Będziemy uważnie przyglądać się wyjaśnianiu sprawy pobicia operatora – mówi dr Jolanta Hajdasz dla portalu wPolityce.pl

Jako Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którego jestem wiceprezesem i jako Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które całą swoją działalnością jest nakierowane na to, by monitorować przestrzeganie zasady wolności słowa, będziemy bardzo bacznie przyglądać się temu, co będzie się teraz działo w Gdańsku, jak postąpi Prokuratura Rejonowa, w jaki sposób będzie wyjaśniać tę sprawę” — powiedziała w rozmowie z portalem wPolityce.pl dr Jolanta Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, komentując sprawę pobicia operatora TVP Gdańsk. Człowiek został naprawdę brutalnie pobity. Nie prowokował niczym i musi być sygnał, że to jest nieprawidłowe, że tak nie wolno, że nie ma na to zgody – powiedziała  Jolanta Hajdasz portalowi wPolityce.pl.

 

W każdym demokratycznym państwie byłoby to absolutnie skandaliczne naruszenie zasady wolności słowa, ponieważ ta zasada oznacza, że dziennikarze wykonują swoje zadania, wykonują swój zawód w sposób bezpieczny. Idą do pracy rano i z niej wracają, wiedząc, że nic się nie wydarzy, bo przecież nie jesteśmy na froncie, a przynajmniej myślę, że tak możemy uważać, że w Polsce przecież wszystkie problemy rozwiązywane są normalnie i pokojowo. Sytuacja zatem, w której dziennikarz  poszedł do pracy i został w pracy pobity tak brutalnie jest absolutnie nienormalna – stwierdziła Jolanta Hajdasz

 

Cała wypowiedź jest tu: https://wpolityce.pl/media/522416-dr-hajdaszbedziemy-przygladac-sie-sprawie-pobicia-operatora

Protest Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP przeciwko pobiciu operatora TVP

Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP stanowczo protestuje przeciwko utrudnianiu pracy dziennikarzy i osób realizujących z nimi materiały dziennikarskie np. operatorów telewizyjnych podczas wykonywania ich zawodowych obowiązków, czego skandalicznym przykładem jest pobicie operatora Telewizji Polskiej w trakcie realizacji materiału dziennikarskiego z aresztowania biznesmena Ryszarda K. w Gdyni 15 października 2020 r.

 

Do brutalnego ataku na operatora Telewizji Polskiej doszło ok. godz. 19.30. Syn zatrzymanego przez CBA biznesmena Ryszarda K. podszedł do ekipy, a następnie – jak wynika z relacji reporterki TVP INFO – zaczął popychać operatora, kilkukrotnie uderzył go też w twarz i przewrócił na ziemię. Zakrwawionemu operatorowi została udzielona pomoc medyczna. Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa biznesman Ryszard K. oraz adwokat Roman Giertych zostali zatrzymani przez CBA w związku ze sprawą wyprowadzenia ok. 92 mln zł z giełdowej spółki developerskiej. Wraz z nimi zatrzymano także dziesięć innych osób, wśród nich są także członkowie zarządu tej spółki.

 

CMWP  SDP przypomina, że fizyczne ataki na dziennikarzy, operatorów, czy fotoreporterów są jaskrawym naruszeniem zasady wolności słowa, która jest fundamentem ustroju każdego demokratycznego państwa i nigdy nie powinny mieć miejsca. Bezpieczeństwo pracy osób relacjonujących wszelkie wydarzenia, w tym te wywołujące silne społeczne emocje, powinno być zawsze przedmiotem troski wszystkich stron zaangażowanych w sytuację konfliktową, a zgodnie z obowiązującym prawem zobowiązane one są do zapewnienia dziennikarzom i osobom z nimi pracującym warunków pracy niezagrażających ich życiu i zdrowiu .

 

dr Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP

Warszawa, 16 października 2020 r

SPRAWA JAROSŁAWA ZIĘTARY. Relacja obserwatora CMWP SDP z procesu

Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu toczy się tak zwany „proces ochroniarzy” dotyczący uprowadzenia, pozbawienia wolności i pomocnictwa w zabójstwie poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary. O czyny te oskarżeni są Mirosław R. pseudonim Ryba i Dariusz L. pseudonim Lala, którzy nie przyznają się do winy. Kolejna rozprawa odbyła się 13 października.  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich jest od lutego 2019 r. obserwatorem tego procesu. CMWP SDP na rozprawach w sądzie reprezentuje red. Aleksandra Tabaczyńska.

 

W Poznaniu, w Sądzie Okręgowym, w październiku przewidziano dwie rozprawy. We wtorek 13., zeznawał tylko jeden świadek, Maciej B., który znany jest również pod pseudonimami: Baryła, Młody i Małolat. Obecnie odsiaduje on wyrok dożywocia w innej sprawie. Pomimo, że był to długi i żmudny dzień w sądzie, nie padły żadne – zdaniem obserwatora – przełomowe zeznania. Rozprawa stanowiła, dalszy ciąg przerwanych w lutym 2019, zeznań Macieja B. Odtworzono dwa nagrania – filmy – na których Baryła ujawnia swoją wiedzę na temat Jarosława Ziętary, przed krakowskim prokuratorem Piotrem Kosmatym. Obecny na sali prokurator Mirosław Kozioł, wnioskował by nagrania odtworzono od początku, jednak sąd postanowił rozpocząć projekcję od momentu gdzie w lutym 2019 r. została ona przerwana. W dalszym ciągu rozprawy odczytywano protokoły zeznań, Macieja B. złożone w czasie śledztwa, w prokuraturze i w sądzie od roku 2011. Główne tezy można podsumować następująco:

 

Jarosław Ziętara został zauważony przez ochronę holdingu Elektromis, że fotografuje teren i obiekty firmy. Jeden z ochroniarzy uderzył dziennikarza w ucho, w wyniku czego Ziętara miał mieć podbite oko i rozbito mu aparat fotograficzny. – Najpierw Jarek został przyłapany pod Elektromisem, jak robił zdjęcia. To było jesienią 1991 roku. Z opowieści kolegów wiem, że przyłapał go ochroniarz Bekon, który rozbił mu aparat i dał „w ucho”, Jarek miał chyba podbite oko. Potem, jak pod bramę przyjeżdżały jakieś samochody, mówiono, że trzeba dać znać klaksonem. Trzy razy trąbiono. Mówiło się, że Ziętara siedzi w krzakach i robi zdjęcia tirom przyjeżdżającym do Elektromisu.

