Degeneracja – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o dziennikarstwie bez pobłażania

55 proc. Polaków uznało zawód dziennikarza za bardzo poważany, 35 proc., że średnio, a tylko 8 proc. określiło tę profesję jako słabo poważaną – wynika z badania CBOS. Cóż, patrząc od lat i od środka na tzw. środowisko, jestem dużo bardziej krytyczny.

 

Mówiąc o Polsce po 1989 roku – bo dziennikarstwo w czasach komunizmu to temat na osobny artykuł – uważam wykonywany również przez siebie zawód za mocno skompromitowany. I im dalej w las – tym gorzej. Degeneracja i odejście od zasad (rzetelność, bezstronność) postępuje. Choć związek z komunizmem oczywiście istnieje: fatalna kondycja współczesnej żurnalistyki to w dużej mierze scheda po okupacji sowieckiej. Bo w czasach tzw. Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej rządząca naszym krajem nielegalna przestępcza szajka niszcząc na swojej rewolucyjnej drodze wszystko – niszczyła też zawody – w tym zawód dziennikarza, podporządkowując woli „przewodniej siły narodu”, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

 

Bo o co chodzi w zawodzie, a ja powiem: sztuce dziennikarskiej? Widzę to tak: dziennikarz winien być pasem transmisyjnym między światem, któremu się przygląda, a swoimi odbiorcami: widzami, słuchaczami, czytelnikami. Ale, żeby ten świat przybliżyć, trzeba go wpierw dobrze rozpoznać. A potem opisać. Zgodnie z ideą: rzetelnie, czyli bezstronnie. Ze szczególną dbałością o wszechstronną analizę, poznanie różnych opinii, różnych racji.

 

A co mamy? Banalizację i wszechobecne upolitycznienie – i to obecne po każdej stronie. Zaślepieni politycznym duopolem i bieżączką dziennikarze nawet nie próbują dociekać rzeczywistości, szukać genezy zjawisk, związków przyczynowo-skutkowych, zadawać trudnych pytań, a w przypadku wywiadu przedstawiać rozmówcy opinii drugiej strony.

 

Teraz misja. To dla każdego dziennikarza, nie tylko mediów publicznych, powinno być najważniejszą busolą. Misja, czyli powołanie. Każdy zawód powinien się tym charakteryzować. Wielokrotnie pytając różnych moich kolegów po fachu o ich misję spotykałem się z uśmieszkiem. Misja dziennikarza, czy przedstawiciela jakiegokolwiek innego zawodu, może powodować, że czasem może zrobić coś pro publico bono, czyli non profit. Czy taka postawa jest dziś nie tyle powszechna, ile znana i praktykowana?

 

Zamiast tego jakże często mamy pogoń nie tylko za pieniądzem, ale za newsem. Czyli złapać informację jak najszybciej, przed innymi – nie ważne, jakiej jest wartości – nie sprawdzić i puścić w świat. O pogłębianiu możemy w ogóle zapomnieć.

 

Znając różne środowiska dziennikarskie od wielu lat mogę z całą stanowczością stwierdzić, że wyniki z badania CBOS są dla zawodu dziennikarskiego zbyt pobłażliwe.

 

Tadeusz Płużański

Putina atakować Pileckim  – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym jak media mogą walczyć z kremlowskim kłamstwem

Najpierw spytajmy: kto powinien na kłamstwa Putina odpowiadać? To oczywiste: polskie państwo, Rzeczpospolita. W jaki sposób? Kompleksowy. Państwo, jego urzędy i instytucje, a także jakże istotny i niezbędny składnik – media muszą prowadzić coś, co nazywane jest polityką historyczną, czy polityką pamięci.

 

Jest jednak jeden podstawowy warunek: do prowadzenia polityki historycznej niezbędne jest zdefiniowanie wartości, które chce się kształtować. Określenie, jakie tradycje, wydarzenia i ludzie z przeszłości są godni promowania i naśladowania. Z drugiej strony konieczne jest ustalenie, do jakich wartości nie należy się odwoływać. Jeśli zatem jesteśmy w stanie zdefiniować, kto jest naszym bohaterem narodowym, powinniśmy też umieć wskazać, kto jest antybohaterem. Odwołując się do II wojny światowej i okresu następującego zaraz po nim, ujmę to tak: bohaterami są polscy Niezłomni (żołnierze, działacze polityczni i niepodległościowi), którzy kontynuowali walkę z sowieckimi oprawcami, czerwonymi bestiami.

 

Honory dla Baumana

 

Nie zawsze jednak Rzeczpospolita prowadziła spójną politykę historyczną. Przejawiało się to m.in. tym, że bohaterowie nie byli obdarzani należnym szacunkiem, a mordercy i zdrajcy nie byli napiętnowani. Przykłady można mnożyć. To były minister kultury Bogdan Zdrojewski, który z jednej strony oddawał hołdy stalinowskiemu zbrodniarzowi Zygmuntowi Baumanowi, a z drugiej strony jego resort odmówił dotacji na Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce. Taka polityka była poniekąd logiczna: bohaterom mówiło się „nie”, a zdrajcom polskiej sprawy „tak”. Media lewicowo-liberalne wychwalały Baumana, przeprowadzając z  nim wywiady, jak np. 16 lipca 2016 r. „Gazeta Wyborcza” („Zygmunt Bauman: Nadzieja, miłość i papierosy”).

