CMWP SDP obejmuje monitoringiem sprawę red. Samuela Pereiry pozwanego przez RASP

W związku z powództwem wniesionym przeciwko red. Samuelowi Pereirze, szefowi portalu TVP Info przez wydawnictwo Ringier Axel Springer Polska , Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP informuje, że objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy.  W zakresie realizowanych zadań CMWP SDP m. in. monitoruje przestrzeganie praw człowieka i obywatela we wspomnianym zakresie, jak również w uzasadnionych przypadkach podejmuje interwencje prawne oraz przedstawia opinie w charakterze amicus curiae.

 

Ringier Axel Springer Polska skierował pozew przeciwko red. Samuelowi Pereirze za jego krytyczne komentarze w mediach społecznościowych dotyczące  wydawnictwa i jego publikacji. Pozew cywilny dotyczy kilkudziesięciu wpisów z Twittera i Facebooka.   Dziennikarz rzekomo naruszył dobra osobiste wydawnictwa ponieważ  pisał w nich m.in., że “+Fakt+ jest niemieckim tabloidem”, “linia programowa RASP jest tworzona pod dyktando Niemiec”, prezes wydawnictwa “Mark Dekan jest niemieckim nadzorcą”, a RASP działa w interesie Niemiec.

 

RASP domaga się od red. Samuela Pereiry przeprosin i 100 tys. zł przekazanych na cele społeczne.

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przeciwko atakowi na reporterki „Gazety Wyborczej”

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego skandalicznym przykładem jest atak na dwie reporterki „Gazety Wyborczej” podczas relacjonowania przez nie manifestacji Strajk Kobiet we Wrocławiu 28 października.

 

 Zdarzenie miało miejsce ok. godz. 20.30. Grupa ubranych na czarno, zamaskowanych mężczyzn zaatakowała dziennikarki u zbiegu ulic Krupniczej i Kazimierza Wielkiego. Sytuację uwiecznił na filmie reporter Radia GRA. Na opublikowanym filmie widać, jak mężczyzna podbiega do jednej z nich i mocno ją odpycha, a kobieta upada na jezdnię. Na innym filmie widać grupę kilkunastu agresywnych mężczyzn, którzy – według komentarza nagrywającego film – użyli gazu łzawiącego wobec uczestników protestów.

 

CMWP SDP  przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu.

 

CMWP SDP apeluje o wyjaśnienie okoliczności tego zdarzenia oraz o identyfikację i ukaranie sprawców.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP

 

Warszawa, 29 października 2020 r

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Świadek incognito: Dziennikarz został „skwasowany”

Jarosław Ziętara został zamordowany przez dwie osoby, przywiezione do Polski w celu pozbycia się go. Został ugodzony szpikulcem w klatkę piersiową i nastąpił zgon. Z tego co się orientuję, Jarosława Ziętarę, przywieziono spod domu. Na początku był torturowany. Najpierw był pobity. Folię rozłożono na ziemi, w celu zatarcia śladów. To były magazyny Elektromisu. – tak na wstępne pytanie sędziego dotyczące stanu wiedzy zeznającego na temat sprawy Ziętary, odpowiedział świadek incognito podczas rozprawy 21 października b.r.  W poznańskim Sądzie Okręgowym trwa tak zwany „proces ochroniarzy”, w którym oskarża się Mirosława R., pseudonim „Ryba”, i Dariusza L., pseudonim „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary. „Ryba” i „Lala” to dwaj ochroniarze z firmy Elektromis, należącej do biznesmena Mariusza Ś., którzy 1 września 1992 roku, przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania w Poznaniu i przekazać zabójcom. Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP obserwuje proces od lutego 2019 roku.

 

W środę, 21 października zeznawał tylko jeden świadek, o statusie świadka incognito. Mężczyzna, ubrany w biały kombinezon z kapturem i zasłoniętą czarną chustką twarzą, znajdował się poza salą sądową. Jego tożsamość potwierdził towarzyszący mu funkcjonariusz CBŚ, który potem miał opuścić pomieszczenie. Zeznania odbyły się w formie wideokonferencji, a świadek odpowiadał na pytania przez telefon. Wszystkie te środki ostrożności zostały podjęte, by nikt nie mógł rozpoznać ani wyglądu ani głosu składającego zeznania.

 

Świadek uchylił się od odpowiedzi na pytanie o wiek i zawód oraz skąd ma wiedzę o losie dziennikarza. Jednak zeznał, że przebieg wydarzeń zna ze słyszenia, ale uchylił się od odpowiedzi czy w ogóle z kimś o tym rozmawiał. Uchylił się także od odpowiedzi na temat okoliczności znajomości z Maciejem B. Swoje zeznania złożył w 2017 roku i w środę 21 października, przed Sądem Okręgowym w Poznaniu wszystko podtrzymał.