 

Wiosną 1992 roku zastraszano Ziętarę w jego mieszkaniu, w Poznaniu na ul. Kolejowej. W tym zdarzeniu brał udział świadek wraz z nieżyjącym już Dariuszem L. pseudonim Lewy. Ziętarze zabrano mikrofilmy i aparat, którym je wykonywał oraz tradycyjne w tamtym czasie filmy i negatywy w rolkach.

 

Na tę robotę wiosną 1992 roku zabrał mnie mój kolega, ochroniarz Lewy z Elektromisu. Nie mówiłem o tym w pierwszych zeznaniach, bo wstydziłem się, że będę obsmarowany w mediach. Drzwi otworzyliśmy „z kopa”. To były stare drzwi, nie przywiązywaliśmy uwagi czy potem były zepsute. Lewy przytrzymał Ziętarę, może też Jarek lekko dostał w klatkę piersiową. Ja przeszukałem mieszkanie. Znalazłem dwa aparaty, w tym jeden na mikrofilmy. Jarek mówił, że mamy to zostawić, bo to sprzęt z UOP. Jeden aparat zniszczyliśmy, a drugi, ten na mikrofilmy, zabraliśmy.

 

Po tym zdarzeniu, tego samego roku, miało dojść do spotkania na terenie Elektromisu, kiedy to, w obecności pracowników Elektromisu oraz szefa firmy Mariusza Ś., Aleksander G. miał podżegać do zabicia Jarosława Ziętary. Baryła podtrzymuje, że widział i słyszał, wszystko co ustalano bowiem stał tuż obok grupy. Aleksander G. przyjechał do siedziby Elektromisu w towarzystwie dwóch Rosjan, według świadka bardzo elegancko ubranych, w świecących, wypastowanych butach, wysiadających z luksusowego samochodu. Mimo upału mieli być ubrani w długie skórzane kurtki, pod którymi ukrywali broń, tzw. tetetki (radzieckie pistolety Tokarievy). – Wiem jak wyglądają osiłki. Ci według mnie to byli żołnierze, może pracownicy KGB. Bezwzględni, do dziś jak o nich mówię mam gęsią skórkę. (…)Twarz szczupła, owalna bardzo mocno wysadzone policzki. Oczy martwe, głęboko osadzone, było w nich widać zło. Ta twarz zostanie już w mojej głowie do końca.

 

1 września 1992 roku Jarosław Ziętara, według prokuratury, został uprowadzony i zamordowany. Maciej B. samego porwania nie widział, nie był też świadkiem przetrzymywania i zamordowania dziennikarza. Od nieżyjącego już Lewego wie, że w zbrodnię zaangażowanych było siedem osób. Pięcioro to ludzie związani z Elektromisem: oskarżeni Ryba i Lala, nieżyjący ochroniarze Lewy i Kapela (Dariusz L. Roman K.) oraz Marek Z. Na miejscu porwania mieli być także dwaj Rosjanie związani z Aleksandrem G.

 

Słyszałem, że tyle osób tam było, ale tego nie widziałem. Nie widziałem też samego zabójstwa, ale pokazywano mi potem ludzkie kości mówiąc, że to szczątki Ziętary.

 

Dopytywany o szczątki zamordowanego dziennikarza, a także o rzekomą propozycję finansową dla Ziętary, Baryła zeznał:

 

– Nie wydaje mi się by taką propozycję mu złożyli. Może chcieli, żebym ja o nim tak myślał, a może chodziło o ochronę interesów. (…) Szczątki pokazywano mi we wrześniu, ale nie pamiętam jaki to był dzień. Może chodziło żeby mnie przestraszyć.

 

We wtorek, Maciej B. podtrzymał swoje zeznania, te które składał przed prokuratorem Piotrem Kosmatym. Warto jednak przypomnieć, że kilka lat temu wycofał się z tych zeznań, twierdząc, że to dlatego bo oszukał go prokurator. Chodziło o prezydencki akt łaski, na który liczył Maciej B.

 

– Obiecano mi złote góry. Nie zrobiono nic, żadnej pomocy i jeszcze osadzono mnie w najcięższym więzieniu w kraju.

 

Podczas rozprawy kilkakrotnie twierdził, że był zastraszany w więzieniu. Grożono, że skrzywdzona zostanie córka, a matce wrzucą granat.

 

– Teraz mi z rodziny poumierały najważniejsze osoby i nie mam się czego bać.

 

Sam świadek wydawał się tego dnia osowiały i przygaszony. Po godzinie 14. 00 zeznania Macieja B. Przerwano, będą one kontynuowane w późniejszym terminie.

 

Tekst i zdjęcia : Aleksandra Tabaczyńska

Koncern RASP pozywa polskich dziennikarzy – o procesach i ich przyczynach w programie „O co chodzi?” w TVP Info

Procesy wytaczane polskim dziennikarzom przez koncern Ringier Axel Springer  i ich przyczyny  były głównym tematem  programu “O co chodzi ?” red. Bronisława Wildsteina w TVP Info emitowanego 8 października 2020 r. Gośćmi programu był. red. Samuel Pereira, szef portalu tvp.info.pl oraz Jolanta Hajdasz , dyr. CMWP SDP.

 

Red. Samuel Pereira przypomniał, iż RASP domaga się od szefa portalu tvp.info przeprosin i przekazania 100 tysięcy złotych na cele społeczne. Pozew cywilny dotyczy 27 wpisów z Twittera i Facebooka, w których Samuel Pereira krytykował media RASP bądź działania dziennikarzy tego wydawcy.

Zdaniem autorów pozwu z krytycznych wobec mediów RASP wpisów dziennikarza wynika zarzut, iż „Fakt jest niemieckim tabloidem”, „linia programowa RASP jest tworzona pod dyktando Niemiec”, prezes wydawnictwa „Mark Dekan jest niemieckim nadzorcą”, a RASP działa w interesie Niemiec. Swoimi wpisami – zdaniem RASP – red. Pereira poważnie naruszył dobra osobiste wydawcy.

