Dziennikarz w roli policjanta – rozmowa z ILONĄ PTAK, reportażystką TVP3 Katowice

Naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło – mówi Ilona Ptak, dziennikarka i reportażystka TVP3 Katowice, laureatka pierwszej nagrody im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla autora najlepszego reportażu interwencyjnego w ramach 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych TVP- PiK 26, w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Co dla pani znaczy ta ostatnia nagroda?

 

Mówiąc całkiem szczerze, nagrody nie mają dużego znaczenia w obliczu tego, że naszą pracą możemy komuś najzwyczajniej w świecie pomóc. Znaczenie ma to, że otrzymując taką nagrodę, możemy te tematy dalej nagłaśniać. Słowo „dziękuję” od naszych bohaterów jest stokroć więcej warte niż niejedna statuetka czy dyplom. Co nie znaczy, że oczywiście, kiedy jesteśmy doceniani za swoją pracę przez profesjonalistów, to w środku nie wybucha w nas ogromna radość, że to co robimy ma sens i jest zauważane. Przyznam, że jadąc do Poznania (tam było rozstrzygnięcie PiK 26 – przyp. red.), myślałam, że jadę po wyróżnienie, bo sądzę, że akurat w dziennikarstwie interwencyjnym, zwłaszcza ci starsi, bardziej doświadczeni koledzy po fachu, mają spore pole do popisu. Dlatego tym bardziej nagroda, i to jeszcze pierwsza, była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. A słowa od jury, które nie przyznało drugiej nagrody, na temat wysokiego poziomu reportażu, były dla mnie szalenie miłe i bardzo budujące. Nie bez znaczenia jest dla mnie też to, że tę nagrodę nazwano imieniem znakomitej dziennikarki TVP3 Katowice – Brygidy Frosztęgi-Kmiecik. Wiem, że Brygida była niesamowitym i dobrym człowiekiem, choć niestety nie zdążyłam jej poznać osobiście. Znam wiele jej reportaży, dlatego to jest dla mnie podwójny zaszczyt przyjąć nagrodę właśnie jej imienia.

 

Jak zrodził się pomysł na realizację reportażu interwencyjnego „Przekręt na remont”, za który dostała pani nagrodę?

 

Pomysły często rodzą się niespodziewanie, a jeszcze częściej są to po prostu prośby o pomoc od różnych ludzi, których spotykam na swojej drodze w trakcie pracy. Kilka miesięcy wcześniej realizowałam reportaż dotyczący placówek paramedycznych i paralekarzy naciągających seniorów na pakiety medyczne, pod którymi kryły się wysokie kredyty. Pamiętam, że wtedy prezes katowickiej Federacji Konsumentów, zwróciła się do mnie o pomoc. Później powstał reportaż „Zdrowie na kredyt”, a w trakcie jego realizacji udało się odzyskać ponad 8 tysięcy złotych dla mojej bohaterki. Nikt w to wtedy nie wierzył, nawet ja! To sprawiło, że kiedy do federacji zaczęły zgłaszać się osoby, które miały problem z odzyskaniem pieniędzy za remont, pani prezes zadzwoniła do mnie pełna nadziei z pytaniem, czy i tym razem nie mogłabym się tym zająć. Zawsze mnie rozczula jej ton, kiedy mówi:  „Ilonko, no jak nie Ty, to kto!?” Ciężko wtedy odmówić. I tak się zaczęła przygoda z „Przekrętem na remont”. Jak się później okazało temat był bardziej skomplikowany niż myślałam, a do poszkodowanych docierałam jak po nitce do kłębka. Zresztą ta nić w końcu doprowadziła mnie do samego oszusta, którego przecież udało się schwytać.

 

W jaki sposób udało się pani dotrzeć do bohaterów reportażu, czyli do osób pokrzywdzonych, oszukanych przez zagadkową firmę remontową?

 

Początkowo, dzięki pomocy prezes katowickiej Federacji Konsumenckiej, udało się namówić kilka starszych osób, aby spotkały się ze mną na herbatę. Jeździłam wtedy od domu do domu. Te rozmowy nie należały do łatwych. Ofiary były starsze i bały się oszustów, którzy znali ich adresy z umów. Niewiele z nich udało się przekonać na reportaż, część wystąpiła tylko anonimowo, dlatego musiałam sięgnąć głębiej. Długi research okazał się owocny, bo w sieci natknęłam się na różne firmy powiązane z tymi samymi nazwiskami. I tak krąg podejrzanych się zamykał, a oszukanych rozszerzał. Pomocne były nie tylko fora internetowe, ale i Facebook – wszechobecne narzędzie dobrowolnej inwigilacji, a dla nas dziennikarzy – świetne narzędzie do pracy i dokumentacji. To tam natrafiłam na grupę oszukanych przez jedną z firm. Później okazało się, że w prokuraturze toczy się postępowanie przeciwko ich dwóm właścicielom – jeden z nich był nieuchwytny od roku dla policji, dlatego śledztwo zawieszono. Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy po rozmowach z kilkunastoma poszkodowanymi, natrafiłam na akta sprawy, w których widniało osiem nazwisk –  i to żadne z tych osób, do których wcześniej dotarłam! Zdziwiło mnie to dlaczego oficjalnie postępowanie dotyczy tak małej ilości osób, podczas gdy ja co rusz docierałam do kolejnych. Pamiętam też, że wiele osób skontaktowało się ze mną właśnie przez Facebooka. Wtedy musiałam być ostrożna, bo moja interwencja wisiała na włosku, a miałam podejrzenia, że ktoś ze strony oszustów węszy moje zamiary. Pamiętam też telefony, które dzwoniły z pytaniem: „to pani zajmuje się tymi oszukanymi na remont?”–A ja wtedy „paliłam głupa”, nie wiedząc, komu mogę ufać, a komu nie. W końcu zebrała się pokaźna grupa poszkodowanych. Nie sposób było pokazać oczywiście wszystkich w materiale, bo mamy ograniczony czas. Niemniej budujące dla mnie było to, że kiedy zajęłam się tematem, oficjalnie, w prokuraturze, pokrzywdzonych było osiem osób, po emisji reportażu śledztwo ruszyło, a liczba ofiar, które włączyły się do sprawy wyniosła ponad 40 osób!