 

Co zeznał świadek incognito

 

W uprowadzeniu uczestniczyły osoby przebrane w mundury policyjne. Cała akcja odbyła się na zlecenie Aleksandra G. Ziętara miał otrzymać ofertę finansową, by odstąpił od pisania artykułów. Propozycji dziennikarz nie przyjął, bo – według świadka – była dla niego niezadowalająca. Oferentem miał być Aleksander G. Potwierdził, że przed uprowadzeniem odbyło się przeszukanie mieszkania dziennikarza, w którym uczestniczył Maciej B. Potwierdził też zabranie z mieszkania klisz fotograficznych, które to przekazano Aleksandrowi G. Świadek stwierdził również, że B. brał udział w porwaniu jednak jego rola miała się skończyć na wepchnięciu Jarosława Ziętary do samochodu. Jednak sam Baryła, który zeznawał w tej sprawie wiele razy w ciągu ostatnich lat nigdy nie wspomniał, by sam miał brać udział w zbrodni. Spod domu Jarosława Ziętarę zawieziono do magazynów Mariusza Ś. „Wiem, że był wożony więcej niż w jedno miejsce.” Oprawcami byli „żylaści mężczyźni, nie robili tego pierwszy raz”. Przy maltretowaniu dziennikarza obecny był Aleksander G. Po zamordowaniu Ziętara został „skwasowany”, a czaszkę zatopiono w jeziorze Kierskim. Baryła – według świadka – jest bardzo emocjonalny, podczas rozmów z nim świadek widział w oczach Macieja B. łzy i niejednokrotnie gęsią skórkę. W samym porwaniu brali udział ochroniarze o pseudonimach: Ryba, Lala i Kapela. „Ten ostatni nie wytrzymał potem napięcia i został zabity. Baryła opowiadał, że chciał ostrzec Kapelę, ale nie zdążył. Kojarzę też z tej sprawy Lalę”. Dopytywany o nazwiska ochroniarzy Ryba i Lala, nie potrafił powiedzieć. Świadek zeznał również o „groźbach w formie znaków”, jakie miał otrzymywać Maciej B. od gangstera o pseudonimie Makowiec.

 

Świadek incognito zeznał również, że Maciej B. opowiadał o licznych tragicznych zdarzeniach, które dotyczyły znanych osób i miały potwierdzać się potem w mediach. I tak w tym kontekście padły nazwiska Jaroszewiczów (zamordowanych w tym samym czasie co uprowadzono Jarosława Ziętarę – w nocy z 31 na 1 września 1992 roku), o generałach służb, o współpracy Lecha Wałęsy z SB.

 


 

Jarosław Ziętara, 24-letni poznański dziennikarz, 1 września 1992 roku wyszedł z domu do redakcji i nigdy do niej nie dotarł. Nie odnaleziono do dziś ciała reportera, a w 1999 roku został sądownie uznany za zmarłego. Dwa śledztwa z lat 90. ubiegłego wieku zakończyły się umorzeniami. Przełom nastąpił kilka lat temu, gdy akta trafiły do krakowskiej prokuratury. Ta skierowała dwa akty oskarżenia. Jeden dotyczy Aleksandra G., byłego senatora, twórcy pierwszych kantorów i niegdyś najbogatszego Polaka, któremu zarzuca się podżeganie do zabójstwa dziennikarza. W drugim procesie oskarża się Mirosława R., ps. „Ryba”, i Dariusza L., ps. „Lala” o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary. „Ryba” i „Lala” przebrani za policjantów, mieli porwać dziennikarza spod jego mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu i przekazać zabójcom.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Apel CMWP SDP do Sądu Okręgowego w Warszawie w obronie red. Witolda Gadowskiego – aktualizacja

Zapowiadane na 21 października  b.r. ogłoszenie decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie zostało odwołane z powodu choroby sędziego.  Nie podano na razie nowego terminu tej decyzji. 

 

21 października b.r.  miała być ogłoszona decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie w związku z powództwem wniesionym przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP  objęło tę  sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i  przesłało do Sądu (15.października b.r.) swoją opinię w charakterze amicus curiae.  W swoim stanowisku apelujemy  o  oddalenie powództwa przeciwko dziennikarzowi. 

 

Koncern medialny Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który ukazał się we wrześniu 2017 r.  m.in. na portalu w Polityce.pl i na portalu Radia Maryja. Koncern RASP domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów : To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał red. Witold Gadowski.

 

Odnosząc się do meritum sprawy  CMWP SDP  podkreśla, iż publicystyczna aktywność red. Witolda Gadowskiego dotyczy nadzwyczaj trudnej i kontrowersyjnej tematyki, jaką jest np. międzynarodowa działalność przestępcza, współczesne wojny, czy terroryzm, a co za tym idzie, dziennikarz jest wyjątkowo wyczulony na problematykę łamania praw człowieka i związanej z tym krzywdy zwykłych ludzi uwikłanych w skomplikowane konflikty międzynarodowe. W swoich publikacjach w jasny i zrozumiały dla setek tysięcy osób sposób przybliża on szczegóły dotyczące takich konfliktów. Podobnie jest z w/w felietonem, w którym w charakterystycznym dla siebie stylu zwraca on uwagę odbiorców na krzywdy wyrządzone narodowi polskiemu przez Niemców podczas II wojny światowej, krzywdy, za które Niemcy nigdy nie zapłaciły odszkodowania. Istotny jest także kontekst czasowy publikacji tego felietonu – miało to w miejsce w czasie niezwykle intensywnej dyskusji publicznej i medialnej na temat tzw. reparacji wojennych, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce i tego w jaki np. sposób obliczyć należną ich sumę oraz jak te kwoty wyegzekwować. To, że red. Witold Gadowski poruszył ten temat jest więc rzeczą oczywistą i zrozumiałą, także ze względu na społeczne funkcje mediów wielokrotnie opisywane w literaturze medioznawczej – czytamy w opinii CMWP SDP. Oczekiwanie, by prasa nie poruszała tematów kontrowersyjnych tylko dlatego, że dziennikarz mógłby poprzez swoją krytykę naruszyć czyjeś dobra osobiste, jest mylne i kłóci się z wypracowanymi w Europie standardami wolności słowa.