 

5 października  w Sądzie Okręgowym w Warszawie odbyła się rozprawa, na której zeznawali świadkowie dziennikarz portalu wPolityce.pl i były dziennikarz „Faktu” Wojciech Biedroń oraz poseł PiS Arkadiusz Mularczyk. Jak wyjaśnił Samuel Pereira, robili to na okoliczność tego m.in., jak wygląda polityka redakcyjna mediów RASP i jak się zmieniała w ostatnich latach oraz tego, jak teksty, wywiady, czy artykuły publicystyczne, które ukazywały się w Niemczech, wpływały na linię redakcyjną mediów RASP w Polsce. Z kolei Jolanta Hajdasz opisała okoliczności procesu red. Witolda Gadowskiego z koncernem RASP.

 

Uczestnicy programu wyrazili zdumienie żądaniami koncernu, w przypadku red. Gadowskiego jest to 50 tys. zł ( za wpis w jednym felietonie), a w przypadku red. Pereiry – 100 tys., oba żądania egzekwowane są  w procesach cywilnych, w których  dziennikarze mają być ukarani za swoje opinie, za komentarze, nie w kategorii „prawda-fałsz” i udowadniania tego faktu, tylko wyrażania swojej opinii. Wygląda na to, przynajmniej ja to tak odbieram, że dla RASP prawo prasowe do krytyki (…), artykuł Konstytucji RP mówiący o wolności słowa nie istnieje, jeśli rzecz dotyczy mediów i dziennikarzy RASP – podkreślił Samuel Pereira.

 

CMWP SDP w programie „Twój wybór” w TVP3 Warszawa

– Na rynku mediów lokalnych dekoncentracja jest absolutnie pożądana. Monopol jednego wydawcy Polska Press przecież jest faktem. (…) To jest patologia, której nie spotkamy nigdzie w Europie – mówiła w programie „Twój Wybór” w TVP3 Warszawa Jolanta Hajdasz, dyrektor  Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. – Moim zdaniem uprawnienia właścicielskie w mediach mają znaczenie pierwszorzędne dla ich linii programowych – przekonywał Marek Formela z „Gazety Gdańskiej”. Program był emitowany 6 października. 

 

Jeśli mówimy o problemie nadmiernej koncentracji mediów, to właśnie rynek mediów regionalnych jest idealnym przykładem. Prasa drukowana w rękach dosłownie jednego wydawnictwa. Wszędzie, we wszystkich największych miastach, we wszystkich regionach w Polsce – mówiła Hajdasz.
– To jest patologia, której nie spotkamy nigdzie w Europie i której żaden medioznawca nie jest w stanie uzasadnić, dowieść, że jest jakaś prawidłowość, że wolny rynek mógł w ten sposób zadziałać. To jest patologia okresu transformacji po 1989 r., tego, w jaki sposób podchodzono do prywatyzacji mediów, kiedy obowiązywała bardzo liberalna doktryna dotycząca tego, czym mają być media – kontynuowała. Formela został zapytany, czy sytuacja taka ma wpływ na to, jak Polacy odbierają rzeczywistość we własnym kraju. – Moim zdaniem uprawnienia właścicielskie w mediach mają znaczenie pierwszorzędne dla ich linii programowych. To jest chyba całkowicie oczywiste – mówił.

 

– W przypadku gigantycznej koncentracji kapitału inicjatywy takie jak nasza mają ograniczone pole oddziaływania, ponieważ dostęp do skumulowanych budżetów reklamowych jest zamykany przez te 2-3 wielkie przedsiębiorstwa, a na rynku regionalnym właściwie przez jedno. Przecież kupując dziś gazetę Polska Press czy to w Krakowie, czy w Gdańsku, czy w Katowicach, kupujemy właściwie tę samą gazetę, ponieważ są tam zhomogenizowane, zunifikowane znaczące segmenty gazety – dodał.

Wznowienie sprawy przeciwko dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk

Wznowienie sprawy z powództwa Henryka Jezierskiego w Gdańsku. W 2018 r. podejrzany o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa wystąpił z powództwem przeciwko dziennikarce TVP3 Gdańsk oraz dyrekcji TVP3 Gdańsk. Sprawa jest objęta monitoringiem CMWP SDP. W imieniu Centrum rozprawy obserwuje red. Maria Giedz. Jest to kolejna sprawa dziennikarzy oskarżonych o naruszenie dóbr osobistych osoby, którą IPN uznał na tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa PRL.

 

2 października 2020 r. odbyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa przeciwko red. Joannie Strzemiecznej – Rozen, dyrektor TVP3 Gdańsk oraz red. Agacie Mielczarek, dziennikarce TVP3 Gdańsk. Zostały one pozwane przez Henryka Jezierskiego, właściciela wydawnictw motoryzacyjnych. Przedmiotem sporu jest wyemitowany w dniu 27 stycznia 2017 r. w TVP3 Gdańsk materiał informacyjny dotyczący wyboru członków do Rady Programowej publicznych mediów w Gdańsku. Henryk Jezierski, który w kontrowersyjny sposób wszedł w skład Rady Programowej TVP3 Gdańsk, po czym został odwołany, zarzuca obecnie dziennikarce i dyrektor TVP 3 Gdańsk bezpodstawne przypisanie mu współpracy ze Służbami Bezpieczeństwa z czasów PRL. Od 2018 r. obie rozprawy toczyły się osobno – były to dwa różne powództwa. Teraz zostały połączone.

 

Henryk Jezierski złożył także pozwy wobec trzech innych trójmiejskich dziennikarzy (Hannie Kordalskiej-Rosiek, Januszowi Wikowskiemu i Krzysztofowi Załuskiemu), również w kwestii przypisania mu współpracy z SB. Wszystkie materiały dziennikarskie zostały opublikowane w oparciu o opracowanie Daniela Wicentego, Weryfikacja Gdańskich Dziennikarzy w Stanie Wojennym, wydanym przez IPN w 2015 r.