 

Często słyszymy o oszustwach „na wnuczka”, „na policjanta”, ale „metoda na remont” to coś nowego. Jak natrafiła Pani na trop oszusta, właściciela firmy remontowej z Zabrza?

 

Sama metoda również mnie zdziwiła i wydała się bardzo cwana i przemyślana. Dotarcie do poszukiwanego przez policję mężczyzny, to nie była łatwa droga. Co prawda nie trudno było znaleźć jego imię i nazwisko – to informacje z akt sprawy. Ciężej przyszło ustalenie, gdzie teraz faktycznie on jest – nie wszystkie dane mamy na tacy. Myślę, że my dziennikarze mamy swoje sposoby, których nie powinniśmy tutaj zdradzać dla dobra naszej pracy. Często przydają się też nasi informatorzy, których chroni ustawa i którzy wiedzą, że mogą nam ufać. Dodam tylko, że nie obyło się bez wizyt w miejscach działania różnych firm. Zanim pojechaliśmy tam z kamerą, oczywiście zrobiłam dobry wywiad środowiskowy. Myślę, że człowieka, który wpadł w moją prowokację dziennikarską zgubiła jego chęć żerowania na innych i żądza pieniądza. Pamiętam, że kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem, „przedsiębiorca” zadzwonił, żeby je odwołać. Zrobiło się niebezpiecznie i prowokacja wisiała na włosku. Wiedziałam wtedy na czym zależy oszustom i wyciągnęłam argument najmocniejszego kalibru – wspomniałam o wysokiej zaliczce za remont, którą już przecież wypłaciłam z banku i czekam na niego (oczywiście blefowałam). Za kilkanaście minut oszust był już na miejscu!

 

W reportażu niektórzy z bohaterów ukrywają twarze przed kamerą – ze wstydu, bo ulegli manipulacji oszusta, a może ze strachu? Z kolei innych bohaterów przedstawia pani z imienia i nazwiska. Czy to prawdziwe twarze i nazwiska osób pokrzywdzonych?

 

Oczywiście, wszystkie osoby, które występują z twarzy oraz z nazwisk to prawdziwe poszkodowane osoby. Są to głównie ci, którzy nie bali się i zgłosili sprawy na policję. Niemniej było też wiele osób, które godziły się tylko na rozmowy telefoniczne lub właśnie wystąpienia anonimowe. W przypadku starszych osób w grę wchodził strach, bo wiedziały, że firma ma ich dane osobowe i adresy, które były wpisywane w umowę. Czasem była też taka naiwność – mimo oczekiwań wielu miesięcy bez remontu, bez pieniędzy – często słyszałam: „A może jeszcze wrócą i wyremontują? Jak mnie zobaczą w telewizji to już nigdy nie wrócą”. W grę oczywiście wchodziło też poczucie wstydu. Każdy z tych powodów był dla mnie tak samo ważny, bo bez względu na to, kto był po drugiej stronie, najważniejsze było dla mnie jego bezpieczeństwo i to że może mi zaufać.

 

Dlaczego wybrała Pani tak trudny gatunek dziennikarski, jakim jest reportaż interwencyjny?

 

Właściwie reportaże interwencyjne to nie jedyne, którymi się zajmuję, choć sprawiedliwie byłoby w tym miejscu się przyznać, że aż tak wielu nie mam ich jeszcze na swoim koncie, bo moja przygoda z Telewizją Katowice trwa dopiero od 2016 roku. Tworzę też materiały społeczne np. o niepełnosprawnych, o ludziach z wyjątkowymi pasjami, czy wcześniej także o zaginionych. Ale muszę powiedzieć, że reportaż interwencyjny, śledczy, to jednak mój ulubiony gatunek. Myślę, że to on mnie wybrał do współpracy, a nie ja jego, bo to właśnie interwencja w czyjejś sprawie daje mi poczucie robienia czegoś dobrego, obnażania nieuczciwych praktyk, pomagania słabszym. To naiwne poczucie zmieniania świata na lepszy towarzyszy mi właściwie od początku moich marzeń i wyobrażeń o dziennikarstwie i chciałabym, by się to nigdy nie zmieniło.

