SŁAWOMIR JASTRZĘBOWSKI: Sprawdzać siano w głowie i szkolić

Ja tu wypisuję te słowa na portalu między innymi przede wszystkim dla dziennikarzy, co mam świadomość, że się dziennikarzom może trochę nie spodobać, bo przecież wiemy dobrze, że każde faux pas osobników z sianem, o których sygnalizuję poniżej, to jest temat chwytliwy. A temat dla dziennikarza rzecz jakże pożądana… Tyle tytułem tajemniczego wstępu, a teraz trochę mniej chaotycznie.

Mam taki pomysł dla rządu, całkowicie za darmo: dyplomatów czy osoby reprezentujące Polskę można by wcześniej jakoś tam sprawdzać, w sensie czy na przykład nie mają w głowach siana. Znaczy nie wiem, czy otwierać im czaszkę, czy sprawdzać rozmową wielotematyczną bez otwierania. Szczegóły trzeba by jakoś tam dograć, jakby co pomogę za darmo. Ewentualnie, gdyby okazało się, że siana nie ma, ale jakby jakieś źdźbła kiełkują pod tą czachą, albo że jest niebezpieczeństwo, że zakiełkują, to można by przeprowadzić szkolenie. Że Polska, że dyplomaci i pełnomocnicy reprezentują jednak interes Polski formułowany przez rząd i tego się trzeba trzymać, a jak się by ktoś nie chciał trzymać, to niech sobie nie wsiada na posadę, albo wysiądzie bez hałasu i do widzenia, szczęścia zdrowia, powodzenia.

Czasy mamy oryginalne. Co do zasady zgodzimy się zapewne, że ambasador jest osobą, która na terenie obcego państwa ma prezentować stanowisko rządu swojego państwa. Chyba nie ma tu wątpliwości. Nie, że „powinna” tylko „ma”. Ma mówić językiem, interesem określnym przez rząd. Jest od tego jak aktor od grania, a to drugie nie będę pisać. Co do zasady pełnomocnik rządu jest osobą, która ma pełnomocnictwa rządu do prezentowania i reprezentowania stanowiska rządu w jakichś gronach, sytuacjach, sprawach. Chyba nie ma tu wątpliwości. Jest od tego, jak aktor od grania…

Ambasador Polski w Republice Czech Mirosław Jasiński został odwołany (w zasadzie rozpoczęto procedurę odwołania) po jego wypowiedzi dla niemieckich mediów. Jasiński zajmował się sprawą sensytywną, elektrowni Turów, która to sprawa jest w trakcie międzyrządowych negocjacji. Tenże ambasador pytany o powody sporu polsko-czeskiego był łaskaw powiedzieć Niemcom w czasie wywiadu między innymi: „to był brak empatii, brak zrozumienia i brak chęci podjęcia dialogu, i to w pierwszym rzędzie z polskiej strony”. Upsss. Negocjacje trwają, a tu ambasador obwieszcza światu, że generalnie wina leży po polskiej stronie. Geniusz. Pełna stodoła siana, proszę Państwa, aż normalnie puchnie i pęcznieje. Nie będę tu dociekał skąd się ten pan wziął, ale niech się odweźmie, do widzenia.

Pełnomocnik ministra spraw zagranicznych do spraw kontaktów z diasporą żydowską, Jarosław Nowak udzielił z kolei wywiadu brytyjskiej gazecie „Jewish News”. Tak, tak, brytyjskiej. Dziennikarze z „Jewish News” byli oczywiście zainteresowani sprawą wykoncypowaną przez tęgie głowy, czyli tak zwanego zwrotu mienia bezspadkowego.

Stanowisko polskiego rządu jest jasne, proste i tak zostało wyartykułowane przez premiera Mateusza Morawieckiego: „Tak długo, jak ja będę premierem, Polska na pewno nie będzie płaciła za niemieckie zbrodnie; ani złotówki, ani euro, ani dolara”. Nie mamy za co płacić, nie mamy komu, więc nie będziemy. W związku tym pan Nowak powiedział w wywiadzie: „Myślę, że w pewnym momencie Polska naprawdę będzie musiała dojść do wniosku, że musimy coś z tym zrobić”, czyli, że premier tak sobie tylko mówi, że my zapłacimy, ale jeszcze nie teraz. Niezły pełnomocnik. Do jego złotych myśli dodać możemy słowa: „Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że problem polega na tym, że my Polacy, a nie rząd, nie wiemy dokładnie, co jest dobre, a co złe”. Ciekawe, my Polacy nie wiemy, co jest dobre, a co złe. I co? Czekamy, żeby nam Żydzi powiedzieli? Dramat. Facet został odwołany, ale szkód już niestety narobił.

