Co czwarty Polak darzy dziennikarzy sporym zaufaniem. Fot. Pixabay

ALINA BOSAK: Z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle

Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc. – pokazują badania Ipsos. Ale czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Owo stwierdzenie, że z zaufaniem do polskich dziennikarzy nie jest tak źle, może też spotkać się z zarzutem subiektywnej oceny, zgodnej z zasadą, że optymista widzi szklankę do połowy pełną, a pesymista – od połowy pustą. Wyniki badań, które tu przytoczę uprawniają jednak do wniosków optymistycznych ze względu na międzynarodowy kontekst – otóż, nie wypadamy tak źle na tle innych krajów.

Pod ręką mam najnowszą publikację Ipsos pt. Global Trustworthiness Index 2021 – Globalny Indeks Wiarygodności 2021. Badanie przeprowadzono między 23 kwietnia a 7 maja 2021 roku, w 28 krajach na całym świecie. Ankiety drogą internetową wypełniło 19 570 respondentów. Od Argentyny i Chile po Chiny. W Europie byli to mieszkańcy Austrii, Belgii, Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Węgier, Włoch, Polski, Hiszpanii i Szwecji. Z Polski około 500 osób.

Ipsos, międzynarodowe przedsiębiorstwo z siedzibą w Paryżu, jest trzecią co do wielkości firmą w branży badań rynku na świecie. Indeksy wiarygodności publikuje regularnie, co pozwala porównywać wyniki badań prowadzonych w oparciu o tę samą metodologię i z różnic wyciągać wnioski. Dlatego, przyglądając się ocenie wiarygodności dziennikarzy, wzięłam pod uwagę także wyniki ankiet przeprowadzonych w październiku 2018 roku (w 24 krajach). Po drodze mamy zatem pandemię SARS-CoV-2 i wielką próbę zaufania, jakiej poddanych zostało sporo grup zawodowych. Z badań widać na przykład, że sprostali jej lekarze, do których zaufanie na świecie, a także w Polsce zdecydowanie wzrosło. Jak natomiast poradzili sobie dziennikarze?

Coraz więcej Polaków ufa mediom

Już pierwsze tablice z wynikami w Global Trustworthiness Index 2019 (ten na podstawie ankiet z października 2018) i Global Trustworthiness Index 2021, prowadzą do wniosku, że w ostatnich trzech latach na świecie wzrosła liczba osób, które uważają dziennikarzy za godnych zaufania. W 2018 roku myślało tak 21 proc., a w 2021 – 23 proc. pytanych. Jednocześnie spadła liczba osób, które dziennikarzy mają za niewiarygodnych – z 38 do 34 proc. Globalnie nie jest zatem tak źle. Wielu socjologów i psychologów społecznych rozumie to właśnie jako efekt pandemii. Uciążliwy szum informacyjny, wysyp teorii spiskowych spowodował, że więcej osób zaczęło szukać też wiarygodnych informacji w profesjonalnych serwisach medialnych, przedkładając wiedzę zawodowców nad amatorów tworzących blogi i podcasty.

Ten mechanizm zadziałał także w Polsce, a być może wzmocniły go także inne zjawiska, bo efekt jest jeszcze silniejszy. Nad Wisłą wiarygodność dziennikarzy wzrosła z 17 proc. do 25 proc., przeskakując średni wynik wszystkich krajów w badaniu Ipsos. To nie koniec – za niewiarygodnych uznaje obecnie dziennikarzy tylko 28 proc. Polaków, a trzy lata temu tak takich osób było aż 35 proc. Branża w obu przypadkach poprawiły zatem wynik na korzyść o co najmniej 7 proc. Środek, czyli ci, którzy nie oceniają dziennikarzy jako wielce wiarygodnych, ani wielce niewiarygodnych, to licząca około 40 proc. grupa.

No dobrze, powie ktoś, ale, czy można się cieszyć z tego, że dziennikarzom ufa tylko co czwarty Polak? Otóż, kiedy porównać ten wynik z innymi krajami, to jak najbardziej można.

Generalnie – dziennikarz to nie strażak

Generalnie, nie tylko w badaniach Ipsos, ale i innych dziennikarze wypadają gorzej niż lekarze, nauczyciele, czy robotnicy wykwalifikowani. Palmę pierwszeństwa od lat dzierżył zaś strażak. Trudno się dziwić, wszak media to miejsce ciągłego ścierania się różnych racji i wyrazistych poglądów, gdzie każdy materiał i relacja są poddawane publicznej ocenie. W innych krajach europejskich sytuacja wcale nie jest lepsza. W 2021 roku nieco gorzej niż w Polsce dziennikarze byli oceniania w Szwecji (wiarygodność 24 proc.), Niemczech (21 proc.) i Belgii (21 proc.) Znacząca różnica wystąpiła w przypadku Włoch (18 proc.), Francji i Hiszpanii (po 16 proc.) Dno zaufania osiągnięto w Wielkiej Brytanii (13 proc.) i na Węgrzech (zaledwie 11 proc.) To wszystko przy również większym niż w Polsce poziomie nieufności do tego zawodu. Poza kontynentem europejskim gorzej wypada również Turcja, Argentyna, Chile, Japonia, Kolumbia, Korea Południowa i Peru.

Co ciekawe, niewiele lepiej od Polski wypadają Stany Zjednoczone. Tam wprawdzie zaufanie do dziennikarzy jest o punkt większe niż nad Wisłą, za to poziom nieufności poszybował do 41 proc. I – tu uwaga na to, jak interpretujemy liczby – podobnie jak Stany Zjednoczone wypada Rosja, z zaufaniem na poziomie 27 proc. (a więc większym niż w Polsce) i nieufnością – 36 proc. (również większą niż w Polsce). Aby nie popadać w samozachwyt spójrzmy jeszcze na górę stawki. Okazuje się, że z największym zaufaniem do dziennikarzy mamy do czynienia w Chinach, gdzie sięgnęło ono aż 45 proc., przy najmniejszej jednocześnie nieufności – 19 proc. I tu zapala się czerwona lampka – czy ankietowani z kraju słynącego z permanentnej inwigilacji, wypełniając internetowe formularze, nie poddali się autocenzurze? Chiński ewenement z hiperzaufaniem jako skrajny możemy z ostrożności pominąć.

