Z perspektywy Rosji – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Nie trzeba było rosyjskiego ataku propagandowego na Polskę w 100– lecie „Cudu nad Wisłą”, media w Polsce wyręczyły Putina.

 

I tak redakcja „Newsweeka” przypomniała tekst Igora T. Miecika sprzed 11 lat, w którym opisuje wojnę bolszewicko-polską z perspektywy… rosyjskich jeńców. Autor twierdzi, że byli źle traktowani w „barbarzyńskich łagrach II Rzeczypospolitej”.

 

Z kolei na czołówce portalu Onet.pl można było znaleźć wspomnienia bolszewickiego lekarza z frontu walk. W „poruszających listach do żony” – jak to określiła redakcja – czytamy: „Tego, co wyprawiają Polacy, nie da się opowiedzieć”.

 

Bliżej warto przyjrzeć się tekstowi w „Gazecie Wyborczej”. W leadzie czytamy: „Wielkie zwycięstwo odniesione sto lat temu w bitwie warszawskiej, szybko stało się przedmiotem zażartej bitwy politycznej. (…) Efekty tamtej wojny polsko-polskiej są odczuwalne do dzisiaj. Na przykład w sporach historyków o to, czy marszałek Józef Piłsudski tak naprawdę nie zdezerterował i nie uciekł z Warszawy w przeddzień bitwy”.

 

Abstrahując od tego, że ta ostatnia sugestia nie jest prawdziwa, trzeba odnieść się do głównej tezy: to nie była wojna polsko-polska, tylko wojna bolszewicko-polska. I ta wojna trwa do dziś.

Wracając do mordowania bolszewickich jeńców. Kilka lat temu dla rzeczonej „Gazety Wyborczej” wypowiedział się… Władimir Putin. Ówczesny premier Rosji napisał bez ogródek: „tragiczne losy żołnierzy rosyjskich, którzy dostali się do niewoli podczas wojny 1920 roku, powinny się stać symbolem wzajemnego przebaczenia”.

 

Komentowałem wówczas, na czym polega manipulacja Rosjan. A opiera się ona na tym, że większa część jeńców bolszewickich z 1920 r. nie wróciła do domu. Dlaczego?

Pierwsza kwestia to śmiertelność. Putin i jego propaganda sugeruje, że Polacy dokonali na bolszewikach ludobójstwa. Tymczasem trafili oni do obozów jenieckich, gdzie byli przetrzymywani zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego. W tych obozach zmarło około 18 tysięcy jeńców z ogólnej liczby około 60 tysięcy, którzy dostali się do niewoli. Większość wskutek chorób zakaźnych, głównie czerwonki i tyfusu.

 

A co się stało z tymi, którzy przeżyli polską niewolę? Kilkunastu tysiącom jeńców Rzeczpospolita zwróciła wolność, i postanowili pozostać w naszym kraju. I znów należy zadać pytanie o powód. Porównując sytuację w Polsce i Rosji, wybrali Polskę, obawiając się ponadto represji od swoich po przegranej wojnie.

 

Rząd zgodził się na przyznanie im obywatelstwa. Kilkuset Rosjan wstąpiło później do polskiego wojska, uzyskało stopnie oficerskie i walczyło w wojnie obronnej 1939 r. Około 3 tysiące na stałe wyjechało do Europy Zachodniej.

 

 

Kłamstwo na temat mordu na jeńcach zostało wymyślone pod koniec lat 80. na polecenie Michaiła Gorbaczowa, który ujawnił wówczas prawdę o Katyniu. Specjalistom od propagandy polecił, aby znaleźli podobną sprawę obciążającą Polskę.

 

Dziś to kłamstwo wybrzmiewa w mediach działających w Polsce.

 

Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Powstanie Warszawskie w propagandzie

W tych dniach Polska obchodzi 76. rocznicę Powstania Warszawskiego. Ale nie wszystkim walka narodu o wolność się podoba. Tak jak kiedyś, tak i dziś propaganda i media kłamią na ten temat.

 

Publicysta Jacek Żakowski w TOK FM mówił: „A może byśmy zaczęli mówić o hańbie politykierów, a nie chwale bohaterów. Bo nieodpowiedzialni dowódcy skazali dziesiątki tysięcy ludzi na śmierć, a setki tysięcy na straszliwy los. Powstanie w najmniejszym stopniu miało coś wspólnego z walką”. Żakowski dodał, że „politykierzy”, którzy skazali wtedy miasto i ludność na katastrofę „wracają”: „Dzisiaj jest tego nie mniej, a może nawet więcej, niż wyprodukowała Sanacja”. To nieskrywana sugestia, że obecne rządy doprowadzą do kolejnej katastrofy.