 

Na czym polega fenomen reportażu interwencyjnego? Czy można powiedzieć, że reportażysta przekraczając pewne granice, wchodzi w rolę śledczego, a może bardziej detektywa?

 

Ciężko powiedzieć skąd ten fenomen i dlaczego teraz współcześnie chyba częściej wracamy do tej trudnej formy jaką jest reportaż interwencyjny, śledczy. Moim zdaniem to życie generuje tę potrzebę, a nie my – dziennikarze. Jeśli pod nasze stopy spadają tematy mocne, interwencyjne, to warto po nie sięgnąć. Może w takich właśnie czasach żyjemy, że te tematy spadają nam dość często. Myślę, że czasem dziennikarz balansuje na granicy, a może i nawet przekracza tę, w której powoli przestaje być już tylko dziennikarzem. Nam zapewne jest ciężej działać, bo nie mamy takich narzędzi jak policja, czy detektywi. Ale wtedy, gdy zawodzą organy ścigania, to jak inaczej pomóc, niż samemu wcielić się trochę w rolę takiego właśnie policjanta, który w ramach prowokacji doprowadza do zatrzymania oszusta. Nie twierdzę do końca, że jest to dobre, bo wszystko powinno mieć swoje granice i przede wszystkim trzeba wtedy pamiętać o bezpieczeństwie, nie tylko swoim, ale i swojej rodziny, ludzi, z którymi pracujemy, rozmawiamy. Łatwiej by było, gdybyśmy nie musieli przekraczać tych granic, ale czasem życie to weryfikuje i wymusza. A i przyznać trzeba, że przybieranie tych ról jest niezwykle intrygujące i ciekawe, może też czasem jest to powód, dla którego to robimy.

 

Na oczach kamery udało się pani przyłapać na gorącym uczynku właściciela firmy, która oszukała bohaterów reportażu,. Na czym polegała współpraca reportażysty z organami ścigania? Czy to była „ukartowana intryga”?

 

Właściwie współpraca z policją pojawiła się tu z rozsądku, ale już na etapie końcowym. Początkowo celem było samo obnażenie intrygi, dlatego, kiedy udało mi się umówić z oszustem na spotkanie, wiedziałam, że najwłaściwszym będzie oddanie go w ręce policji.  Oczywiście nastąpiło to już po tym, kiedy zebrałam dostateczne dowody, porozmawiałam i ponagrywałam wiele rozmów z poszkodowanymi. Postanowiłam dać poszukiwanemu swobodę w wyborze dnia i godziny spotkania, aby nie wzbudzać podejrzeń, niemniej musiałam naprowadzić go na miejsce, w którym się spotkamy, najlepiej publiczne – dziennikarze znający realia telewizyjne wiedzą, że nie mogłam sobie pozwolić na wynajem mieszkania do remontu. Musiałam stworzyć do tej historii odpowiednią „legendę”, czyli wiarygodny powód, dla którego wyjątkowo porozmawiamy w barze, a nie w mieszkaniu, gdzie miałby odbyć się „remont”. Przy kolejnym przekładaniu spotkań przez mężczyznę, musiałam na bieżąco reagować i przesuwać kamerę. W końcu zapadła data i godzina. I choć rozmowy z policją toczyły się już od tygodni, do ostatniego dnia nie podawałam konkretów, bo wiedziałam, że lada dzień organy ścigania, które dotychczas przez rok nie schwytały oszusta, mogą mnie wyprzedzić. Rano przed prowokacją mieliśmy spotkanie z komendantem, któremu dopiero wtedy przekazaliśmy szczegóły, choć zaproponowane  miejsce od kilku dni było już sprawdzane przez policję. Co prawda swoimi kanałami dowiedziałam się, że w tym samym dniu, gdyby moja prowokacja się nie powiodła, ustawiona była za kilka godzin kolejna – policyjna, ale to jeszcze bardziej zmotywowało mnie do działania i świadczyło już tylko o tym, że poszukiwany mężczyzna prędzej czy później padnie ofiarą swoich oszustw. Zdradzę także, że dla dobra sprawy sam właściciel lokalu nie był poinformowany o tej interwencji, więc, gdy nagle policja i kamery pojawiły się w barze był nie mniej zaskoczony niż sam zakuwany mężczyzna. Muszę przyznać, że od momentu, kiedy policja włączyła się w rozmowy o prowokacji ich działania były bardzo profesjonalne i przede wszystkim nastawione także na nasze bezpieczeństwo. Wskazany lokal był obstawiony funkcjonariuszami operacyjnymi jeszcze na kilka godzin przed akcją. Policja miała też w zanadrzu swoje scenariusze, co jeśli na spotkanie nie przyjdzie prawdziwy poszukiwany, tylko kogoś wystawi. Ten jednak wpadł w sidła. Naprawdę wielkie podziękowania należą się tu komendantowi Komisariatu III Policji w Katowicach, który dowodził akcją oraz Komendzie Miejskiej Policji w Katowicach za zrozumienie. Ponieważ, szanując pracę, którą wykonałam, cierpliwie zaczekali, aż wypytam poszukiwanego o wszystko, o co chciałam i dam sygnał do działania, a moje kamery zdążą wszystko zarejestrować. Mogliby przecież zaraz po jego wejściu do baru zakuć mężczyznę i wyprowadzić, nie zważając na moją prowokację, ale okazali się profesjonalistami, którzy zrozumieli, że każdy z nas miał tu swoją rolę do odegrania.