 

Należy z całą mocą podkreślić, że osoby publiczne, a są nimi także koncerny medialne takie jak Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o, powinny szczególnie dbać o to, aby dla opinii publicznej być jak „żona Cezara” – czyli bez zarzutu. Jeżeli ich działalność, historia, postępowanie, czy aktualna linia programowa budzą wątpliwości i nie są dla opinii publicznej transparentne (abstrahując od trafności takich przypuszczeń lub ocen), we własnym interesie powinni dążyć do wyjaśnienia sytuacji.

 

Sankcjonowanie dziennikarza za to, iż ośmielił się wyrazić swoją opinię na temat działalności koncernu medialnego, jakim jest RASP jest w tym kontekście zdumiewające, tym bardziej że przeciwko pojedynczemu, niezależnemu, prowadzącemu własny kanał na jednym z portali internetowych publicyście staje międzynarodowy gigant medialny,  który ma ogromne możliwości polemizowania z red. Gadowskim na łamach jednego ze swoich mediów –np. gazety „Fakt” (nr 1 na rynku papierowych dzienników w Polsce) i jej portalu internetowym fakt.pl, czy portalu Onet.pl (nr 1 na rynku portali internetowych w Polsce. Nie bez znaczenia dla przedmiotowej sprawy jest także wybór przez Autora spornej publikacji specyficznego gatunku dziennikarskiego, jakim jest felieton. Felieton jest to bowiem publicystyczny utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, z samego założenia wyrażający subiektywny punkt widzenia autora, w którym porusza on i komentuje aktualne tematy społeczne, zwracając uwagę na ujemne zjawiska w życiu codziennym. Warto podkreślić, iż w tej publikacji, dziennikarz nie podaje nazwisk, zwraca tylko uwagę na określone zjawiska. Działanie takie jest absolutnie uzasadnione ze względu na funkcję kontrolną, jaką w demokratycznym kraju pełnią środki masowego komunikowania w stosunku do innych podmiotów działających w przestrzeni publicznej i co równie istotne, jest zgodne ze sztuką dziennikarską. 

 

CMWP stoi również na stanowisku, że wniesione w niniejszej sprawie powództwo można uznać za tzw. SLAPP (strategic lawsuit against public participation), tzn. akcję procesową nakierowaną na faktyczne ograniczenie prawa dziennikarza do wolnej wypowiedzi dziennikarskiej, poprzez zniechęcenie go do podejmowania ważnego społecznie tematu. W tym kontekście uwzględnienie powództwa stanowiłoby naruszenie praw człowieka i obywatela i powodując tzw. efekt mrożący, skutecznie odstraszałoby innych do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy zwłaszcza biorąc pod uwagę żądania finansowa powoda. Byłoby to nie do pogodzenia ze społeczną funkcją wolnych mediów, które są obserwatorem życia publicznego i mają stać na straży państwa prawa (art. 2 Konstytucji RP).

 

W świetle w/w norm prawnych oraz orzecznictwa, uwzględnienie powództwa wniesionego przeciwko red. Witoldowi Gadowskiemu skutkowałoby poważnym naruszeniem jego praw obywatelskich w zakresie wolności słowa oraz istotnym ograniczeniem publicznej debaty.

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr.  CMWP SDP

Michał Ł. Jaszewski, doradca ds. prawnych SDP

Będziemy uważnie przyglądać się wyjaśnianiu sprawy pobicia operatora – mówi dr Jolanta Hajdasz dla portalu wPolityce.pl

Jako Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego jestem wiceprezesem i jako Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które całą swoją działalnością jest nakierowane na to, by monitorować przestrzeganie zasady wolności słowa, będziemy bardzo bacznie przyglądać się temu, co będzie się teraz działo w Gdańsku, jak postąpi Prokuratura Rejonowa, w jaki sposób będzie wyjaśniać tę sprawę” — powiedziała w rozmowie z portalem wPolityce.pl dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, komentując sprawę pobicia operatora TVP Gdańsk. Człowiek został naprawdę brutalnie pobity. Nie prowokował niczym i musi być sygnał, że to jest nieprawidłowe, że tak nie wolno, że nie ma na to zgody – powiedziała  Jolanta Hajdasz portalowi wPolityce.pl.