 

Sprawę prowadził sędzia Piotr Kowalski. Na rozprawę nie stawił się sam zainteresowany Henryk Jezierski. Reprezentowała go jego córka, mecenas Małgorzata Jezierska-Wojdak. Nie pojawiła się też pozwana Joanna Strzemieczna-Rozen. Reprezentował ją pełnomocnik mecenas Wenanty Plichta. Natomiast osobiście stawiła się Anna Mielczarek oraz mecenas Tomasz Plaszczyk. Świadek – Agnieszka Oszczyk po raz kolejny nie przybyła do Gdańska na rozprawę – zgłosiła chęć złożenia zeznań, w ramach pomocy sądowej, na terenie Warszawy, gdzie obecnie pracuje i mieszka.

 

W ramach połączenia obu spraw mecenas Plichta zaproponował, aby dopuścić do przesłuchania świadków występujących tylko w procesie jednej z pozwanych. Chodziło o to, aby druga pozwana mogła zapoznać się z zeznaniami owych świadków. Miały być to wypowiedzi red. Marii Mrozowskiej-Krawczyk i red. Andrzeja Liberadzkiego. Argumentem było to, że red. Joanna Strzemieczna-Rozen nie zna tych zeznań, a jako pozwana ma prawo się z nimi zapoznać. Mecenas Plaszczyk poparł wniosek mecenasa Plichty. Sprzeciw wniosła mecenas Jezierska-Wojdak, twierdząc, że przesłuchanie owych świadków jest zbędne i wydłuży proces, ponadto pozwana Strzemieczna-Rozen, chcąc poznać zdanie tych świadków, mogła powołać ich wcześniej. Sąd postanowił oddalić wniosek pełnomocnika Strzemiecznej-Rozen. Kolejną dyskusję pomiędzy pełnomocnikami stron wywołała kwestia odsłuchania audycji na podstawie nagrania kamerą, a także dodatkowego – pomocniczego nagranie w telefonie komórkowym autorki wyemitowanej audycji. Na procesie jednej z pozwanych owe nagrania były odtwarzane. Druga nie miała do nich wglądu. Sąd zadecydował o zaniechaniu ponownego odtwarzania owych nagrań podczas rozprawy sądowej.

 

Podczas toczącej się rozprawy Sąd przesłuchał pozwaną Agatę Mielczarek (wcześniej sprawę red. Mielczarek prowadziła sędzia Małgorzata Misiurna). Przejmujący tę sprawę w połączeniu ze sprawą Joanny Strzemiecznej-Rozen sędzia Piotr Kowalski nie znał wcześniejszych zeznań Mielczarek. Chodziło o przesłuchanie na okoliczność autorstwa materiału emitowanego w telewizji. – Niewiele pamiętam, co dokładnie mówiłam podczas przesłuchania dwa lata temu (13 listopada 2018 r.) – stwierdziła red. Mielczarek. Dziennikarka zeznawała, że ten temat został jej zlecony (chodzi o audycję), kiedy przyszła rano na kolegium redakcyjne. Pomysł wyszedł od wydawcy Małgorzaty Mrozowskiej-Krawczyk. – Chodziło o powoda, który został powołany do Rady Programowej Telewizji. Jednak nie interesowało nas ukazanie jego jako człowieka, lecz w kontekście treści tekstu zawartego w książce pana Wicentego. To miała być audycja dotycząca kontrowersji wokół wyboru członków do Rady Programowej. Przygotowywałam ten materiał trzy dni – trwało to dłużej niż zazwyczaj przygotowuje się krótkie materiały. Zdawałam sobie sprawę, że temat jest trudny. Chciałam go zgłębić. Kupiłam książkę, przeczytałam ją. Dotarłam do wiarygodnego źródła, którym był IPN i autor książki – przypomniała dziennikarka. – W audycji nie ma mojego komentarza – kontynuowała Mielczarek. – Są tylko fakty, informacja o zarejestrowaniu p. Jezierskiego jako TW. Materiał dotyczył wszystkich kontrowersji. W trakcie zbierania materiałów wyszła informacja od Anny Dąbrowskiej, prezesa Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy o braku rekomendacji KSD dla Henryka Jezierskiego ubiegającego się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk. Okazało się, że KSD nie rekomendowało Jezierskiego. To on sam się zarekomendował – jak w rozmowie telefonicznej z Mielczarek mówiła Anna Dąbrowska.

 

Skontaktowałam się z panem Jezierskim; powód w materiale wypowiadał się (przed kamerą) dwa razy – wyjaśniała Mielczarek – Trzymał w ręku książkę. Powiedział to co chciał powiedzieć. Materiał był konsultowany z wydawcą, z redaktorem naczelnym, z prawnikiem. Każde słowo było ważne. Dlatego wspólnie nad nim pracowaliśmy. To była praca zespołowa. Musiał być zaakceptowany przez wydawcę. Otrzymał pozytywną ocenę. Nie było żadnych zastrzeżeń co do materiału. Nawet SDP zaopiniowało, że materiał został przygotowany rzetelnie. Zależało mi, aby organ niezależny, jakim jest SDP mógł się odnieść do tego materiału. Ta opinia została dołączona do akt Telewizji. Montażem technicznym zajmował się montażysta, ale ja to nadzorowałam.

 

O dacie i godzinie emisji danego materiału w każdej telewizji, również tej w Gdańsku decyduje wydawca – w tym przypadku była to Agnieszka Oszczyk, lub redaktor naczelny. Mielczarek sporo mówiła o systemie pracy w telewizji, o tworzeniu zapowiedzi do danego materiału. Jej zapowiedź była dłuższa, dlatego została skrócona – może to zrobić prezenter. Taka forma jest dozwolona, kiedy należy wydłużyć czas zapowiedzi lub go skrócić. Wszystko dzieje się na żywo, a wiadomo, że nie można przekraczać limitów czasowych.

