Fot. Archiwum HB

WALTER ALTERMANN: Uwagi o naszym budowaniu. Robota i ludzie (4)

Ludzkość budowała od wyjścia z pieczar i jaskiń. Chociaż już w jaskiniach spotykamy się z prostymi formami zagospodarowywania przestrzeni – skóry jako łoża, malowidła naskalne, ogniska… dziś powiedzielibyśmy, że był to pierwszy lifting wnętrz.

I tak nam to budowanie zostało, jako podstawowy odruch człowieka, w ochronie przed żarem słońca, skwarem, deszczem, śniegiem i mrozem. Bez budowania nie przetrwalibyśmy.

Rozkopane ulice

Zwyczajem naszych dużych miast jest otwieranie maksymalnie dużego „frontu robót”. Jest to iście Gogolowska filozofia. Obecnie w takiej Łodzi rozkopane są prawie wszystkie ciągu komunikacyjne miasta. Nie sposób nigdzie dojechać. Roboty trwają, choć robotników budowlanych nie widać. Łodzianie klną, stoją w korkach, nadkładają drogi.

Przykrą praktyką jest to, że na wytypowanej do remontu ulicy pojawiają się robotnicy drogowi, zrywają asfalt… i znikają na trzy miesiące. Przez trzy miesiące na remontowanej ulicy nic się nie dziej. Robotnicy gdzieś się ulotnili, a ulica jest nieprzejezdna.

Zadałem sobie trud i doszedłem do wiedzy w tej sprawie. Otóż zgodnie z prawem budowlanym, firma podejmująca się remontu ulicy musi w sposób znaczący zacząć budowę, wtedy ma prawo do 30 procentowej zaliczki. Dopiero uzyskawszy te pieniądze firma szuka materiałów. Ale jej pracownicy nie próżnują, bo w tym czasie remontują inną ulicę.

Brakuje ludzi

Da się też zauważyć znacząco mało robotników przy remontach ulic.

– Brakuje nam rąk do pracy, bo Ukraińcy wyjechali – tłumaczą się władze.

Jest to tylko „prawda częściowa”. Od lat bowiem pracownicy budowlani są za nisko opłacani. Ostatnio usłyszałem od znaczącego w mieście Łodzi urzędnika, że budowlańcy żądają nawet 5 tys. złotych pensji. Temu urzędnikowi wydało się to wielkimi pieniędzmi. Ciekawe czy on wyszedł by na ulice, by w upale, deszczu i na mrozie wykonywać ciężką pracę?

Niestety pokutuje u nas „jaśniepańskie” przekonanie, że robotnik musi zarabiać mniej, niż urzędnik.  Współcześni, wykształceni urzędnicy kontynuują złą tradycję, żyją przekonaniem, że jest jakaś mityczna drabinka zarobków. I nie wiedzą, że robotnicy budowlani na Zachodzie zarabiają dwa trzy  razy więcej niż robotnik przy taśmie i urzędnicy. I nie dlatego, Że Zachód kocha robotników budowlanych, nie oni tam wiedzą, że za tak wyniszczającą pracę trzeba dużo płacić. I dlatego mają pracowników budowlanych.

Sześciu a jakoby dwunastu ich było

Tragikomiczną sytuację obserwowałem, jakieś trzy lata temu, w mojej rodzinnej Łodzi. Miasto zajęło się odnowieniem dwóch śródmiejskich parków: im. Sienkiewicza oraz im. Moniuszki. Prace miały trwać rok, ale trwały dwa lata.

Przyjrzałem się sprawie i okazało się, że przedsiębiorca, który podjął się odnawiania obu parków  opracował sprytną metodę. U jej źródeł był brak pracowników. Wynalazek z dziedziny zarządzania kadrami był taki, że sześciu robotników pracowało przez tydzień „na Sienkiewiczu”, a w następnym tygodniu byli obecni „na Moniuszki”.

Roboty wlokły się niemiłosiernie, parki były zamknięte… W końcu są odnowione, całkiem dobrze.

 Dawniej było szybciej

I tak to jest z naszym budownictwem. Brakuje pieniędzy, brak ludzi do pracy. Budowy ciągną się, jak budowy gotyckich katedr, choć nie ma w nich nic trudnego.

Z rozrzewnieniem wspominam tempo budów i remontów w latach pięćdziesiątych. No tak, ale wtedy chłopak ze wsi podejmował się pracy w budownictwie, bo po kilku latach pracy dostawał mieszkanie w mieście. Wieś była przeludniona, i kto mógł uciekał z niej. Dzisiaj sytuacja jest inna. Dzieci i wnukowie tych co odbudowywali po wojnie kraj nie marzą o pracy dziadków i ojców.

I jeszcze jedno: póki nie przyjmiemy do wiadomości, że zarobki na budowach muszą być wysokie, póty będziemy babrać się z budowaniem, będziemy się wściekać na zamknięte ulice… Ale jak to  będzie nie wiem. Ja ostrzegałem. Zobaczymy jakaż to będzie Jaśnie Państwa Rządzących wola.

 

 

Tłumaczenie EU, że "droga do sukcesu jest zawsze w budowie" może już nie wystarczyć obywatelom Fot.:Archiwum/ h/ re

WALTER ALTERMAN: Przykre słabości UE, czyli ciężka choroba unijna

Moskwa obnażyła słabości UE i NATO próbując skompromitować obie te organizacje. Owe słabości mogą jednak stać się ich siłą. Pod warunkiem, że wszystkie kraje członkowskie razem i każde z państw osobno uświadomią sobie w pełni sytuację i postanowią ją diametralnie zmienić.

Inwazja Rosji na Ukrainę była dla wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO ogromnym zaskoczeniem. Od upadku ZSRR, czyli przez prawie 30 lat Europa i cały wolny świat żyły w błogim przekonaniu, że nastąpiła wreszcie paruzja, czyli biblijny Dzień Pański – drugie przyjście Chrystusa. Według Nowego Testamentu oznacza to powrót Zbawiciela w chwale pod koniec dziejów. Wtedy to nastąpić ma zwycięstwo nad złem, wskrzeszenie umarłych, a przede wszystkim Sąd Ostateczny.

Lechu szedł po drugiego Nobla

Głosicielem tej ewangelicznej tezy był, między innymi, Lech Wałęsa, który wielokrotnie zapewniał, że żadnej wojny już nie będzie, bo wszystkie państwa są ze sobą tak mocno powiązane interesami, że nikomu nie będzie się opłacało walczyć. Na potwierdzenie tych słów Wałęsa przed kamerami mocno splatał palce dwóch dłoni. I uśmiechał się błogo, co miało znaczyć, że on sam to załatwił, bo samodzielnie obalił przecież komunę. Zdaje mi się, że Wałęsa marzył wtedy o drugim Noblu. Z ekonomii.

Samozadowolenie Zachodu

 

Prawdę mówiąc, Zachód był niezmiernie przez te ostatnie 30 lat zadowolony z siebie, bo upadek komuny stworzył dlań nowe rynki zbytu. Na terenach byłego imperium sowieckiego oraz byłych państw bloku Zachód uzyskał też względnie tanią siłę roboczą oraz dostęp do niedrogiej energii. Jeżeli dodać do tego, że handel z Chinami był dla Europy nader intratny, wziąwszy pod uwagę tanie produkty oferowane przez Państwo Środka oraz chłonność największego azjatyckiego rynku na produkty europejskie.

Dlaczego Zachód uważał, że tak będzie zawsze? Że gaz będzie zawsze tani a Chińczycy zawsze będą pracować za miskę ryżu? Dlaczego w Berlinie, Paryżu i Rzymie lekceważono, potencjalne zagrożenia, dlaczego dano się złapać w pułapkę nastawioną przez Rosję i Chiny? Czy nie było żadnych politologów, filozofów, którzy byliby w stanie artykułować mądre prognozy? Byli, ale nikt ich nie słuchał.

W demokracjach europejskich chodzi bowiem tylko o jedno – zdobyć władzę w kolejnych wyborach. I żadna partia nie myśli dalej niż od 5 do 6 lat do przodu. U nas także. Uważam zresztą, że nie jesteśmy jeszcze wystarczająco silnym państwem, abyśmy mogli podawać ton całej Unii.