Demokracja lubi wielogłos

Trzymający się środka stawki w badaniach Ipsos polscy dziennikarze nie mają powodu do narzekań. Tym bardziej, że wynik ów osiągnęli w kraju, w którym od dawna panuje kultura nieufności. Ponadto, zbyt wysoki wynik musiałby budzić nieufność. Przypomina się przy okazji inne badanie – na temat prestiżu i uznania dla poszczególnych grup zawodowych. Prowadzi je od dziesiątek już lat polski CBOS. W tym to rankingu znacznie większym uznaniem cieszyli się dziennikarze w 1975 roku niż w 2019, a więc czasach, kiedy obowiązywała cenzura. Trudno oprzeć się wrażeniu, że prestiż wiązał się z pozycją materialną, wykształceniem i uprzywilejowaniem w dostępie do różnych usług. Oczywiście, prestiż zawodu to nie to samo co wiarygodność.

I to, i wcześniejsze badania zaufania do poszczególnych zawodów, uświadamiają, że w demokratycznych i krytycznych społeczeństwach, dziennikarze tracą przewagę władztwa, stają w roli bardziej służebnej i nie mają szans dogonić strażaków, lekarzy, pielęgniarek, czy nauczycieli, których pomoc dla większości osób w końcu okazuje się nieodzowna. A mimo to znaczna część społeczeństwa docenia wysiłki wkładane w przekazywanie informacji w tym trudnym zawodzie. Bez wątpienia, silna polaryzacja sceny politycznej i idąca za nią polaryzacja społeczeństwa, sprawia, że ci sami dziennikarze dla pewnych grup będą wydawać się kompletnie niewiarygodni, a dla innych jak najbardziej godni zaufania. To jednak bynajmniej nie oznacza relatywizacji ocen tych, którzy potrafią krytycznie myśleć i dostrzec rzetelność warsztatu dziennikarza bez względu na miejsce zatrudnienia. I potrafią docenić uczciwego autora nawet jeśli pracuje on w mediach o linii programowej zupełnie sprzecznej z ich poglądami.

W artykule wykorzystałam badania Ipsos: Global trust in professions. Who do global citiznes trust (2019), oraz Global trustworthiness Index 2021, i CBOS (2019).

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2021 „Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

Internet skręcił w złą stronę – rozmowa z MICHAŁEM DYDYCZEM, prezesem Polskiej Partii Piratów

Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe – mówi  Michał Dydycz, prezes Polskiej Partii Piratów, aktywista, zwolennik Ruchu Wolnego Oprogramowania w rozmowie z  Aliną Bosak.

 

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy połączyłeś się z Internetem?

 

Tak. W roku 1995. Internet wyglądał zupełnie inaczej. Nie zastępował jeszcze innych narzędzi do zdalnej komunikacji. Pod tym względem większe „branie” miało wtedy CB radio. W sieci komunikacja dopiero raczkowała. Wychowałem się na kanałach IRC-owych. Znacznie później weszło ITCube, Gadu-Gadu.

 

Co ci się podobało wtedy w Internecie?

 

Łatwy dostęp do informacji. Możliwość rozwijania zainteresowań związanych właśnie z komputerami, siecią. Mogłem sięgać do źródeł za granicą, wymieniać się wiedzą z ludźmi na całym świecie. W tamtym momencie większość populacji jeszcze nie korzystała z Internetu. Z tego powodu było to narzędzie bardziej elitarne niż powszechne.

 

Na długo przed Wielką Czwórką: Google, Apple, Facebook, Amazon…

 

Google jeszcze nie istniało. Do wyszukiwania służyły wyszukiwarki jak AltaVista i wiele innych. Rynek nie był zmonopolizowany i tak scentralizowany jak dziś. W Internecie panowała różnorodność. Jeśli nie znajdowałem informacji w jednym miejscu, szukałem jej za pomocą innego narzędzia, innej wyszukiwarki. Nie mówiło się jak dziś, że jeśli nie ma czegoś w Google, to tak jakby coś nie istniało. Strony nie były tak pokatologowane, poindeksowane jak obecnie przez wielkich monopolistów. Do większości informacji docierało się dzięki linkom, jakie znajomi udostępniali na grupach dyskusyjnych.

 

Wyobrażałeś sobie, jakie zagrożenia może nieść nowe medium?

 

Widziałem je głównie w uzależnieniu. Kiedy w 2000 roku, w Polsce zaczął się internetowy boom, bo infrastruktura operatorska zaczęła być dostępna cenowo dla przeciętnego Kowalskiego, sieć zaczęła coraz bardziej wciągać. Sam siedziałem przed komputerem całe noce. Znałem ludzi, których w IRC spotkać można było o każdej porze – pierwsze symptomy, czym może być Internet.

 

Na pewno zachwycał nieograniczonym dostępem do wiedzy. Pamiętam pierwszy dziennikarski research w Internecie. Znalazłam tylko jeden tekst z szukanym słowem kluczowym, a i tak byłam wniebowzięta.

 

Nieliczne teksty, które wtedy znajdowaliśmy w sieci, były bardzo wiarygodne. W pierwszym okresie rozwoju Internetu powstawało wiele rzetelnych stron branżowych. Świadomość, że piszę coś, co może przeczytać cały świat, sprawiała, że pierwsi użytkownicy czuli dużą odpowiedzialność za to, co umieszczają w sieci. Chociaż mówiło się, że Internet to źródło piractwa, kradzież treści nie była plagą jak dziś.