 

Mec. Tomasz Plaszczyk w pytaniach do zeznającej dociekał, co było powodem przygotowania tego konkretnie materiału? Mielczarek odpowiadała, że książka Wicentego wzbudziła spore zainteresowanie w środowisku dziennikarskim. Kiedy okazało się, że Henryk Jezierski ubiega się o członkostwo w Radzie Programowej TVP3 Gdańsk, a jest wymieniony w publikacji Wicentego i przypisuje się mu współpracę z SB, to wśród dziennikarzy rozpoczęła się dyskusja na ten temat. Głównie dziennikarze pracujący w TVP3 Gdańsk byli żywo zainteresowani, kto będzie opiniował ich pracę. Mec. Wenanty Plichta dociekał na czyj wniosek autorka kontaktowała się z powodem. Mielczarek przyznała, że zależało jej na rzetelności, więc sama zadzwoniła do red. Jezierskiego, uprzedziła o temacie rozmowy, po czym spotkała się z nim, nagrywając wypowiedź.

 

– To nagranie nie było dla niego zaskoczeniem – kontynuowała Mielczarek. – Czytał tę publikację przed kamerą. Poinformowałam go, że zaczynamy nagrywać. Nie miałam z góry ustalonego scenariusza. To nagranie było zwykłą rozmową i jest dowodem na to, że powód nie został przeze mnie zaatakowany. Dopiero w trakcie przygotowywania materiału wyszło, że zdecydowałam się na kontakt z KSD, z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, której podlega Rada Programowa TVP3 Gdańsk. Chciałam dotrzeć do wszystkich, dlatego w materiale znalazły się wypowiedzi różnych osób. Po nagraniu powód kontaktował się ze mną mailowo.Mec. Małgorzata Jezierska-Wojdak dopytywała o to, kiedy i dlaczego pozwana kontaktowała się z Anną Dąbrowską.

 

Nie pamiętam, czy to było przed, czy po rozmowie z powodem – dodaje Mielczarek. – Rozmawiałyśmy o tym, dlaczego Stowarzyszenie nominowało powoda na członka Rady Programowej TVP3 Gdańsk? Wtedy okazało się, że to nie Stowarzyszenie, a sam powód się zarekomendował. Jednak szczegółów rozmowy nie pamiętam. To było w 2017 r.

 

Mec. Jezierska-Wojdak zadawała pytania w stylu: Co pozwana sądzi…, dlaczego pozwana czegoś nie zrobiła, albo zrobiła …? Sędzia Piotr Kowalski przerwał mec. Jezierskiej-Wojdak, wyjaśniając, że tego typu pytania nie są tematem przesłuchania. Pełnomocnik Henryka Jezierskiego chciała też wiedzieć, czy dyr. Strzemieczna-Rozen była w pracy w dniu emisji materiału i czy go widziała przed emisją? Natomiast Mielczarek wielokrotnie podkreślała, że poruszony w książce Wicentego wątek, a następnie w audycji był ważny z punktu widzenia społecznego. Dodała też:

 

Pracujemy w redakcji newsowej, przy każdym temacie minusem jest czas. Niemniej to co było w tym materiale niezwykłe, to że ktoś sam siebie nominował. Zrobiłabym ten materiał tak samo, gdybym miała go zrobić dla TVP, czy TVN lub innej stacji telewizyjnej, bo tak się pracuje w telewizji. Jeśli chodzi o zapowiedź, czyli to co czyta prezenter, to nie wiem, kto ją zmienił. Ja odpowiadam tylko za to, co zostało zmontowane. W tym materiale, mimo dokumentów z IPN mówiących o współpracy Jezierskiego z SB, powód dwa razy odnosi się do tego, że nie był współpracownikiem SB.  Mec. Jezierska-Wojdak drążąc temat pytała o dokumenty znajdujące się w IPN, czy zostały one tylko pokazane autorce, a dlaczego nie wydane do zaprezentowania ich w telewizji? Dopytywała się również o emocjonalne zaangażowanie autorki w przygotowywanie materiału. Sędzia Kowalski uciął wszelkie próby zmuszania pozwanej do prowadzenia dyskusji z pełnomocnikiem Henryka Jezierskiego. Na koniec Wenanty Plichta dodał, że pokłosiem wyemitowania w telewizji materiału Agaty Mielczarek jest to, że Henryk Jezierski wystąpił z powództwem zarówno cywilnym, jak i karnym wobec kilku innych osób. W kwestii przesłuchania świadka Agnieszki Oszczyk toczyła się ostra wymiana zdań pomiędzy pełnomocnikami stron. Mecenas Plichta był za przesłuchaniem, natomiast mecenas Jezierska-Wojdak swój sprzeciw argumentowała brakiem konieczności przesłuchania tegoż świadka. Świadek miała zeznawać na okoliczność wyjaśnienia, kto był autorem przeczytanej przez świadka zapowiedzi emitowanego materiału w gdańskiej Panoramie: „Kontrowersje wokół Rad programowych…”. Sąd zadecydował, że dopuści dowód w formie pisemnego zeznania świadka. Chodziło też o ustalenie, kto i w jakim zakresie może wywierać wpływ na ostateczną treść informacji? Sąd zobowiązał pełnomocników stron do złożenia pytań do świadka w ciągu 14 dni. Zaproponował również zakończenie rozprawy i ogłoszenie wyroku w formie niejawnej. Sprzeciwili się temu pełnomocnicy pozwanych. Sąd przychylił się do tego sprzeciwu, wyznaczając termin kolejnej rozprawy, prawdopodobnie zakończonej ogłoszeniem wyroku, na 24 listopada 2020 r.

 

***

Przypomnijmy:

 

Henryk Jezierski zaprzecza, aby był współpracownikiem SB.

 

IPN podaje, że w jego zasobach zostały odnalezione trzy zapisy ewidencyjne dotyczące Henryka Jezierskiego:

  1. Nr 57968 – Wydz. III zarejestrował w dniu 27 kwietnia 1988 r. Jezierskiego na kandydata tajnego współpracownika (KTW) o pseudonimie „JUREK”. 1 lipca 1988 r. sprawę przerejestrowano na TW „JUREK”
  2. 3 lipca 1989 r. Wydział III Gdańsk przekazał sprawę Jezierskiego do Archiwum Wydziału „C” do numeru I-26134 akta sprawy zarejestrowanej do numeru 57968. Na karcie dopisano „odmowa współpracy rok brakowania – 2005”.
  3. Zapis na karcie MKr – 3 z kartoteki odtworzeniowej MSW w Warszawie dotyczącej Henryka Jezierskiego, z której wynika, że akta archiwalne Wydziału „C” WUSW Gdańsk nr I-26134 zmikrofilmowano i zniszczono. Jako datę zniszczenia mikrofilmu nr 25134/I wskazano 2010 r.