Tak, wiem, wiem, dał mi też temat do pisania. Jednak w sumie chętnie znalazłbym inny… Kończąc ponawiam swoją propozycję: przed zatrudnieniem sprawdzać kandydatom siano w głowie. I szkolić.

 

HUBERT BEKRYCHT: Kazachski blef medialny Kremla

To truizm, ale relacjonując konflikty trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie zabawa. W Kazachstanie zginęli ludzie, lecz niektóre media dały się nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe wyjaśnienia tragedii.

Nie jestem specjalistą od Azji Środkowej i mam dużo szacunku wobec publicystów, którzy orientują się w tamtejszych skomplikowanych uwarunkowaniach geopolitycznych, ale nie trzeba być ekspertem, aby pamiętać, że to jednak Rosja rozdaje karty w tej części świata.

Co prawda nie pozostaje też bierny inny wielki sąsiad Kazachstanu – Chiny, ale na razie Państwo Środka tylko pilnie obserwuje rozwój wypadków. Na pewno jednak Chińczycy nie pozostaną obojętni na to co zdarzyło się m.in. w Ałmaty i Nur – Sułtanie (Astanie). Nie tylko te dwa miasta były kluczowe dla tego, co stało się w tej części Wielkiego Stepu na początku tego roku. Kluczowe były media, a raczej medialna manipulacja.

Kazachstan jako największa sierota po sowieckim imperium jest wciąż obiektem pożądania Moskwy, a prezydent Władimir Putin i jego służby propagandowe zrobią wszystko, aby jeszcze bardziej zbliżyć ten kraj do Kremla. Dlatego rosyjskie źródła, a większość kazachskich mediów jest pod wpływem moskiewskiej propagandy, od początku konfliktu, zaczęły mylić tropy. To zresztą nie od dziś specjalność rosyjskich mediów.

Najpierw zdziwiło mnie, że oprócz informacji uznanych światowych agencji, wiele polskich mediów powoływało się od początku stycznia na portale rosyjskie i oficjalne komunikaty dostępne nawet, co chyba nie było przypadkiem, w medialnie zamkniętych Chinach. I jakoś nie uwierzyłem w to, że jedyną przyczyną zamieszek były protesty ludzi po podwyżkach gazu, którym napędzane są kazachskie samochody. Przyznaję jednak, że brzmiało to wiarygodnie w pogrążonej w kryzysie paliwowym Europie. Nawet jeden z polityków polskiej opozycji groteskowo straszył nasz rząd „kazachską rewolucją paliwową”.

Kraj niewolony przez postsowieckich kacyków i dyktatorów – a ich kwintesencją jest Nursułtan Nazarbajew (któremu stolica Astana „zawdzięcza” nową nazwę) – ma wiele problemów, bo rządzi nim korporacja możnowładców, dla których nie liczy się coraz biedniejsza ludność Kazachstanu. Tym biedniejsza, że mieszka w bogatym w rozmaite zasoby naturalne kraju.

Stąd bajeczka o wystąpieniach z powodu podwyżek cen paliwa była wiarygodna. I to nie tylko w zmanipulowanych propagandowo portalach internetowych dla Kazachów i Rosjan.

Kazachskie media, na rozkaz prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, po prostu zaczęły udawać środki masowego przekazu znane z Rosji. Z kolei media moskiewskie udawały, że to wewnętrzna sprawa Astany – w doniesieniach nawet „zapomniano”, że dyktator Nazarbajew zmienił miastu nazwę – i w ogóle nie władze kazachskie zamknęły granicy i zawiesiły połączenia internetowe.

Granice otwarto, ale tylko dla wojsk interwencyjnych z krajów Azji Środkowej. I tak się akurat złożyło, że większość tych wojsk nosi naszywki bojowe z flagą Rosji. Z Internetem też nie było tak, jak głosiły kazachsko-rosyjskie przekazy medialne. Ważne jest przecież nie to, że jakiegoś medium nie można znaleźć w sieci, ale jakie portale, bez reżimowych przeszkód, przekazują kłamstwa m.in. z Ałmaty i Astany. Sprawdziłem, w pierwszych dniach konfliktu państwowe agencje kazachskie i rosyjskie przekazywały informacje uspokajające. Już to dla Europy powinno być sygnałem, że konflikt może być nawet, w odpowiednich proporcjach, początkiem przewrotu, a nawet powstania narodowego, co w azjatyckich warunkach nie jest określeniem przystającym do naszych pojęć politycznych.