 

Wspominała pani, że sprawa jest w toku. Dziennikarskie śledztwo doprowadziło do zatrzymania przestępcy. Czy przewiduje Pani ciąg dalszy tej historii?

 

Po tym jak w trakcie prowokacji zatrzymano poszukiwanego przez policję mężczyznę, trafił on do aresztu na trzy miesiące, a na drugi dzień ruszyło śledztwo. Obecnie został z niego zwolniony, jednak ma dozór policyjny i wraz ze wspólnikami, którzy także są oskarżeni o wyłudzenia kwot sięgających kilkuset tysięcy złotych, oczekuje na rozprawę. Grozi im do ośmiu lat więzienia. To co dla mnie jest jednak najważniejsze to to, że po emisji reportażu przybyło poszkodowanych, których oficjalnie włączono w sprawę – z ośmiu do ponad 40 osób. Myślę, że ta historia zasługuje na kontynuację zwłaszcza wtedy, gdy znajdzie swój finał w sądzie, a poszkodowani odetchną z ulgą i zostaną im zwrócone pieniądze. A jeśli to się z jakiś powodów nie stanie… to kontynuacja będzie już wtedy wręcz wskazana.

 

Praca reportażysty to niewątpliwie praca zespołowa. Kto odpowiada za sukces tej dziennikarskiej prowokacji? Z jakimi trudami musiała się Pani zmagać przy realizacji reportażu?

 

Ten nagrodzony reportaż nie jest tylko moją zasługą. To co najważniejsze przy takich interwencjach, które przecież nie należą do łatwych, to także zgrany zespół, który zabieramy ze sobą. Nie byłoby całej tej prowokacji i jej sukcesu, gdyby nie współpraca  ekipy, a przede wszystkim tych ludzi, którzy byli tam ze mną na miejscu. Nie byli tylko wsparciem technicznym, ale też mentalnym i dodawali otuchy w stresujących momentach. Przede wszystkim wielkie podziękowania należą się bardzo zdolnemu operatorowi kamery – Kamilowi Szołtysikowi, który pod pretekstem zamówienia pizzy wspólnie z koleżanką – Karoliną Machurą, rozeznawał teren i ustawiał mi stół do prowokacji. Nie mogłam pojawić się za wcześnie w barze, na wypadek, gdyby lokal był wcześniej obserwowany, a właściciel baru także nie mógł się zorientować, by nie wypłoszyć oszusta. Karolina była moją awaryjną kamerą z telefonu, która obserwowała wszystko z odległości jako niewinna studentka z notatkami, ale w najważniejszym momencie okazała się niezastąpiona i nagrała zakuwanie mężczyzny w kajdanki. Wspaniały i doświadczony dźwiękowiec – Andrzej Sęk, oprócz mojego bijącego serca słyszał też doskonale to, o czym rozmawiamy i wiedział, że musi czekać na sygnał, w którym pociągnie za sobą operatora, policjantów i wejdzie w centrum akcji. A jeśli o akcji już mowa, to tej w trakcie montażu dodawał mój montażysta – Bartłomiej Jarząb – poprzez zgrabne pomysły, efekty i odpowiednią muzykę, dobieraną wspólnie z ilustratorem Łukaszem Kozerą. Nie byłoby też tego, gdyby nie zaufanie szefostwa z ośrodka i kierownika produkcji, którzy pomimo wielu „przeciw” wypuścili mnie na tę prowokację. I oczywiście całej opieki redakcyjnej sprawowanej przez wydawców – Marię Stepan na szczeblu ogólnopolskim, czy Aleksandrę Rek w regionie, które uwierzyły, że „Ptak” z tak niewielkim doświadczeniem, jak ja, może wzbić się na swoich niewielkich skrzydłach i doprowadzić ten reportaż od początku do końca. W tym miejscu dla wszystkich należą się podziękowania, bo nie ma nic piękniejszego niż pracować w tak świetnym zespole!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska, fot. Bartosz Dominik

 


 

Ilona Ptak

Rocznik 1992. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej,  absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od najmłodszych lat chciała zostać dziennikarzem. W czasie studiów redagowała magazyny studenckie „Suplement” oraz „Nowy Gwóźdź Programu”. Od 2012 do 2016 r. pracowała w public relations. Karierę w Telewizji Katowice rozpoczęła w 2016 r. w redakcji „Aktualności”. W tym samym roku trafiła do redakcji programu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…” realizowanym dla TVP1, a później TVP3, gdzie spędziła ponad dwa lata. Od maja 2018 roku współpracuje z regionalną redakcją reportażu TVP3 Katowice. Jej materiały można oglądać też na antenach ogólnopolskich, m.in. w programach Magazyn Ekspresu Reporterów (TVP2), Alarm (TVP1), Głębia Ostrości (TVP1/TVP Info), Telekurier (TVP3).

