Fake, który żyje przez dziesięciolecia

Napięta sytuacja wokół Ukrainy przyciąga uwagę cywilizowanego świata. Ostatnio stało się jasne, czego dokładnie chce Władimir Putin. Jednak jego pozycja opiera się na fałszywej informacji.

 

Kwestia ustnych gwarancji wobec nierozszerzenia NATO, które rzekomo dali Michajłowi Gorbaczowowi zachodni liderzy, kolejny raz jest omawiane w Rosji. Chodzi o to, że od czasu do czasu ten temat musi przypominać obywatelom Rosji o destrukcyjnej roli Gorbaczowa dla Związku Sowieckiego (przypominam, że Putin uważa upadek ZSRS za największą katastrofę geopolityczną XX wieku) oraz podkreślać niezdolność Zachodu do utrzymania własnego słowa. Podane wypowiedzi niejednokrotnie wypowiadali Władimir Putin, Sergiej Ławrow i inni politycy rosyjscy. W ten sposób Kreml tworzy iluzję własnej słuszności moralnej, którą stara się promować w przestrzeni informacyjnej. Biorąc pod uwagę wielokrotny powrót do tego tematu – całkiem udanie.

 

Trzeba przypomnieć nie tylko idyllę, która przez krótki czas panowała na świecie po zakończeniu zimnej wojny. Przekształcenie świata w jednobiegunowy to nie tylko ocieplenie relacji między wczorajszymi wrogami, ale także pomoc Rosji finansami i żywnością ze strony Zachodu, co z kolei pomogło jej uniknąć upadku. Gorzej było z trzema postsowieckimi republikami – Ukrainą, Białorusią, Kazachstanem – ponieważ to one musiały dokonać rozbrojenia jądrowego w zamian za uznanie ze strony społeczności światowej. Przypominam, że broń jądrowa była eksportowana na terytorium Rosji, środki jej dostarczania zazwyczaj były niszczone na miejscu, podobnie jak infrastruktura ewentualnego uderzenia nuklearnego.

 

Czy zachodni liderzy mówili Michaiłowi Gorbaczowowi i prezydentowi Rosji Borysowi Jelcynowi o celowości przekształcenia NATO? Oczywiście tak. Czy dawali odpowiednie gwarancje w postaci umów międzynarodowych? Nie, inaczej Putin nie mówiłby dzisiaj, że ustne gwarancje  o nierozszerzeniu Sojuszu nie działają. Jest jeszcze jeden bardzo ważny fakt: na przełomie XX – XXI wieku grupa krajów bałtyckich i Europy Środkowej dokonały integracji euroatlantyckiej i europejskiej, pokazując, które związki dają dziś państwom gwarancje bezpieczeństwa i rozwoju. Udało im się wykorzystać słabość Rosji i demokratyczne poglądy Jelcyna.

 

Przypominam, że prezydent Rosji Putin zaczął głośno domagać się gwarancji nierozszerzenia NATO w warunkach, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy skoncentrowani są w pobliżu granic Ukrainy i zachowują się tak, jakby przygotowywali inwazję. Chodzi o negocjacje  polityczne: Władimir Putin żąda od Zachodu (czytaj: Joseph Biden) gwarancji tego, że Ukraina nie zostanie członkiem Sojuszu. Jednak już dzisiaj warto przypomnieć, że zajęcie przez Rosję Krymu i wybuch wojny hybrydowej w Donbasie przywróciły sens istnienia NATO i dały mu impuls do przywrócenia własnego wpływu. Ukraina w 2014 roku była państwem bezaliansowym, a oficjalny Kijów skonsolidował swoje aspiracje do członkostwa w NATO i UE na początku 2019 roku. Odpowiednie przepisy Konstytucji Ukrainy powinny wpłynąć na poglądy Josepha Bidena wraz z pozycją sekretarza generalnego Sojuszu Jensa Soltenberga, który podkreślił niedopuszczalność żądań Rosji o stworzenie nowych stref wpływu. Już w przededniu rozmowy z Putinem Biden stwierdził, że nie akceptuje „czerwonych linii” i zapowiedział zestaw środków, które pomogą uniknąć rosyjskiej agresji.

 

Jewhen Mahda

 

fot. Flickr;UD/Frode Overland Andersen

 

Ludzki taran: lekcje z kryzysu na granicy

Cierpienie tysięcy ludzi jest tradycyjnie przedmiotem dużej uwagi ze strony mediów. Po co przyjechali dokładnie na Białoruś? Jakie powinny być działania sąsiadów Białorusi? Spróbujmy dać odpowiedź na te pytania w świetle wydarzeń kilku ostatnich tygodni na granicy Białorusi i jej zachodnich sąsiadów.

 

Przede wszystkim mamy do czynienia z odruchowym zarządzaniem przez Kreml, gdy Rosja umiejętnie przeliczyła działania podjęte przez Polskę i Litwę. Jeżeli przeanalizujemy kryzys migracyjny to zobaczymy, że miał on kilka etapów. Rozgrzewka – stopniowe zapełnianie obozów dla migrantów poszukujących azylu na Litwie. Koncentracja – przemieszczenie tysięcy migrantów na terytorium Białorusi z wyraźną demonstracją gotowości do ułatwienia tranzytu do Niemiec. Szturm – listopadowa kulminacja w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi – Kuźnicą, które stało się prawdziwym wybuchem informacyjnym. Obserwowany dziś częściowy powrót migrantów do ojczyzny nie powinien wprowadzać w błąd, ponieważ Łukaszenka w końcu listopada w Bruzgach podkreślił, że on i jego rząd zrobią wszystko w interesie migrantów.