 

Internet kojarzył się z wolnością. Dlatego od początku byłeś fanem Linuxa i wolnego oprogramowania? Przy tym, jak Windows rozpanoszył się w komputerach na całym świecie, wydaje się, że to przegrana sprawa.

 

Nie zgodzę się. Linuxem jest dziś napędzanych więcej urządzeń niż innymi systemami operacyjnymi. Zagościł w tunerach telewizyjnych, telefonach z Androidem. Na tym systemie pracuje powyżej 95 proc. serwerów. Aplikacje Linuxowe można uruchomić nawet pod Windowsem 10. Od początku byłem orędownikiem Linuxa. System miał charakter otwarty i budowały go setki osób. Taka połączona wiedza, wiedza  społeczna, stanowi wielką siłę i sprawia, że na rozwój Internetu, a więc i rozwój świata ma wpływ wielu ludzi.

 

Jednak w naszych laptopach rządzi Microsoft i Apple.

 

Skazaliśmy się na monopolistów. Do szkół wprowadzono komputery z Windowsem i od małego przyzwyczaja się społeczeństwo do jednego systemu.

 

Mimo to w ostatnich miesiącach nie monopol Microsoftu zaniepokoił miliony ludzi, ale ograniczanie wolności słowa przez media społecznościowe. Zablokowanie konta Donalda Trumpa na Twitterze wywołało ostre spory, co w sieci wolno, a co nie. Okazuje się, że kiedy Internet przestał być elitarny, stał się powszechny, dostępny dla wszystkich i przez to zdawałoby się demokratyczny, wolność słowa zaczęła być dyskusyjna?!

 

Internet jest dziś mniej demokratyczny niż był na początku, kiedy więcej do powiedzenia w jego funkcjonowaniu i wprowadzaniu standardów miały różne społeczności, instytucje naukowe, rozmaite podmioty, które nie posiadały monopolu. Podejście wielu projektów było wtedy bardziej naukowe niż komercyjne. A co do tzw. mediów społecznościowych, to tę nazwę zawłaszczyły, nie mając nic wspólnego z sieciami społecznościowymi. Idea takiej sieci polega na tym, że tworzy ją społeczność, która decyduje o jej zawartości i nią zarządza. I tę ideę realizuje np. diaspora  – sieć społecznościowa, którą każdy może założyć i użytkować, nie może być przejęty przez korporacje oraz reklamodawców. Używając Diaspory, pozostaje się właścicielem własnych informacji i nie musi się przekazywać praw do nich żadnej korporacji. Facebook, Twitter, Instagram nazwały się mediami społecznościowymi, ale nimi nie są. Wrzucamy tam treści i już nie mamy na nie wpływu. Jesteśmy tam po to, by dawać komuś target profili i umożliwić innym dystrybuowanie do nas reklam, czy określonych treści. To w zasadzie duże domy medialne, a nie media społecznościowe. Wykorzystały one rozwój technologiczny i wejście Web 2.0, rozpoznały potrzebę ludzi i udostępniły platformę, która przynosi duże zyski. Użytkownikom wydaje się, że dostali coś za darmo, tymczasem oddali swoje prawa i prywatność. W najpopularniejszych serwisach społecznościowych tracimy prawa autorskie majątkowe. Nie powinniśmy w tym kierunku iść.

 

Ale jakie jest wyjście? Dziś każdy dziennikarz musi śledzić Twittera. To tam pierwsze newsy publikuje premier, rząd, poszczególne ministerstwa, politycy, gwiazdy sportu, kina itd.

 

Twitter sam się nie stał obowiązkowy. Pomogła mu w tym chociażby władza. Jeśli rzecznik rządu zapowiada coś ważnego właśnie tam, a nie na stronie Kancelarii Premiera, to przyciąga użytkowników na komercyjną stronę, a nie na rządową. Kiedyś funkcjonował w Internecie czytnik RSS. Każdy mógł zainstalować taką aplikację, dać linki do stron, które go interesują, i na monitorze komputera wyświetlały się wszystkie nowe nagłówki, jakie się na nich ukazywały. To świetnie funkcjonowało do chwili, kiedy masowo zaczęto korzystać z Facebooka, Twittera itp. portali. RSS było świetną formą komunikacji, ponieważ właścicielem treści pozostawał portal, na którym się publikowało. W Twitterze właścicielem każdego konta jest Twitter, więc może je usunąć. Przenieśliśmy cały ruch do Twittera, Facebook i YouTube’a wyłącznie z lenistwa i wylobbowanej mody. Od rządu po właścicieli prywatnych portali wszyscy umieszczali na swoich stronach zachętę: Polub nas na Facebooku. Sami targetowaliśmy naszych odbiorców z przestrzeni, którą zarządzaliśmy, do miejsca, w którym poza akceptacją regulaminu nie mamy nic do gadania.

 

Owszem, ale jest też druga strona medalu. Kiedy chcę, aby moja informacja dotarła do szerszego grona niż to, które odwiedza moją stronę, szukam agory, gdzie jest cały tłum. Dlatego Trump zanim ruszył z kampanią prezydencką złożył konto na Twitterze, a potem stał się ofiarą tego samego Twittera, chociaż zamysł na początku wydawał się dobry.

 

Polakom wydaje się, że era Facebooka czy Twittera powstała 7-8 lat temu. A te platformy działają na Zachodzie o wiele dłużej. Twitter upadał, potem został przejęty, nastąpiła jego reaktywacja. Te platformy nie były od razu tak duże i popularne jak dziś. W Polsce też nie od razu stały się potentatami. Pamiętam ten moment, kiedy wydawało się, że Twitter już czas zamykać.

 

Twittera pomagały promować także media. To dla nas świetne narzędzie. Gdzieś następuje wybuch wulkany, a ty w parę chwil znajdujesz świadka, który Ci o nim opowie z drugiego końca świata i jeszcze za darmo udostępni zdjęcie. Wszyscy wpadali w tę pułapkę.