Bezmyślność biurokracji

Ogromny, jeśli nie główny, udział w tej bezmyślności ma też biurokracja Unii Europejskiej. Ta organizacja powstała jako narzędzie wzajemnego handlu między państwami założycielami Wspólnoty Węgla i Stali. Po 1945 roku narody Zachodu uświadomiły sobie, że obie wojny światowe miały swe źródło w bezkompromisowej konkurencji gospodarczej i próbach dominacji. I tak 18 kwietnia 1951 r. na mocy traktatu paryskiego podpisanego przez Belgię, Francję, Holandię Luksemburg, RFN oraz Włochy powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Traktat wszedł w życie 23 lipca 1952 r., a czas jego ważności określono w umowie na 50 lat.

Niestety były to miłe złego początki, bo z każdym rokiem administracja Wspólnoty, potem Unii Europejskiej usamodzielniały się, przejmowały coraz więcej kompetencji i decyzji. W końcu doszło do sytuacji, jaką mamy teraz. UE stała się bytem samodzielnym, niezależnym od państw i rządów państw, które ją powołały do życia.

Kto właściwie rządzi?

Dzisiaj ogromnym terytorium Europy nie kierują już narodowi politycy. Staliśmy się wszyscy niewolnikami urzędników. Wystarczy popatrzeć na cynizm i butę bijące z oblicz komisarzy, europarlamentarzystów, zastępców komisarzy, przewodniczących i współprzewodniczących, a nawet doradców… Krótko mówiąc, państwa członkowskie zrzekły się swej władzy i oddały ją w ręce abstrakcji. Czy abstrakcja może mieć ręce? W przypadku UE ma i to bardzo długie.

Urzędnicy UE zajęli się tym, co najłatwiejsze. I zamiast pilnować równowagi gospodarczej, owocnej współpracy w sferze przemysłu i handlu, skupili się na tzw. wartościach wyższych. Nie mówię, że zakres ich zainteresowań jest nieważny, ale przecież nie tylko.

Tolerancja, wolność dla transseksualistów, wolność słowa, klimat, czyste rzeki i jeziora, czyste powietrze, zwalczanie węgla i gazu ziemnego, ostre napiętnowanie elektrowni atomowych, samochody elektryczne zamiast benzynowych… to są główne pola walki urzędasów UE.

Wartości

Peter Handke, znakomity pisarz, laureat Nagrody Nobla, napisał ostatnio: Czułe, głębokie wartości ludzkości są wszędzie. Wartości są w formach wielkich dzieł. Wartości są w szlochu dziecka. Albo w dziecięcym podskoku. Wartości europejskie? Dupki. Kto chce, niech używa ich do zaprzeczania swojemu życiu, niech się nimi bawi, niech o nich śpiewa, niech je maluje, ale niech przestanie zamieniać wartości europejskie w topór przeciwko innym. Ludzie, którzy tak mówią, to nowy motłoch”.

Co jest grane?

A co w tym czasie robią rządy państw członkowskich? Odnoszę wrażenie, że nic lub niewiele. Cała Unia Europejska jest sama sobą znudzona. Wszystko było ładnie poukładane, był rozwój, eleganckie przyjęcia, grały orkiestry, były wystawne kolacje i obiady… Przyjeżdżali Chińczycy i Rosjanie, zapewniali o serdecznej przyjaźni, w duchu „braterskiej współpracy”. Żyć nie umierać.

Muszę tu dodać, że cały aparat UE, łącznie z europarlamentarzystami ma godziwe zarobki, przychylne dla zdrowia warunki pracy w nowych budynkach i perspektywy na bardzo wysokie emerytury. Robota nie jest nerwowa i nikt sobie rąk do kości nie zedrze. Europa wyhodowała agresywną ekipę darmozjadów, którzy zamiast z wdzięczności całować po rękach rządy państw członkowskich, stawiają się ponad nie.

Coś tu nie gra. A właściwie nic nie gra.

Co robić?

Nie piszę tego, chcąc opowiedzieć się przeciw unijnym działaniom w sprawie naszych sądów, węgla brunatnego czy ochrony lasów i naszego leśnego zwierza. Nie. To są tylko przykłady. Jak to mówił pewien lokalny działacz partyjny w czasach komuny „poszedłem po całości”. Bo tak zorganizowana Unia Europejska jest skandalem. I to skandalem bardzo wysoko opłacanym.

Kapitalizm uwolnił się od kontroli państw w latach 60. XX wieku. I teraz, ku zadowoleniu rządów i kapitalistów, panujący nam system ekonomiczny jest bez żadnej kontroli. I nie ma też żadnych społecznych obowiązków. Kiedyś taki Izaak Poznański, łódzki baron bawełny, budował, pod przymusem władz, szkoły, mieszkania i szpitale, a dzisiaj?

A teraz uwalniają się właśnie unijni urzędnicy. Uwalniają się od nadzoru i kierowania przez państwa. Zatem właściwe dwa pytania brzmią: 1. Po jaką cholerę państwa utrzymują rządy? 2. Czy rzeczywiście urzędnicy unijni dążą do stworzenia jednego ponadnarodowego państwa?

Teoretycznie nie byłoby w takim wielkim państwie nic złego, gdyby nie mały szczegół. Otóż, jeżeli już w tej chwili urzędnicy UE narzucają lub próbują narzucać, swą wolę państwom słabym, małym, to co będzie w przypadku tego „mega, giga” państwa?

Nie jestem za naszym wyjściem z UE, nie jestem też za samolikwidacją Unii. Uważam natomiast, że ten służebny twór nadto się rozrósł, zhardział i w sumie oszalał. Skutkiem czego jest szkodliwy. Pora więc wrócić do źródeł. Pora też sprawić, żeby rządy narodowe wzięły się do ciężkiej pracy. Darmo przecież nie pracują, choć wszystkie i od zawsze sprawiają wrażenie, że bardzo się dla zwykłego obywatela poświęcają.

 

Na początku lat 90. fundacje powstawały na gruzach komunizmu, ale same też nie były trwałe; Fot.: HB

WALTER ALTERMANN: Nasze wielkie osiągnięcia fundacyjne

Kilka lat temu, pewna znajoma opowiedziała mi taką historyjkę. Otóż jej koleżanka – powiedzmy z jakiegoś stowarzyszenia społecznego – zaprosiła ją do swojej fundacji.

– Ja wiem – powiedziała – tobie się nie przelewa – ale moja fundacja wesprze cię, nie jesteś sama. Musisz tylko do nas przyjechać.

Następnego dnia moja znajoma wsiadła do tramwaju i pojechała na koniec miasta. Znalazła blok i lokal, w którym fundacja się mieściła. Serdecznie się z koleżanką ucałowały a potem moja znajoma otrzymała od fundacji: kilogram cukru i cztery jajka. I wszystko to musiała – oczywiście – pokwitować.  Płacząc wracała tramwajem, na który w obie strony, wydała więcej niż warte były fundacyjne wsparcie.  

Spora część obywatel naszego kraju uważa, że marnie im się dzieje, bo Polska jest „obżerana” przez armię nierobów. Z całą pewnością jest to skutek „polityki niechęci” różnych grup społecznych wobec siebie. W PRL-u władza celowo antagonizowała lub tylko podtrzymywała stare antagonizmy.

Kto nas naprawdę obżera 

Chłopstwo nasze od wieków nie cierpiało miastowych, bo „ino siedzą za biurkiem i przekładają papiry, a w tych fabrykach, to tylko stoją, a maszyna sama się kręci”. Mieszczuchy w odwecie nie lubili chłopa, bo „chłop śpi a jemu samo rośnie, no i cały czas jest na wakacjach”. Robotnicy nie szanowali kształconych i studentów – nawet jeśli ich syn lub córka akurat studiowali.

Wszyscy oni razem nie darzyli uznaniem jednej kategorii obywateli – gryzipiórków, czyli urzędników. Zapewne dlatego, że niewielu rozumiało sens pracy tej kategorii Polaków. I ta niechęć – niestety – pozostała do dzisiaj. Skutki są takie, że urzędnicy państwowi i samorządowi zarabiają tragicznie mało. A skutkiem tego skutku jest to, że do urzędów trafiają ludzie niezbyt dobrze przygotowani do pracy. Powyższe określenie „niezbyt dobrze” to łagodny eufemizm.

Niestety wszystkim nam umyka jedna kategoria „obżeraczy” społecznego grosza. Fakt, że grupa ta sformowała się całkiem niedawno, nie usprawiedliwia braku naszej czujności. A mam tu na myśli najrozmaitszych ludzi, którzy tworzą rozliczne fundacje.