 

Nie lepiej było w sferze kultury. Polski Instytut Sztuki Filmowej, który dotował takie filmy jak „Pokłosie” czy „Ida”, a żałował środków na produkcje opowiadające o polskich bohaterach (fundusze trzeba było zbierać do kapelusza). Podobnie TVP, która kupowała seriale typu „Nasze matki, nasi ojcowie”. To dowodziło braku polityki historycznej albo inaczej: prowadzenia polityki historycznej, tylko że antypolskiej. I znów lewicowo-liberalne media przyklaskiwały tym pomysłom. W rozmowie z TVP Info (23 luty 2015 r.) ówczesny prezydent Bronisław Komorowski po otrzymaniu przez „Idę” Oscara stwierdził: „Dzisiaj jest szczególny dzień. Ważny dla wszystkich, którzy chcą dostrzegać ten niebywały postęp, jaki dokonuje się w zakresie promocji Polski, promocji polskiej kultury i dostępności do wiedzy o Polsce dla całej reszty świata”. Antypolska „Ida” była promocją Polski także dla ówczesnej premier Ewy Kopacz, która z okazji przyznania nagrody przez Amerykańską Akademię Filmową nagrała filmik z gratulacjami.

 

W ostatnich dniach TVP Info dzieliło się z widzami pomysłem zupełnie innym. Zaproszeniem przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła przedstawicieli Komisji Weneckiej do Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Placówka ta powstaje decyzją rządu Zjednoczonej Prawicy. Przez wcześniejsze lata III RP nie było to możliwe, prócz kabaretowych deklaracji wspomnianego już prezydenta Komorowskiego czy ówczesnego ministra Marka Biernackiego, że wystarczy w czynnym więzieniu wygospodarować jakąś salę i wstawić tam kilka gablot.

 

Antidotum Pilecki

 

A czy promowanie przez Bronisława Komorowskiego – także za pośrednictwem przychylnych mu mediów  takich osób jak dyktator stanu wojennego Wojciech Jaruzelski licowało z polską polityką historyczną? Czy wpisywało się w nią również czapkowanie wrogowi Polski i Polaków – oficerowi Wehrmachtu Clausowi von Stauffenbergowi? Czy też działalność Kapituły Orderu Orła Białego, która w osobach: Władysława Bartoszewskiego, Bronisława Geremka, Tadeusza Mazowieckiego, Krzysztofa Skubiszewskiego, odmówiła tego najwyższego polskiego odznaczenia polskiemu bohaterowi najwyższej próby: Witoldowi Pileckiemu. A skoro mowa o rotmistrzu, to przejawem podobnej polityki było niezaproszenie jego rodziny na międzynarodowe obchody 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz. Protestowałem przeciwko temu w mediach, np. w „Super Expressie” (27 stycznia 2015 r.)

 

A jak ważny dla polskiej pamięci i walki o tę pamięć – również z Putinem – jest Pilecki, niech świadczy wypowiedź sprzed kilku dni byłego doradcy prezydenta Rosji (w latach 2000-2005) Andrieja Iłłarionowa: „Wydaje się, że jest to właśnie perspektywa ustanowienia Międzynarodowego Dnia Bohaterów Walki z Totalitaryzmem – ku pamięci Witolda Pileckiego, niezrównanego bohatera ruchu oporu, który walczył o niepodległą Polskę, o uratowanie Żydów przed zagładą, o wolność całej ludzkości od przemocy i terroru, 25 maja, w dniu jego egzekucji dokonanej przez „polskie NKWD”, przede wszystkim przeraża Władimira Putina. To ona zmusza go do prowadzenia kampanii wojskowej dezinformacji nie tylko przeciwko bojownikom przeciwko tyranii, ale także przeciwko pamięci prawdziwych bohaterów tej walki”. Czyli – idąc tym tropem – Putina należy atakować Pileckim. W mediach, kinematografii (wielka polska superprodukcja o rotmistrzu szczęśliwie powstaje).

 

Kto ma to robić?

 

Oczywiście władze Rzeczpospolitej. I to się dzieje: w konsultowanym z prezydentem Andrzejem Dudą oświadczeniu premiera Mateusza Morawieckiego przeciw kłamstwom Rosji, w podobnie brzmiącej uchwale Sejmu RP. Na bieżąco powinny się tym zajmować takie instytucje, jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Instytut Pamięci Narodowej, czy Polska Fundacja Narodowa.

 

W końcu media. Powinny wspierać państwo, również w szlachetnym dziele polityki historycznej. Więcej, same mogłyby kształtować wartości patriotyczne. Przede wszystkim media publiczne, ale też komercyjnie. Przez większość lat III RP tak to niestety nie działało: w przekazie głównego nurtu takich treści próżno było szukać. Mainstream z zasady nie informował o wydarzeniach związanych z naszą historią (przełomowych momentach, rocznicach wydarzeń czy datach urodzin lub śmierci bohaterów). O 1 marca – Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych – też nie można było znaleźć choćby podstawowych wiadomości (jak w takim razie to młode – ustanowione w 2010 r. święto miało przebić się do zbiorowej świadomości Polaków?).

 

Często bywało tak, że podczas odbywających się jeszcze szczątkowo procesów komunistycznych zbrodniarzy byłem jedynym dziennikarzem. Bo tematy te uważano za „niebezpieczne” czy przynajmniej kontrowersyjne i jako takie celowo przemilczano. A jeśli już przemilczeć się nie dało, dziennikarze (a właściwie propagandyści) sięgali po inną broń: relatywizowanie i opluwanie. Podstawowy cel mediów: informowanie zastępowało dezinformowanie. Nakładają się na to problemy własnościowe, wobec czego aktualnym postulatem pozostaje repolonizacja mediów, tak aby docelowo włączyły się one w proces budowy świadomości historycznej i patriotycznej wśród Polaków.