W Kazachstanie zginęli ludzie, ale niektóre media dały się jednak nabrać na sztuczki Moskwy i jej propagandowe tłumaczenia tragedii. I to jest ten tytułowy blef Kremla. Putin jako doświadczony sowiecki szpieg, ma wielu, powiedzmy znajomych w kręgach władzy w Asatanie. Wiele mediów europejskich, w tym polskich, oczywiście powołując się na źródła w Ałmaty lub w innych krajach tej części świata, informowała o gospodarczym podłożu zamieszek.

Tymczasem już wtedy trwała krwawa rozprawa kazachskich „siłowników”, którzy dowodzą siłami porządkowymi. Zasłonę propagandową oprócz mediów kazachskich włączyły rosyjskie środki przekazu. Reporterzy z Europy utknęli w sąsiednim Kirgistanie, a o interwencji rosyjskiej „mającej obronić kazachską demokrację” pierwsi -jak podały agencje – poinformowali sami Rosjanie. I tak wszyscy dowiedzieli się, że krwawa rozprawa na ulicach Ałmaty była „dławieniem terroryzmu” a setki ofiar i tysiące uwięzionych to wynik prowokacji wewnątrz dawnych kręgów władzy w Kazachstanie.

I nabraliśmy się wszyscy. Nawet źródła watykańskie pisały, że interwencja w Kazachstanie była spowodowana groźbą „wojny domowej”. Niebezpieczne jest jednak coś innego.

Starcia w stepowym kraju skutecznie odciągnęły uwagę opinii publicznej od przygotowań Rosji do wojny z Ukrainą. I dlatego kazachski blef w podręcznikach dziennikarstwa będzie za kilka lat przykładem postsowieckiej manipulacji medialnej na globalnej scenie politycznej.

WALTER ALTERMANN: Angielszczyzna

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Siedziałem w pociągu obok dwóch młodych mężczyzn, którzy dość głośno, prowadzili taki dialog:

– Wszedłem na fejsa, a tu mega lajków, no mega – powiedział brunet. – Czyli, jest fine, wchodzę do newsroomu, a chief mówi mi, że dostałem next challange, ale za more money.

– A za co to zadanie i za co podwyżka? – zapytał rudy.

– No właśnie czujność z fakenewsami. To teraz buzzword – podejrzliwie spojrzał na kolegę brunet.

– Ale jak odróżniasz fałszywe od prawdziwych? Ja nie daję rady – rudy był przybity.

– Mnie fakenewsy też wkurzają, ale słuchaj, jest taki case: jak jakiś portal dał feedback o tym newsie, a w agencjach też jest ten content, to real, a nie fake. I mam goal przed deadlinem – zaśmiał się sprytny brunet.

Wysiadłem, a oni prawdopodobnie nadal rozmawiali o tajnikach pracy dziennikarza lub pracownika redakcji. Myślę, że rudy młodzieniec znał chyba lepiej język angielski, skoro go rozumiał, ale nie używał i znał też chyba lepiej język polski, skoro mógł w nim wyrazić swoje kłopoty.

Myślę też, że z tym angielskim, to chyba ojczyzna moja przesadziła. Jeszcze w latach 70. człowiek z biegłą znajomością angielskiego budził podziw i zazdrość. Był prawie jak gość z zagranicy i naznaczony był jakby wyższością, wtajemniczeniem. Potem jednak to się zmieniło. Angielskiego uczą się już wszyscy, więc atrakcyjność anglojęzycznych spadła. Pozostało jednak w nas dawne przekonanie, że mówiący po angielsku (choćby trochę) są lepszą kastą.

Oczywiście wiem, że angielski jest obecnie językiem panującym na świecie, a nieznający go są poniekąd wykluczeni ze współczesnej techniki i kultury. Kiedyś językiem jednoczącym Europę była łacina, potem francuski. Polska przez całe wieki była pod wpływem języka niemieckiego, co wiązało się z tym, że kultura (tak duchowa jak materialna) napływały do nas z Niemiec. Ale dominuje ten kto tworzy i wprowadza do użytku nowe narzędzia. Wraz z narzędziami (szeroko rozumianymi) przenikają do nowych kręgów kulturowych ich nazwy. Tak było z większością narzędzi, które trafiły do nas z obszaru języka niemieckiego. Importowaliśmy je wraz z ich nazwami, który spolszczaliśmy. Przypomnę, tylko obcęgi (der Zange), wiertarkę, nazywaną u nas dawniej bormaszyną (der Bohren), wiertło (der Bohrer) i śrubę (der Schraube). Część z tych nazw skutecznie spolonizowano i np. dawny śrubsztak (niem. der Schraubendreher) został w końcu imadłem, a hebel został strugiem, ale pamiętam, że jeszcze w latach 70. rzemieślnicy powszechnie używali nazw niemieckich. Mamy też jednak np. rostbef pochodzący z niemieckiego (der Roastbeef), który do dziś pozostał rostbefem.