Społecznicy kontrolowani

W latach 1945-1990 każda, najmniejsza nawet forma działalności „oddolnej”, była poddawana kontroli władz. I każda była kierowana przez „delegowanych na odcinek społeczny” ludzi miałkich, strachliwych i bez polotu, których jedynym zadaniem było pilnowanie, żeby te organizacje społecznikowskie broń Boże nie prowadziły działań mogących zagrozić systemowi. A ponieważ wykładnia zagrożeń należała do państwowych służb – tak jawnych, jak tajnych – które z założenia muszą być bardzo ostrożne, więc o jakiejkolwiek wolności w organizacjach społecznych nie mogło być mowy. I nie było lub było w małym zakresie.

Tym samy stowarzyszenia ludzi promujących i uprawiających turystkę, organizacje filatelistyczne, filumenistyczne, miłośnicy i hodowcy gołębi, kanarków, hodowcy rybek akwariowych, rasowych psów i kotów – wszyscy tacy byli podejrzani i inwigilowani przez państwo.

Fundacje – początek

Z początkiem lata dziewięćdziesiątych, po czterech dekadach PRL-u, pojawiły się byty, które miały służyć oddolnemu, społecznemu i samorządowemu odrodzeniu. Zmieniono prawo, które umożliwiało grupom aktywnych obywateli powoływanie do życia wszelkiego rodzaju fundacji, stowarzyszeń, klubów i ruchów. Przyświecała temu nowemu zjawisku wielka idea ożywienia samorządności i samostanowienia się Polaków.

Trzeba powiedzieć, że wielu ludziom – w tym i mnie – niezwykle spodobała się ta nowa forma organizacyjna, mogąca wreszcie obudzić aktywność obywatelską. Mieliśmy wtedy świeżo w pamięci upaństwowione za czasów „realnego socjalizmu” spółdzielnie i stowarzyszenia, które choć z założenia były społeczne, to realnie były ekspozyturą państwa. Wielu liczyło, że przemożna, opresyjna siła państwa przestanie działać wszędzie, w najmniejszym bodaj społecznym ruchu – jak choćby w chórach, orkiestrach dętych, Lidze Ochrony Przyrody, Ochotniczej Straży Pożarnej, lub w organizacjach młodzieży akademickiej.

Pierwsze chore jaskółki

Niestety realna działalność pierwszych fundacji była katastrofą. Pamiętam, że już w 1990 roku pojawiła się inicjatywa fundacji niosącej pomoc dzieciom. Na każdej poczcie możne było kupić ładną pocztówkę i wysłać ja na adres fundacji. Przychody z tej akcji miały trafić oczywiście do biednych dzieci. Reklama była potężna, bo państwowe media nie szczędziły czasu antenowego na jej promowanie.

Działalność fundacji firmowała znana już wszystkim Małgorzata Niezabitowska. Dziennikarka „Tygodnika Solidarność”, przede wszystkim jednak rzeczniczka rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Przyznam się, że i ja wsparłem tak szczytny cel. Niestety po kilku latach okazało się, że z każdej otrzymanej od darczyńców złotówki, do dzieci trafiało jedynie 10 groszy, bo 90 groszy pochłaniały koszty prowadzenia fundacji, reklamy, etc. Wyszło niezbyt dobrze.

Powiem wprost, że nie podejrzewam pani Niezabitowskiej o jakąkolwiek rozrzutność „wewnętrzną” czy defraudację. Myślę, że osoba tak zajęta i przepracowana nie zdawała sobie sprawy z problemów organizacyjnych fundacji, z tego, że będzie musiała płacić ludziom pracujący na rzecz jej dzieła. Oczywiście powinna wiedzieć, ale nie wiedziała. Czasy były niespokojne, państwową łajbą mocno kiwało na wzburzonym morzu polityki… Jest to jakieś wytłumaczenie.

Fundacja rządowa dla teatrów

W drugiej ponurej sprawie jest zanurzona po uszy również „osoba rządowa”. A chodzi o wybitną panią reżyser, która została Ministrem Kultury i Sztuki w latach 1989-1991, w tym samym rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Sprawa dotyczy bowiem pani Izabelli Cywińskiej.

Resort kierowany przez panią minister Cywińską otrzymał od wicepremiera Leszka Balcerowicza całkiem spore pieniądze, pochodzące z rozliczenia jakiejś państwowej nadwyżki. Balcerowicz zaproponował trzymanie tych sum na koncie państwowej fundacji, celem wspierania z odsetek państwowych teatrów. I tak się stało. A pieniędzy było sporo, bo ich kwota mogła wystarczyć na roczne, całkowite utrzymanie kilkunastu teatrów.

Po kilku latach pewien dziennikarz zapytał Izabellę Cywińską co się stało z pieniędzmi fundacji.

– Niestety przepadły – odpowiedziała była minister.

– Jak to możliwe, że przepadły rządowe pieniądze? – zdziwił się szczerze dziennikarz.

– Wie pan, sytuacja była taka, że banki dawały bardzo mały procent, więc postanowiłam powierzyć je na korzystniejszy procent mojemu znajomemu, bardzo porządnemu człowiekowi. Bo w końcu komu miałam wierzyć, jak nie znajomemu? On zajmował się hodowlą kurczaków, ale na farmie – niestety – wybuchł pożar, który strawił wszystko. I pieniądze przepadły. Tak to bywa.

Jako podsumowanie przypadku fundacji pań Niezabitowskiej i Cywińskiej mogę powiedzieć tylko jedno: Nie wszyscy ci, którzy obalali komunę nadają się do robienia biznesu, prowadzenia firm czy prowadzenia kraju. Tak to niestety już jest, że nie każdy burzyciel warowni ma kompetencje do stawiania własnych.

Dobra porada fundacyjna

Gdyby ktoś z Państwa chciał polepszyć swoją sytuację materialną, polecałbym mu założyć fundację. Fundacje bowiem mogą zatrudniać kogo chcą i na jakich chcą warunkach, także założycieli. Mogą dostawać z zewnątrz pieniądze i dawać je innym fundacjom. Jest tylko jedna, ale to bardzo ważna zasada: trzeba nazwę i cele fundacji dopasować do ideologii partii aktualnie rządzącej.

Jeżeli będzie to za czasów Platformy et consortes, to polecam takie nazwy: Bliżej Europy, Europa w Nas, My w Europie, Wolność Obywatelska, Patrzymy w przyszłość, Nowoczesność bez zahamowań, Europa bez granic.

Gdyby zaś pomysł z fundacją przypadł na rządy PiS, to nazwy muszą być ciut-ciut inne, na przykład: Przedmurze, Tradycja, Dobre stare wzorce, Duch nad ciałem, Duch naszych ojców, Na straży granic, Okopy, Bastion, Forteca.

Znalazłem tylko jeden wyjątek, który będzie pasował do obu formacji, ta nazwa to: „Nigdy więcej”. Ale bez wypisywania czego nigdy więcej. Po prostu samo „Nigdy więcej”.

 

Archiwum/ h/ re

WALTER ALTERMANN: Niebezpieczna otchłań kultury, czyli seriale telewizyjne

Niedawno odbyła się Gala Telekamer 2022. Od 25 lat organizuje ją magazyn „Tele Tydzień” i tak było również w tym roku. Nagrody przyznano w wielu kategoriach – i o dziwo – w każdej z nich pojawiały się znany tytuły i nazwiska. Czy wybór tych, a nie innych programów, filmów i dziennikarzy zawsze był trafny? Jestem jedynie zwykłym widzem – choć mocno uzależnionym od oglądania telewizji – i nie mnie oceniać.

Mnie zaskoczyła jedna kategoria – seriale. Nagrodzono bowiem serial świetny pod każdym względem. A okazało się nim „Ranczo”. Skąd moje zaskoczenie? Bo przerażająca większość polskich seriali jest okropna. Zanim jednak pozwolę sobie na drastyczną krytykę całości, pozwolę sobie powiedzieć kilka miłych słów na temat dwóch świetnych produkcji. Pierwszą jest „Ranczo”, a drugą „Ucho Prezesa”.

Ranczo

„Ranczo” okazało się wielkim sukcesem. I nie dlatego, że ogromna większość naszych seriali jest przykra w oglądaniu. Ten serial po prostu zrobili fachowcy.

Najpierw zwróćmy uwagę na autora scenariusza, a jest nim Andrzej Grembowicz, który używał niekiedy pseudonimu – Robert Brutter. Pisarz zmarł, niestety, w listopadzie 2018 roku. Był onegdaj pracownikiem Sejmu i redaktorem naczelnym „Kroniki Sejmowej”. Był laureatem nagrody Hartley-Merill, za scenariusz filmu „Tam, gdzie żyją Eskimosi.