 

Owszem, jej siłą od początku był międzynarodowy charakter i funkcjonalność. Przyznaję, łatwiej było to zainstalować niż RSS. Twitter wstrzelił się także w nowe czasy, kiedy z nadmiaru informacji wielu ludzi ogranicza się do czytania tytułów i nagłówków. Na TT mają newsy w formie jednego zdania.

 

Jak każde narzędzie i to jest wykorzystywane przez wszelkiej maści służby, wywiady i architektów umysłów.

 

Media zawsze były czwartą władzą, a służby lubiły inspirować różne artykuły. We wzorcowym demokratycznym kraju – USA – w czasie II wojny światowej cenzura była większa niż dziś w stronniczych mediach. Już w 2013 roku ostrzegałem przed taką aferą, jak Cambridge Analitics, i przed programowaniem społeczeństw. Mówiłem o profilowaniu, o tworzonych naszych tożsamościach cyfrowych, wpływie na opinie. W Internecie jesteśmy bardziej naturalni niż w realnym świecie. Wydaje nam się, że nikt nas nie widzi, że z kliknięcia ze strony na stronę nic nie da się wywnioskować. Tymczasem technologia poszła w tę stronę, że nasze kliknięcia są towarem. Z naszych kliknięć domy mediowe jak Facebook, Twitter, Instagram, Google, robią produkt. Nasz profil jest sprzedawany reklamodawcom. Nie mając świadomości tego, zachowujemy się naturalnie. W Internecie otworzymy książkę, po którą przy sąsiedzie byśmy nie sięgnęli. Wspomniane platformy zaś przestały być demokratyczne, to biznesy nastawione na zysk, a nie podmioty zainteresowane budowaniem społeczności.

 

Narzekają zatem właściciele kont – Facebook tnie nam zasięgi…

 

Zasięg oznacza zajęcie mocy serwera i koszt. Dawanie organicznego zasięgu za darmo nie wchodzi w grę. To się musi opłacać – chcesz być widoczny, to zapłać za reklamę.

 

Czy zamykanie konta Trumpa to był zwykły biznes, czy polityka?

 

Biznes. To nie są konta dla społeczności.

 

A jednak opinie na temat zamknięcia jego konta spolaryzowały się na wzór poglądów politycznych. Czy Twoim zdaniem można zamykać konto, uzasadniając, że jego właściciel podżega do przemocy, a blokowanie jest powodowane dobrem społecznym?

 

Z jednej strony wkurzało mnie to, że ludzie uważają stosujące blokadę media za społecznościowe i nie zauważają iluzji, jakiej ulegli. Myślą, że konta, to, co w nich umieszczają, jest ich własnością. A tymczasem nie jest – należy do platformy, ona tym zarządza i „sprzedaliśmy” jej to. Jeśli to byłyby media społecznościowe, każdy miałby prawo  w nich się wyrazić. A o tym, czy przekroczył granice, rozstrzygałyby sądy. W normalnym demokratycznym kraju i normalnej przestrzeni cyfrowej, orzekać powinien sąd. Mamy różną wrażliwość. Jeśli ktoś przeklnie w Internecie, jeden się obrazi, inny potraktuje to jako zwykłą rozmowę z różnicą zdań.

 

Kiedy pędzi tłum podżegany przez kogoś w Internecie, czekanie na decyzję sądu może doprowadzić do tragedii.

 

Okej. Ale zgodziliśmy się na swobodę komunikacji w Internecie. Nie wyobrażam sobie, aby prywatny podmiot egzekwował, czy stanowił prawo. We wspomnianej sytuacji taki podmiot autorytarnie zdecydował, że dana treść może spowodować pucz. Ale ten podmiot nie jest uprawniony do orzekania w tej sprawie.

 

A gdyby robił to we współpracy z rządem swojego kraju? Czy władza może działać prewencyjnie w takich sytuacjach? Po wydarzeniach na Kapitolu, w Kanadzie rozpoczęto prace nad przepisami, które pozwolą karać media społecznościowe za udostępnianie treści, które rząd uzna za nielegalne. Być może wtedy takiemu ruchowi jak QAnon, oskarżanemu o podżeganie do ataków na Kapitol, nie udałoby się zmobilizować tłumu?   Znając jednak skalę manipulacji, jakiej poddawani są ludzie w sieci, można stwierdzić, że to w równej mierze narzędzie wolności, jak i zniewolenia. Obawy rządów o to, że np. ktoś z zewnątrz może organizować duże grupy społeczne dla celów zagrażających bezpieczeństwu państwa nie są bezpodstawne.

 

Rzeczywiście, QAnon wykorzystuje do politycznych celów ideę Anonymous. To akurat sposób bojówek Trumpa na budowanie szerokiego ruchu społecznego. Ale takie grupy w Internecie zawsze się organizowały. To jednak nie uzasadnia cenzury. Tym bardziej, że sieci, które cenzurują, nie są społecznościowe, ale należą do prywatnych firm, które nie tworzą tych mediów w sposób transparentny. Dlaczego jestem zwolennikiem Linuxa? Bo tu każdy może przejrzeć kod źródłowy, a jeśli zobaczy zagrożenie, to może zaproponować społeczności poprawkę. W przypadku Facebooka, Twittera, społeczność nie ma takiej kontroli. Zresztą służby, różne państwowe instytucje, także nie mają dostępu do tej wiedzy. Nie wiemy, jakie są intencje zarządu, właściciela firmy. To poważny problem.

 

Jak go rozwiązać?