 

W każdym demokratycznym państwie byłoby to absolutnie skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa, ponieważ ta zasada oznacza, że dziennikarze wykonują swoje zadania, wykonują swój zawód w sposób bezpieczny. Idą do pracy rano i z niej wracają, wiedząc, że nic się nie wydarzy, bo przecież nie jesteśmy na froncie, a przynajmniej myślę, że tak możemy uważać, że w Polsce przecież wszystkie problemy rozwiązywane są normalnie i pokojowo. Sytuacja zatem, w której dziennikarz  poszedł do pracy i został w pracy pobity tak brutalnie jest absolutnie nienormalna – stwierdziła Jolanta Hajdasz

 

Cała wypowiedź jest tu: https://wpolityce.pl/media/522416-dr-hajdaszbedziemy-przygladac-sie-sprawie-pobicia-operatora

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przeciwko pobiciu operatora TVP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy i osób realizujących z nimi materiały dziennikarskie np. operatorów telewizyjnych podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego skandalicznym przykładem jest pobicie operatora Telewizji Polskiej w trakcie realizacji materiału dziennikarskiego z aresztowania biznesmena Ryszarda K. w Gdyni 15 października 2020 r.

 

Do brutalnego ataku na operatora Telewizji Polskiej doszło ok. godz. 19.30. Syn zatrzymanego przez CBA biznesmena Ryszarda K. podszedł do ekipy, a następnie – jak wynika z relacji reporterki TVP INFO – zaczął popychać operatora, kilkukrotnie uderzył go też w twarz i przewrócił na ziemię. Zakrwawionemu operatorowi została udzielona pomoc medyczna. Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa biznesman Ryszard K. oraz adwokat Roman Giertych zostali zatrzymani przez CBA w związku ze sprawą wyprowadzenia ok. 92 mln zł z giełdowej spółki developerskiej. Wraz z nimi zatrzymano także dziesięć innych osób, wśród nich są także członkowie zarządu tej spółki.

 

CMWP  SDP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu .

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 16 października 2020 r

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Relacja obserwatora CMWP SDP z procesu

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się tak zwany „proces ochroniarzy” dotyczący uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Kolejna rozprawa odbyła się 13 października.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest od lutego 2019 r. obserwatorem tego procesu. CMWP SDP na rozprawach w sądzie reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W Poznaniu, w Sądzie Okręgowym, w październiku przewidziano dwie rozprawy. We wtorek 13., zeznawał tylko jeden świadek, Maciej B., który znany jest również pod pseudonimami: Baryła, Młody i Małolat. Obecnie odsiaduje on wyrok dożywocia w innej sprawie. Pomimo, że był to długi i żmudny dzień w sądzie, nie padły żadne – zdaniem obserwatora – przełomowe zeznania. Rozprawa stanowiła, dalszy ciąg przerwanych w lutym 2019, zeznań Macieja B. Odtworzono dwa nagrania – filmy – na których Baryła ujawnia swoją wiedzę na temat Jarosława Ziętary, przed krakowskim prokuratorem Piotrem Kosmatym. Obecny na sali prokurator Mirosław Kozioł, wnioskował by nagrania odtworzono od początku, jednak sąd postanowił rozpocząć projekcję od momentu gdzie w lutym 2019 r. została ona przerwana. W dalszym ciągu rozprawy odczytywano protokoły zeznań, Macieja B. złożone w czasie śledztwa, w prokuraturze i w sądzie od roku 2011. Główne tezy można podsumować następująco:

 

Jarosław Ziętara został zauważony przez ochronę holdingu Elektromis, że fotografuje teren i obiekty firmy. Jeden z ochroniarzy uderzył dziennikarza w ucho, w wyniku czego Ziętara miał mieć podbite oko i rozbito mu aparat fotograficzny. – Najpierw Jarek został przyłapany pod Elektromisem, jak robił zdjęcia. To było jesienią 1991 roku. Z opowieści kolegów wiem, że przyłapał go ochroniarz Bekon, który rozbił mu aparat i dał „w ucho”, Jarek miał chyba podbite oko. Potem, jak pod bramę przyjeżdżały jakieś samochody, mówiono, że trzeba dać znać klaksonem. Trzy razy trąbiono. Mówiło się, że Ziętara siedzi w krzakach i robi zdjęcia tirom przyjeżdżającym do Elektromisu.

 

Wiosną 1992 roku zastraszano Ziętarę w jego mieszkaniu, w Poznaniu na ul. Kolejowej. W tym zdarzeniu brał udział świadek wraz z nieżyjącym już Dariuszem L. pseudonim Lewy. Ziętarze zabrano mikrofilmy i aparat, którym je wykonywał oraz tradycyjne w tamtym czasie filmy i negatywy w rolkach.

 

Na tę robotę wiosną 1992 roku zabrał mnie mój kolega, ochroniarz Lewy z Elektromisu. Nie mówiłem o tym w pierwszych zeznaniach, bo wstydziłem się, że będę obsmarowany w mediach. Drzwi otworzyliśmy „z kopa”. To były stare drzwi, nie przywiązywaliśmy uwagi czy potem były zepsute. Lewy przytrzymał Ziętarę, może też Jarek lekko dostał w klatkę piersiową. Ja przeszukałem mieszkanie. Znalazłem dwa aparaty, w tym jeden na mikrofilmy. Jarek mówił, że mamy to zostawić, bo to sprzęt z UOP. Jeden aparat zniszczyliśmy, a drugi, ten na mikrofilmy, zabraliśmy.