I tak to jest, bo ponad 60 procent polskich zasobów leksykalnych pochodzi z języków obcych – głównie z łaciny, francuskiego i niemieckiego.

Skądinąd polonizacja obcego nazewnictwa miała też aspekty zabawne, bo szmalec (niem. schmalzen – topić) zastąpiono smalcem, bo wywiedziono go od smolić. Nawet cmentarz (łac. coemeterium, ang. cemetery, franc. cimetière) próbowano zastąpić smętarzem, bo na cmentarzu nie jest za wesoło.

Wiem też, że dominująca we współczesnej technice rola USA pociąga za sobą konieczność przyjmowania przez nas angielskich nazw. Tak jest z komputerem, Internetem i wszystkimi związanymi z nimi wynalazkami i akcesoriami.

Nie rozumiem jednak dlaczego potoczne polskie słowa wypierane są przez anglicyzmy. Dlaczego dziennikarze piszą i mówią „newsroom” zamiast używać „redakcja bieżących informacji” lub „redakcja nowości”, „najnowsze” czy „bieżące”. To byłoby zgodne z duchem naszego języka.

Tu wyjaśnijmy sobie jeszcze jedno, co do specyfiki języka polskiego, który jest u nas, póki co, językiem urzędowym. Otóż język nasz ma i taką właściwość, że jest językiem opisowym. I nie dlatego, że jest językiem słowiańskim. Czesi na przykład, chcąc nazwać miejsce, w którym można wsiąść do pociągu mówią „nadrażi”. My zaś musimy to wydłużyć i mamy „dworzec kolejowy” lub (w przypadku autobusu) „przystanek autobusowy”. Tak po prostu jest i trzeba to polubić, skoro „tyra się w języku polskim”.

Zangielszczenie języka polskiego bierze się także stąd, że Anglik czy Amerykanin ma właśnie najczęściej do czynienia z określeniami jednowyrazowym – podobnie jak Czech. I z lenistwa oraz z zapatrzenia się na „świat” nasi sprawozdawcy sportowi mówią: „Kowalski dzisiaj gra pomocnika” – co się na klasyczny polski tłumaczy się, że „Kowalski dzisiaj gra na pozycji pomocnika”. Słyszymy, że: „Malinowski mocno presuje”, albo że: „Nowak ma progres”. A przecież można powiedzieć, że „Malinowski mocno naciska, nie odstępuje od przeciwnika”, bo presowanie pochodzi od prasy, czyli od urządzenia naciskającego, na papier choćby. A nieszczęsny „progres” to po polsku postęp, rozwój, rozwijanie się.

Chcieliśmy otwarcia na świat i nieskrępowanej wolności. Szczęście jednak nigdy nie jest pełne i powstał poważny problem; nadużywania angielskiego (w końcu jednak obcego) języka. I niebezpiecznej degradacji języka polskiego.

Opowiadał przed laty polski językoznawca, profesor Stefan Hrabec, że jeszcze przed wojną miał we Lwowie wykład dla jakiegoś stowarzyszenia szerzącego wiedzę. Tłumaczył wtedy zasady przepływu wartości i znaków kultury. Zaczął od tego, że cegła była znana starożytnym Rzymianom i nazywano ją tigula, potem cegła trafiła na Zachód Europy i w zgermanizowanej formie nazywała się już der Ziegel, potem cegła wraz z nazwą dotarła do Polski i po spolszczeniu została cegłą. Następnie zawędrowała na tereny dzisiejszej Ukrainy i przyjęła nazwę (z języka polskiego) cehla. Wtedy, jak wspominał prof. Hrabec, obecni na sali nacjonaliści ukraińscy powstali z miejsc i pobili go, bo nie chcieli pogodzić się z faktem, że kultura europejska szła na Ukrainę przez Polskę.

Na koniec. Byłbym wielce zobowiązany, gdyby czytelnicy tego felietonu powstrzymali się od rękoczynów, wobec niewygodnej czasem prawdy.