Wiem, że zaczynając od scenarzysty jestem wyjątkiem. W Polsce od kilkudziesięciu lat nazwiska scenarzystów filmowych są pomijane. Producenci promują swe osiągnięcia nazwiskami reżyserów i aktorów, uważając że taka taktyka przyciesie im większe zyski. I to dlatego mamy w telewizjach kablowych informacje: „Ziemia obiecana – film Andrzeja Wajdy”. Oczywiście film stworzył wielki reżyser Wajda, ale o nobliście Reymoncie już się nie wspomina.

A to właśnie scenarzyści są ojcami klęski lub sukcesu, szczególnie w przypadku seriali. Oni dają myśl i styl. Oni budują to co najważniejsze w filmie – konflikty między postaciami, i podpowiadają gdzie i kiedy, w jakich przestrzeniach rozgrywają się sprawy. Oni wreszcie budują piórem – lub klawiszami komputera – psychikę bohaterów, ich zachowania i odruchy. I dopiero potem wkracza reżyser.

W przypadku „Rancza” reżyser jest bardzo dobry. Wojciech Adamczyk jest absolwentem PWST w Warszawie. Najpierw skończył wydział aktorski tej uczelni. Czyli – jako aktor rozumie aktorów, umie po aktorsku myśleć. A potem wydział reżyserii, i jako reżyser potrafi własne doświadczenia aktorskie wykorzystać na planie filmowym. Poza tym – Adamczyk jest mądrym reżyserem, ani w teatrze, ani w filmie nigdy nie jest banalny.

I tych dwu ludzi było podstawą sukcesu „Rancza”. Świetnie również serial obsadzono. A każdemu z obsady dano szansę na „zagranie” roli. Sytuacje były kreślone wyraźnie, ale subtelnie. A to jest już dla aktora szczęście. Wszyscy aktorzy w „Ranczu” dostali szansę na zbudowanie roli „pełnych ludzi” i wykorzystali ją. A to jest bardzo rzadko spotykane w naszych serialach.

Najczęściej bowiem oczekuje się od aktora zagrania „typa”, postaci płaskiej i ograniczonej do jednej dyrektywy, jednego znaku rozpoznawczego. I w konsekwencji widz otrzymuje postacie komiksowe, bez życia wewnętrznego, obdarte z cech ludzkich.

Ucho prezesa

Drugim serialem, który w ostatnich latach mnie zachwycił jest „Ucho Prezesa”. Ta produkcja zaistniała najpierw w Internecie, a dopiero po kilku latach znalazła się w programach telewizyjnych, ale  kablowych i niszowych.

Ten serial był bowiem obłożony „klątwą” dzieła antypisowskiego. Obozowi władzy nie bardzo się to mogło spodobać. Opozycji natomiast – i owszem. Jednak – jak się okazało – twórcy byli zbyt mądrzy, by ograniczyć się do politycznej agitki. Stworzyli serial o władzy, owszem. Na przykładzie ostrej karykatury rządu, też prawda. Ale przecież nie tylko do tego się ograniczyli. Serial prezentuje także wielką rzeszę postaci polityków również z opozycji. I w sumie otrzymaliśmy dzieło o polskiej polityce naszych czasów, o ludziach robiących politykę.

Oglądając „Ucho Prezesa” uwierzyłem też w polskich aktorów. Żadnej rodzajowości, żadnego udawania jakichś nieludzkich stworów. Każdy z aktorów – a było ich w serialu bardzo wielu – stworzył istną perełkę, niesamowity filigran. Precyzyjnie, choć odważnie – jak na komedię przystało.

I to wszystko jest, przede wszystkim, zasługą Roberta Górskiego, który napisał scenariusz i zagrał tytułową rolę Prezesa. Górski od lat w swoim kabarecie uczy i rozśmiesza, i nigdy nie idzie po linii najmniejszego oporu. Nie idzie na łatwiznę. Aktorzy jego kabaretu, jak i on sam, są bardzo wymagający od siebie. Naprawdę tworzą sztukę.

Inne seriale

W obu powyższych serialach aktorzy nie grają „żyćka” – jak mawiał o klasyce teatralnej swoich czasów Witkacy. Zarówno w „Ranczu”, jak i w „Uchu Prezesa”  nikt nie pokazuje jak się nalewa wodę do szklanki, jak się otwiera drzwi i jak się podlewa kwiaty doniczkowe. W tych dobrych serialach sytuacja goni sytuację, każda najmniejsza scena ma swoją zaskakująca puentę. A najważniejsze, że sytuacje służą dialogom, treści i sensom.

Najczęściej seriale kręcą młodzi reżyserzy filmowi lub ambitni operatorzy. I ani jedni, ani drudzy na mają żadnego doświadczenia z warsztatem aktora, a nawet z pracą z aktorem. Teoretycznie uczą tego szkoły filmowe, ale w bardzo minimalnym zakresie. Więcej czasu w programie reżyserów filmowych zajmuje technika. A w przypadku operatorów technika filmowa jest jedyną sprawą, której uczą szkoły.

Dlaczego producenci powierzają zatem reżyserię ludziom słabo przygotowanym do tak trudnych zadań? Bo młodzi adepci reżyserii czy operatorzy gwarantują producentom, że jakoś to będzie, jakoś się wszystko zmontuje. No i są o wiele tańsi, nie stawiają wygórowanych oczekiwań co do obsady. Nie wzdrygną się też przed firmowaniem scenariuszowej tandety. Młodym zależy na zaistnieniu. A że jest to najczęściej zaistnienie traumatyczne, jak upadek z drugiego piętra na krzaki róż…? Po latach ludzie zapomną, a jednak jakiś dorobek do CV się wpisze.

W słabych serialach młodzi aktorzy, którzy już po piątym odcinku okrzyknięci są gwiazdami, nie grają. Nie grają, bo jeszcze nie potrafią. Owszem, coś mówią, przemierzają kilkanaście kroków na planie, wykonują różne gesty, czasem śmieją się lub płaczą. Ale to nie jest gra. Oni są zaledwie pokazywani. I żaden z reżyserów seriali niczego ich nie nauczy. Bo aktor zawsze uczył się w teatrze. Tam budował role, podpatrywał starszych, oglądał mistrzów zawodu.

Seriale policyjne

Osobnym podgatunkiem serialowym są polskie seriale policyjne. Nieodmiennie aktorzy grający w takich serialach zachowują się jak komandosi z Navy Seals, czyli sprawnie biegają z bronią długą, gotową do strzału, biegają też jedynie z pistoletami i zawsze strzelają bez opamiętania. Nawet w komisariatach nie chodzą normalnie – zawsze są w biegu. Jakby przed chwilą dowiedzieli się, że za kilka minut komisariat wyleci w powietrze.

Podejrzewam, że żaden z twórców tych seriali nigdy nie był na komisariacie policji, choćby w roli podejrzanego o zastawienie swoim samochodem wjazdy do bramy. Zobaczyłby zmęczonych urzędników, w nieświeżych mundurach, w zmęczonych wnętrzach. Poczułby atmosferę komisariatu, w którym trzeba się zmierzyć z zapisywaniem ton papieru. I nie starcza już zdrowia za uganianiem się za przestępcami.

Ale w serialach… gdy dziarskim policjantom zdarzają się momenty, w których należy coś przemyśleć – widzimy na ich twarzach potworne cierpienie. Bo zdaniem scenarzystów człowiek – nawet policjant – żeby coś przemyśleć musi usiąść, zasępić się przez dłuższą chwilę i robić przy tym cierpiące miny… A może wszyscy ci scenarzyści i reżyserzy od policyjnych seriali sami cierpią pisząc scenariusze, reżyserując? Chyba jednak po prostu pomyliło się im skupienie nad sprawą z ogólnoludzko-zwierzęcym cierpieniem.

A może to tylko ja oczekuję od seriali za dużo? Może powinienem zaakceptować dziką komercję i jej tragikomiczne skutki?

 

Fot.: Archiwum

O językowych wandalach pisze WALTER ALTERMANN: Dziwactwa językowe w Polsce zanglizowanej

Różne grupy polityczne na całym świecie podjęły teraz hasło „No war!”, które się tłumaczy: „Wojnie nie”. Hasło zaistniało po raz pierwszy w USA, w czasie wojny z Wietnamem. Było ono zawołaniem młodzieży, artystów i intelektualistów, którzy protestowali przeciw działaniom militarnym USA. I wtedy miało sens, bo tamta wojna była kontynuacją wojen kolonialnych. I naprawdę znaczyło zupełnie co innego, gdyż głosili je obywatele kraju zaangażowanego w wojnę.