 

Zanim powrócę do informacyjnego komponentu kryzysu zaznaczę kilka ważnych niuansów. Wiadomo, że Polska, Węgry i Czechy odmówiły przyjęcia uchodźców podczas kryzysu migracyjnego w 2015 roku, kiedy milion mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej uciekło do Europy w celach poszukiwania azylu. Tym razem chodzi nie o uchodźców, lecz o ludzi, z których każdy wydał kilka tysięcy dolarów, aby dostać się do granicy z krajami Unii Europejskiej. Jednak wspomnienia o wydarzeniach sprzed sześciu lat są wciąż świeże i tworzą matrycę postrzegania sytuacji przez obywateli UE.

 

A więc, stworzenie przez Polskę i Litwę stanu wyjątkowego na pasie granicznym, gdzie został zakazany pobyt obcych osób, Białoruś z kolei wykorzystała we własnym interesie. Białoruscy i rosyjscy propagandziści aktywnie relacjonowali swoją wersję sytuacji z migrantami na Białorusi, aktywnie wykorzystując postprawdę i tworząc emocjonalny obraz telewizyjny. Przesłanie  to, które było nadawane z dużą siłą można nazwać „Cierpienie uchodźców na granicy Unii Europejskiej”.

 

Kolejny ciekawy niuans: rozmowy telefoniczne w trójkącie Putin – Łukaszenko – Merkel, które miały zakończyć kryzys migracyjny. Warto jednak przypomnieć, że w ubiegłym roku, podczas apogeum protestów Białorusinów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów prezydenckich, Łukaszenka nie odbierał, gdy dzwoniła do niego Merkel. Tym razem w krótkim czasie odbyły się z kolei dwie takie rozmowy, które kanclerz Niemiec wcześniej uzgodniła z prezydentem Rosji. I dopiero po rozmowie z Łukaszenką Merkel zadzwoniła do polskiego premiera Mateusza Morawieckiego.

 

Aby lepiej zrozumieć charakter kryzysu migracyjnego, należy przytoczyć tu słowa Putina „Granice Rosji nigdzie się nie kończą”. Sakralny charakter granicy państwowej dla prezydenta największego, według powierzchni, państwa na świecie stał się motywacją do powstania kryzysu na granicach Unii Europejskiej, którym od ponad roku potrząsa Władimir Putin. W celu osiągnięcia swojego celu Kreml w samą porę przypomniał przeszłość Łukaszenki, który pełnił służbę w sowieckim oddziale granicznym i wywołał emocjonalną reakcję europejskich obrońców praw człowieka na cierpienie tysięcy ludzi. Wielu z liderów UE nie odważy się wskazać Putina jako inicjatora kryzysu migracyjnego, który ma na celu wstrząsnąć Unię Europejską, jako jedyni dokonali tego przedstawiciele polskiego przywództwa politycznego. Udało im się wstrzymać ten ludzki taran, lecz Kreml na tym się nie uspokoi.

 

Jewhen Mahda

 

Fot. KPRM

 

Kiedy Putin kłamie, trzeba uważać

Niestety we współczesnej polityce trudno zaskoczyć kogoś kłamstwem. Różni politycy są przyłapywani na kłamstwie, i ma to dla nich różne konsekwencje. Jednak kłamstwo przywódcy państwa atomowego ma szczególne znaczenie.

 

Władimir Putin rządzi Rosją od ponad 20 lat, a zatem w tym czasie wygłaszał dużo głośnych wypowiedzi. Nowoczesne środki komunikacji pozwalają nie tylko je relacjonować, ale także szybko je odnajdywać. Na przykład w lipcu 2005 roku Putin głośno stwierdził, że Ukraina kradnie gaz. Nie dostarczył żadnego potwierdzenia swoich słów, w rzeczywistości Rosja na to liczyła: jej celem było przygotowanie się do pierwszej wojny gazowej z Ukrainą i uzyskania dostępu do strategicznego obiektu – dyspozytorni Ukrtransgazu. Po Pomarańczowej rewolucji Kreml szukał dźwigni ekonomicznej presji na Ukrainę, gdyż porażka Wiktora Janukowycza zupełnie nie odpowiadała jego interesom. Ćwiczenia retoryczne Putina były skierowane w stronę zachodnich odbiorców rosyjskiego gazu i z czasem znalazły kontynuację w budownictwie gazociągów, które miały na celu wykluczenie Ukrainy z systemu tranzytowego rosyjskiego gazu.

 

Należy zauważyć, że ton wypowiedzi Putina na temat Ukrainy zmienił się w latach 2009-2010, kiedy wraz z premierem Ukrainy Julią Tymoszenko pobłogosławił podpisanie nowego kontraktu gazowego, który m.in. przewidywał pozbawienie statusu mediatora założonej w 2006 roku przez Kreml kompanii RosUkrEnergo. Jednak ten krok nie był dla Ukrainy sukcesem: warunki gazowe były niewolą, co z kolei potwierdziły decyzje sądu arbitrażowego w Sztokholmie zarówno w sprawie zasady «bierz lub płać», jak również w kwestii kontraktu tranzytowego. Ale nawet tutaj też nie obyło się bez manipulacji ze strony Federacji Rosyjskiej: Gazprom zapłacił 2,9 miliardów dolarów według decyzji sądu arbitrażowego dopiero w grudniu 2019 roku, po podpisaniu kontraktu tranzytowego na 5 lat i odmowie «Naftogazu Ukrainy» z pakietu roszczeń do rosyjskiego monopolu energetycznego.