W 2018 r. wyróżniona w konkursie Młodych Dziennikarzy im. Bartka Zdunka w kategorii „Debiut Publicystyczny Roku” za reportaż pt. „On musi wrócić” o zaginionym Piotrze Kijance z Krakowa. W tym samym roku zdobyła nagrodę Rady Programowej TVP3 Katowice dla Młodych Dziennikarzy za reportaż „Bohaterowie pod ziemią” o najważniejszych akcjach ratownictwa górniczego na przestrzeni ostatnich 50 lat na Śląsku i w Zagłębiu. W 2019 r. zajęła II miejsce na I Festiwalu Reportażu Sportowego Patyk za reportaż „Tam, gdzie ściany zrzucają skórę”, a także zdobyła pierwszą nagrodę im. Brygidy Frosztęgi-Kmiecik dla Najlepszego Reportażu Interwencyjnego podczas 26. Przeglądu i Konkursu Dziennikarskiego Oddziałów Terenowych Telewizji Polskiej za reportaż „Przekręt na remont”.

 

 

Radio nie wypada z gry – rozmowa z Krystyną Doktorowicz, dziekanem WRiTv UŚ

Nasz wydział zamienia nazwę  dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie zajmujemy się. W dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego – mówi prof. Krystyna Doktorowicz, dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w rozmowie z Małgorzatą Ireną Skórską.

 

Władze Uniwersytetu Śląskiego postanowiły zmienić nazwę Wydziału Radia i Telewizji na Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego. Dlaczego?

 

1 października rozpoczyna się dla nas nowy rozdział, bo kultowy Wydział Radia i Telewizji rzeczywiście zmieni nazwę. Nadal będziemy wydziałem Uniwersytetu Śląskiego z tym, że pod nazwą Szkoły Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego, z takimi samymi strukturami jak każdy inny wydział uniwersytetu. Zamieniamy nazwę dlatego, że przestała ona być adekwatna do tego, czym aktualnie się zajmujemy. Oczywiście, w dalszym ciągu kształcimy dla telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego, a takie jednostki, które kształcą dla filmu, dla telewizji, dla nowych mediów, nazywają się w Europie szkołami filmowymi.

 

Od 40 lat wszystkich kandydatów przyciągał prestiż i renoma Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Nowa nazwa wydziału nie zbije potencjalnych studentów z tropu?

 

Mamy nadzieję, że nowa nazwa nie będzie myląca, ponieważ nadal będziemy wydziałem akademickim, a nie jakąś odrębną szkołą. Nowa nazwa odpowiada również czemuś, co przez wiele lat funkcjonowało, powszechnie mówiło się o „szkole filmowej w Katowicach”. W związku z tym, było duże pragnienie zarówno ze strony naszych wykładowców, jak i studentów żeby oficjalnie zmienić nazwę na Szkołę Filmową, która jest bardziej adekwatna do tego czego tu uczymy, czyli skupiamy się przede wszystkim na kierunkach związanych z filmem.

 

W nawiązaniu do starej nazwy – Wydział Radia i Telewizji – pozwolę zapytać co stało się z radiem? Wspominała Pani o filmie, nowych mediach, telewizji. Czy dziennikarstwo radiowe zostało zepchnięte na tor boczny?

 

Jeśli chodzi o radio, to znika ono z naszej nazwy dlatego, że nie prowadzimy już kierunków radiowych. Wiele lat temu mieliśmy taki kierunek, który nazywał się reżyseria radiowa. Warto podkreślić, że właściwie cały Teatr Polskiego Radia to są nasi absolwenci, łącznie z dyrektorem Januszem Kukułą. Nie oznacza to jednak, że radio w ogóle wypada z gry.  Nasz wydział aktualnie nie kształci dziennikarzy radiowych, bo to odbywa się na Wydziale Nauk Społecznych. Jednak myślę, że Szkoła Filmowa im. Krzysztofa Kieślowskiego od października wzmocni swoją współpracę ze studiami dziennikarskimi. Mamy już pewne wspólne plany i nowe pomysły. Chcemy stworzyć takie zespoły, gdzie będą obecni realizatorzy wizji, nasi studenci z realizacji obrazu, reżyserzy filmowi, którzy często zajmują się reżyserią słuchowisk radiowych, producenci, których kształcimy i dziennikarze, którzy będą też korzystać z naszych zasobów, zarówno kadrowych jak  sprzętowych. To wszystko się dziś przenika i właściwie nie ma już takich oddzielnych specjalizacji. Równocześnie zdajemy sobie sprawę, że  bardzo ważna jest nowoczesna infrastruktura do nauki zawodów audiowizualnych, dlatego mamy nadzieję, że będzie to owocna współpraca.

 

Skoro Szkoła Filmowa stawia na współpracę z przyszłymi dziennikarzami, to oznacza, że nie rezygnujecie tak do końca z dziennikarstwa.

 

Dzisiaj praca w sektorze audiowizualnym wymaga przede wszystkim współpracy różnych zawodów medialnych, również różnych umiejętności. Chodzi o to, aby nasi studenci integrowali się poprzez pracę w zespołach, w których można stworzyć od A do Z konkretny materiał filmowy, radiowy, czy telewizyjny. Dlatego od października ruszamy z większą integracją i współpracą międzywydziałową.

 

Co Szkoła Filmowa zmieni w kształceniu studentów?