 

Jednak w przypadku dzisiejszej wojny na Ukrainie hasło to robi wodę z mózgu publice politycznej świata. Gdyby dzisiaj wrażliwi ludzie świata głosili hasło „Rosja Stop”, miałoby to sens, bo w istocie mamy do czynienia z agresją Rosji na Ukrainę. I gdyby „No war!” pojawiało się na nielicznych manifestacjach Rosjan w Moskwie, też zrozumiałbym sens użycia go.

No war!

Wielu z przywódców różnych państw, mówi głośno lub dyskretnie sugeruje, że Ukraina nie powinna się bronić, bo to może zaburzyć światowy handel i spowodować recesję. Niestety w tej grupie głoszącej „spokój za cenę wolności Ukrainy” są także państwa NATO.

Nie ma więc co dziwić się grupie 18 niemieckich polityków, zwanych intelektualistami, że oczekują od Ukraińców poddania się, co w istocie mogłoby oznaczać koniec wojny. W grupie są politycy, pisarze, malarze i muzycy, którzy 23 kwietnia br. wystosowali otwarty apel do kanclerza Olafa Scholza, Unii Europejskiej i NATO o wstrzymanie dostaw broni do Ukrainy. Główną ideą listu jest to, że Ukraina nadal będzie przegrywać, więc należy ją zmusić do kapitulacji.

Jak podaje „Berliner Zeitung”, grupę tworzą m.in.: Daniela Dahn – znana niemiecka pisarka, dziennikarka i eseistka, krytyczna wobec procesu zjednoczenia Niemiec; Jürgen Grässlin – nauczyciel, dziennikarz i działacz pokojowy, odrzucający stosowanie przemocy; Luc Jochimsen – niemiecka socjolog, dziennikarka telewizyjna i polityk partii Die Linke; Norman Paech – emerytowany niemiecki profesor i członek partii politycznej Die Linke; Hans Christoph Graf von Sponeck, były asystent sekretarza generalnego ONZ; Antje Vollmer – polityk Sojuszu 90/Zieloni, która w latach 1994-2005 była jednym z wiceprzewodniczących Bundestagu; Konstantin Wecker – autor tekstów piosenek, kompozytor i aktor. Są to w sumie politycy niemieckiej partii Die Linke, znanej ze swego skrajnego lewicowego doktrynerstwa. I tylko niektórzy z nich są intelektualistami.

Przy okazji – w XX wieku niemiecka lewica w całości przeżyła straszliwe przypadki. I to by tłumaczyło jej dzisiejsze „zakręcenie”. Myślę też, że do przywódców partii Die Linke chyba jeszcze nie dotarło, że ZSRR i Federacja Rosyjska to zupełnie inne byty.

Propozycja tej grupy dla Ukrainy zrównuje napadającego z napadniętym. Sugeruje też, że gdyby napadnięci nie bronili się, to nie byłoby ofiar. Stosując tę logikę można by powiedzieć, że Niemcy odpowiadają jedynie za część ofiar II wojny światowej, bo gdyby narody się przed nimi nie broniły i zgodziły się popaść w niemiecką niewolę, to śmierć nie zebrałaby tak strasznego żniwa.

Widzę przyczynę i skutek pomiędzy jasłem „No war!”, a pokrętnym zdaniem niemieckich lewicowych intelektualistów. Bo najpierw pojawiło się to bałamutne hasło, a później usłyszeliśmy głęboko niemoralny głos niemieckich tych intelektualistów, który zrównuje – w imię spokoju i dobrego biznesu – agresora z ofiarą agresji.

                                                            Wystąpienie wojny

„Mołdawianie najbardziej zaniepokojeni są ryzykiem wystąpienia wojny” – pisze portal naTemat.

Rzecz w tym że wystąpić to może: rzeka ze swego koryta. Mogą wystąpić przypadki zachorowań, żołnierze z szeregu a przede wszystkim zjawiska pogodowe jak – burze, opady śniegu czy gołoledź. Wystąpić może artysta na scenie, estradzie, w radio czy w  telewizji. Wystąpić może również polityk z oświadczeniem, rezolucją lub tylko inwektywami.

Wystąpienie wojny – jest kuriozum językowym,  bo zakłada jakąś przypadkowość losu. Tymczasem nigdy w historii żadna wojna nie występowała. Zawsze była skutkiem chęci i zamiarów – przynajmniej jednej ze stron. A zatem była to działalność celowa i ktoś zawsze podejmował decyzję o agresji.

W przypadku omawianego zdania mamy jeszcze jedną przypadłość, bo autor pisze o „ryzyku wystąpienia wojny”. Długo starałem się zrozumieć pełny sens tego zdania i nie pojąłem. Wyszło mi tylko, że Mołdawianie obawiają się rosyjskiej agresji i wojny. Ale „ryzyko wystąpienia wojny” nijak się nie wpisuje w żadną logikę.

                                                            Śmiech kompulsywny

Dziennikarz mówi, że ktoś po usłyszeniu jego anegdoty, wybuchł „kompulsywnym śmiechem”. Sprawdźmy o co mogło mu chodzić.

Termin kompulsywny, który pojawia się w polszczyźnie coraz częściej, pochodzi z angielskiego  compulsive i oznacza przymusowy, pozostający poza kontrolą. Pochodzi od kompulsje i oznacza czynności natrętne lub natręctwa ruchowe. Jest to objaw psychopatologiczny polegający na występowaniu powtarzających się czynności, które są jako niechciane i nie dające się opanować. Pacjenci najczęściej opisują owe czynności jako bezsensowne i irracjonalne, jednak ich próby powstrzymania się od wykonywania czynności natrętnych zwykle powodują kumulowanie się napięcia emocjonalnego (np. poczucia zagrożenia – nieraz o dużej intensywności), co niejako zmusza ich do powtarzania kompulsji. Kompulsje mogą mieć postać prostych czynności (np. skubanie, pocieranie ubrania) po czynności natrętne złożone – wieloetapowe, skomplikowane i nieraz czasochłonne zachowania.

Zatem dziennikarz nie miał z pewnością na myśli, że ktoś śmiał się, bo jest chory. Stawiam na to, że chciał powiedzieć modnie i nowocześnie. Stare i znane określenia śmiechu wydały mu się nieatrakcyjne, więc sięgnął po nowe. A przecież mógł powiedzieć, że ktoś – po wysłuchaniu anegdoty: 1. Roześmiał się i długo nie mógł powstrzymać śmiechu; 2. Śmiał się jak szalony; 3. Dostał ataku śmiechu; 4. Wybuchnął śmiechem.

Ale sugerować, że każdy kto się żywiołowo śmieje, jest psychopatą? Nie uchodzi.

                                             Niekonkluzywne, czyli nic nowego

„Putin wygłosił na Placu Czerwonym 8 maja przemówienie niekonkluzywne” – napisał tygodnik DoRzeczy w internetowym wydaniu.

O co chodzi gazecie? Żeby to choć w części zrozumieć, musimy zagłębić się w niebezpieczne wiry i odmęty poważnej nauki.

Konkluzja to termin z logiki i filozofii, który znaczy: „W każdym rozumowaniu odnaleźć można następujące elementy: racja i następstwo. Zdanie „A” jest racją zdania „B”, zaś zdanie „B” jest następstwem zdania „A”, wtedy gdy prawdziwość zdania „A” jest gwarancją prawdziwości zdania „B”. Zdanie stanowiące podstawę do uznania (wprowadzenia) innego zdania nazywa się przesłanką rozumowania, a zdanie uznane (wprowadzone)  na podstawie przesłanki rozumowania nazywa się konkluzją (wnioskiem) rozumowania (wprowadzenia)”.

Konkluzywny zaś to – dający wnioski, rozstrzygnięcia.

Niekonkluzywny natomiast to – nie dający wniosków i rozstrzygnięć.

W sumie dziennikarzom chodziło o to, że Putin nie powiedział niczego nowego. I to rozumiem, ale żeby zaraz zaciągać do walki z samowładcą Rosji logikę i filozofię? Putin przeminie a filozofia zostanie. To tak jakby strzelać do kuropatwy z haubicy 120 mm!

Dziwne to słowo. I myślę, że przytłaczająca większość czytelników niczego z tej niekonkluzywności nie pojmą! Ja wiem, że osoba używająca takich słów jak „konkluzja”  budzi szacunek, a nawet obawy i strach kolegów z redakcji. Bo jak ktoś zna takie słowa, to może przecież zrobić rzeczy gorsze.