 

W przyszłości sprawa energetyczna nie wypadła jednak z pola widzenia Putina. W październiku 2021 roku on kilkakrotnie powtórzył, że ukraiński GTS «pęknie», jeżeli powiększy objętość dostarczania gazu. Gospodarz Kremla w ten sposób promował NordStream2, podkreślając konieczność jak najszybszej certyfikacji i uruchomienia tego rosyjsko-niemieckiego projektu. Oczywiście prezydent Rosji nie przytaczał żadnych faktów ani ekspertyz potwierdzających swoje stanowisko – to nie jest sprawa królewska.

 

Biorąc pod uwagę, że wojna Rosji z Ukrainą trwa już osiem lat, wypadałoby tu przytoczyć słowa Putina, które wygłosił jesienią 2008 roku, po wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Odpowiadając na pytania dziennikarza zaznaczył, że Krym nie jest terytorium spornym, ponieważ Rosja od dawna (w 1997 roku) uznała swoje granice z Ukrainą. Odrębną kwestią jest sabotaż Rosji w zakresie demarkacji i delimitacji granic. Jak również odpowiedź «Ich tam nie ma» na pytanie o obecność wojsk rosyjskich w Donbasie.

 

Pytanie «Czy można wierzyć Putinowi?» w rzeczywistości pozostaje retorycznym, ponieważ dla niego nic nie kosztuje kłamać na temat możliwej inwazji wojsk ukraińskich w Donbasie lub porównywać ówczesną sytuację z Bałkanami w kontekście rzezi w bośniackiej Srebrenicy (Putin wielokrotnie próbował tego dokonać na ukraińskich władzach). Szczególne niebezpieczeństwo jego fałszywych oświadczeń polega na tym, że zostały zreplikowane przez rosyjską machinę propagandową. Dlatego teraz, gdy dziesiątki tysięcy rosyjskich żołnierzy są skoncentrowane w pobliżu granic Ukrainy, warto zastanowić się trzy razy, zanim uwierzy się w którekolwiek z oświadczeń Putina. Jest on zbyt przyzwyczajony do publicznego kłamania.

 

Jewhen Mahda

 

Kuźnica to nie My Lai

Białoruski przekaz propagandowy wobec kryzysu na granicy białorusko-polskiej, a szerzej wobec Polski (i jeszcze szerzej – wobec Zachodu), wspierany w zakresie metodologii i zasobów przez Rosję, jest intensywny, spójny i skoordynowany. Jego skuteczność oczywiście pozostaje kwestią dyskusyjną. Nie zmienia to faktu, że jednym z kluczowych działań, które winna podjąć strona polska, jest dopuszczenie (akredytowanie) do pracy w rejonie przygranicznym dziennikarzy.

 

Teza, że sprowadzi to na nas klęskę jak na Amerykanów, którzy pozwolili dziennikarzom na swobodne relacjonowane wojny w Wietnamie, jest co najmniej uproszczeniem – a ponadto odnosi się do zasadniczo innej sytuacji. Podobne do wojny wietnamskiej asymetryczne konflikty w Afganistanie przegrali zarówno Rosjanie, jak i Amerykanie – i nie z powodu dziennikarzy. A wojna w Wietnamie, choć powszechnie uznawana za „pierwszą wojnę medialną”, nie była bynajmniej pierwszym konfliktem, relacjonowanym przez dziennikarzy i (foto)reporterów. Pierwszym była wojna krymska, niemal 170 lat temu. Potem była wojna secesyjna, wojny burskie, rewolucje wszelakie i oczywiście obie wojny światowe. Rzeczywiście jednak przekaz „medialny” był zwykle w mniejszy lub większy sposób ograniczany (co jednak wynikało też ze specyfiki ówczesnych mediów). Ale to dopiero po Wietnamie amerykańscy politycy doszli do wniosku, że informacja winna być w pełni kontrolowana. Niemniej na dłuższą metę ta kontrola okazała się całkowicie przeciwskuteczna – w wymiarze propagandowym, politycznym i wizerunkowym. Strategia kontrolowania informacji i manipulowania przekazem dotyczącym konfliktów od Granady przez Serbię po Irak i Libię wyrządziła Stanom Zjednoczonym ogromne straty polityczne. W dłuższej perspektywie dała oponentom Ameryki twardy i chętnie stosowany do dziś argument: jakie macie prawo pouczać nas w sprawie Czeczenii, Gruzji, Krymu czy Tybetu, skoro sami, pod fałszywym pretekstem, dokonaliście inwazji na Irak i zrzucaliście bomby na Belgrad?

 

Skoro mowa o Bałkanach – obraz konfliktów w byłej Jugosławii został zdominowany przez jednostronną narrację. To niemal wyłącznie Serbowie byli odpowiedzialni za całe zło: czystki etniczne, zbrodnie wojenne itp. I po dziś dzień taki obraz pokutuje w powszechnej świadomości, nie tylko na Zachodzie – choć nie jest to obraz prawdziwy. Ale Serbowie nie zadbali o kluczową rzecz: public relations. Skrupulatnie zadbali o to natomiast Brytyjczycy podczas wojny na Falklandach – i bardzo dobrze na tym wyszli. Był to jednak konflikt dość specyficzny, bo niebudzący specjalnych kontrowersji z moralnego punktu widzenia.

