu 2.0”, w której każdy może być tak odbiorcą, jak i nadawcą, jakiekolwiek próby kontrolowania informacji nie tylko są bezcelowe, ale też w sposób oczywisty prowokują oskarżenia o złe intencje.

 

Polska winna zademonstrować, że nie ma nic do ukrycia. Jest to ważne nie tylko z punktu widzenia międzynarodowego wizerunku Polski, ale i w kontekście pogłębiającej się polaryzacji wewnętrznej polskiego społeczeństwa – a sytuacja wokół kryzysu na granicy jest jednym z katalizatorów tego procesu. Warto też zadać sobie pytanie: jak potoczyłby się konflikt na wschodzie Ukrainy, jaka w jego sprawie narracja dominowałaby, gdyby Ukraina nie dopuściła, nawet wprost na linię frontu, dziennikarzy?

 

dr Jakub Olchowski

 

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: Pixabay

 

IV ogólnopolski konkurs na rysunek prasowy

Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie zaprasza do udziału w IV edycji ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa.

 

Celem Ogólnopolskiego konkursu na rysunek prasowy im. Aleksandra Wołosa jest nagrodzenie autorów najlepszych prac opublikowanych w 2021 roku i zwrócenie uwagi na znaczenie rysunku prasowego, który może być komentarzem politycznym, społecznym bądź sportowym,  tworzyć opowieść w postaci krótkiego komiksu czy być rysunkiem-ilustracją artykułu prasowego.

 

Organizatorem konkursu jest Warmińsko-Mazurski Oddział Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Olsztynie. Patronat honorowy nad konkursem objęło Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego.

 

Regulamin konkursu dostępny jest TUTAJ.

 

Patron konkursu

 

Aleksander Wołos (1934-2014); doktor habilitowany z zakresu nauk przyrodniczych,  olsztyński karykaturzysta, rysownik, pastelista,  malarz.

 

Od 1955 r. publikował w prasie regionalnej (Gazeta Olsztyńska, Nasza Wieś, Panorama Północy, Posłaniec Warmiński, Warmia i Mazury), w tygodnikach ogólnopolskich Karuzela, Polityka, Szpilki, Wprost, a także w prasie niemieckiej (Kontraste, Eulenspiegel, Pardon) i jugosłowiańskiej (Osten) oraz wielu wydawnictwach książkowych. Był autorem ponad 100 projektów okładek do książek. Opublikował cztery zbiorki rysunków satyrycznych oraz trzy albumy malarstwa pastelowego: Pastelowy humor (2002), Głowy i główki (2004), Akweny (2006). Miał na swym koncie ponad 60 wystaw indywidualnych oraz udział w kilkuset wystawach zbiorowych. Laureat wielu nagród krajowych i zagranicznych. Otrzymał m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski,  Medal Zasłużony dla Kultury Polskiej, Odznakę „Zasłużony dla Warmii i Mazur”.

 

Śmierć zaskoczyła Aleksandra Wołosa w dniu, gdy na Zamku Olsztyńskim miał odebrać z rąk Prezydenta Olsztyna nagrodę im. Hieronima Skurpskiego, przyznawaną przez Kapitułę najbardziej uznanych artystów olsztyńskich.

 

Zapiski ze stanu wojennego – premiera książki Zenona Złakowskiego

 W Olsztynie ukazała się najnowsza książka Zenona Złakowskiego „Mój stan wojenny”. Publikacja zawiera osobiste wspomnienia dziennikarza i pisarza z lat 80. ubiegłego wieku, rysunki olsztyńskiego karykaturzysty Aleksandra Wołosa, a także dowcipy z tego okresu.

 

Zenon Złakowski w grudniu 1974 roku został zatrudniony w olsztyńskiej Rozgłośni Polskiego Radia i przez lata pracował jako dziennikarz w redakcji informacyjno-publicystycznej.

– W tym burzliwym czasie zacząłem na użytek własny notować pewne fakty, spisywać obserwacje dotyczące najbliższego środowiska oraz komentować pewne wydarzenia w województwie i kraju. Te zapiski prowadziłem również w stanie wojennym i dalej do roku 1989 – wspomina we wstępie do książki autor. – Chcę podkreślić, że chociaż w poglądach jak i w swej postawie byłem zdecydowanym opozycjonistą wobec ówczesnej władzy, to jednak nie należałem do czołowych działaczy olsztyńskiego podziemia. Zdecydowałem się opublikować w formie książkowej poczynione wówczas zapiski, sądząc, że mogą one w jakimś stopniu poszerzyć wiedze o tym przełomowym okresie w naszych najnowszych dziejach oraz pozwolić, przynajmniej w części, poznać klimat tych trudnych czasów.

 

Zenon Złakowski po upadku PRL-u był posłem na Sejm. Podczas spotkania autorskiego wręczono mu medal 40-lecia Solidarności. Wydarzenie poprowadził dziennikarz Radia Olsztyn Marek Lewiński.

 

Fot. Mateusz Kossakowski

 

Więcej zdjęć z premiery na stronie Oddziału Warmińsko-Mazurskiego SDP TUTAJ.

 

Zenon Złakowski był gościem naszego cyklu „SDP Cafe – podaj dalej…”. Rozmowę można obejrzeć TUTAJ.