 

Renesans wśród młodzieży

 

W Europie czy USA narodowa historia nie jest traktowana jako obciach. Nasi sąsiedzi – Niemcy czy Rosja – prowadzą własną politykę historyczną i są ze swojej historii dumni, szczycą się nią. Niestety ta polityka – szczególnie w przypadku Putina – jest bardzo często budowana na antypolskich kłamstwach.

 

Tylko Polakom przez te wszystkie lata wmawiało się (a robiły to w dużej mierze media), że nie warto „grzebać się” w przeszłości, że należy bezrefleksyjnie patrzeć w przyszłość. Ale dzięki śp. prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu kilka lat temu pojawiło się światełko w tunelu. Byłemu prezydentowi udało się stworzyć modę na patriotyzm wśród młodych Polaków. I tej tendencji nikt i nic już nie zatrzyma. A naszym obowiązkiem – polityków, dziennikarzy – jest wzmacnianie wartości patriotycznych i ducha narodowego wśród kolejnych pokoleń polskiej młodzieży. Zaczynając od zdefiniowania podstawowych wartości, takich jak dobro-zło, bohater-zdrajca, niepodległościowiec-okupant. I będąc uzbrojonymi w taką broń możemy – dzięki przychylnym mediom publicznym, a miejmy nadzieję również komercyjnym – odpowiadać na kłamstwa Władimira Putina.

 

Tadeusz Płużański

 

Duch Jaruzelskiego – felieton TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

13 grudnia 1981 r. junta Jaruzelskiego zaczęła znów – bolszewickimi metodami – mordować Polaków. Na ulice Warszawy wyjechały czołgi. Wrócili komunistyczni patroni. A duch towarzysza generała wciąż spowija stołeczną „Łączkę”.

 

13 grudnia 1981 r. z ogarniętej wojną Warszawą solidaryzowała się okupowana Polska. 13 grudnia 2018 r. górnicy upomnieli się o ulicę Bohaterów z Kopalni Wujek, gdzie w wyniku strzałów plutonu specjalnego ZOMO zginęło 9 górników. „Jeżeli oni są Bohaterami, to kim są przywróceni przez Pana patroni ulic, przedstawiciele komunistycznego reżimu? Również są bohaterami, godnymi tego, by patronować ulicom Warszawy? (…) Przez Pańską decyzję żyjemy w schizofrenii historycznej” – media cytowały tekst opozycjonistów w PRL Krzysztofa Pluszczyka i Stanisława
Płatk
a do współczesnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego.

Edukacja kolejnych pokoleń

 

Bo w miejsce zamordowanych przez sowiecką PZPR bohaterskich robotników z kopalni „Wujek”, na ulice Warszawy wrócił Wincenty Pstrowski, komunistyczny przodownik pracy, górnik,
rębacz dołowy, członek sowieckiej PPR.

Stanisław Płatek, który był ranny na „Wujku” stwierdził, że władzy Warszawy „należałoby tak długo klaskać, jak za czasów Gierka. Bo to, co zrobili, to wielkie draństwo”.

W obronie polskich bohaterów – przeciw ich komunistycznym podróbkom – wystąpiło też poprzednie pokolenie walczących o wolność. „W naszej wolnej ojczyźnie każda próba przywrócenia symboli komunistycznych przekreśla testament żołnierzy niepodległościowych, którzy tak, jak i my pragnęli nazywać rzeczy po imieniu – oddzielać dobro od zła, prawdę od fałszu
a patriotyzm od zdrady”
– podkreślił sędzia Bogusław Nizieński, żołnierz Armii Krajowej i jej największego kontynuatora w czasie okupacji sowieckiej po 1945 r. – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. W imieniu weteranów zwrócił uwagę, że patroni polscy patroni – w przeciwieństwie do ich komunistycznych podróbek – mają przede wszystkim charakter edukacyjny dla młodych pokoleń.

PZPR jak NSDAP

 

Przeciwko hańbiącej decyzji władz Warszawy o przywróceniu komunistycznych patronów ulic stolicy zaprotestowało Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych:

„Uważamy, że komunizm w Polsce w latach 1939-1989 był systemem zbrodniczym i dalsze honorowanie również w przestrzeni publicznej zbrodniarzy, funkcjonariuszy i działaczy tego okresu
nie ma jakiegokolwiek usprawiedliwienia i jest z gruntu szkodliwe dla społeczeństwa naszego kraju. Przypominamy, że propagowanie symboli i idei komunistycznych tak jak niemiecko-nazistowskich jest w Polsce zabronione i karane. Zakaz ten dotyczy również gloryfikacji osób będących funkcjonariuszami tych systemów. Podobnie jak nie wyobrażamy sobie nazywania ulic nazwiskami żołnierzy SS czy  funkcjonariuszy NSDAP, tak też nie godzimy się na nazywanie ich mianem sowieckich aparatczyków”.

 

Potomkowie walczących o wolność przypomnieli, że „nie zastosowanie się do Ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez
nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli,
obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki przez władze Warszawy
dowodzi daleko posuniętej anarchii”.