 

Zacząłbym od tego, że dane każdego użytkownika korzystającego z takiej platformy, mają pozostać jego własnością. To powoduje, że każdy człowiek, posiadający dane, z których korzysta platforma, odpowiada za nie. Chodzi o bezpośrednią odpowiedzialność. Wtedy, widząc takiego użytkownika, nie zwracalibyśmy się do platformy o jego zablokowanie, ale zgłaszając sprawę do sądu moglibyśmy pozbawić takiego człowieka dostępu do różnych platform. W sytuacjach szczególnie drażliwych prokuratura z dnia na dzień może zablokować profil, wezwać do zaprzestania czegoś. To działałoby także na korzyść użytkowników. Będąc odpowiedzialnymi za treści, mieliby silny mandat do tego, by żądać od platform przejrzystości działania: „Dam wam swoje dane, ale pokażcie mi, co z nimi robicie”. Nie bylibyśmy zakładnikami platform. To one musiałby się starać, by dostać nasze dane i na nich zarobić. W chwili obecnej najmniejszy nawet portal wymienia w „Polityce prywatności” litanię podmiotów korzystających z twoich danych. Bo trzeba tych meta danych zebrać jak najwięcej, by systemy sztucznej inteligencji mogły się uczyć i optymalizować algorytmy. Dajemy gratis różnym serwisom masę informacji, aby ktoś znów mógł wygenerować jakiś kod, system typu Facebook. Dziś profile, metadane użytkowników nie są ich własnością. Dopóki w ten sposób będziemy rozumieć funkcjonowanie Internetu, dopóty będziemy mieć problem z Twitterami, Facebookami i tym, że Internet nie będzie demokratyczny. On przestał być demokratyczny w chwili, kiedy oddaliśmy się w ręce monopolistów. Pozwoliliśmy na powstanie monopoli, których metody funkcjonowania są poza kontrola społeczną. To instytucje transgraniczne i żadne państwo nie ma na nie wpływu.

 

Mimo to, państwa próbują. Resort Zbigniewa Ziobry, Ministerstwo Sprawiedliwości, chciałby na przykład powołać Radę Wolności Słowa, która rozpatrywałaby skargi polskich użytkowników na platformy społecznościowe. Miałaby ona nakładać wysokie kary – nawet do 50 mln zł.

 

Żadna taka regulacja rządowa, czyli kolejny urząd, próbujący coś kontrolować, przy tej ilości użytkowników nie będzie skuteczny, wręcz przeciwnie – także zagraża wolności słowa. Nie pomoże również zastosowanie sztucznej inteligencji do kontrolowania Internetu. Media społecznościowe mają szansę na wolność słowa i bezpieczeństwo, kiedy będą transparentne i kontrolowane przez tworzącą je społeczność – kiedy skończy się ukrywanie i zasłanianie tajemnicą dla dobra firmy. Jedyny skuteczny sposób, to jawność. W latach 20. XX wieku Ford powiedział, jeżeliby ludzie wiedzieli jak działa system bankowy, wybuchłaby rewolucja. Jestem przekonany, że gdyby ludzie rozumieli, jak działa dziś Internet, chcieliby go w rewolucyjny sposób przebudować.

 

Systemu bankowego nic nie rozwaliło, a Internet ma coś zmienić? Bo przepisy Digital Service Act proponowane przez Komisję Europejską, które skupiają się na usuwaniu niedozwolonych treści z Internetu, idą w tę stronę, którą krytykujesz.

 

Krytykuję, ponieważ te regulacje to płakanie nad rozlanym mlekiem. I dosyć kontrowersyjne pomysły, typu: Polak zgłasza znalezienie niewłaściwej treści w serwisie Hiszpana i ten ma je usunąć. W drugą stronę – Hiszpan będzie mógł kontrolować Internet w Polsce. I to bez pośrednictwa sądów, wyroków itp. To przecież chore. W ten sposób znowu stwarzamy możliwość manipulacji informacjami.

 

Przełamanie monopolu FB, TT, Instagrama, Google, jest możliwe?

 

Powstają prawdziwe media społecznościowe, jak wspomniana na początku diaspora. Takie media tworzone są przez wolnościowców. Na razie małe, ale wzrastające. Jeśli chcesz, możesz się w nie włączyć z małym, postawionym w domu serwerem, więc kiedy wyciągniesz wtyczkę, to cię w sieci po prostu nie będzie. Są różne modele funkcjonowania w Internecie, które pozwalają zachować kontrolę nad swoimi danymi.

 

Dla milionów ludzi intelektualnym wysiłkiem było odnalezienie się na jednej społecznościowej platformie, a ty mówisz o wgłębianie się w tajniki niszowych rozwiązań?

 

Są równie łatwe, tylko nierozreklamowane. To kwestia edukacji. Już na poziomie szkół trzeba wskazywać alternatywy, możliwości. Ważne, aby ich było wiele, aby był wybór.

 

Bo taka alternatywa, jak np. autonomiczne sieci w Chinach, nie są ostoją wolnego słowa?

 

Nie jestem zwolennikiem Internetu kontynentalnego. Teraz idzie to w tę stronę – zamykanie Internetu za pomocą różnych jurysdykcji prawnych na różnych kontynentach. Powinny powstać organizacje międzynarodowe, które będą rozważać zagrożenia, wpływać i kształtować rozwój Internetu. Mogliby je tworzyć ludzie nauki, osoby wywodzące się z ruchów społecznych, jak Creative Commons czy Wikipedia.

 

Wikipedia to rzeczywiście bardzo jasny punkt w historii Internetu. Właśnie obchodzi 20-lecie i jest przykładem, że społeczność internetowa może stworzyć coś bardzo wartościowego.

 

Tak. To przykład demokratycznego Internetu i demokratycznego podejścia do społecznej własności. Odpowiada za nią fundacja, działając w sposób bardzo transparentny. Jawny jest kod portalu, każdy może zobaczyć historię zmian i powstawania definicji każdego pojęcia. Internauci nawzajem się cenzurują, sprawdzają, i w efekcie powstaje wartościowy portal.

 

A więc można.