 

Po tym zdarzeniu, tego samego roku, miało dojść do spotkania na terenie Elektromisu, kiedy to, w obecności pracowników Elektromisu oraz szefa firmy Mariusza Ś., Aleksander G. miał podżegać do zabicia Jarosława Ziętary. Baryła podtrzymuje, że widział i słyszał, wszystko co ustalano bowiem stał tuż obok grupy. Aleksander G. przyjechał do siedziby Elektromisu w towarzystwie dwóch Rosjan, według świadka bardzo elegancko ubranych, w świecących, wypastowanych butach, wysiadających z luksusowego samochodu. Mimo upału mieli być ubrani w długie skórzane kurtki, pod którymi ukrywali broń, tzw. tetetki (radzieckie pistolety Tokarievy). – Wiem jak wyglądają osiłki. Ci według mnie to byli żołnierze, może pracownicy KGB. Bezwzględni, do dziś jak o nich mówię mam gęsią skórkę. (…)Twarz szczupła, owalna bardzo mocno wysadzone policzki. Oczy martwe, głęboko osadzone, było w nich widać zło. Ta twarz zostanie już w mojej głowie do końca.

 

1 września 1992 roku Jarosław Ziętara, według prokuratury, został uprowadzony i zamordowany. Maciej B. samego porwania nie widział, nie był też świadkiem przetrzymywania i zamordowania dziennikarza. Od nieżyjącego już Lewego wie, że w zbrodnię zaangażowanych było siedem osób. Pięcioro to ludzie związani z Elektromisem: oskarżeni Ryba i Lala, nieżyjący ochroniarze Lewy i Kapela (Dariusz L. Roman K.) oraz Marek Z. Na miejscu porwania mieli być także dwaj Rosjanie związani z Aleksandrem G.

 

Słyszałem, że tyle osób tam było, ale tego nie widziałem. Nie widziałem też samego zabójstwa, ale pokazywano mi potem ludzkie kości mówiąc, że to szczątki Ziętary.

 

Dopytywany o szczątki zamordowanego dziennikarza, a także o rzekomą propozycję finansową dla Ziętary, Baryła zeznał:

 

– Nie wydaje mi się by taką propozycję mu złożyli. Może chcieli, żebym ja o nim tak myślał, a może chodziło o ochronę interesów. (…) Szczątki pokazywano mi we wrześniu, ale nie pamiętam jaki to był dzień. Może chodziło żeby mnie przestraszyć.

 

We wtorek, Maciej B. podtrzymał swoje zeznania, te które składał przed prokuratorem Piotrem Kosmatym. Warto jednak przypomnieć, że kilka lat temu wycofał się z tych zeznań, twierdząc, że to dlatego bo oszukał go prokurator. Chodziło o prezydencki akt łaski, na który liczył Maciej B.

 

– Obiecano mi złote góry. Nie zrobiono nic, żadnej pomocy i jeszcze osadzono mnie w najcięższym więzieniu w kraju.

 

Podczas rozprawy kilkakrotnie twierdził, że był zastraszany w więzieniu. Grożono, że skrzywdzona zostanie córka, a matce wrzucą granat.

 

– Teraz mi z rodziny poumierały najważniejsze osoby i nie mam się czego bać.

 

Sam świadek wydawał się tego dnia osowiały i przygaszony. Po godzinie 14. 00 zeznania Macieja B. Przerwano, będą one kontynuowane w późniejszym terminie.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Koncern RASP pozywa polskich dziennikarzy – o procesach i ich przyczynach w programie „O co chodzi?” w TVP Info

Procesy wytaczane polskim dziennikarzom przez koncern Ringier Axel Springer  i ich przyczyny  były głównym tematem  programu “O co chodzi ?” red. Bronisława Wildsteina w TVP Info emitowanego 8 października 2020 r. Gośćmi programu był. red. Samuel Pereira, szef portalu tvp.info.pl oraz Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP.

 

Red. Samuel Pereira przypomniał, iż RASP domaga się od szefa portalu tvp.info przeprosin i przekazania 100 tysięcy złotych na cele społeczne. Pozew cywilny dotyczy 27 wpisów z Twittera i Facebooka, w których Samuel Pereira krytykował media RASP bądź działania dziennikarzy tego wydawcy.

Zdaniem autorów pozwu z krytycznych wobec mediów RASP wpisów dziennikarza wynika zarzut, iż „Fakt jest niemieckim tabloidem”, „linia programowa RASP jest tworzona pod dyktando Niemiec”, prezes wydawnictwa „Mark Dekan jest niemieckim nadzorcą”, a RASP działa w interesie Niemiec. Swoimi wpisami – zdaniem RASP – red. Pereira poważnie naruszył dobra osobiste wydawcy.

 

5 października  w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyła się rozprawa, na której zeznawali świadkowie dziennikarz portalu wPolityce.pl i były dziennikarz „Faktu” Wojciech Biedroń oraz poseł PiS Arkadiusz Mularczyk. Jak wyjaśnił Samuel Pereira, robili to na okoliczność tego m.in., jak wygląda polityka redakcyjna mediów RASP i jak się zmieniała w ostatnich latach oraz tego, jak teksty, wywiady, czy artykuły publicystyczne, które ukazywały się w Niemczech, wpływały na linię redakcyjną mediów RASP w Polsce. Z kolei Jolanta Hajdasz opisała okoliczności procesu red. Witolda Gadowskiego z koncernem RASP.