 

Stowarzyszenie Rodzin Żołnierzy Wyklętych domagało się, by obecni patroni – wśród nich Żołnierze Wyklęci i działacze opozycji antykomunistycznej pozostali nadal patronami
stołecznych ulic. Niestety, polscy bohaterowie nie powrócili. Duch Jaruzelskiego – przywódcy junty wojskowej, która wprowadziła w Polsce stan wojenny – zwyciężył. Zachować się jak trzeba
Wcześniej z apelem do władz Warszawy o zatrzymanie rekomunizacji zwrócił się Instytut Pamięci Narodowej, bo „nazwy te były wyrazem hołdu dla ludzi i organizacji, które działały na rzecz
zniewolenia Polski. (…) Ich przywrócenie będzie działaniem nieprzystającym do
szacunku dla ojczystej historii – szczególnie bolesnym w roku obchodów stulecia
odrodzenia Państwa Polskiego”.

 

Zarząd Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność” zwrócił się do władz Warszawy o „nieprzywracanie nazw ulic i obiektów, które upamiętniają osoby, organizacje, miejsca i wydarzenia propagujące zbrodniczy system, jakim był komunizm”:Panie Prezydencie, Pani Przewodnicząca, Panie i Panowie Radni m.st. Warszawy – zachowajcie się jak trzeba”.

 

Z tego też nic nie wyszło. Współcześni włodarze stolicy nie potrafili zachować się jak trzeba. Duch
Jaruzelskiego – przywódcy związku przestępczego o charakterze zbrojnym, autora nie osądzonej zbrodni 13 grudnia 1981 r. – wciąż jest obecny w Warszawie i całej Polsce.

Nie osądzony także za „Łączkę”

 

W stanie wojennym czerwony dyktator postanowił jeszcze jedno: rozkopać doły śmierci na „Łączce”. Jednak myli się ten, kto pomyślał, że Jaruzelski zrobił to dlatego, aby pochować bohaterów. Nie, nie – sumienie „generała” nie ruszyło. Przywódca wojskowej junty postanowił zrobić ostateczny porządek z niezłomnymi antykomunistami – zniszczyć ich szczątki. W tym celu wysłał na „Łączkę” ciężki sprzęt, koparki. Obok zmasakrowanych ludzkich kości ekipa Instytutu Pamięci Narodowej znalazła ślady gąsienic. Ziemia z częścią kości została następnie wywieziona w nieznanym kierunku. Dziś wiemy, że połamane, wymieszane szczątki zrzucono do jednego dołu obok, na głębokości około trzech metrów. Tylko, czy to jedyny taki dół? Niewykluczone, że ziemię wywożono również dalej, poza teren Powązek. Jeden z tropów prowadzi ok. sto –sto pięćdziesiąt metrów dalej, a konkretnie poniżej dzisiejszego cmentarza. Ale tamtędy przebiega teraz trasa szybkiego ruchu. Ktoś zapamiętał, że przy budowie drogi odnajdywano ludzkie kości.

Pamiętając o stanie wojennym, szczególnie jego ofiarach, nie możemy zapomnieć o tym, co wówczas na „Łączce” zrobił Wojciech Jaruzelski. A towarzysz dokończył zbrodnie swoich czerwonych kolegów z lat 40. i 50. Gdyby żył, powinien być sądzony również za to.

 

Tadeusz Płużański

Noblistka Olga Tokarczuk promuje Polskę? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

  • Większość mediów w Polsce zachwyciła się, gdy 10 października 2019 r. Olga Tokarczuk została ogłoszona laureatką Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za 2018 rok, „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Czy ten – przepraszam za słowo – bełkot – nie powoduje Państwa dreszczy? Dużo poważniejsze pytanie brzmi: Czy owa „wyobraźnia narracyjna” i „encyklopedyczna pasja” dopuszczają też kłamstwa o Polsce? Bo kalanie swojego gniazda nie powinno być nagradzane, ale piętnowane.

 

(Post)komunistyczna strona Polityka.pl radowała się: „Wielkie święto dla polskiej literatury – Olga Tokarczuk otrzymała Nobla, najważniejsze wyróżnienie dla pisarza na świecie.”

 

Wyborcza.pl cytowała opinie światowej prasy: „Większość mediów zwraca uwagę na kontrowersje związane z przyznaniem Nobla Peterowi Handkemu, za to nie ma wątpliwości, że Nobel należał się Oldze Tokarczuk jak mało komu”.

 

Czy na pewno?

 

„Odwaga mówienia”

 

Nawet media lokujące się po prawej stronie polskiej sceny zapomniały o pewnej wypowiedzi:

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. Takie bzdury opowiadała Olga Tokarczuk w 2015 r. w TVP, po zdobyciu Literackiej Nagrody Nike, ufundowanej przez „Gazetę Wyborczą”. Nieoceniony Adam Michnik chwalił laureatkę za „odwagę mówienia o sprawach trudnych, często bolesnych„.

 

Organ Michnika wpisał się tym samym w kampanię nienawiści, którą od lat prowadzi paszkwilant Jan Tomasz Gross, czy przejmujący od niego antypolską pałeczką inny Jan: Grabowski. Do owych spraw „bolesnych” ta sama „Wyborcza” podchodzi jednak wybiórczo. Inną miarę przykłada bowiem do Żołnierzy Wyklętych, inną do mordujących ich komunistów. Tu „odwagi mówienia” jakoś brakuje.