 

Opracowanie: Maria Giedz

 

Zdjęcia: Maria Giedz

CMWP SDP w programie „Nie da się ukryć” w TVP Info

Protest CMWP SDP przeciwko usunięciu artykułu o manipulacji działacza LGBT z portalu Wyborcza.pl był jednym z tematów w programie “Nie da się ukryć” w TVP Info 30 września b.r. (emisja o godz. 21.00)  Wypowiedziała się w nim Jolanta Hajdasz, dyr. CMWP SDP, która przypomniała, iż CMWP SDP protestuje przeciwko manipulacji i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej przez Wyborcza.pl na temat nieistniejących w Polsce „stref wolnych od LGBT”.

 

Wg CMWP SDP szczególnie bulwersujące jest to, iż portal Wyborcza.pl usuwa z przestrzeni publicznej opinie wyrażające ważne, i dla wielu Polaków fundamentalne treści, w momencie ostrego sporu ideologicznego, jaki obecnie toczy się w Polsce w związku z promocją ideologii LGBT prowadzoną nieskrępowanie w różnych środkach masowego komunikowania. Uniemożliwianie przeciwnikom ideologii LGBT publicznego wyrażania jej krytyki w oczywisty sposób narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa. Jolanta Hajdasz podkreśliła, iż  Centrum szanuje prawo każdej redakcji do usuwania ze swoich łamów materiałów dziennikarskich sprzecznych z jej linią programową, ale  ze względu  na upowszechnienie fałszywych informacji na temat akcji działacza LGBT na forum międzynarodowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko manipulacji i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej przez Wyborcza.pl na temat nieistniejących w Polsce „stref wolnych od LGBT”.

 

Przypomnijmy, iż jak poinformował portal wirtualnemedia.pl, oraz portal PR24.pl red. Piotr Głuchowski piszący dla portalu Wyborcza.pl 25 września br. zamieścił na tym portalu tekst pt. „Idźmy dalej: Piotrków wolny od Żydów, wolny od niepełnosprawnych”. Skrytykował w artykule akcję Barta Staszewskiego, polegającą na wieszaniu w różnych miejscowościach tablic z komunikatem „Strefa wolna od LGBT”, fotografowaniu ich i zamieszczaniu tych zdjęć w mediach społecznościowych. W ocenie autora felietonu kontrowersyjny happening działacza LGBT utrwalał szkodliwy wizerunek Polski jako niemalże nazistowskiego ciemnogrodu, co współgra z obwinianiem Polaków o udział w Holokauście oraz wywołanie II wojny światowej. Dziennikarz stwierdził, że akcja Staszewskiego zakrawa na absurd, a w Polsce nie ma stref wolnych od LGBT, tzn. obszarów, na których nie mogliby mieszkać albo przebywać geje i inne osoby nieheteronormatywne – napisał w felietonie red. Głuchowski. Dodał także, że są obszary objęte uchwałami organów samorządu terytorialnego, głównie Samorządową Kartą Praw Rodzin, jej przyjęcie nie ma skutków prawnych, a wymiar Karty jest jedynie symboliczny. W wyniku akcji Staszewskiego negatywne komentarze pod adresem Polski popłynęły od wielu ważnych polityków m.in. przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen czy kandydata w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Cały program jest TUTAJ.

 

Foto: zrzuty ekranu z programu “Nie da się ukryć” z 30.09.20

Protest CMWP SDP przeciwko usunięciu artykułu o manipulacji działacza LGBT z portalu Wyborcza.pl

CMWP SDP protestuje przeciwko usunięciu ze strony Wyborcza.pl. felietonu red. Piotra Głuchowskiego, który napisał, że nie ma w Polsce stref wolnych od LGBT, a Karty Praw Rodzin nie wspominają o osobach LGBT. Wg informacji medialnych w redakcji Wyborcza.pl obowiązuje nieformalny zakaz komentowania i opisywania w mediach społecznościowych sytuacji związanej z usunięciem felietonu na ten temat.

 

CMWP SDP szanuje prawo każdej redakcji do usuwania ze swoich łamów materiałów dziennikarskich sprzecznych z jej linią programową, ze względu jednak na upowszechnienie fałszywych informacji na temat akcji działacza LGBT na forum międzynarodowym, Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP protestuje przeciwko manipulacji i wprowadzaniu w błąd opinii publicznej przez Wyborcza.pl na temat nieistniejących w Polsce „stref wolnych od LGBT”.

 

Jak poinformował portal wirtualnemedia.pl, oraz portal PR24.pl Piotr Głuchowski 25 września br. zamieścił na portalu Wyborcza.pl tekst pt. „Idźmy dalej: Piotrków wolny od Żydów, wolny od niepełnosprawnych”. Skrytykował w artykule akcję Barta Staszewskiego, polegającą na wieszaniu w różnych miejscowościach tablic z komunikatem „Strefa wolna od LGBT”, fotografowaniu ich i zamieszczaniu tych zdjęć w mediach społecznościowych. W ocenie autora felietonu kontrowersyjny happening działacza LGBT utrwalał szkodliwy wizerunek Polski jako niemalże nazistowskiego ciemnogrodu, co współgra z obwinianiem Polaków o udział w Holokauście oraz wywołanie II wojny światowej. Dziennikarz stwierdził, że akcja Staszewskiego zakrawa na absurd, a w Polsce nie ma stref wolnych od LGBT, tzn. obszarów, na których nie mogliby mieszkać albo przebywać geje i inne osoby nieheteronormatywne – napisał w felietonie red. Głuchowski. Dodał także, że są obszary objęte uchwałami organów samorządu terytorialnego, głównie Samorządową Kartą Praw Rodzin, jej przyjęcie nie ma skutków prawnych, a wymiar Karty jest jedynie symboliczny. W wyniku akcji Staszewskiego negatywne komentarze pod adresem Polski popłynęły od wielu ważnych polityków m.in. przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen czy kandydata w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych Joe Bidena.