 

Można. Dlatego teraz, kiedy zobaczyliśmy, w jakie kłopoty zabrnęliśmy, rozwijając Internet, musimy zrobić dwa kroki w tył. Zacząć budować od nowa, nawet, jeśli niektórzy na tym stracą. Cerowanie, jakie teraz uprawiamy, zagraża demokracji. Fundamentem demokracji i wolność słowa jest równy dostęp do wielu rzeczy i takie same prawa. Ludzie różnią się opiniami i w dyskusji przekonują się do swoich racji. Jeśli zaczniemy ograniczać wolność wypowiedzi, zabrniemy w ślepy zaułek. Owszem, jest granica i zasady funkcjonowania w społeczeństwie, musimy chronić słabsze jednostki, bardziej wrażliwe. Ale z ograniczaniem prawa do wypowiedzi naprawdę trzeba uważać.

 

Tekst ukazał się w numerze 1/2021

„Forum Dziennikarzy”.

E-wydanie można pobrać TUTAJ.

ALINA BOSAK: Własność intelektualna w epoce „kopiuj-wklej”

Kopiuje się wykraczając poza prawo cytatu. Cudze teksty publikowane są po kosmetycznych przeróbkach. Można unikać odsyłania do źródeł albo wręcz przeciwnie – używać linkowania jako przykrywki do budowania atrakcyjnego serwisu z treści innych mediów. Tak wygląda lwia część Internetu. Naruszenia prawa autorskiego to codzienność. Zmiany ustawy sytuacji nie poprawiają. Raczej zmierzają ku skomplikowanej kazuistyce niż ułatwiają ochronę własności intelektualnej. Efektem jest dewaluacja zawodu dziennikarza i fotoreportera. 

 

Własność intelektualna w działalności dziennikarskiej zbyt często dzieli los łupów drobnych złodziei będących zmorą w sklepach. Sprawy rzadko trafiają na wokandę, ponieważ niska wartość ukradzionego dobra czyni proces nieopłacalnym. Tymczasem naruszenia Ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozmnożyły się podobnie jak media elektroniczne.

 

– Na rynku jest mnóstwo takich przypadków. I nie chodzi o drobne naruszenia. Często zgłaszany przez dziennikarzy problem dotyczy plagiatu: przesłałem tekst do redakcji, wydawca odpowiedział, że ma zastrzeżenia i go nie opublikuje, po czym ten tekst pojawia się lekko zmieniony pod cudzym nazwiskiem. To jest poważne naruszenie praw autorskich: naruszenie prawa do pierwszej publikacji, naruszenie prawa do integralności utworu, naruszenie autorskich praw osobistych i majątkowych – wymienia Michał Jaszewski, prawnik współpracujący ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich. – Nie można wtedy mówić o treści inspirowanej, ale o kopiowaniu. Jeśli materiał jest podobny i stanowi przeróbkę, w której są te same informacje, a zmieniono jedynie stylistykę, to jest to plagiat.

 

W sieci teksty, fotografie kopiuje się masowo. Czasem są to materiały prasowe sensu stricte objęte prawem autorskim, a czasem proste informacje prasowe przeklejane w całości. – W obu wypadkach mamy naruszenie – zaznacza prawnik. – W przypadku dzieła dziennikarskiego objętego prawem autorskim wynika to z ustawy o prawie autorskim, a jeśli chodzi o prostą informację prasową, tzw. ukradziony news, to mamy do czynienia z tzw. inną twórczością artystyczną, która również podlega ochronie na podstawie Kodeksu cywilnego.

 

Problem polega na tym, że plagiat dotyczy mniejszych form. Artykuły z reguły nie są długie, a ich wartość jest stosunkowo niska. – Owszem, gdyby chodziło o tekst napisany przez wybitnego eksperta na pierwszej stronie w poczytnym czasopiśmie, to zakładanie sprawy w sądzie byłoby opłacalne. Ale takich tekstów z reguły się nie kopiuje. Częściej redakcja kopiuje teksty mniej lub średnio znanych, piszących na ważne tematy, ale niekoniecznie znane z pierwszych stron gazet. Jeżeli taki artykuł ma wartość 1500 zł, to pytanie jest, czy warto iść do sądu. Jedynie po satysfakcję, bo sądzenie się o taką kwotę przez dwa lata zniechęca. Ale oczywiście takie procesy zdarzają się – zaznacza prawnik.

 

Ostatnia sprawa, z jaką zetknął się Michał Jaszewski, zakończyła się ugodą. Mała redakcja opublikowała artykuł bez zgody autora, nie zapłaciła za niego. Dziennikarz zareagował, opisał sytuację, upublicznił. Redakcja przyznała się do błędu, wskazała, że doszło do niezamierzonej pomyłki i po interwencji prawnika podpisała ugodę i wypłaciła honorarium. – Wcześniej, w innej sprawie przygotowałem dla dziennikarza wniosek do sądu. Chodziło o zobowiązanie wydawcy do przekazania informacji koniecznych do dochodzenia dalszych roszczeń. Jednak samo rozpatrywanie tego wniosku trwało pół roku. Takie terminy przekonują, że w postępowanie sądowe opłaca się angażować dopiero wtedy, gdy chodzi o naruszenie dóbr osobistych o wartości np. 20 – 50 tys. zł. Prowadzenie  sprawy jest kosztowne i czasochłonne. W powiązaniu z niską wartością majątkową poszczególnych artykułów prasowych, jest to główny problem i powód, dla którego ochrona praw autorskich, własności intelektualnej w przypadku dziennikarzy jest mało skuteczna – mówi Jaszewski.

 

Problem dotyczy szczególnie dziennikarzy nie mających oparcia w jednej macierzystej redakcji, wolnych strzelców, współpracowników różnych mediów.