 

Uczestnicy programu wyrazili zdumienie żądaniami koncernu, w przypadku red. Gadowskiego jest to 50 tys. zł ( za wpis w jednym felietonie), a w przypadku red. Pereiry – 100 tys., oba żądania egzekwowane są  w procesach cywilnych, w których  dziennikarze mają być ukarani za swoje opinie, za komentarze, nie w kategorii „prawda-fałsz” i udowadniania tego faktu, tylko wyrażania swojej opinii. Wygląda na to, przynajmniej ja to tak odbieram, że dla RASP prawo prasowe do krytyki (…), artykuł Konstytucji RP mówiący o wolności słowa nie istnieje, jeśli rzecz dotyczy mediów i dziennikarzy RASP – podkreślił Samuel Pereira.

 

CMWP SDP w programie „Twój wybór” w TVP3 Warszawa

– Na rynku mediów lokalnych dekoncentracja jest absolutnie pożądana. Monopol jednego wydawcy Polska Press przecież jest faktem. (…) To jest patologia, której nie spotkamy nigdzie w Europie – mówiła w programie „Twój Wybór” w TVP3 Warszawa Jolanta Hajdasz, dyrektor  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – Moim zdaniem uprawnienia właścicielskie w mediach mają znaczenie pierwszorzędne dla ich linii programowych – przekonywał Marek Formela z „Gazety Gdańskiej”. Program był emitowany 6 października. 

 

Jeśli mówimy o problemie nadmiernej koncentracji mediów, to właśnie rynek mediów regionalnych jest idealnym przykładem. Prasa drukowana w rękach dosłownie jednego wydawnictwa. Wszędzie, we wszystkich największych miastach, we wszystkich regionach w Polsce – mówiła Hajdasz.
– To jest patologia, której nie spotkamy nigdzie w Europie i której żaden medioznawca nie jest w stanie uzasadnić, dowieść, że jest jakaś prawidłowość, że wolny rynek mógł w ten sposób zadziałać. To jest patologia okresu transformacji po 1989 r., tego, w jaki sposób podchodzono do prywatyzacji mediów, kiedy obowiązywała bardzo liberalna doktryna dotycząca tego, czym mają być media – kontynuowała. Formela został zapytany, czy sytuacja taka ma wpływ na to, jak Polacy odbierają rzeczywistość we własnym kraju. – Moim zdaniem uprawnienia właścicielskie w mediach mają znaczenie pierwszorzędne dla ich linii programowych. To jest chyba całkowicie oczywiste – mówił.

 

– W przypadku gigantycznej koncentracji kapitału inicjatywy takie jak nasza mają ograniczone pole oddziaływania, ponieważ dostęp do skumulowanych budżetów reklamowych jest zamykany przez te 2-3 wielkie przedsiębiorstwa, a na rynku regionalnym właściwie przez jedno. Przecież kupując dziś gazetę Polska Press czy to w Krakowie, czy w Gdańsku, czy w Katowicach, kupujemy właściwie tę samą gazetę, ponieważ są tam zhomogenizowane, zunifikowane znaczące segmenty gazety – dodał.

Wznowienie sprawy przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk

Wznowienie sprawy z powództwa Henryka Jezierskiego w Gdańsku. W 2018 r. podejrzany o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa wystąpił z powództwem przeciwko dziennikarce TVP3 Gdańsk oraz dyrekcji TVP3 Gdańsk. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. W imieniu Centrum rozprawy obserwuje red. Maria Giedz. Jest to kolejna sprawa dziennikarzy oskarżonych o naruszenie dóbr osobistych osoby, którą IPN uznał na tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa PRL.

 

2 października 2020 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz red. Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk. Zostały one pozwane przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych. Przedmiotem sporu jest wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny dotyczący wyboru członków do Rady Programowej publicznych mediów w Gdańsku. Henryk Jezierski, który w kontrowersyjny sposób wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, po czym został odwołany, zarzuca obecnie dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Teraz zostały połączone.

 

Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy (Hannie Kordalskiej-Rosiek, Januszowi Wikowskiemu i Krzysztofowi Załuskiemu), również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o opracowanie Daniela Wicentego, Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym, wydanym przez IPN w 2015 r.

 

Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę nie stawił się sam zainteresowany Henryk Jezierski. Reprezentowała go jego córka, mecenas Małgorzata Jezierska-Wojdak. Nie pojawiła się też pozwana Joanna Strzemieczna-Rozen. Reprezentował ją pełnomocnik mecenas Wenanty Plichta. Natomiast osobiście stawiła się Anna Mielczarek oraz mecenas Tomasz Plaszczyk. Świadek – Agnieszka Oszczyk po raz kolejny nie przybyła do Gdańska na rozprawę – zgłosiła chęć złożenia zeznań, w ramach pomocy sądowej, na terenie Warszawy, gdzie obecnie pracuje i mieszka.