 

Media i samorządy

 

Ale wracając do p. Tokarczuk i jej bluzgów na Polaków: rzekomych kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów. Czy nie są to – poprzez zastosowanie krzywdzącego uogólnienia – kłamstwa historyczne? Próba zastosowania odpowiedzialności zbiorowej? W końcu: czy to rzeczywiście promocja Polski i Polaków – jak komentują Nobla dla Tokarczuk polit-poprawne media – czy raczej mowa nienawiści wobec Polski i Polaków, będąca podstawą odpychającej i nagannej postawy antypolonizmu?

 

Bo taka postawa nie tylko wyklucza ze wspólnoty, odbiera prawo do reprezentowania tej wspólnoty, nie tylko stawia jej wyrazicieli po stronie zaborców i okupantów Polski, ale powinna być z mocy prawa ścigana.

 

Olgę Tokarczuk od lat promują liberalno-lewicowe, „postępowe” środowiska krajowe i międzynarodowe. To polit-poprawne grono „wzbogaciła” przed laty Rada Miejska w Nowej Rudzie, honorując autorkę, a nawet broniąc ją przez wymyślonym hejtem. Teraz do grona apologetów laureatki Nike dołączyła przed momentem Rada Powiatu Kłodzkiego. Przy sprzeciwie przedstawicieli PiS postanowiła nadać arcy-kontrowersyjnej pisarce odznakę „Zasłużony dla Powiatu Kłodzkiego”.

 

Historia pisana na nowo

 

Robiliśmy straszne rzeczy jako kolonizatorzy, większość narodowa, która tłumiła mniejszość, jako właściciele niewolników czy mordercy Żydów„. I tylko nieliczni dziennikarze prawicy pamiętali o tych słowach z okazji Nobla. Na łamach portalu wPolityce.pl. Witold Gadowski w wywiadzie mówił: „Szwedzka Akademia ma pewne preferencje ideologiczne” i dodawał: „Czy pani Tokarczuk ma pozytywny wpływ na popularyzację Polski? Nie sądzę”.

 

Na tym samym portalu Marzena Nykiel napisała: „Taka wizja Polski podoba się światu! Taka jest promowana i nagradzana najwyższymi nagrodami. Nobel literacki dla Olgi Tokarczuk wpisuje się w ten nurt. Z międzynarodowym mandatem będzie mogła sprawniej pisać naszą historię na nowo, jako kraju kolonizatorów, właścicieli niewolników i morderców Żydów„.

 

Red. Nykiel przypomniała również, że Olga Tokarczuk brała udział w Strajku Kobiet i Czarnych Marszach organizowanych przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego. A w zakończonych właśnie wyborach do parlamentu agitowała, żeby głosować za demokracją, a nie autorytaryzmem.

 

Tadeusz Płużański

Polska wywołała wojnę? – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnych kłamstwach w 80. rocznicę agresji sowieckiej na Polskę

Zarówno w Niemczech, jak i Rosji coraz częściej słyszymy kłamstwa, że Polska nie była ofiarą, ale inspiratorem II wojny światowej.

 

Nie tylko w dzisiejszej Rosji, ale w Europie, a nawet na świecie przyjęto sowiecką propagandę, że wojna zaczęła się od ataku Niemiec na Rosję, czyli od operacji Barbarossa. Rosja lansuje ten właśnie scenariusz, przedstawiając siebie jako ofiarę wojny, a potem głównego gieroja i wyzwoliciela, chcąc całkowicie wymazać fakt, że wespół z Niemcami do wojny doprowadziła. Doprowadziła antypolskim paktem RibbentropMołotow, który był de facto międzypaństwową umową HitlerStalin.

 

Co mówi obecna Rosja?

 

Że pakt RibbentropMołotow był jednym z wielu podpisanych wówczas paktów i wcale nie miał charakteru agresywnego. Właśnie Ministerstwo obrony Rosji opublikowało dokumenty z 1939 r., w tym kopie odtajnionych protokołów paktu szefów MSZ Niemiec i Rosji, działających w imieniu swoich szefów – HitleraStalina. W komentarzu nakłamano, że to Polska „wspierała faszystowski blok” Niemiec i Włoch na równi z Japonią.

 

W październiku 2018 r. w wywiadzie dla „Kommiersanta” ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andrejew powiedział: „Dopóki w Polsce nie zostanie bezwarunkowo uznany dług wdzięczności wobec radzieckich żołnierzy, którzy ginęli na tej ziemi, dopóki zamiast wyzwolicielami będzie się ich nazywać okupantami – to na płaszczyźnie oficjalnej na tematy historyczne w ogóle nie mamy o czym rozmawiać„. I te słowa niestety wciąż stronę rosyjską obowiązują. A potem zwolennicy Rosji dziwią się, dlaczego na 1 września nie został zaproszony do Polski Putin.

 

Co mówią dzisiejsze Niemcy?

 

Po pierwsze, nie chcą wypłacać nam żadnych odszkodowań: komunistyczna PRL miała skutecznie zrezygnować z wojennych reparacji wobec komunistycznej DDR; choć w innych przypadkach współczesne Niemcy DDR nie uznają. Po drugie, też sugerują, że Polska II wojnę światową wywołała.

 

Historyk i wpływowy polityk niemieckiej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD) Stefan Scheil od lat twierdzi, że agresywna Polska dyktatora Piłsudskiegomarzyła o zwycięstwie nad Niemcami”, pragnąc w pierwszym rzędzie odebrać Niemcom Śląsk i Gdańsk. A Niemcy musiały się tylko przed polskim imperializmem bronić.