 

– Bazując na moim doświadczeniu, mam wrażenie, że dziennikarze najczęściej są z tym problemem pozostawieni sami sobie – przyznaje Jaszewski. – Oczywiście, prominentny dziennikarz, posiadający solidną umowę o pracę, może się spodziewać, że redakcja będzie  broniła i jego, i siebie, we wspólnym interesie. Przy czym w przypadku dużych wydawców najczęściej będzie się to odbywało bez rozgłosu, między podmiotem, który naruszył prawo, a poszkodowaną redakcją.

 

W zupełnie innej i znacznie gorszej sytuacji jest osoba posiadająca umowę o dzieło czy ustną o współpracy, pisząca teksty do różnych portali, gazet. Nie da się porównać sytuacji dziennikarza na etacie, o popularnym nazwisku, rozpoznawalnej twarzy, do sytuacji żurnalisty, który tworzy niewielkie formy prasowe, czasem publicystyczne. To zupełnie inna umowa, inny charakter powiązania z redakcją.

 

Kto celuje w owym lekkim traktowaniu własności intelektualnej, częściej przymyka oko?

 

– Robią to zarówno większe, jak i mniejsze media. Nie ma reguły. Na pewno częściej to się zdarza w mediach elektronicznych. Druk cechuje większa staranność o prawa autorskie. Wydaje się, że naruszenia przydarzają się szczególnie portalom popularnym, które poza informacjami bieżącymi umieszczają również różne plotki, sensacyjki – stwierdza prawnik.

 

I tu wkraczamy w zagadnienie prawa cytatu i obowiązku podawania autora i źródła informacji. Do tego ostatniego w mediach elektronicznych często odsyła się poprzez tzw. deep link, czyli link prowadzący do wewnętrznej podstrony serwisu internetowego z materiałem źródłowym.

 

– Polska ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych wyraźnie mówi, że cytat powinien zawierać wskazanie imienia, nazwiska i źródła. I to nie jest nic nowego. Jeśli w tekście na stronie internetowej umieszczam link, którego naciśnięcie powoduje, że ukazuje się strona z oryginalnym artykułem oznaczonym imieniem i nazwiskiem autora, to problemu nie widzę. Problem jest wtedy, kiedy jest to źródło inne, nielegalizowane (najczęściej anonimowe), wówczas już przy linku powinno być wskazanie, kto artykuł napisał. W innym przypadku – zgodnie z zasadą, że ten kto linkuje, ten cytuje – można ponieść odpowiedzialność właśnie z powodu niewskazania autora i źródła – zwraca uwagę Michał Jaszewski, przypominając, że już kilkanaście lat temu gorąco dyskutowano, czy głęboki link narusza autorskie prawa majątkowe. – Problem jest złożony. Wszystko zależy od tego, czy jest to fotografia reporterska, tekst, czy gorący tekst, publicystyczny itp. Nie mam wrażenia, żeby sądy do tego ostro podchodziły i uznawały, że deep link jest równoznaczny z przeklejeniem treści. Kiedy stosuję odsyłacz, to nie znaczy, że od razu kopiuję cudzą pracę. Jest w tej kwestii niewiele orzeczeń sądowych i wypływa z nich wniosek, że wszystko zależy od konkretnych okoliczności sprawy.

 

Z drugiej strony, niedopuszczalne są praktyki kopiowania pracy lub wykraczania poza prawo cytatu. Cytowaniem nie jest bowiem jednak skopiowanie całego tekstu i umieszczenie go na innej stronie. Nawet jeśli na końcu skopiowanego tekstu pojawi się źródło lub deep link ze wskazaniem źródła, będzie to naruszenie praw autorskich.

 

–  Czym innym jest napisanie własnego artykułu i nawiązanie w nim do cudzego z dodaniem linkowania, a czym innym przeklejenie całego lub większości tekstu – przypomina prawnik. –Ktoś, kto zapozna się z takim materiałem, nie będzie zainteresowany zapoznaniem się ze źródłem. W ten sposób strona wypełniona jest cudzą treścią, następuje eksploatacja prawa autorskiego w Internecie. Zachowano samo wskazanie źródła, natomiast wykroczono poza prawo cytatu. To na pewno lżejsze naruszenie niż wtedy, gdyby źródła nie podano i nie można zarzucić przywłaszczenia autorstwa, ale nielegalną eksploatację materiału objętego prawem autorskim – już tak.

 

W opisany sposób można by wypełnić tekstami cały portal, podając linki, a nie ponosząc kosztów związanych z wypłatą honorariów, abonamentów itp. Bazując na cudzych treściach, da się stworzyć oryginalne dzieło, ale to narusza prawa innych autorów. Portale coraz częściej wprowadzają abonamenty, paywalle, opłaty za dostęp do najciekawszych artykułów. Szczególnie ciekawe są przedmiotem streszczeń na innych stronach internetowych. Bywa, że inna redakcja wybiera najistotniejsze fragmenty np. wywiadu ze znaną osobą i umieszcza u siebie na stronie jako obszerne cytaty.

 

– Ocena zależy od sytuacji – uważa prawnik. – Nie można nikomu odmówić wskazania, że znany polityk, zapytany o delikatną sprawę, udzielił odpowiedzi na takim a takim portalu. Jeżeli cytowana w innym medium wypowiedź polityka mieści się w kontekście artykułu, który aktualnie prezentuję na stronie, to jest to w porządku. Natomiast, jeśli widać, że głównym celem jest nieodpłatne zaprezentowanie w zmienionej nieco formie tego, co ktoś inny zaprezentował odpłatnie, będzie to naruszenie prawa autorskiego. Dlatego, że redakcja, która ma prawa autorskie do tekstu, publikuje go pod pewnym warunkami, informuje, że jest to treść odpłatna i za dostęp do niej trzeba wnieść opłatę. Kiedy to obchodzę, uderzam w nabywcę, czyli w redakcję, a być może także w prawa pierwotnego twórcy. To naruszenie, ale nie prawa osobistego, tylko autorskiego prawa majątkowego. Bez względu na to, czy sam dzieło stworzyłem, czy też nabyłem i w ten sposób wszedłem w jego prawa autorskie, to mam prawo wyznaczyć określone warunki eksploatacji. Jeśli ktoś się do tych warunków nie stosuje, może ponieść odpowiedzialność cywilną – pytanie, czy zmieścił się w prawie cytatu, bo wtedy może się od tej odpowiedzialności uwolnić, czy też wykroczył poza to prawo i z wyjątku zrobił zasadę. Wtedy właścicielowi autorskich praw majątkowych będzie się należało odszkodowanie.