 

Nie zmienia to faktu, że przekaz jednostronny i kontrolowany prędzej czy później obróci się przeciw nam. Nie jest przypadkiem, że wojna, która była niemal transmitowana „na żywo”, tj. pierwsza wojna w Zatoce  Perskiej w 1991 roku, także w zasadzie nie budzi kontrowersji i nie prowokuje zarzutów o imperializm i powstawania teorii spiskowych – nawet wśród wrogów USA i Zachodu.

 

Weźmy też wreszcie pod uwagę, że obecne działania Alaksandra Łukaszenki, mimo, nomen omen, medialnych enuncjacji o „wojnie hybrydowej” – to jednak nie wojna. Tym bardziej nie ma powodu, by blokować dostęp do informacji na ich temat. Zwłaszcza, że dziś to w zasadzie niewykonalne. W erze „Internetu 2.0”, w której każdy może być tak odbiorcą, jak i nadawcą, jakiekolwiek próby kontrolowania informacji nie tylko są bezcelowe, ale też w sposób oczywisty prowokują oskarżenia o złe intencje.

 

Polska winna zademonstrować, że nie ma nic do ukrycia. Jest to ważne nie tylko z punktu widzenia międzynarodowego wizerunku Polski, ale i w kontekście pogłębiającej się polaryzacji wewnętrznej polskiego społeczeństwa – a sytuacja wokół kryzysu na granicy jest jednym z katalizatorów tego procesu. Warto też zadać sobie pytanie: jak potoczyłby się konflikt na wschodzie Ukrainy, jaka w jego sprawie narracja dominowałaby, gdyby Ukraina nie dopuściła, nawet wprost na linię frontu, dziennikarzy?

 

dr Jakub Olchowski

 

Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: Pixabay

 

Raport Mandiant: operacja Ghostwriter w Polsce

Niedawna aktualizacja raportu firmy Mandiant, zajmującej się cyberbezpieczeństwem, rzuciła nowe światło na grupę UNC1151, odpowiedzialną m.in. za włamanie na skrzynkę szefa KPRM Michała Dworczyka. Okazuje się, że za działania odpowiedzialny bezpośrednio jest reżim Łukaszenki, a nie, jak wcześniej sądzono, Kreml. Metody działania grupy hackerskiej opisywane były już na portalu StopFake PL.

 

Działania hackerów miały jednak konkretny cel wykraczający poza samo zdobycie wrażliwych informacji. Uzyskane w ich ramach informacje były wykorzystywane w kampanii wpływu opatrzonej przez Mandiant kryptonimem Ghostwriter. Skierowana ona była przede wszystkim do odbiorców z Polski, Litwy i Łotwy. Główna oś narracji dezinformacyjnej początkowo koncentrowała się wokół kwestii obecności wojsk NATO we wspomnianych państwach, mając na celu wywoływanie związanej z tym niechęci obywateli.

 

Kampania zmieniła jednak nieco charakter. I tak w styczniu 2021 roku firma Mandiant zaczęła badać aktywność hackerów w okresie od października 2020 roku do stycznia 2021 roku. Grupa UNC1151 przeprowadziła wtedy operację skierowaną bezpośrednio przeciwko Polsce. Wykorzystując zhackowane konta polityków, przede wszystkich z partii rządzącej i koalicyjnej rozpowszechniała treści dyskredytujące polski rząd oraz usiłowała wykorzystywać istniejące podziały dla zaostrzania sytuacji społecznej.

 

I tak w październiku na profilu na Twitterze posłanki PiS w jednym z tweetów podszywający się pod nią hackerzy nazwali zwolenniczki aborcji „narkomankami-prostytutkami i mordercami dzieci”. Podobny post, również obrażający przeciwniczki zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych ukazał się po włamaniu na koncie w serwisie Facebook minister rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg. Inną dyskredytującą narrację przyjęto podczas włamań na konta posłów PiS Marcina DuszkaMarka Suskiego. Tu uderzono w wątki obyczajowe. W przypadku Marka Suskiego insynuowano istnienie romansu między posłem a lokalną polityczką Ewą Szarzyńską z Mogilna. Profile tej ostatniej również zostały w tym celu zhackowane.

 

Nieco inne były założenia, które przyjęła grupa UNC1151 podczas włamania na profil w serwisie Twitter posłanki Porozumienia Iwony Michałek w styczniu 2021 roku. Opublikowany przez hackerów wpis zawierał rysunek wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego w stroju więziennym i oskarżenia pod adresem rządu PiS, zarzucające mu dyktatorskie metody, antydemokratyczność i szereg różnych przestępstw. Widać tu wyraźnie, że miało to służyć pogłębieniu kryzysu w koalicji rządzącej czy też wywarciu wrażenia, że kryzys ten jest głębszy niż w rzeczywistości albo wynika z innych pobudek.

 

Wyżej opisane działania miały dwa zasadnicze cele – dyskredytacja ośrodka rządowego, co prowadzi do osłabienia zaufania społeczeństwa do władzy i wykorzystanie kontrowersyjnych tematów, wywołujących duże emocje w społeczeństwie (aborcja) do pogłębienia już istniejących podziałów społecznych i politycznych. Skutek tych działań zobaczyć można obecnie chociażby w reakcji Polaków na kryzys migracyjny. Skuteczne działanie instytucji państwa zostało zbojkotowane, a wręcz było utrudniane przez niektóre osoby, w tym polityków, działaczy społecznych i znane osoby życia publicznego.