 

W ramach połączenia obu spraw mecenas Plichta zaproponował, aby dopuścić do przesłuchania świadków występujących tylko w procesie jednej z pozwanych. Chodziło o to, aby druga pozwana mogła zapoznać się z zeznaniami owych świadków. Miały być to wypowiedzi red. Marii Mrozowskiej-Krawczyk i red. Andrzeja Liberadzkiego. Argumentem było to, że red. Joanna Strzemieczna-Rozen nie zna tych zeznań, a jako pozwana ma prawo się z nimi zapoznać. Mecenas Plaszczyk poparł wniosek mecenasa Plichty. Sprzeciw wniosła mecenas Jezierska-Wojdak, twierdząc, że przesłuchanie owych świadków jest zbędne i wydłuży proces, ponadto pozwana Strzemieczna-Rozen, chcąc poznać zdanie tych świadków, mogła powołać ich wcześniej. Sąd postanowił oddalić wniosek pełnomocnika Strzemiecznej-Rozen. Kolejną dyskusję pomiędzy pełnomocnikami stron wywołała kwestia odsłuchania audycji na podstawie nagrania kamerą, a także dodatkowego – pomocniczego nagranie w telefonie komórkowym autorki wyemitowanej audycji. Na procesie jednej z pozwanych owe nagrania były odtwarzane. Druga nie miała do nich wglądu. Sąd zadecydował o zaniechaniu ponownego odtwarzania owych nagrań podczas rozprawy sądowej.

 

Podczas toczącej się rozprawy Sąd przesłuchał pozwaną Agatę Mielczarek (wcześniej sprawę red. Mielczarek prowadziła sędzia Małgorzata Misiurna). Przejmujący tę sprawę w połączeniu ze sprawą Joanny Strzemiecznej-Rozen sędzia Piotr Kowalski nie znał wcześniejszych zeznań Mielczarek. Chodziło o przesłuchanie na okoliczność autorstwa materiału emitowanego w telewizji. – Niewiele pamiętam, co dokładnie mówiłam podczas przesłuchania dwa lata temu (13 listopada 2018 r.) – stwierdziła red. Mielczarek. Dziennikarka zeznawała, że ten temat został jej zlecony (chodzi o audycję), kiedy przyszła rano na kolegium redakcyjne. Pomysł wyszedł od wydawcy Małgorzaty Mrozowskiej-Krawczyk. – Chodziło o powoda, który został powołany do Rady Programowej Telewizji. Jednak nie interesowało nas ukazanie jego jako człowieka, lecz w kontekście treści tekstu zawartego w książce pana Wicentego. To miała być audycja dotycząca kontrowersji wokół wyboru członków do Rady Programowej. Przygotowywałam ten materiał trzy dni – trwało to dłużej niż zazwyczaj przygotowuje się krótkie materiały. Zdawałam sobie sprawę, że temat jest trudny. Chciałam go zgłębić. Kupiłam książkę, przeczytałam ją. Dotarłam do wiarygodnego źródła, którym był IPN i autor książki – przypomniała dziennikarka. – W audycji nie ma mojego komentarza – kontynuowała Mielczarek. – Są tylko fakty, informacja o zarejestrowaniu p. Jezierskiego jako TW. Materiał dotyczył wszystkich kontrowersji. W trakcie zbierania materiałów wyszła informacja od Anny Dąbrowskiej, prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy o braku rekomendacji KSD dla Henryka Jezierskiego ubiegającego się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk. Okazało się, że KSD nie rekomendowało Jezierskiego. To on sam się zarekomendował – jak w rozmowie telefonicznej z Mielczarek mówiła Anna Dąbrowska.

 

Skontaktowałam się z panem Jezierskim; powód w materiale wypowiadał się (przed kamerą) dwa razy – wyjaśniała Mielczarek – Trzymał w ręku książkę. Powiedział to co chciał powiedzieć. Materiał był konsultowany z wydawcą, z redaktorem naczelnym, z prawnikiem. Każde słowo było ważne. Dlatego wspólnie nad nim pracowaliśmy. To była praca zespołowa. Musiał być zaakceptowany przez wydawcę. Otrzymał pozytywną ocenę. Nie było żadnych zastrzeżeń co do materiału. Nawet SDP zaopiniowało, że materiał został przygotowany rzetelnie. Zależało mi, aby organ niezależny, jakim jest SDP mógł się odnieść do tego materiału. Ta opinia została dołączona do akt Telewizji. Montażem technicznym zajmował się montażysta, ale ja to nadzorowałam.

 

O dacie i godzinie emisji danego materiału w każdej telewizji, również tej w Gdańsku decyduje wydawca – w tym przypadku była to Agnieszka Oszczyk, lub redaktor naczelny. Mielczarek sporo mówiła o systemie pracy w telewizji, o tworzeniu zapowiedzi do danego materiału. Jej zapowiedź była dłuższa, dlatego została skrócona – może to zrobić prezenter. Taka forma jest dozwolona, kiedy należy wydłużyć czas zapowiedzi lub go skrócić. Wszystko dzieje się na żywo, a wiadomo, że nie można przekraczać limitów czasowych.