 

Planujemy bardzo duże zmiany programowe jeżeli chodzi o studia z zakresu realizacji obrazu i fotografii. Ze względu na nowe technologie, które naprawdę zmieniają też estetykę. Odchodzimy od taśmy filmowej, która kiedyś była wyznacznikiem najwyższego poziomu artystycznego.  Dzisiaj technologie cyfrowe deklasują taśmy i one też bardzo wiele zmieniają. Realizacja obrazu staje się coraz bardziej kierunkiem artystyczno-technologicznym. Musimy młodych ludzi uczyć jak przystosowywać się do tych zmian technologicznych i jak kreować rzeczywistość i swoja sztukę  poprzez nowoczesne technologie. Będziemy uczyć rzeczy bardzo nowoczesnych, które tworzą nowe kino, nową telewizję i do takiej zmiany też  się przygotowujemy. To, że absolwent potrafi napisać scenariusz i wyreżyserować klasyczne kino artystyczne, to jest uniwersalne, ale musimy też myśleć o tym, że absolwent  pójdzie do sektora PR-owskiego, czy do sektora reklam lub do telewizji, czy też do sekcji YouTube. Ważne jest to, że się zmienia estetyka i ekonomika, a pewne rzeczy pozostają uniwersalne, bo kino artystyczne zawsze będzie się cieszyło dużym zainteresowaniem. Do tego dochodzą efekty specjalne, które w kinematografii i w realizacji obrazu są niezwykle ważne i my tego musimy uczyć.

 

Jakie są plany na przyszłość? Czy Szkoła Filmowa uruchomi również jakieś kierunki studiów podyplomowych?

 

Jeśli chodzi o studia podyplomowe to tu zaskoczę, bo poważnie myślimy o studiach związanych z radiem. Skąd to się wzięło? Byliśmy partnerem Ogólnopolskiego Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje, który ma swoją edycję w Katowicach.  Jest to festiwal dla młodych reżyserów wymyślony jeszcze 20 lat temu przez Kazimierza Kutza. To tu zdobywali nagrody, między innymi Krzysztof Warlikowski, czy Grzegorz Jarzyna. Aktualnie na festiwalu obecne są słuchowiska radiowe. Dlatego poważnie rozważamy uruchomienie radiowych studiów podyplomowych, do czego też namawiali nas koledzy z Teatru Polskiego Radia. Radiowe studia podyplomowe nie tylko dla dziennikarzy, ale przede wszystkim dla reżyserów radiowych. W zakresie studiów podyplomowych planujemy też uruchomienie programu w zakresie pisania scenariuszy, bo to wciąż jest problem w polskiej kinematografii.

 

Jeśli chodzi o wykładowców, czy kadra naukowa również w jakimś stopniu zmieni swój profil?

 

Kadra to w przewadze reżyserowie z różnych pokoleń – od profesora Krzysztofa Zanussiego, który jest wielką ikoną polskiej kinematografii, po kolejne nazwiska z różnych pokoleń takie jak: Michał Rosa, Maciej Pieprzyca, Jan Matuszyński. Jest to mistrzowska szkoła. Wykładowcy mają coś do zaprezentowania z własnej twórczości, są czynnymi artystami. To nie są zwykli nauczyciele zawodu, tylko mistrzowie, których w przyszłości będą naśladować kolejne pokolenia naszych absolwentów.  Kiedyś pracował u nas Krzysztof Kieślowski i wciąż jesteśmy  w tej tradycji. Nasz patron był  reżyserem filmowym, swoją karierę rozpoczął od dokumentalistyki, potem pracował  w wielkiej kinematografii europejskiej, a później już nawet światowej. Każdy student w przyszłości chce być tym Kieślowskim. Wiadomo, że nie każdy nim zostanie, ale jednak po studiach nasi absolwenci doskonale sobie radzą i większość młodych ludzi pracuje w najważniejszych miejscach w filmie i w telewizji. Do tego media bardzo przyciągają i stąd tak duże zainteresowanie naszym wydziałem, który jest oblegany podczas rekrutacji.  Nasze zadanie polega na tym, aby wybrać z tak dużej ilości kandydatów, tych najbardziej utalentowanych.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


 

dr hab. Krystyna Doktorowicz

Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego, stopnień doktora i habilitację otrzymała  na Wydziale Nauk Społecznych. Specjalizuje się systemach medialnych, polityce komunikacyjnej i społeczeństwie informacyjnym. Jest stypendystką European Institute for the Media. Pełni funkcję Dziekana Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego oraz kieruje Zakładem Zarządzania Mediami i Organizacji Produkcji Filmowej i Telewizyjnej.

 

 

 

 

Szkoła filmowa zamiast Wydziału Radia i Telewizji

Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach od 1 października oficjalnie zmieni nazwę na Szkołę Filmową im. Krzysztofa Kieślowskiego.

 

Mający ponad 40-letnią tradycję Wydział Radia i Telewizji, który od dwóch lat mieści się w nowoczesnym budynku, przechodzi prawdziwą metamorfozę.

 

– Nazwa przestała być adekwatna do tego, czym się aktualnie zajmujemy. Oczywiście kształcimy w dalszym ciągu osoby do pracy w telewizji, ale przede wszystkim dla bardzo szeroko rozumianego sektora audiowizualnego, a takie jednostki, które kształcą dla filmu, dla telewizji, dla nowych mediów nazywają się w Europie szkołami filmowymi – tłumaczy prof. Krystyna Doktorowicz, dziekan WRiTV.