 

Co ciekawe, niektóre z tych profili, a także inne, były wykorzystywane także do rozpowszechniania fałszywego artykułu głoszącego tezy o rzekomym przygotowywaniu sił NATO na wojnę z Rosją, której areną miała stać się Polska. Artykuł był zręczną manipulacją, wykorzystującą fragmenty autentycznych artykułów informujących o spotkaniu ministrów obrony państw Sojuszu Północnoatlantyckiego. Do tego dopisano fałszywe tezy i sensacyjny tytuł, by siać w społeczeństwie polskim niechęć do NATO. Został on opublikowany na trzech portalach – Prawy.pl, Obserwator Nadodrzański i na stronie powiatu wschowskiego. Najprawdopodobniej publikacja była również możliwa w wyniku włamania na te strony.

 

Udział hackerów w kampaniach dezinformacyjnych jest czymś, z czego warto zdawać sobie sprawę. Przede wszystkim powinni wziąć to pod uwagę politycy i osoby publiczne i zadbać o lepsze zabezpieczenie swoich profili, chociażby za pomocą podwójnego uwierzytelniania. Z drugiej strony świadczy to o tym, że nawet pozornie zweryfikowane, oficjalne profile mogą publikować dezinformację, gdy padną ofiarą włamania – warto więc mieć zawsze dystans do zbyt szokujących informacji i wstrzymać się z ich udostępnianiem, bo szybko może się okazać, że nie miały wiele wspólnego z prawdą.

 

PMB

 

Źródło: Mandiant

 

Rocznica obrony godności na Ukrainie

21 listopada na Ukrainie obchodzony jest jako Dzień Godności i Wolności. To nawiązanie do dwóch rewolucji, które Ukraina przeżyła w XXI wieku – tzw. Pomarańczowej Rewolucji (za jej początek uznaje się 22 listopada 2004 roku) i Euromajdanu (21 listopada 2013 roku), który z czasem stał się Rewolucją Godności. Ukraińcy i w 2004, i w 2013 roku wyszli na kijowski Majdan Niepodległości nie tylko w obronie swych praw, wolności, czy w geście sprzeciwu wobec skorumpowanej elity politycznej własnego kraju, ale też manifestując swój związek z Zachodem i sprzeciwiając się rosyjskim wpływom na Ukrainie.

 

Ukraińska pisarka Oksana Zabużko zwraca uwagę, że kompletnie błędnym jest myślenie, że Rewolucja Godności spowodowała rosyjską agresję na Ukrainę W rzeczywistości „Majdan” był pierwszym etapem obrony przeciwko pełzającej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Gdyby ukraińskie społeczeństwo dobrowolnie pozwoliło na porzucenie drogi w kierunku struktur euroatlantyckich, to po prostu zostałoby pochłonięte przez Moskwę bez jednego wystrzału, tak jak to się dzieje z Białorusią. W 2013 roku zdecydowana większość aktywnego ukraińskiego społeczeństwa zrozumiała, że Janukowycz nie jest już reprezentantem Ukrainy, lecz stał się namiestnikiem Moskwy, który wykonuje pokornie wolę Putina.

 

Wychodząc na barykady w Kijowie i wielu innych ukraińskich miastach (także tych na wschodzie tego kraju, bo przecież „Majdany” rozciągały się od Doniecka do Lwowa), czynili to pod flagami Unii Europejskiej, która była dla nich symbolem Zachodu, świata wolności i godności. Berkutowcy z nienawiścią łamali i deptali gwiaździste symbole, a przywódcy europejscy, jak to jest w ich zwyczaju, obruszali się i grozili sankcjami. Nawet wtedy, gdy reżim Janukowycza bezwzględnie katował i zabijał uczestników Majdanu, europejscy politycy wciąż chcieli się z Janukowyczem dogadywać. Ukraińcy jednak twardą walką postawili na swoim. Zmuszając Janukowycza do ucieczki i broniąc swojego kraju przeciwko otwartej agresji na wschodzie, tak naprawdę obronili nie tylko swoją godność, ale też godność świata zachodu, pomimo że ten nie potrafił okazać w dramatycznych dniach wystarczającego wsparcia. Nie chcę już nawet wspominać tych hańbiących negocjacji, w ostatnich dniach Janukowycza, które były też udziałem ówczesnego polskiego ministra spraw zagranicznych. Ukraińcy wbrew ustaleniom europejskich polityków nie upokorzyli się i nie oddali swojej wolności. Oni pierwsi obronili też granice Unii Europejskiej i czynią to do dzisiaj, biorąc na siebie ataki rosyjskich wojsk, hakerów, propagandystów.

 

Ukraiński dziennikarz Dmytro Tuzow kilka dni temu powiedział mi: „Dzisiaj na wschodniej granicy w jakiejś części możecie odczuć to, z czym my się zmagamy 8 lat”. Ukraińcy doskonale wiedzą, że rosyjska agresja przez wieki przybierała bardzo różne formy i chyba nigdy nie była ogłoszoną wojną. Rosja napada na swoich sąsiadów krzycząc, że wybawia ich z niewoli, pomaga w tragicznej sytuacji, ratuje od nieodpowiedzialnych elit czy faszystowskich reżimów. Wojnie zawsze są winne władze napadniętego kraju, a nie faktycznie ci, którzy ataku dokonali. Potrafi do tego wykorzystywać wewnątrzpolityczne spory, historyczne zaszłości i mniejszości narodowe, a ostatnio jako narzędzie walki wykorzystuje też migrantów.

