O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Fot.: Archiwum

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.