 

Mec. Tomasz Plaszczyk w pytaniach do zeznającej dociekał, co było powodem przygotowania tego konkretnie materiału? Mielczarek odpowiadała, że książka Wicentego wzbudziła spore zainteresowanie w środowisku dziennikarskim. Kiedy okazało się, że Henryk Jezierski ubiega się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk, a jest wymieniony w publikacji Wicentego i przypisuje się mu współpracę z SB, to wśród dziennikarzy rozpoczęła się dyskusja na ten temat. Głównie dziennikarze pracujący w TVP3 Gdańsk byli żywo zainteresowani, kto będzie opiniował ich pracę. Mec. Wenanty Plichta dociekał na czyj wniosek autorka kontaktowała się z powodem. Mielczarek przyznała, że zależało jej na rzetelności, więc sama zadzwoniła do red. Jezierskiego, uprzedziła o temacie rozmowy, po czym spotkała się z nim, nagrywając wypowiedź.

 

– To nagranie nie było dla niego zaskoczeniem – kontynuowała Mielczarek. – Czytał tę publikację przed kamerą. Poinformowałam go, że zaczynamy nagrywać. Nie miałam z góry ustalonego scenariusza. To nagranie było zwykłą rozmową i jest dowodem na to, że powód nie został przeze mnie zaatakowany. Dopiero w trakcie przygotowywania materiału wyszło, że zdecydowałam się na kontakt z KSD, z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, której podlega Rada Programowa TVP3 Gdańsk. Chciałam dotrzeć do wszystkich, dlatego w materiale znalazły się wypowiedzi różnych osób. Po nagraniu powód kontaktował się ze mną mailowo.Mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak dopytywała o to, kiedy i dlaczego pozwana kontaktowała się z Anną Dąbrowską.

 

Nie pamiętam, czy to było przed, czy po rozmowie z powodem – dodaje Mielczarek. – Rozmawiałyśmy o tym, dlaczego Stowarzyszenie nominowało powoda na członka Rady Programowej TVP3 Gdańsk? Wtedy okazało się, że to nie Stowarzyszenie, a sam powód się zarekomendował. Jednak szczegółów rozmowy nie pamiętam. To było w 2017 r.

 

Mec. Jezierska-Wojdak zadawała pytania w stylu: Co pozwana sądzi…, dlaczego pozwana czegoś nie zrobiła, albo zrobiła …? Sędzia Piotr Kowalski przerwał mec. Jezierskiej-Wojdak, wyjaśniając, że tego typu pytania nie są tematem przesłuchania. Pełnomocnik Henryka Jezierskiego chciała też wiedzieć, czy dyr. Strzemieczna-Rozen była w pracy w dniu emisji materiału i czy go widziała przed emisją? Natomiast Mielczarek wielokrotnie podkreślała, że poruszony w książce Wicentego wątek, a następnie w audycji był ważny z punktu widzenia społecznego. Dodała też:

 

Pracujemy w redakcji newsowej, przy każdym temacie minusem jest czas. Niemniej to co było w tym materiale niezwykłe, to że ktoś sam siebie nominował. Zrobiłabym ten materiał tak samo, gdybym miała go zrobić dla TVP, czy TVN lub innej stacji telewizyjnej, bo tak się pracuje w telewizji. Jeśli chodzi o zapowiedź, czyli to co czyta prezenter, to nie wiem, kto ją zmienił. Ja odpowiadam tylko za to, co zostało zmontowane. W tym materiale, mimo dokumentów z IPN mówiących o współpracy Jezierskiego z SB, powód dwa razy odnosi się do tego, że nie był współpracownikiem SB.  Mec. Jezierska-Wojdak drążąc temat pytała o dokumenty znajdujące się w IPN, czy zostały one tylko pokazane autorce, a dlaczego nie wydane do zaprezentowania ich w telewizji? Dopytywała się również o emocjonalne zaangażowanie autorki w przygotowywanie materiału. Sędzia Kowalski uciął wszelkie próby zmuszania pozwanej do prowadzenia dyskusji z pełnomocnikiem Henryka Jezierskiego. Na koniec Wenanty Plichta dodał, że pokłosiem wyemitowania w telewizji materiału Agaty Mielczarek jest to, że Henryk Jezierski wystąpił z powództwem zarówno cywilnym, jak i karnym wobec kilku innych osób. W kwestii przesłuchania świadka Agnieszki Oszczyk toczyła się ostra wymiana zdań pomiędzy pełnomocnikami stron. Mecenas Plichta był za przesłuchaniem, natomiast mecenas Jezierska-Wojdak swój sprzeciw argumentowała brakiem konieczności przesłuchania tegoż świadka. Świadek miała zeznawać na okoliczność wyjaśnienia, kto był autorem przeczytanej przez świadka zapowiedzi emitowanego materiału w gdańskiej Panoramie: „Kontrowersje wokół Rad programowych…”. Sąd zadecydował, że dopuści dowód w formie pisemnego zeznania świadka. Chodziło też o ustalenie, kto i w jakim zakresie może wywierać wpływ na ostateczną treść informacji? Sąd zobowiązał pełnomocników stron do złożenia pytań do świadka w ciągu 14 dni. Zaproponował również zakończenie rozprawy i ogłoszenie wyroku w formie niejawnej. Sprzeciwili się temu pełnomocnicy pozwanych. Sąd przychylił się do tego sprzeciwu, wyznaczając termin kolejnej rozprawy, prawdopodobnie zakończonej ogłoszeniem wyroku, na 24 listopada 2020 r.

 

***

Przypomnijmy:

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB.

 

IPN podaje, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Opracowanie: Maria Giedz

 

Zdjęcia: Maria Giedz