                           Urzędowy język ma służyć obywatelom?  Niekoniecznie

Na stronach internetowych  samorządów, a także w lokalnych gazetach możemy przeczytać informacje o różnych „działaniach” urzędów. Mamy zatem takie tytuły:

  • Zlot food trucków;
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje;
  • Mapa letnich aktywności.

Po lekturze artykułów i odpowiadających im informacji urzędowych, trochę się wyjaśnia, ale nie do końca.

  • Zlot food tracków okazuje się być przyjazdem kilku barów samochodowych, z okazji jakiegoś lokalnego święta. Bar w samochodzie nie zabrzmi Polakowi miło, choć znany jest jeszcze z PRL-u. Natomiast bułka nadziana kiełbasą, bułka z mielonym lub frytki pachną już szerokim światem. A Polak głodny nie tyle na bułkę, co na bycie światowcem.
  • Najciekawsze wakacyjne destynacje – ten tytuł zapowiada podpowiadanie, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje. Destynacja to miejsce przeznaczenia, cel podróży. Słowo jest mało znane, ale jednak słychać w nim szeroki, lepszy świat. Zupełnie tak jak z muszlami, które jako dziecko przykładałem do ucha, by usłyszeć szum morza.
  • Mapa aktywności letnich to z kolei wykaz propozycji na lato w mieście dla jego mieszkańców. A te „letnie aktywności” organizują władze samorządowe. Przy czym, żeby nie było niedomówień, są to. w większości, propozycje różnych występów artystycznych, w czasie których widz-mieszkaniec będzie jednak nieaktywnym widzem.

                                            Drastyczne wnioski i propozycje

Wszystkie urzędy mają obowiązek publicznie zamieszczać swoje ogłoszenia, żeby każdy mógł się z nimi poznać. Ale już niekoniecznie każdy jest je w stanie zrozumieć. Potrzebna jest zatem nowelizacja prawa! Trzeba rozszerzyć ustawę o ochronie języka polskiego, która jest w obecnej formie martwa i nikt się nią nie przejmuje. Może jedynie importerzy zagranicznych towarów powszechnego użytku, którzy zamieszczają na opakowaniach naklejkę w języku polskim, ale tak małą i tak drobnym drukiem, że nawet pod lupą trudno ją odczytać. Poza tym – kto chodzi do sklepu z lupą?

Jak długo językowi wandale i chuligani pozostaną bezkarni?  Koniec z biernym przyglądaniem się dewastowaniu tego, co mamy najcenniejsze – naszego języka! Kary za mordowanie języka powinny być! I to wysokie. Szaleniec, który zetnie zabytkowy dąb idzie siedzieć. A szaleni języka mordercy „Swobodnie chodzą po wolności” – jak mówił jeden młody poseł celebryta.

No i ta dominacja niezrozumiałej dla większości Polaków angielszczyzny… Na razie narody angielskojęzyczne podbiły nas językowo. Może jednak przyjść czas, że tak nas pokochają, iż  zaproponują nam przesiedlenie się do nich. Wtedy ja wybiorę Australię. Klimat i terytorium mało przyjemne, głównie upały i pustynia… Ale przynajmniej daleko do Europy. Groźnych sąsiadów brak, historia krótka i niezbyt obciążająca.  

Wszystkim zanglizowanym urzędnikom i dziennikarzom polecam przeczytanie słynnego niegdyś wiersza Edwarda Słońskiego (1874 – 1926). Wiersz jest nawet w internecie w całości, ma tytuł OJCZYZNA, i zaczyna się tak:

Przehandlowaliśmy na nic swój znak i graniczne kopce

I dziś dla nas nie ma granic, i swoim jest wszystko obce.

Andrzej Wajda podczas zdjęć do reżyserowanej przez niego Ziemi obiecanej (1974) na podstawie powieści Władysława Reymonta; Fot.: Wikipedia - scanned from Kalendarium Polskie 1944-1984, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warsaw, Poland, 1987

WALTER ALTERMANN: W Polsce, czyli nigdzie – obraz współczesności w naszych filmach

W tytule cytuję słynne stwierdzenia Alfreda Jarry’ego, autora groteskowego dramatu „Ubu Król, czyli Polacy” z 1888 roku. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” – powiedział Jarry w przemówieniu przed premierą w 1896 roku.

            Uspokajam naszych hurra patriotów, że to zdanie nie jest antypolskie, bo istotnie Polski nie było wtedy na mapach świata. Nadto sztuka jest absurdalna, uznawana za zapowiedź surrealizmu i z Polską nie ma nic wspólnego. W Polsce, czyli nigdzie – jednak ten zwrot jak najbardziej trafnie opisuje współczesne polskie kino.

Przytłaczająca większość współczesnej produkcji filmowej z ostatnich kilku lat osadzona jest w przestrzeni materialnej i mentalnej wszędzie, czyli właśnie nigdzie. Gdyby do tych filmów podłożyć dubbing – powiedzmy – hiszpański czy włoski, z całą pewnością nikt z zagranicznych widzów nie zorientowałby się w jakim kraju rzecz się rozgrywa. Złożyło się na taki stan rzeczy wiele istotnych powodów. Tutaj jednak – z braku miejsca na długie rozprawy – ograniczę się do kilku najważniejszych.

Scenariusze

W każdym filmie najważniejszy jest scenariusz. On jest tym biblijnym „słowem” od którego zaczyna się wszystko. Dobry scenariusz – już w trakcie lektury – musi zainteresować samych twórców. Bez dobrego scenariusza nie może powstać i nie powstanie, żaden dobry film.

Jeżeli film ma mieć – poza artystycznym – także społeczny charakter, to byłoby dobrze, żeby twórcy, przed przystąpieniem do produkcji, powiedzieli sobie wyraźnie – po co dzieło kręcą, o czym ma być i kto ma je oglądać. Czy jedynie dla własnej chwały, czy ku uciesze i rozrywce, czy też ma „wstrząsnąć sumieniami” albo „pobudzić do myślenia nad kondycją mentalną Polaków”. No, cokolwiek. Podejrzewam jednak, że większość twórców tak cieszy się z możliwości kręcenia, że zapomina – po co ma kręcić.

Popatrzymy na wielkie klasyki naszej kinematografii. Od razu uświadamiamy sobie, że punktem wyjścia była wielka literatura – „Chłopi” i „Ziemia obiecana” Reymonta, Trylogia Sienkiewicza, „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” Potockiego, „Popioły” Żeromskiego. I scenariusze na podstawie tych powieści opowiadały historie, sprawy, problemy ważne dla Polaków.

To wyobraźnia i klasa autora powodują, czy jakaś powieść, bądź nowela, nadają się do przeróbki na film. Bo jest też wielka literatura, która z pewnością nie jest filmowa.

Polska kinematografia ma też w dorobku dobre filmy, które powstały na podstawie scenariuszy nie będących adaptacją wielkiej literatury.

Za scenariuszami jest też i taki problem, że coraz częściej powstają one przy udziale reżyserów, bądź sami reżyserzy piszą je dla siebie. Wtedy krytyka mówi o „kinie autorskim”. Oczywiście reżyserzy znają najlepiej język kina, ale też jest w Polsce wielu literatów, którzy pisali i piszą dla kina.

Jednym z najwybitniejszych był  Jerzy Stawiński. To on napisał dla kina dzieła wybitne, takie jak: „Człowiek na torze”, „Eroica”, „Zezowate szczęście” – reżyserii Andrzeja Munka czy „Kanał” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To Stawiński napisał również scenariusz do „Krzyżaków” Sienkiewicza w reżyserii Aleksandra Forda.

Grzech Żeromskiego

Niestety film polski coraz rzadziej korzysta z talentów wielkich literatów, potrafiących pisać filmowe scenariusze. Dzieje się tak nie tylko z powodu nadmiernych – mym zdaniem – ambicji sporej grupy reżyserów. Powodem jest i to, że zgodnie z polskim prawem autorskim reżyser twórcą nie jest.

Twórcy naszego prawa autorskiego, głównie Stefan Żeromski, popełnili w roku 1918 błąd, który mści się dzisiaj na naszej kinematografii. Otóż prawo autorskie mówi, że prawa do tantiem mają autorzy tekstów i muzyki, choreografowie, ale już nie reżyserzy. Takie prawo obowiązuje w Polsce od  czasu powstania ZAiKS-u i skutkuje właśnie tym, że reżyserzy sami zaczęli pisać, bo już jako autorzy scenariuszy mają prawo do tantiem.

Oczywiście Żeromskiego, Słonimskiego i innych inicjatorów powstania ZAiKS-u należy rozgrzeszyć, bo przecież w roku 1918 zawód reżysera właściwie nie istniał nawet w teatrze, a co dopiero w kinie.