 

„Spiegel” demaskuje kłamstwa

 

Inaczej sprawę opisuje niemiecki tygodnik „Der Spiegel”: „W Rosji narasta sprzeciw wobec negatywnej oceny paktu Ribbentrop–Mołotow”. Dalej magazyn ocenia: „Jest to wyjątkowo niebezpieczne, bo ma wpływ na podejście Moskwy do aktualnej polityki światowej”.

 

„Spiegel” przypomina, że w Rosji wybielanie paktu rozpoczęło się na dobre w marcu, kiedy moskiewski dziennik „Izwiestia” opublikował artykuł dyrektora ds. naukowych Rosyjskiego Towarzystwa Wojskowo-Historycznego (RWIO) Michaiła Miagkowa. Historyk wezwał, by Rosja „przestała wreszcie posypywać głowę popiołem”.

 

Warto podkreślić, że RWIO powstało w 2012 r. z inicjatywy Władimira Putina, aby „zwalczać wypaczenia dotyczące rosyjskiej historii wojskowości”. I tak zwalczają „kłamstwo paktu Ribbentrop–Mołotow”. Bo zdaniem Miagkowa i podobnych mu rosyjskich specjalistów, inne państwa także podpisywały umowy z Hitlerem. One też zawierały tajne protokoły.

 

A rozbiór Polski? A okupacja państw bałtyckich?: „Stalin po prostu odebrał terytoria, które kiedyś należały do Związku Sowieckiego albo Rosji”. To samo zrobiła Francja z Alzacją i Lotaryngią. A poza tym ZSRS musiał przecież bronić Ukraińców i Białorusinów mieszkających na wschodzie ówczesnej Polski.

 

To samo głosiła propaganda Stalina w 1939 r., kiedy wbił nam nóż w plecy. To samo głosiła propaganda Putina w 2014 r., kiedy zajmował Krym. „To tłumaczy, dlaczego Moskwa chce rehabilitacji paktu. Próbuje nawiązać do mitu starej, wielkiej Rosji” – zauważa „Der Spiegel”. Czyli – jak można wnioskować – usprawiedliwić byłe, obecne i przyszłe (?) podboje…

 

Potwierdził to pośrednio były minister obrony Rosji Siergiej Iwanow, stwierdzając, że negatywna ocena paktu RibbentropMołotow doprowadziła w latach 90. ubiegłego wieku do dyplomatycznego, ideologicznego i faktycznego rozbrojenia jego kraju. Czyli teraz chcieliby się dozbroić… „Der Spiegel” alarmuje, że ocena paktu „nie jest wewnętrzną sprawą Rosji. (…) Ma wpływ na podejście tego kraju do prawa międzynarodowego i na bieżącą politykę światową”. I trudno się w tej kwestii z Niemcami nie zgodzić.

 

Opór wobec Sowietów

 

Natomiast rola Polski we wrześniu 1939 r. jest istotna z wielu powodów. Jako pierwsi zostaliśmy zaatakowani przez hitlerowskie Niemcy – wcześniej następowały tylko aneksje terytorialne.

 

Po drugie – stawiliśmy opór, podczas gdy wiele innych państw tego nie uczyniło.

 

Po trzecie. Wbrew obiegowym opiniom, wyrażanym w większości mediów w Polsce, stawiliśmy również opór wobec Sowietów. Chociażby Grodno, głównie dzięki ideowej polskiej młodzieży. Także umocniony rejon Sarny próbował odpierać ataki wojsk bolszewickich. Sowietom ofiarnie przeciwstawiał się Korpus Obrony Pogranicza. Istniał oczywiście rozkaz marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, żeby z Sowietami nie walczyć, ale nie był on do końca realizowany, bo nie do wszystkich dotarł. Naturalna dla wojska jest obrona granic – a więc żołnierze Rzeczpospolitej ich bronili.

 

 

Sowieci tylko „wkroczyli”

 

 

Po czwarte – i chyba z omawianych tu punktów najważniejsze. Większość mediów w Polsce wciąż powtarza sowiecko-rosyjską (stalinowsko-putinowską) propagandę, że Armia Czerwona wcale na Polskę nie napadła. W przeciwieństwie do Niemców, którzy 1 września dokonali zbrojnej agresji, Rosjanie 17 września tylko niewinnie wkroczyli, czyli przeszli granicę i poszli dalej. Najsmutniejsze jest to, że takiej historii uczona jest nadal w wielu szkołach polska młodzież.

 

Dopowiedzmy: w jakim celu Sowieci do Rzeczpospolitej wkroczyli? Ano nie po to, aby nas podbijać, okupować i mordować? Po to, aby „wyzwalać” białoruskich i ukraińskich chłopów spod buta polskiego pana.

 

I ostatnia rzecz – co prawda wojnę obronną przegraliśmy, ale zaraz stworzyliśmy Państwo Podziemne, a więc strukturę tak polityczną, jak i wojskową, czyli fenomen na skalę światową. Ale to już inna historia.

 

Tadeusz Płużański

Wolność z Kwaśniewskim – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o medialnym przekazie obchodów rocznicy 4 czerwca 1989 r.

Dzień ten rządowa koalicja PO-PSL, razem z prezydentem  Bronisławem Komorowskim, kazała nam obchodzić jako najważniejsze polskie święto. A w jaki sposób Rzeczpospolita po 1989 r. się odrodziła można było zobaczyć w tym roku w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, gdzie wedle pomysłu Władysława Frasyniuka słowa „We free people!” skandował… Aleksander Kwaśniewski. Charakterystyczne jest też to, jak te opozycyjne wobec rządowych obchody przedstawiały opozycyjne media.