 

Szkoła Filmowa pozostanie wydziałem w strukturach Uniwersytetu Śląskiego i nadal będzie współpracować z dziennikarstwem prowadzonym na Wydziale Społecznym UŚ. W przyszłości zamierza uruchomić  podyplomowe studia radiowe. –  Intensywnie pracujemy nad ich programem. Będzie to kierunek adresowany niekoniecznie dla dziennikarzy, bo taka specjalność z powodzeniem jest realizowana na Wydziale Społecznym, tylko bardziej dla reżyserów radiowych  –  dodaje dziekan WRiTV.

 

Wydział Radia i Telewizji cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. W tym roku najbardziej obleganym kierunkiem była reżyseria obrazu – o jedno miejsce na nim ubiegało się 18 kandydatów.

 

Małgorzata Skórska, fot. writv.us.edu.pl

 

Jadwiga Chmielowska odznaczona Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości

Sekretarz Generalna SDP Jadwiga Chmielowska otrzymała Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Odznaczenie to przyznawane jest przez prezydenta RP osobom, które  przyczyniali się do budowania i wzmacniania suwerenności, niepodległości, kulturowej tożsamości i materialnej pomyślności Rzeczypospolitej.

 

Uroczystość wręczenia medali 25 mieszkańcom regionu śląskiego, wśród których znalazła się Jadwiga Chmielowska, odbyła się  w środę, 12 czerwca w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Odznaczenia w imieniu prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczała podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek, w towarzystwie wojewody śląskiego Jarosława Wieczorka oraz wicewojewody Roberta Magdziarza.

 

–  Państwa historia jest bardzo wzruszająca. Wszyscy Państwo, każdy w swojej dziedzinie, przyczyniliście się do budowania państwa polskiego, umacniania jego tożsamości. Trzeba o tę Polskę dbać i wciąż niezmiennie ją budować swoją wiedzą i swoim doświadczeniem” – mówiła o uhonorowanych podsekretarz stanu Kancelarii Prezydenta RP, Anna Surówka-Pasek.

 

Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości ustanowiony został w 2018 r., jest nagrodą przyznawaną na pamiątkę stulecia odrodzenia Państwa Polskiego

 

– Ten medal to bardzo duże wyróżnienie,  ci którzy go otrzymali mają naprawdę bardzo duże zasługi. na rzecz mieszkańców danej społeczności i całego województwa –  poinformowała rzecznik prasowy wojewody śląskiego  Alina Kucharzewska.

 

Małgorzata Irena Skórska

 

 

Dziennikarz musi iść pod prąd – rozmowa z JADWIGĄ CHMIELOWSKĄ Sekretarz Generalną SDP

Obywatel tylko wtedy można podejmować rozsądne decyzje dla dobra własnego, swojej rodziny, narodu, kiedy ma dostęp do prawdziwych informacji. Wrodzy wolności, nie chcą abyśmy mieli informacje i sami myśleli – mówi Sekretarz Generalna SDP Jadwiga Chmielowska w rozmowie z Małgorzatą Skórską.

 

Została Pani wyróżniona Medalem Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Czym dla Pani jest ta nagroda?

 

Medal Stulecia Odzyskanej Niepodległości jest wzorowany na przedwojennym odznaczeniu, to pamiątkowy medal przyznawany przez Prezydenta RP. Wyróżniono nim osoby wybitnie zasłużone w różnych kategoriach. Medal przyznawany jest osobom, które przyczyniły się  do budowania i wzmacniania suwerenności, niepodległości, kulturowej  tożsamości  i materialnej  pomyślności Rzeczypospolitej. Dla mnie jest to szalenie przyjemne wyróżnienie i oczywiście czuję się zaszczycona.

 

Należy Pani do osób mocno zakorzenionych zarówno w kulturze jak i społeczności Śląska. Jakie tematy, z dziennikarskiego punktu widzenia, podejmowała Pani dla tego regionu?

 

Działałam nie tylko w opozycji przedsierpniowej, czyli jeszcze przed rokiem 80., ale również w czasach legalnej „Solidarności”, później również w podziemiu, a potem na Wschodzie gdzie pomagałam poszczególnym narodom, w latach 1988 – 1992, „wybić się na niepodległość”.  To było w czasach, kiedy kontynuowaliśmy działania prometejskie w ramach Autonomicznego Wydziału Wschodniego „Solidarności Walczącej”, który współpracował ze wszystkimi organizacjami niepodległościowymi narodów byłego imperium sowieckiego, od Kazachstanu do Gruzji, od Armenii do Estonii, czyli obejmował wszystkie kraje postsowieckie. Oczywiście wcześniej współpracowaliśmy bardzo intensywnie z Czechami. Wiele działań prowadzonych było przy współpracy z Ireną Lasotą szefową IDEE w Waszyngtonie, która pomagała również Rumunom i tym wszystkim krajom z zewnętrznego imperium, ja i Piotr Hlebowicz działaliśmy głównie w republikach sowieckich.

 

Jakie aktualnie podejmuje Pani działania na rzecz Śląska?