 

Trudno w tym nie zauważyć pewnej analogii. Dzisiaj Polska broni granic UE, w tym samym czasie, gdy niektórzy europejscy przywódcy znów naiwnie próbują się dogadywać z ŁukaszenkąPutinem, nie rozumiejąc czy też udając, że nie rozumieją, że Kreml znów prowadzi brutalny atak przeciwko Zachodowi. Przedstawiciele wolnego białoruskiego społeczeństwa telefony Merkel do Łukaszenki wprost nazywają zdradą Białorusi. Kolejny raz naród, który, choć nie jest formalną częścią Unii Europejskiej, lepiej rozumie fundamentalne wartości, które przyświecały jej powstaniu, niż politycy liczący euro na swoich kontach. To już najwyższy czas, by w Brukseli, Berlinie i w Paryżu przypomniano sobie, co tak naprawdę oznacza wolność i czym jest godność.

 

PB

 

UNC1151, Białoruś i maile Dworczyka – kto stoi za włamaniem na skrzynkę szefa KPRM?

Amerykańska firma Mandiant zajmująca się cyberbezpieczeństwem ujawniła w swoim najnowszym raporcie kto prawdopodobnie stoi za wyciekiem maili ze skrzynki szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michała Dworczyka. Nieskategoryzowana Grupa 1151, jak została ona oznaczona, to hakerzy powiązani z Białorusią.

 

Przypomnijmy: we wtorek 8 czerwca 2021 roku ukazała się informacja o włamaniu na prywatną skrzynkę szefa KPRM Michała Dworczyka. Hakerzy rozpoczęli publikację domniemanej korespondencji z różnymi politykami i osobami z życia publicznego. Jak podkreślił Dworczyk, „w skrzynce mailowej będącej przedmiotem ataku hackerskiego nie znajdowały się żadne informacje, które miały charakter niejawny, zastrzeżony, tajny lub ściśle tajny”. Nie ma także pewności, które z maili publikowanych w serwisie Telegram są prawdziwe, a które to zręczne fałszywki, mające rozsiewać dezinformację i wywoływać sensację. W swoim oświadczeniu zaraz po ujawnieniu wycieku szef KPRM zaznaczył ten fakt: „Zważywszy na to, że informacje zostały opublikowane w rosyjskim serwisie społecznościowym Telegram oraz fakt, że przez 11 lat miałem zakaz wjazdu na teren Białorusi i Rosji jako osoba aktywnie wspierająca przemiany demokratyczne na terenie byłego ZSRR, traktuję ten atak jako jeden z elementów szeroko zakrojonych działań dezinformacyjnych zawierających sfałszowane i zmanipulowane informacje”.

 

Nie ulega wątpliwości, że kampania ta jest dosyć skuteczna, bo prawie pół roku później nowe domniemane maile ze skrzynki Dworczyka rozpalają wciąż opinię publiczną. Przykładowo w dniu ukazania się raportu Mandiant pojawiła się informacja, że Michał Dworczyk w mailu do premiera Mateusza Morawieckiego miał krytycznie i pogardliwie wypowiedzieć się o jednej z europosłanek Prawa i Sprawiedliwości. Jednocześnie rząd konsekwentnie nie komentuje nowych publikacji na ten temat.

 

Raport Mandiant stwierdza, że bezpośrednie dowody przemawiają za tym, że UNC1151 jest powiązana z białoruskim reżimem Aleksandra Łukaszenki. Liczne źródła Mandiant, jak również obserwacja wskazuje na lokalizację hackerów na terytorium Białorusi i powiązania z białoruskim wojskiem. Dodatkowo dowodem na reżimowy charakter zlecenia ataku jest aspekt ekonomiczny – wykradzione dane nigdy nie zostały zaoferowane do sprzedaży.

 

Jednocześnie amerykańscy eksperci podkreślili, że nie ma jasnych przesłanek wskazujących na powiązania tej grupy hackerów z Rosją. Nie da się tego całkowicie wykluczyć, jednak powiązania te z pewnością nie są tak bezpośrednie, jak te z Białorusią. Wcześniej na rosyjskie autorstwo tej operacji wskazywało wiele osób, w tym szef Służby Działań Zewnętrznych UE Josep Borell. Należy jednak podkreślić, że działania te wpisują się w szerszy kontekst działań hybrydowych przeciwko państwom Zachodu, podejmowanych przez Rosję i Białoruś. Powiązania między Moskwą i Mińskiem są oczywiste, można więc z dużym prawdopodobieństwem założyć, że także tego typu operacje są w jakiś sposób uzgadniane lub koordynowane.

 

Operacja pierwotnie wymierzona była głównie w obecność wojsk NATO na jej wschodniej flance, jednak od 2020 roku widać wyraźnie zmianę kierunku w stronę tematyki białoruskiej – głównie są to ataki przeciwko opozycji.

 

Według ustaleń firmy od 2016 roku UNC1151 wzięła za cel szereg podmiotów prywatnych i publicznych przede wszystkim z terenu Polski, Ukrainy, Litwy, Łotwy i Niemiec. Przed 2020 rokiem celami grupy stali się także białoruscy opozycjoniści, z których część została aresztowana po fali protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Ataki phishingowe (wyłudzenia dostępów, najczęściej za pomocą sfałszowanych stron logowania popularnych portali lub maili podszywających się pod pochodzące od zespołów bezpieczeństwa, np. banków) były dobrze wymierzone, przede wszystkim w konkretne instytucje zajmujące się obszarem postsowieckim. Co ciekawe, w 2019 wśród 33 odbiorców wiadomości phishingowych oprócz osób z Polski, Litwy, Łotwy i Ukrainy znaleźli się także przedstawiciele rządów Szwajcarii i Irlandii i kolumbijskiego Ministerstwa Obrony Narodowej – państw, które nie są w oczywisty sposób w sferze zainteresowań reżimu Łukaszenki. Główne cele to jednak wciąż bezpośredni sąsiedzi Białorusi.