 

Wydarzenie obszernie relacjonowała wyborcza.pl/Trójmiasto, podkreślając przenikliwość innego byłego prezydenta – Lecha Wałęsy: „Przechodzimy z epoki państw, z epoki wielkich podziałów powojennych, do epoki intelektu, informacji i globalizacji”. Czy to zapowiedź oczekiwanego przez światową lewicę końca państw narodowych i konieczności rozmycia się we wspólnej Europie antywartości? Czy do tego zmierza ostatni projekt landyzacji Polski? Czy nie przed tym m.in. ostrzegał prezydent Andrzej Duda w liście odczytanym w ECS przez Zofię Romaszewską: „Chciałbym, żeby obecne różnice uświadomiły nam, że powinniśmy zawsze mieć w pamięci biblijną przestrogę o losie królestw podzielonych”?

 

Kwaśniewski – przeciwnik Putina?

 

Wyborcza.pl/Trójmiasto obszernie cytowała Aleksandra Kwaśniewskiego, przyjmowanego w ECS jako obrońca konstytucji i wszelkich swobód. Najlepsze w ustach funkcjonariusza bolszewickiej, zbrodniczej partii było to: „Widzimy, że pewni ludzie chcą końca demokracji i powrotu do rządów silnej ręki. W Europie są partie przeciwników demokracji, wspierane przez putinowską Rosję. Trzeba więc twardo walczyć o wartości fundamentalne – wolność, demokrację, wolny rynek, państwo prawa, szacunek dla odrębności, do nie dyskryminowania kogokolwiek”. Komunista demokratą. Zwolennik Breżniewa i Gorbaczowa przeciwnikiem Putina. Odwracanie pojęć. A realizatorem rządów silnej ręki ma być PiS, jak się można spodziewać gorsze od PZPR.

 

 „My wolni ludzie!”

 

Wyborcza.pl/Trójmiasto zwróciła też uwagę na przemówienie nawróconego na Okrągły Stół Bronisława Komorowskiego: „wybory 4 czerwca i powołanie rządu Tadeusza Mazowieckiego to
była mądrość, która doprowadziła do gigantycznej reformy kraju”. Były prezydent „zapomniał” dodać, ze w ramach tej „mądrości” komuniści – za zgodą Solidarności – zmienili w trakcie głosowania reguły gry: zmienili ordynację wyborczą pozwalając dostać się do kontraktowego Sejmu komunistom z listy krajowej. „Zapomniał” też dodać, że prezydentem wkrótce został twórca stanu wojennego: towarzysz Wojciech Jaruzelski. To już nie tylko mądrość, ale czystej wody mądrość etapu.

 

„Po spotkaniu prezydentów odbyła się też krótka debata z udziałem wybitnych działaczy opozycji w czasach PRL” – podkreśliła wyborcza.pl/Trójmiasto. Ci „wybitni” to m.in. Władysław Frasyniuk, Henryk Wujec, Małgorzata Niezabitowska. A gdzie – można spytać – Andrzej Gwiazda, czy Krzysztof Wyszkowski?

 

Na koniec zabłysnął jeden z „wybitnych”: „Kwaśniewski, za karę, że ty się uczyłeś angielskiego, kiedy ja siedziałem w więzieniu, wykrzycz to po angielsku: „My wolni ludzie!” – zawołał Władysław Frasyniuk, po czym Kwaśniewski wykrzyczał: „We free people!”

 

W tym samym ECS odbyło się również spotkanie Lecha Wałęsy i Leszka Balcerowicza. Ten drugi, były minister finansów stwierdził: „PiS to ugrupowanie, które cofa Polskę ustrojowo. To ustrojowi komuniści, którzy udają antykomunistów”. I kto to mówi? – można spytać? Były członek PZPR.

 

Mogło być inaczej?

 

Teraz portal Miasta Gdańska www.gdansk.pl, który w 30 rocznicę czerwcowych wyborów obszernie cytował Donalda Tuska, że „trzeba być zdeterminowanym i odważnym w walce o zwycięstwo, nawet jeżeli przegrało się pierwszy mecz”. Myliłby się ten, kto sądzi, że „król Europy” mówił o historii. Mówił o politycznej bieżączce. Przegranej w wyborach do PE tzw. Koalicji Europejskiej. Po czym znów błysnął mądrością wykładowcy akademickiego: „w roku 1988 i 1989 nikt nikogo nie wykluczał”. Tusk „zapomniał” o komunistach? O tym, co robili, jak wykluczali nieznani sprawcy Kiszczaka?

 

Przepraszam, w gąszczu cytowanych wypowiedzi zapomniałbym o Nobliście Lechu Wałęsie: „Mamy np. mniejszości seksualne, dlaczego nie miałyby mieć swojej partii?” Cóż ten temat ma wspólnego z rocznicą prawie wolnych wyborów. Może tyle, że w Europejskim Centrum Solidarności bez żenady promowane jest LGBT. Jak „pięknie” współgra to z wypowiedzią dziennikarza „Gazety Wyborczej” Pawła Wrońskiego, który stwierdził, że rotmistrz Witold Pilecki walczył o to, aby w Polsce mogły mieszkać m.in. osoby LGBT.