 

Wg CMWP SDP szczególnie bulwersujące jest to, iż portal Wyborcza.pl usuwa z przestrzeni publicznej opinie wyrażające ważne, i dla wielu Polaków fundamentalne treści, w momencie ostrego sporu ideologicznego, jaki obecnie toczy się w Polsce w związku z promocją ideologii LGBT prowadzoną nieskrępowanie w różnych środkach masowego komunikowania. Uniemożliwianie przeciwnikom ideologii LGBT publicznego wyrażania jej krytyki w oczywisty sposób narusza zasadę wolności słowa demokratycznego państwa.

 

dr Jolanta Hajdasz

dyr. CMWP SDP

 

Warszawa, 29. lipca 2020 r.

 

Czytaj więcej na:

https://www.wirtualnemedia.pl/artykul/gazeta-wyborcza-po-krytyce-usunela-z-internetu-felieton-gluchowskiego-o-akcji-aktywisty-lgbt

 

https://www.polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2590649,Wyborcza-usunela-tekst-krytykujacy-Barta-Staszewskiego-Dziennikarze-maja-zakaz-komentowania-sprawy

 

Foto: zrzut ekranu krytykapolityczna.pl/kraj/karolina-gierdal-lgbt-gluchowski-polemika/

Ringier Axel Springer przeciwko Witoldowi Gadowskiemu. CMWP SDP wspiera dziennikarza w tym procesie

22 września b.r. odbyła się pierwsza po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa rozprawa z powództwa wydawnictwa Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. przeciwko  red. Witoldowi Gadowskiemu. Na 21 października Sąd zapowiedział ogłoszenie wyroku w tej sprawie. CMWP SDP objęło niniejszą sprawę monitoringiem pod kątem przestrzegania praw człowieka i obywatela, szczególnie w zakresie wolności słowa i prasy i wspiera w tym procesie dziennikarza.

 

Niemiecko -szwajcarski  koncern medialny uznał, że dziennikarz naruszył jego dobra osobiste w felietonie, który we wrześniu 2017 r. ukazał się na portalu wPolityce.pl. Koncern domaga się przeprosin i 50 tysięcy zł grzywny. W felietonie dziennikarz podkreślił, że ważne jest, by na świecie więcej mówiło się o domaganiu się przez Polskę reparacji wojennych. Odniósł się również do niemieckich mediów. “To Niemcy robili mydło z ludzkiego tłuszczu. To Niemcy robili abażury z ludzkiej skóry. To Niemcy robili maskotki z ludzkich kości. To Niemcy rozsiewali po polach popioły zwęglonych ludzi jako nawóz. To wszystko robili «kulturalni» Niemcy. Dziś, kiedy słyszę, że m.in. w ZDF, «Fakcie», Axel Springer zasiadali wermachtowcy, SS-mani – to rozumiem skąd ta agresja na Polskę” – pisał m.in. Gadowski. Redakcja portalu wPolityce felieton Witolda Gadowskiego pt. “Gadowski: Im głośniej będzie o naszym domaganiu się o reparacje, tym bardziej pogrążona zostanie niemiecka polityka historyczna” usunęła. W jego miejsce zamieściła oświadczenie, w którym informuje, iż  “materiał prasowy (…) został zamieszczony na naszym portalu w ramach przeglądu opinii publicystycznych znanych publicystów, które w całości zostały wcześniej opublikowane w innych mediach. Nie oznacza to, że identyfikujemy się z poglądami wyrażonymi w tych wypowiedziach. Wydawca i Redakcja nie identyfikują się i nie zgadzają między innymi z fragmentem wskazanej wyżej wypowiedzi sugerującym bezpodstawnie związki między innymi «Faktu» jako tytułu prasowego wydawanego przez Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o. z przedstawicielami niemieckiego reżimu nazistowskiego. Dlatego powyższy materiał prasowy został usunięty z naszego serwisu (…)” – czytamy w oświadczeniu (źródło: https://www.polskieradio.pl/5/1222/Artykul/2219477,Witold-Gadowski-kontra-Ringier-Axel-Springer-Sad-odwolal-rozprawe-z-powodow-bezpieczenstwa) .

List otwarty prof. Janusza Kaweckiego, członka KRRiT

21 września CMWP SDP otrzymało list otwarty prof. Janusza Kaweckiego, członka KRRiT do Julii Przyłębskiej, Prezes Trybunału Konstytucyjnego, Elżbiety Witek, Marszałek Sejmu i Jarosława Kaczyńskiego, Prezesa Prawa i Sprawiedliwości, który dotyczy obrony podstawowych wartości, o których zdaniem Autora listu powinni wiedzieć obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, a których rozwiązanie jest w gestii instytucji, którymi kierują Adresaci listu. Ze względu na wagę poruszanej problematyki oraz rangę jego Autora drukujemy  ten list w całości, bez redakcyjnych skrótów.

 

List otwarty do   Julii Przyłębskiej, Prezes Trybunału Konstytucyjnego,

Elżbiety Witek, Marszałek Sejmu

i Jarosława Kaczyńskiego, Prezesa Prawa i Sprawiedliwości

 

Szanowni Państwo.

 

Zdecydowałem się na publiczne wystąpienie do Państwa w formie listu otwartego, gdyż sprawa w nim poruszona dotyczy obrony podstawowych wartości i dlatego powinni o niej wiedzieć obywatele Rzeczypospolitej Polskiej. Jej rozwiązanie zaś jest w gestii instytucji, którymi Państwo kierujecie.

 

Sprawa dotyczy usunięcia w ustawie z 7 stycznia 1993 r. zapisu dopuszczającego tzw. aborcję eugeniczną czyli zabijanie dziecka rozwijającego się w łonie matki w przypadku wskazującym „na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”. Wyniki badań świadczą dobitnie o tym, jak bardzo rozciągliwe stają się pojęcia podane w powyższym zapisie. Środowiska pro-life wsparte poparciem setek tysięcy obywateli podjęły więc działania w kierunku przywrócenia stanu prawnego, zgodnego z zapisami Konstytucji RP.