 

Aktualnie sporo publikacji mojego autorstwa na temat Śląska pojawia się na łamach ogólnopolskiego Kuriera WNET.  W całej Polsce wraz z Kurierem ukazuje się „Śląski Kurier WNET”, którego od pięciu lat jestem redaktorem naczelnym. Jest to cały cykl artykułów o trzech Powstaniach Śląskich. Tematy te kiedyś publikowałam w „Gazecie Śląskiej”, a teraz poszerzona wersja ukazuje się na stronach ogólnopolskich dlatego, że nie tylko rdzenni Ślązacy powinni o tym wiedzieć. Dość mocno zwalczam również RAŚ (Ruch Autonomii Śląska), na temat którego piszę bardzo zdecydowanie i dość regularnie. Podejmuję także tematy polityki międzynarodowej.

 

Niewątpliwie jest Pani dużym autorytetem w środowisku dziennikarskim. Jakie wskazówki mogłaby Pani przekazać przede wszystkim młodym adeptom sztuki dziennikarskiej? Co zrobić żeby dziennikarz został dostrzeżony i doceniony przez społeczeństwo?

 

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na to, że ta nasza walka o niepodległość poszczególnych krajów, zwłaszcza Polski , to walka prowadzona przez media, które musiały być niezależne. Nie tylko Radio „Wolna Europa” dostarczało informacji, ale też gazetki i książki drukowane na offsetach, w technice sitodrukowej, na powielaczach. To była walka ze zbrodniczą ideologią. Każdy obywatel musi mieć prawo dostępu do informacji, ponieważ tylko wtedy można podejmować rozsądne decyzje dla dobra własnego,  rodziny, dla swojego narodu wtedy i tylko wtedy, jeśli posiada się prawdziwe informacje. Bo kiedy podejmując decyzje opieramy się na fałszywych przesłankach, to czasem nawet o tym nie wiedząc, działamy na swoją niekorzyść.  Uważam, że w tej chwili ta walka trwa również. Dziennikarze nie powinni kształtować rzeczywistości tylko ją pokazywać, czyli zadanie dziennikarza polega na dociekaniu prawdy, która czasem jest ukryta i trudno dostępna, ponieważ pozory mylą, a dezinformacja jest w fazie rozkwitu. Zresztą nawet na terenie Unii Europejskiej są powoływane specjalne komórki do walki z dezinformacją, „fake newsami”. W tej chwili mówi się nawet o wojnie hybrydowej, gdzie jedną z gałęzi, czy metod jest właśnie dezinformacja, czyli próba rozprężenia społeczeństw, wskazywania fałszywych przywódców i dróg do samozagłady. Aktualnie dziennikarze są na pierwszej linii frontu. Dziennikarze wybierając ten zawód powinni sobie zdawać sprawę z tego, że muszą być odważni, bo bardzo często będą musieli iść pod prąd, szukać prawd, które są ukryte, i do których ludzie mają utrudniony dostęp. Wrodzy wolności, nie chcą abyśmy mieli informacje i sami myśleli. Niestety tak to wygląda. Dziennikarzom teraz zamyka się usta przy pomocy  art. 212 k.k.

 

Poprzez mocne zakorzenienie w tym rejonie jest Pani świadomą obywatelką Polski i dziennikarzem Śląska. Rozumiem, że Pani początki związane z dziennikarstwem również były ściśle związane z tym regionem?

 

Krótko pracowałam w „Dzienniku Zachodnim”, potem też w „Super Expressie”. Później przez kilka lat pracowałam w oddziale TVP Katowice, gdzie realizowałam programy historyczne i interwencyjne. Współpracowałam z wojskową redakcją telewizji w Warszawie i robiłam programy z całej Polski. Równocześnie przez cały czas publikuję w prasie zagranicznej. Zaczęło się od lat 90. przy współpracy z Ireną Lasotą, to były publikacje dla Uncaptive Minds z Nowego Jorku, ale też w innych krajach, w tym głównie na Litwie i Ukrainie, ponieważ nie ukrywam, że  te kraje i problematyka związana z polityką polską, ale i światową interesuje mnie najbardziej. Jak już wcześniej wspominałam, od pięciu lat piastuję stanowisko redaktora naczelnego „Śląskiego Kuriera Wnet”.

 

W imieniu redakcji portalu sdp.pl proszę przyjąć gratulację z okazji przyznania Medalu Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

 

Dziękuję bardzo.

 

Rozmawiała Małgorzata Irena Skórska

 


Jadwiga Chmielowska

Absolwentka Politechniki Śląskiej, Akademii Obrony Narodowej oraz podyplomowych studiów na Akademii Polonijnej w Częstochowie. W PRL-u była aktywną działaczką podziemia niepodległościowego, publikowała w podziemnej prasie, kolportowała niezależne wydawnictwa. Jako dziennikarka pracowała m.in. w „Dzienniku Zachodnim”, „Super Expressie”, Telewizji Polskiej. Współorganizowała Ośrodek Informacyjny Wschód w Warszawie, współpracowała z Instytutem na rzecz Demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej. W SDP od 1994 r. była skarbnikiem Zarządu Głównego, obecnie jest Sekretarzem Generalnym. Redaktor naczelna „Śląskiego Kuriera Wnet”.