 

I w końcu rekapitulacja prezydent (prezydentki?) Gdańska, Aleksandry Dulkiewicz: „Polska rewolucja bez rozlewu krwi to wielki powód do dumy i radości, której nie możemy dać sobie odebrać”. A kto chce prezydentom i prezydentkom odebrać „ich” święto? Dulkiewicz dodawała: „Musimy dziś też pamiętać, że mogło być inaczej”. Prezydentka Gdańska chyba nie odwoływała się do historii, bo niespecjalnie się nią przejmuje, patrząc na śmietnik na Westerplatte. Może zamarzyła o szybkim odejściu od umów Okrągłego Stołu po klęsce komunistów w koncesjonowanych wyborach czerwcowych 1989? Rozpisaniu wyborów w pełni wolnych, demokratycznych? Jednak nie. Z kontekstu wypowiedzi Dulkiewicz i innych zgromadzonych w ECS można wywnioskować, że straszyli wizją rozwiązania siłowego. Tylko historycy (ci niekomunistyczni) takiego wariantu nie traktują poważnie.

 

Powiew czerwca

 

Portal Miasta Gdańska zwrócił uwagę na inną wypowiedź Lecha Wałęsy, którą można streścić w słowach: jeśli kolejne wybory znów wygra PiS, „czeka nas coś w rodzaju rewolucji październikowej” (gdzie indziej Noblista straszył wojną domową). Zabłysnęła też przywoływana przez www.gdansk.pl Małgorzata Niezabitowska, rzeczniczka powstałego po czerwcowych wyborach rządu: „Tadeusz Mazowiecki nie mówił o żadnej grubej kresce, ale o grubej linii”. Jeśli widzieć różnicę, to linia wyda się czymś grubszym, problemem poważniejszym. Były opozycjonista Zbigniew Janas na określenie przejścia z PRL do PRL-bis wprowadził nowe pojęcie: „rewolucja negocjowana” . „Bo miała wszystkie cechy rewolucji, ale bez jednej: myśmy się nie wyrzynali”.

Henryk Wujec postanowił przenieść czerwiec 1989 r. na czerwiec 2019 r.: „Jeszcze my doprowadzimy do tego że ten powiew wolności, który się narodził teraz – czujecie ten powiew? –
doprowadzi do zwycięstwa”. Najwyraźniej były opozycjonista tylko swoje środowisko uważa za depozytariuszy prawie wolnych wyborów. Tylko co tam u Was robi Kwaśniewski, Cimoszewicz, Miller, itd.?

 

4 czerwca 1992

 

W rocznicę 4 czerwca 1989 r. zabłysnęła też (post)komunistyczna „Polityka”. Na portalu tygodnika tekst pod znamiennym tytułem „Jak TVP przykrywa i zohydza rocznicę 4 czerwca” napisała Anna Dąbrowska. Zdaniem pani redaktor (redaktorki?) jednym z pomysłów telewizyjnych „Wiadomości” na „przykrycie” 4 czerwca „był materiał o wmurowaniu kamienia węgielnego pod pomnik premiera Jana Olszewskiego przed KPRM”. Pani redaktor (redaktorka?) „zapomniała”, że 4 czerwca to jeszcze jedna polska rocznica? Przecież 4 czerwca 1992 r. komuna obaliła rząd Jana Olszewskiego. Ale mecenas Olszewski nie jest bohaterem dla „Polityki”, czy „Wyborczej” (preferują Kwaśniewskiego, czy Mazowieckiego). Bo Olszewski próbował odejść od układów Okrągłego Stołu i walczyć z grubą kreską Mazowieckiego. Przeprowadzał dekomunizację i lustrację, rozpoczął starania o wejście Polski do NATO i wyrzucenie z Ojczyzny okupacyjnych sowieckich wojsk. Nie zgodził się na tworzenie spółek polsko-rosyjskich w dawnych bazach wroga. Tego wszystkiego komuna mu nie darowała zawiązując spisek znany jako nocna zmiana.

 

„Ludzie śmiecie”

 

I jeszcze raz „Polityka”, która na 30 rocznicę przypomniała rozmowę z 2008 r. Jacka ŻakowskiegoTadeuszem Mazowieckim. „Więc kiedy był prawdziwy przełom” – pytał Żakowski. „Powstanie mojego rządu było przełomem” – odpowiadał Mazowiecki , ale zaraz asekurował się: „Nie od razu mieliśmy kontrolę nad MSW i wojskiem. To się działo stopniowo”. To już nie asekuracja, ale zaklinanie rzeczywistości. Bowiem w tym „przełomowym” rządzie rządził KiszczakSiwicki, pod nadzorem Jaruzelskiego. Na koniec Żakowski pytał, a właściwie stwierdzał: „Bo Radio Maryja jest odpowiedzią na jakiś ból w społecznej rzeczywistości. Podobnie jak Lepper, Giertych, PiS, Rokita,
projekt IV RP. Zygmunt Bauman ma na klientelę tych zjawisk trafne i mocne określenie: „ludzie śmiecie” – niechciane produkty uboczne nowej rzeczywistości”. Dziś z tego grona wyskoczyłby Giertych – on, tak jak wcześniej Bronisław Komorowski, nawrócił się na Okrągły Stół i postępową lewicę laicką. Ale skoro Zygmunt Bauman (zbrodniarz z Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego) ma być wyrocznią – widać, w jakim kierunku poszedł ten prawie wolny okrągłostołowy świat.

 

Tadeusz Płużański