 

PMB

 

Źródła: Mandiant, TVN24, Polsat News

 

Dezinformacja instant dla dzieci i młodzieży na TikToku

Od pięciu lat w zawrotnym tempie rynek mediów społecznościowych podbija chińska aplikacja TikTok. Obecnie liczba użytkowników oscyluje wokół miliarda, z czego 28% procent to użytkownicy poniżej osiemnastego roku życia, a 35% młodsi niż 29 lat. Główną formą przekazywania treści na TikToku są krótkie materiały wideo, najczęściej wykorzystujące gotową muzykę. Co ciekawe, w Polsce światowe trendy dominacji TikToka przez młodzież są jeszcze lepiej widoczne – aż 90% użytkowników aplikacji w Polsce to osoby niepełnoletnie. TikTok zdominowany jest także przez kobiety – na świecie 60% użytkowników – w Polsce aż 95%.

 

Materiały wideo nagrywane są przez samych użytkowników. Ich maksymalna długość początkowo wynosiła jedynie 15 sekund, obecnie można dodawać już nawet trzyminutowe nagrania. Tym samym otworzyło to pole dla nowych treści – początkowo były to głównie krótkie nagrania muzyczne, taneczne czy krótkie stand-upy. Obecnie coraz więcej jest chociażby krótkich poradników, a także relacji na żywo – i dezinformacji.

 

W raporcie NewsGuard opisany został eksperyment przeprowadzony w lecie 2021 roku. Kilkoro dzieci założyło konta na TikToku (w języku angielskim, włoskim i niemieckim) i spędziło tam 45 minut (dla porównania średni dzienny czas użytkowania aplikacji na świecie to ponad godzina). W tym czasie zdecydowana większość z nich natknęła się na dezinformację związaną z Covid-19, z czego jedna trzecia na dezinformację na temat szczepionek. Co ciekawe, nawet te dzieci, które dostały polecenie, by nie wyszukiwać aktywnie żadnych materiałów i nie „followować” kanałów, natrafiły na taką dezinformację. Oznacza to, że same algorytmy TikToka podsuwają użytkownikom popularne posty niosące dezinformację. Co gorsza, im więcej wideo o podobnej tematyce się ogląda, tym więcej podobnych treści podsuwa użytkownikowi sama aplikacja.

 

Oficjalnie management firmy utrzymuje, że zwalcza dezinformację poświęconą Covid-19. Przy materiałach opatrzonych odpowiednimi hashtagami pojawiają się odpowiednie komunikaty zachęcające do zapoznawania się z wiarygodnymi treściami na temat pandemii koronawirusa. W pierwszym kwartale 2021 roku TikTok usunął 30 tysięcy materiałów zawierających fałszywe informacje na temat koronawirusa. Jak donosi NewsGuard, mimo to pojawiają się powszechnie. Często rozsiewane są fałszywe pogłoski, jak chociażby o śmierci osób po szczepieniu albo zafałszowane statystyki.

 

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Dialogu Strategicznego wynika, że 124 materiały wideo zawierające fałszywe twierdzenia miały łącznie 20 milionów wyświetleń i 2 miliony polubień.

 

Jest to szczególnie niebezpieczne, gdy weźmie się pod uwagę grupę docelowych użytkowników aplikacji. Chociaż regulamin przewiduje konieczność ukończenia trzynastu lat, nawet młodsze dzieci bez większych problemów są w stanie poradzić sobie z założeniem konta. Występują tu dwa główne problemy. Z jednej strony młodzi ludzie mają gorzej rozwinięty aparat poznawczy, często nie mają wyrobionej umiejętności weryfikacji treści. Drugi aspekt to podatność dzieci na słowa idoli, chęć naśladowania popularnych osób. W takim przypadku proste wyrażenie niechęci do szczepień może prowokować podobne zachowania u młodych ludzi.

 

Innym problemem jest brak kontroli rodziców. Tak duża obecność na TikToku młodych ludzi przy jednoczesnym małym udziale osób w średnim wieku pokazuje w jasny sposób, że rodzice sami nie korzystają z tej aplikacji, a tym samym nie mają często świadomości jej działania i nie są w stanie weryfikować treści oglądanych przez ich dzieci.

 

Dezinformacja to nie jedyny problem TikToka. Przypomnijmy, aplikacja pochodzi z Chin. Pojawiają się wobec niej często zarzuty o ograniczanie wolności słowa, ale także o naruszenia prywatności użytkowników. W połowie tego roku TikTok włączył do swojej polityki prywatności zapisy przyznające mu prawo do zbierania danych biometrycznych, takich jak kształt twarzy czy danych dotyczących głosu użytkowników, a nawet do analizowania elementów tła w celu określania lokalizacji danych materiałów.

 

Aplikacja zyskała uznanie władz rosyjskich za swoją politykę zwalczania „dezinformacji” – dotyczyło to chociażby blokowania materiałów o protestach w Rosji na początku tego roku. Władze Federacji Rosyjskiej chwaliły chińską aplikację za doskonałą współpracę w usuwaniu tego typu treści. Pojawiają się także zarzuty dotyczące blokowania czy usuwania materiałów wyrażających poparcie dla osób LGBT oraz mniejszości i opozycji w Chinach.