 

W niniejszym wystąpieniu przedstawiam odczuwalne przeze mnie blokowanie działań naprawczych w tym stosunkowo wąskim obszarze przez instytucje kierowane przez Adresatów tego listu. Czynię to z nadzieją, że w ten sposób wrażliwi na warunki życia zwierząt wykażą się podobną wrażliwością na życie człowieka od chwili poczęcia.

 

Piszę ten list w 1020. dniu od złożenia w Sejmie obywatelskiego projektu ustawy „Zatrzymaj aborcję”. W dniu 30 listopada 2017 r. został w Sejmie złożony projekt ustawy usuwającej przesłanki eugeniczne zabijania poczętych dzieci. W dokumentacji związanej z projektem dołączono potwierdzenie jego poparcia przez ponad 830 tysięcy obywateli, chociaż do rozpatrzenia projektu wystarczy 100 tysięcy podpisów. Po badaniu dokumentacji szef Kancelarii Sejmu w dniu 15 grudnia 2017 r. poinformował Marszałka, że w odniesieniu do druku nr 36 „istnieje podstawa do skierowania projektu do pierwszego czytania w Sejmie”. Projektem tym zajął się Sejm jednak dopiero 16 kwietnia 2020 r. (czy miał na to wpływ planowany na 10 maja termin wyborów prezydenckich?). Przez prawie 2,5 roku kierujący pracami Sejmu analizowali ten bardzo krótki projekt, bo zajmujący mniej niż jedną stronę maszynopisu. Po pierwszym czytaniu większość sejmowa nie zgodziła się na bezpośrednie przejście do drugiego czytania. Skierowano więc projekt do dwóch komisji sejmowych, z których żadna do dnia dzisiejszego nie podjęła pracy nad nim. Tak więc ten krótki druk nr 36 najpierw (od grudnia 2017 r.) zamrożony był w zamrażarce Marszałka, obecnie zaś (od kwietnia 2020 r.) tkwi u przewodniczących dwóch komisji sejmowych.

 

Z inicjatywy grupy posłów podjęto więc jeszcze w 2017 r. inną drogę usunięcia z ustawy zapisów o dopuszczalności aborcji z powodów eugenicznych przez skierowanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego w celu zbadania, czy ów zapis jest zgodny z Konstytucją RP. Wniosek zarejestrowano z datą 27 października 2017 r. i nadano mu numer K13/17. Trybunał otrzymał stanowisko Sejmu w dniu 1 marca 2018 r. oraz stanowisko Prokuratora Generalnego w dniu 28 maja 2018 r. Na stronie Trybunału Konstytucyjnego nie odnotowano jakichkolwiek następnych działań w tej sprawie. W pozycjach komunikaty, rozprawy, postanowienia i wyroki figurują zera. I ta ścieżka również została zatrzymana.

 

W Trybunale Konstytucyjnym dopiero w 2020 r. odnalazłem informację o złożeniu nowego wniosku przez grupę posłów. Ten wniosek z listopada 2019 r. został zarejestrowany już w 2020 r. i nadano mu numer K1/20. Sprawy w nim poruszane są podobne do opisanych we wniosku K13/17, stąd zapewne już nie oczekiwano na stanowiska Sejmu i Prokuratora Generalnego w tej nowej/starej sprawie. Tuż przed wysłaniem tego listu odnalazłem na stronie Trybunału plan wokandy. I tam podano, iż rozprawa w sprawie podniesionej we wniosku K1/20 odbędzie się 22 października 2020 r. Ma ją rozpatrywać TK w pełnym składzie pod przewodnictwem Prezesa Trybunału. Nie jest to jednak jeszcze publiczne ogłoszenie orzeczenia w sprawie ujętej wnioskiem K1/20 (a może również opisanej we wniosku K13/17).

 

W celach porównawczych poszukałem informacji o badaniu sprawy zbliżonej tematycznie, być może trudniejszej. Chodzi o wniosek grupy senatorów złożony do Trybunału Konstytucyjnego 11 grudnia 1996 r. w celu zbadania tejże samej ustawy pod kątem zgodności z Konstytucją zapisanej w niej legalizacji aborcji z powodów społecznych lub osobistych. Wówczas TK działający pod przewodnictwem prof. Andrzeja Zolla w sprawie K26/96 orzekł w dniu 28 maja 1997 r. (czyli po ponad 5 miesiącach od złożenia wniosku), iż wskazany przez grupę senatorów przepis jest niezgodny z Konstytucją RP. I dzięki tej decyzji przestał on obowiązywać.

 

Pozwoliłem sobie w tym liście zwrócić uwagę Szanownych Adresatom i wszystkich innych P. T. Odbiorców jego treści na pojawianie się blokad, określanych często jako zamrażarki, w procedowaniu spraw fundamentalnych. I kiedy teraz czytam w różnych wywiadach z osobami znaczącymi w państwie o „twardej obronie naszych wartości”, to widzę owe zamrażarki w odniesieniu dp spraw te wartości wyznaczających. Takie zamrażarki występują wtedy, gdy NIE MA WOLI POLITYCZNEJ bronienia owych wartości.

 

Dobrym przykładem wystąpienia woli politycznej jest praca nad projektem ujętym w druku nr 537. Projekt ów wniesiono do Sejmu 11 września 2020 r., a pierwsze czytanie odbyło się już 16 września br, drugie czytanie – w dniu następnym, po którym – w tym samym dniu – po trzecim czytaniu i posłowie przyjęli ustawę. Odczytuję też, że w koalicji rządzącej zapewne obowiązywała w tych głosowaniach dyscyplina, gdyż głosujących inaczej z partii PiS jej Prezes zawiesił w prawach członków partii. W ten sposób zostali zawieszeni obydwaj Posłowie reprezentujący grupę posłów wnioskujących do Trybunału Konstytucyjnego w sprawach K13/17(poseł Bartłomiej Wróblewski) i K1/20 (posłowie: Piotr Uściński i Bartłomiej Wróblewski).

 

Szanowni Państwo, Adresaci tego listu otwartego. Piszę do Was z nadzieją, że i w Was prawdziwie obudzi się wola polityczna, aby „twardo bronić wartości” również w ustawach odnoszących się do ludzi i obrony ich życia od poczęcia.

 

profesor Janusz Kawecki, członek KRRiT

 

Kraków, dnia 18 września 2020 r.