Przykładem dość dowolnego traktowania sfery literackiej w filmie jest fakt, że wielu reżyserów na planie zdjęciowym, czyli w ostatniej chwili, prosi aktorów by mówili „własnymi słowami”. A sztuka to konstrukcja, także dialogu. Naturalność też może być, ale w filmach dokumentalnych.

Konflikt

Żeby film miał „wewnętrzny napęd” akcja musi zawierać istotny konflikt. Najlepszym przykładem jest „Antygona” Sofoklesa, bo zarówno tytułowa bohaterka, jak i jej przeciwnik Kreon stają przed wyborem – szanować prawa ludzkie, polityczne czy boskie. Bez konfliktu, z którym utożsami się widz nie ma dobrego dzieła: powieści, sztuki teatralnej czy filmu.

Popatrzmy na arcydzieło Wajdy, na „Ziemię obiecaną”. Przede wszystkim geniuszem był autor, czyli Reymont. To on zawarł w powieści dylemat: dorabiać się czy pozostać biernym wobec życia. Ale dorabianie się w ówczesnej Łodzi znaczyło również akceptację powszechnej nędzy robotników i zgodę na ich wyzysk, a w finale wezwanie kozaków, żeby rozstrzelali głodową demonstrację robotniczą.

Polska bieda i odrzucenie społeczne

Bardzo modne jest teraz robienie filmów o polskiej biedzie. Niestety filmy te ukazują bohaterów jako ludzi odmóżdżonych. Realizatorzy tak wiele wysiłku poświęcają na ukazanie materialnej biedy, niekiedy wprost odrażającej, że już nie starcza im sił na ukazanie bohaterów jako ludzi myślących i czujących. A zapewniam, że kilku znanych mi tzw. meneli ma bogatsze życie wewnętrzne niż kilku znanych mi scenarzystów i reżyserów razem wziętych. Rzecz w tym, że twórcy takich filmów nie rozumieją prostych ludzi, nie rozumieją biedy i związanych z nią problemów. Oni – ci twórcy – epatują nas ekranową biedą i każą nam razem z ich bohaterami tonąć w brudzie i nędzy. Ani to moralne, ani atrakcyjne.

Może nie znają genialnego zdania Francuzki – siostry Emmanuelli, która poświęciła życie kairskim nędzarzom, żyjącym od pokoleń na wysypiskach śmieci. Ta wielka kobieta powiedziała: „Nie szukam miłosierdzia, tylko sprawiedliwości”.

Ale w naszym kinie nie ma ukazania przyczyn biedy, nie ma też mowy o drogach i szansach na wyjście z nędzy. Mamy jedynie bardziej czy mniej wzruszające obrazki z ludzkiego dna.

A jest przecież do obejrzenia – przez polskich scenarzystów i reżyserów – wielki film „Parasite”, którego scenariusz napisali Joon-ho Bong i Jin Won Han, a reżyserem jest Joon-ho Bong. Ten film z Korei Południowej zdobył 4 Oscary, 45 innych nagród i 37 nominacji. O czym jest dzieło? O współczesnym społeczeństwie, które żyje jak na schodach – najbiedniejsi na samym dole, a na szczycie, na ostatnim schodku najbogatsi. Co ich łączy? Właściwie, poza językiem, nic.

Filmy o bohaterach

A może w dzisiejszej Polsce – po prostu – nie ma żadnych problemów społecznych i zagubieni twórcy muszą sięgać do czasów walki z komuną? Nie mówię, że takie filmy nie są potrzebne, ale mijają już 32 lata od upadku komuny, co znaczy, że dzisiejsi 30-latkowie i 40-latkowie dorośli i żyją w innych czasach, uciekają jednak od opisu czasów, w których żyją.

Liczne są ostatnimi laty filmy – głównie telewizyjne – opisujących heroizm ludzi, którzy w roku 1945 nie złożyli broni i podjęli walkę z nową władzą. Jedne z tych filmów zrobione są dobrze, inne gorzej, ale łączy je swoisty eskapizm, bo opowiadają sprawy zaprzeszłe.

Najlepszym przykładem tego typu produkcji filmowej niech będzie film Władysława Pasikowskiego „Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Rzecz jest wyreżyserowana dobrze, dobrze zagrana, ale – niestety – najsłabszy jest scenariusz. Mamy bowiem do czynienia z konfliktem między głównym bohaterem a resztą jego mundurowych kolegów. Jednak w filmie nie ma wewnętrznego konfliktu bohatera. A to jest gwarancją zaistnienia dramatu. Chyba, że uznać za konflikt to, że bohater obawia się dekonspiracji i aresztowania. Zresztą wątek strachu jest w filmie nader eksploatowany, aż do granic śmieszności. Bo przecież każdy szpieg musi zakładać, że może zostać złapany. Jeżeli nie zakłada, to znaczy, że jest szalony, czyli mało wiarygodny. I w sumie mamy sprawnie opowiedzianą historię o niewiarygodnym bohaterze filmu.

Następcy – wystąp

Gdyby być skrupulatnym i dokładnie liczyć, to rok 2022 jest już 33 rokiem nowych czasów. Zatem, jeżeli PRL istniał lat 44 – od roku 1945 do roku 1989 i  jeżeli dodamy teraz te 33 lata czasów obecnych do roku 1945, to wyjdzie nam, że jesteśmy obecnie – poniekąd i jakby – w roku 1978. I gdybyśmy porównali osiągnięcia polskiej kinematografii z lat 1945-1978 z latami 1989-2022, to niestety tamten „miniony system” dał kinematografii większe szanse na stworzenie wybitnych dzieł kinematografii, niż czasy obecne.

Być może sprawiła to ogromna komercjalizacja kultury? Być może twórcy nasi uznali, że wszystko jest w porządku i pora jedynie zarabiać i bawić się? Być może kino ma być tylko rozrywką? Nie wiem. Obawiam się jednak, że nasza kinematografia utknęła w na piaszczystej drodze. Koła machiny buksują, a pojazd coraz bardzie zakopuje się w piachu.

W każdym razie nie widzę godnych następców Stanisława Barei, Sylwestra Chęcińskiego, Jerzego Hoffmana, Jerzego Kawalerowicza, Kazimierza Kutza, Tadeusza Konwickiego, Jana Rybkowskiego i Andrzeja Wajdy. I gdyby ktoś krzyknął – nawet bardzo głośno: „Następcy wystąp!”, to zapanowałaby długa i martwa cisza.

 

 

Siergiej Iwanow; Baskakowie - tatarscy poborcy podatkowi na Rusi; 1909

WALTER ALTERMAN: Rosja, Polska, Ukraina – starcie Zachodu z Dalekim Wschodem (1) Rosja, czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Przedstawiamy część pierwszą cyklu, będącego rysem mentalności trzech narodów. Dlaczego może to być istotne? Bo Rosja najechała Ukrainę, a Polska jest – niestety – najbliższym sąsiadem Rosji.

Paweł Jasienica, będący bardziej historiozofem niż historykiem, w swojej „Polsce Piastów” postawił trudną z pozoru do przyjęcia tezę, że każdy naród koduje się raz na zawsze. I ma to najczęściej miejsce u początków dziejów danego narodu. O ile chodzi o Polskę, ta uważał on, że okres rozbicia dzielnicowego był dla Polaków czasem przyjęcia podstawowych odruchów mentalnych i politycznych. Więcej, bo Jasienica uważał, że był to dla Polaków czas zbawienny. Jak wiemy ten rozdział naszych dziejów trwał od 1138 roku do koronacji Władysława Łokietka w roku 1320. Zwykło się uważać, że tamten czas, gdy Polska nie miała jednolitej władzy centralnej a kraj był rozbity na małe księstwa, był nieszczęściem. Jednak Paweł Jasienica uważał, że było wręcz odwrotnie.

W pierwszym odcinku zaczniemy jednak od Rosji.

Część I.

Rosja czyli pośmiertne zwycięstwo Mongołów

Wołodymyr Zełenski powiedział w szóstym dniu wojny: Rosjanie jesteście dziwni. Jesteście niewolnikami.

Chciał Rosjan obrazić czy też powiedział szczerą prawdę? Uważam, że powiedział prawdę. Zdaje mi się bowiem, że historia ukształtowała Rosjan na idealnych wręcz niewolników. Gdyby jednak ktoś miał wątpliwości, przypatrzmy się podstawowym cechom mentalnym Rosjan i ich źródłom.