 

TikTok jest platformą mocno niepokojącą, biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki. Szczególne obawy budzi jego popularność wśród najmłodszych użytkowników Internetu. Pokazuje to, że edukacja w zakresie weryfikacji wiarygodności informacji powinna być jedną z podstawowych umiejętności w XXI wieku, nawet wśród najmłodszych.

 

PMB, fot. Pixabay

 

Źródła: NewsGuard, The Guardian, NBC News,Business of Apps, TechCrunch

Uznanie Biełsatu za ekstremistyczny elementem wojny hybrydowej

Na początku listopada „na mocy decyzji resortu [Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi] uznano za formację ekstremistyczną i zakazano działalności na terytorium Białorusi grupy obywateli, zrzeszonych poprzez zasoby internetowe Biełsat”. Co oznacza to w praktyce? Za ekstremistyczną uznana może być nie tylko sama działalność dziennikarzy Biełsatu, ale także działalność użytkowników mediów społecznościowych na przykład udostępniających posty. Już kilka dni wcześniej pod podobnymi zarzutami zatrzymano na 15 dni Irynę Słaunikawą – oficjalną przedstawicielkę Biełsatu na Białorusi i jej męża Aleksandra Łojkę.

 

Uznanie za formację ekstremistyczną jest poważniejszą kategorią niż uznanie po prostu za „ekstremistyczne” – taką kwalifikację u reżimu Łukaszenki treści Biełsatu mają już od kilku miesięcy. Decyzja ta wydaje się wpisywać w coraz bardziej agresywną politykę Łukaszenki wobec Zachodu, a zwłaszcza Polski.

 

Poprosiliśmy o komentarz Agnieszkę Romaszewską-Guzy, dyrektora Biełsatu:

 

– Uznanie Biełsatu za medium ekstremistyczne, a właściwie to nawet nie Biełsatu, a społeczności czytelników czy użytkowników Biełsatu za ugrupowanie ekstremistyczne, bo tak dokładnie to brzmi, jest pewnego rodzaju nobilitacją, bo oznacza to, że nasze publikacje mają zasadniczy wpływ, który bardzo irytuje białoruskie władze. I jestem przekonana, że to jest także uznanie tego, że tworzymy pewną społeczność użytkowników. Myślę, że tak właśnie jest – to obserwowaliśmy już od pewnego czasu.

 

Nasi czytelnicy i widzowie, nasi użytkownicy są dla nas bardzo ważni. Od nich zresztą pochodzą często informacje, które publikujemy, które pokazujemy. Także to zostało chyba zauważone. Biełsat miał zawsze wysoki rating zaufania. Powyżej 80% osób oglądających czy czytających Biełsat deklarowało w różnych badaniach pełne lub prawie pełne zaufanie. Zawsze więc było medium o wysokim poziomie zaufania i takim integrującym charakterze. A teraz chodzi o to, żeby te osoby zastraszyć. Nie tylko zastraszyć dziennikarzy, co także się robi, ale zastraszyć użytkowników.

 

To oczywiście utrudni działanie Biełsatu. Powoduje to „odlajkowywanie” czy to naszych kanałów na YouTube, czy na Telegramie, czy Facebooku, chociaż nie gromadne. Utrata subskrybentów oczywiście wpływa na algorytmy tych sieci społecznościowych, których w dużym stopniu używamy. Co prawda nie do końca musi to wpływać na czytelnictwo, na oglądanie danego materiału.

 

Nie mogę ukrywać, że to jest jakiś krok, który nam pracę utrudni, ale nie uniemożliwi jej, bo, tak jak powiedziałam, to nie subskrybenci się najbardziej liczą, tylko czytelnicy.

 

Walka z wolnością słowa w białoruskiej przestrzeni informacyjnej wpisuje się w szerszy kontekst. Z jednej strony jest to typowy przejaw autorytaryzmu reżimu Łukaszenki, z drugiej jednak nabiera nowego znaczenia w dobie wojny hybrydowej, w której jednym z najchętniej wykorzystywanych narzędzi jest dezinformacja. Ograniczenie swobody informacji pozwala na kształtowanie propagandy zgodnie z wolą władz. W przypadku władzy autorytarnej, takiej jak białoruska, daje to niebezpieczne narzędzie.

 

Decyzje podejmowane pod wpływem zafałszowanego obrazu rzeczywistości mają wpływ w realnym świecie – do takich wniosków doszedł sto lat temu Walter Lippmann w swojej książce „Opinia publiczna”, która do dziś jest jedną z podstawowych lektur z dziedziny medioznawstwa. W dobie wojny informacyjnej myśl ta jest aktualna jak nigdy, na co zwraca uwagę także Agnieszka Romaszewska-Guzy:

 

– Myślę, że ta wojna w przestrzeni informacyjnej czy też wojna za pomocą dezinformacji, bo to chyba tak najlepiej trzeba powiedzieć, to nie jest już zwykła propaganda, to jest realna wojna za pomocą której uzyskuje się konkretne efekty, jak na przykład kryzys migracyjny. Kryzys migracyjny jest spowodowany dezinformacją. Dokładnie rozpowszechnianą przez sieci społecznościowe dezinformacją o tym, jak łatwo będzie przejść z terenów Białorusi prosto do Niemiec. Widać, jak wojna informacyjna przynosi realne efekty w zupełnie materialnym świecie. I w związku z tym można lepiej zrozumieć dlaczego Biełsat jest tak straszną solą w oku zarówno reżimu Aleksandra Łukaszenki, jak również putinowskich propagandzistów.

 

PMB

 

Źródło: TVP Info