 

Media elektroniczne pogorszyły sytuację dziennikarzy, jeśli chodzi o własność intelektualną. Mimo to nie brakuje głosicieli teorii – chociaż raczej nie w samej branży – że Internet jak żadne inne medium pozwala wypromować markę osobistą, a z bycia cytowanym i powielanym należy się cieszyć. Są to, oczywiście zarazem zwolennicy całkowicie otwartych zasobów internetowych. Patrząc na pauperyzację zawodu, trudno ten pogląd podzielić.

 

– Internet fatalnie wpłynął na autorskie prawa majątkowe. Widać to po zawodzie fotografika, który został przez media elektroniczne prawie „zabity”. Okazało się, że mnóstwo osób, które robią zdjęcia, oddaje je za darmo, dla samej satysfakcji, że pokazano je w mediach. Na początku mogło się to wydawać chwalebne. Okazało się jednak, że miliony darmowych zdjęć wyeliminowały z rynku mnóstwo osób, które z fotografowania żyły. Nastąpiła dewaluacja zawodu. Spotyka to także dziennikarzy – zwraca uwagę Michał Jaszewski.

 

Również zdaniem Jolanty Hajdasz, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP, rozwój mediów cyfrowych w większym stopniu zagraża prawom własności intelektualnej niż media tradycyjne. Kopia cyfrowa każdego zdjęcia, filmu, dźwięku jest wiernym odzwierciedleniem oryginału, a w naszych czasach fizyczne wykonanie kopii czegokolwiek jest prostsze. Od strony technicznej wykorzystać czyjąś „własność intelektualną”  jest bardzo łatwo, wystarczy otworzyć na komputerze jakiś plik i mamy dostępny materiał do publikacji. Dobrej jakości, i czasem tak „obrobiony”, że lepszy od oryginału. Nigdy wcześniej plagiat nie był tak powszechną formą kradzieży jak dzisiaj. Natomiast nie jest łatwo dochodzić swoich praw w sądzie, bo to jest po prostu bardzo kosztowne.

 

W opinii prawnika, prawo autorskie nie nadąża za rozwojem technologii, ale jednocześnie niepotrzebnie jest komplikowane. – Zawiera przepisy z ubiegłego wieku, bardziej dostosowane do korzystania z typowych dzieł sztuki. Nie przystaje natomiast do pisanych na bieżąco tekstów dziennikarskich, dając im tylko częściową ochronę. Jest niezwykle kazuistyczne, niektóre przepisy są nieżyciowe. Z drugiej strony wprowadza się przepisy unijne, które również są potwornie kazuistyczne. Mam poczucie, że nie idziemy w kierunku rozwiązywania  problemów, ale  „aptekarskich” rozwiązań i ingerowania w szczegóły. Widać to na przykładzie zmian dotyczących prawa cytatu. Do przepisu dodawane są kolejne elementy, ale kiedy przeczyta się cały rozdział o prawie cytatu, i tak pozostaje niedosyt i poczucie chaosu. Reszta jest w orzecznictwie, w praktyce. Np. w rozdziale tym jest mowa, że można użyć prawa cytatu w przypadku fotografii reporterskich. Ale są także inne fotografie, niereporterskie i do tych już nie stosuje się zapisów dotyczących tych fotografii, ale inne przepisy mówiące ogólnie o treściach, które można zacytować. Nasze prawo wciąż nie wyszło z poprzedniej epoki, chociaż próbuje gonić za zmianami. Wdrażane są nowe przepisy, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 roku zawiera sporo poprawek i ważnych elementów. Ale dawniej była bardziej spoista, a teraz tę spoistość traci.

 

Aktualnie SDP nie rozważa jednak rekomendowania jakichś dodatkowych rozwiązań prawnych, które lepiej chroniłyby własność intelektualną, szczególnie tę dziennikarską. – Jest to trudne. Uzależnienie dostępu do informacji od tego, czy się za to zapłaci, powoduje niechęć odbiorców do czytania i poznawania tych informacji, co mogłoby prowadzić do jeszcze większych kłopotów z rozpowszechnianiem np. konserwatywnych treści niż mamy teraz, gdy algorytmy sztucznej inteligencji potrafią np. eliminować z wyszukiwarek bez kłopotu treści patriotyczne, czy prawicowe, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Trudno więc nam rekomendować konkretne rozwiązania, gdy tak naprawdę nie wiadomo, w jakim kierunku zmierzać będzie zmiana praw własności intelektualnej – mówi Jolanta Hajdasz.

 

W 2018 roku w CMWP SDP zorganizowano debatę na temat zagrożenia dla wolności słowa wynikającego z wprowadzenia tzw. podatku  od linków. – Niewiele się od tego czasu zmieniło. Niebezpieczne jest jednak wprowadzanie jakichkolwiek zmian teraz, w okresie pandemii, gdy wszyscy jesteśmy zajęci zupełnie innymi problemami. Możemy nie zauważyć, w jaki sposób ktoś zamknie nam usta i uniemożliwi wyrażanie swoich poglądów – podkreśla szefowa CMWP SDP.

 

Alina Bosak

 

Tekst ukazał się w numerze 5/2020 „Forum Dziennikarzy”.

 

Całe wydanie do pobrania

 

TUTAJ