Wielu zachodnich analityków i zwykłych obserwatorów wojennej sytuacji na Ukrainie podejmuje się coraz częściej analizy osobowości Putina i mentalności dzisiejszej „klasy panującej” w Rosji. Jedni sięgają do źródeł, czyli KGB-owskiej przeszłości Putina, która miała ukształtować jego osobowość, bo Putin podobno nikomu nie wierzy i jest ogarnięty manią podejrzliwości wobec całego swego otoczenia. Inni wskazują na postępującą chorobę psychiczną osamotnionego przywódcy. Są i tacy, którzy twierdzą, że Putin wierzy w możliwość restauracji imperiów carów, czyli, że jednak oszalał.

Wszystko to być może, wszystko jest po części prawdą. Jednak moim zdaniem dzisiejsza Rosja jest – w sferze mentalnej – spadkobierczynią imperium średniowiecznych Mongołów.

Rosja – normańskie początki

Wędrówka ludów sprawiła, że na miejscach dzisiejszego ich bytowania pojawili się Słowianie. Na początku nie tworzyli jakichś silniejszych organizmów państwowych. Skupiali się w niewielkich grupach rodowych i plemiennych. Zachodnia Europa była, na szczęście dla Słowian, zajęta walką między sobą i pozostawiała terytoria zajęte przez Słowian we względnym spokoju.

Tereny zajęte przez dzisiejszą Rosję, Białoruś i Ukrainę nazywaną Rusią. Początek ich państwowości dali Wikingowie, którzy przez dwa stulecia okrutnie łupili Rusów. Porywali też ich ludzi, których potem sprzedawali w niewolę w Konstantynopolu. Po pewnym czasie plemiona słowiańskie z tych terenów, postanowiły wykorzystać Wikingów (Waregów) do stworzenia przez nich silniejszej organizacji państwowej i tak się stało. Mówiąc inaczej – Rusowie oddali Waregom władzę, a ci stworzyli podstawy organizacyjne ich państwa. Wśród Waregów najsilniejsi i najlepiej zorganizowane było plemię Rusów-Rusinów. W latach 30. IX wieku miało istnieć już pierwsze państwo Rusów. W IX wieku Kijów znany jako Könugard stał się centrum normańskiego handlu na Rusi. Był jednocześnie głównym składem daniny, ściąganej przez Normanów z plemion ruskich. Stąd Normanowie spławiali towary i niewolników szlakiem greckim w dół Dniepru do Morza Czarnego.

Trzeba tu jednak zauważyć, że większość ludów zamieszkujących obszary późniejszej Rusi znajdowała się w strefie wpływów Kaganatu Chazarskiego i płaciło Chazarom (był to lud pochodzenia tureckiego) daninę po srebrnej monecie i po wiewiórce od dymu.

Informacje te podaje Nestor Kronikarz (ur. ok.1050, zm. ok.1114) mnich Monasteru Pieczerskiego.  Był on redaktorem jednego z najstarszych ruskich latopisów „Powieść minionych lat” (ok. 1113 r.), w którym Nestor opisał historię Rusi od IX do XII wieku.

Za założyciela pierwszego państwa uważa się Ruryka, który około 862 roku zjednoczył część Rusi, Słowenów Ilmeńskich, Krywiczan, Połoczan (ludy słowiańskie) oraz Muromę i Weś (ludy fińskie), dając tym samym początek pierwszemu znanemu państwu ruskiemu –Rusi Nowogrodzkiej. Stolicą swego państwa uczynił Nowogród Wielki.

Za najsilniejszego i najlepszego władcę Rusi uważa się księcia Jarosława Mądrego (1019-1054). Jego wojska w wyprawach docierały na Mazowsze, Litwę i ziemie Estów (Estonię). Za jego panowania rozwijały się miasta, kwitła kultura chrześcijańska, głównie piśmiennictwo w języku starocerkiewnym, wybudowany został sobór Sofijski w Kijowie. Jarosław podzielił w testamencie państwo między swych synów przy zachowaniu senioratu. Za panowania tego władcy sprowadzono ostatnią drużynę wareską ze Skandynawii, po czym odrębność Waregów i podległych im Słowian szybko zanikła, i obie grupy stanowiły już jeden lud.

Mongołowie, czyli Tatarzy

Jednak to nie Wikingowie czyli Waregowie, nie Chazarowie odcisnęli swe trwałe piętno na mentalności dzisiejszych Rosjan. Ludem, który zdefiniował i narzucił Rosjanom rozumienie i reagowanie na świat, zdefiniował ich pojęcie władzy i relacji wzajemnych w społeczeństwie byli Mongołowie, zwani na Rusi Tatarami.

W XIII wieku wschodnia i środkowa Europa zostały zalana przez zdyscyplinowane i nowocześnie, jak na tamte czasy, walczące, nieprzebrane masy Mongołów. Powstrzymała je przed pójściem na Zachód śmierć władcy. Mongołowie wrócili, by wybrać nowego Chana. Zachodniej i Środkowej Europie już nie zagrażali nigdy.

Przed najazdem i podbojem mongolskim Ruś była rozbita na księstwa dzielnicowe i nie stanowiła jednolitego i silnego państwa. Być może dlatego Ruś Kijowska dostała się pod kontrolę Złotej Ordy. Ważne, że Kijów w 1363 roku poddał się zwierzchnictwu Litwy. Moskwa zaś pozostała w rękach Tatarów. Tu warto zaznaczyć, że Rusini kijowscy mieli kulturową przewagę nad ciągle pogańskimi Litwinami. Rusini już od 400 lat byli ochrzczeni, mieli pismo i wiedzę oraz doświadczenie administracyjne. Jeszcze w czasach Jagiellonów buchalteria w Wielkim Księstwie była prowadzona w języku ruskim.

Niewola Moskwy datuje się na lata 1223 – 1380. A jest to czas, kiedy Europa przeobraża się, powoli kończy się „ciemne średniowiecze” i nadchodzą czasy nowego stylu sprawowania władzy. Do głosu dochodzi mieszczaństwo a chłopi uzyskują coraz więcej wolności indywidualnej.

Tatarzy pozostawili na podbitych ziemiach ruskich stare struktury polityczne. Ale wykorzystywali je dla umocnienia swego panowania. Podsycali waśnie i konflikty między książętami ruskimi, a nawet je prowokowali. W 1243 Batu-chan, udzielając zezwolenia Jarosławowi na używanie tytułu wielkiego księcia i pozwalając na sprawowanie przezeń władzy w księstwie kijowskim i rostowsko-suzdalskim, wprowadził obyczaj każdorazowego uzyskiwania odpowiedniego przywileju przez władców Rusi, tzw. jarłyku.

Ci, którzy chcieli otrzymać jarłyk, musieli stanąć przed obliczem chana. I nie wiedzieli, czy czeka ich wspaniałe przyjęcie, poniżająca procedura hołdownicza, czy też śmierć. Te ostatnie przypadki zdarzały się często. W 1245 zabito księcia czernihowskiego Michała, w rok później wielkiego księcia Jarosława II, a jego syn Aleksander uniknął śmierci, nie stawiając się na wezwanie tatarskie.

Wkrótce praktyka chanów przybrała formy zorganizowane. Pojawili się na Rusi poborcy podatkowi i urzędnicy przeprowadzający spis ludności. W miastach osadzono namiestników tatarskich (baskaków), którzy mieli czuwać nad przestrzeganiem terminów składania daniny. Duchowieństwo zwolniono od wszelkich danin i powinności. Dodatkowy ciężar stanowiły zdarzające się niespodziewane branki, uprowadzanie ludności i zmuszanie jej do służby wojskowej. Na Rusinów spadały również świadczenia na rzecz tatarskiej służby łączności: dostarczanie podwód, kwater i wyżywienia dla posłańców. W sytuacji gdy podatki bądź inne trybuty nie były dostarczane, Tatarzy organizowali karne ekspedycje, w czasie których dopuszczali się „wielkich okrucieństw”.

Dopiero w roku 1380, po bitwie na Kulikowym Polu, rozpoczął się proces uniezależniania się Moskwy od zwierzchnictwa Złotej Ordy i budowy państwa rosyjskiego w oparciu o rosnącą potęgę i autorytet Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Zwycięzca, książę Dymitr otrzymał przydomek „Doński” i jest do dzisiaj rosyjskim bohaterem narodowym.

Pamiętajmy jednak, że Ruś Moskiewska była w Mongolskiej niewoli 250 lat, bo Dymitr Doński jedynie zapoczątkował długotrwały proces wybijania się Rusi na wolność.