 

Tezy Żakowskiego odnajdujemy w retoryce (post)komunistów: „Rozkaz, który mimo dramatycznych ostrzeżeń, że Powstanie najpewniej zakończy się zagładą ludności i miasta, został wydany. Pozytywne propagandowe efekty Powstania oraz zadane Niemcom straty nijak się mają do rozmiarów tragedii” – to wypowiedź sprzed lat senatora SLD Zdzisława Jarmużka, przedrukowana skwapliwie przez „Głos Kombatanta Armii Ludowej”. Pisemko to ówczesny szef Urzędu ds. Kombatantów Jacek Taylor oskarżył o fałszowanie najnowszej historii Polski i wyszydzanie narodu polskiego. Pisemko, skupiające „ludowych” partyzantów, ubeków i innych „utrwalaczy”, do dziś głosi takie kłamstwa. A SLD nadal powiela oszczerstwa, jakie wobec Powstania rzucali w PRL partyjni działacze i usłużni władzy historycy.

 

Ale właściwie dlaczego postkomuniści mieli zmienić zdanie? Gorzej, że na Powstanie plują też ci, którzy kiedyś byli w szeroko pojętej opozycji demokratycznej. Pamiętają Państwo programowy tekst „Polacy – Żydzi: Czarne karty powstania” w „Gazecie Wyborczej” z 1994 r.? Na 50. rocznicę godziny „W” Michał Cichy wysmażył paszkwil o tym, że jednym z celów powstańców było mordowanie Żydów. To miała być „pełna prawda” o Powstaniu Warszawskim. Zamiast prawdy były kłamstwa i manipulacje. Cichy hasłu: „AK – zapluty karzeł reakcji” nadał nowy sens. Nie tylko rozpoczął nową kampanię przeciwko Armii Krajowej i Powstaniu Warszawskiemu, która odbiła się szerokim echem na świecie, ale wniósł wielki wkład do trwającej od dawna, międzynarodowej akcji przedstawiającej Polaków jako antysemitów i morderców. Ta akcja trwa do dziś.

 

Demokratyczna opinia Warszawy zadawała sobie pytanie, z czym Mikołajczyk jedzie do Moskwy. Każdy przypuszczał, że ta wizyta może mieć doniosłe następstwa, ale nikt nie przypuszczał, że będą aż tak tragiczne, jak zniszczenie Warszawy podczas Powstania (…) Nikt nie przeczuwał, jaka koszmarna koncepcja wylęgła się w mózgach sanacyjnych inspiratorów Powstania, że wyrok śmierci na Warszawę został już podpisany przez Bora-Komorowskiego i Sosnkowskiego”. To już nie Jacek Żakowski w 2020 r. w tok.fm, ale tow. Zenon Kliszko (od 1931 r. członek Komunistycznej Partii Polski, potem PPR i PZPR) w 1962 r. w „Nowej Kulturze”.

 

Kazimierz Kąkol (komunistyczny prawnik, ekonomista, dziennikarz, od 1957 r. członek PZPR, w latach 70. kierownik Urzędu ds. Wyznań, w latach 80. dyrektor Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce i członek Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie PRL) „ujawniał” motywy rozpoczęcia Powstania: „Prawda o Powstaniu Warszawskim, jego genezie, koncepcji, organizacji, staje się prawdą coraz bardziej pełną. I kłopotliwą. Dla tych, którzy byli autorami powstania bądź nosicielami koncepcji politycznej >>dwóch wrogów<<, tkwiącej u źródeł decyzji”. (artykuł „Kłopoty z prawdą”, 6 sierpnia 1972, „Prawo i Życie”).

 

Jeszcze ciekawiej wypowiadał się na ten temat Kliszko: „Druga połowa lipca 1944 roku nie zapowiadała w niczym, że Warszawa zostanie wydana na zagładę i zniszczenie, jakiemu nie uległo żadne miasto w tej wojnie. (…) Zdawało się, że Armia Czerwona wkracza już do Warszawy. (…) Na Pradze widziano już czołgi sowieckie”. Kliszko sugerował, że wybuch Powstania opóźnił „wyzwolenie” Polski przez Sowietów. Przypominał, że w międzyczasie powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który spotkał się z krytyką „podziemnej prasy reakcyjnej”: „Zbieżność reakcyjnej propagandy z propagandą goebbelsowską była zadziwiająca. Jak wiemy, ta współpraca ideologiczna hitleryzmu z reakcją polską miała swoje tradycje. Najjaskrawiej wystąpiła po raz pierwszy w okresie kampanii katyńskiej”. A zatem – zdaniem komunistycznych dygnitarzy – Powstanie przerwało sielankę oczekiwania na Armię Czerwoną.

 

Jakie skutki miało wykazywanie zbieżności między „reakcyjną propagandą” AK a propagandą Goebbelsa? Po wojnie wielu polskich patriotów zostało skazanych (również na śmierć) za rzekomą „faszyzację kraju”.

 

Kliszko pisał: „W obliczu śmiertelnego wroga i śmiertelnego niebezpieczeństwa sanacyjne dowództwo AK nadal kontynuowało swą klikową politykę”. Autor wielokrotnie przeciwstawiał – co było zresztą regułą PRL-owskich ideologów – dowództwo Armii Krajowej prostym żołnierzom, którzy mieli być posyłani na rzeź przez tych pierwszych.

 

Myśl Kliszki rozwinął Ryszard Nazarewicz (partyjny historyk, po wojnie zastępca szefa stołecznego Urzędu Bezpieczeństwa w randze pułkownika; osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów): „Nie ma sprzeczności pomiędzy surową krytyką koncepcji politycznych leżących u jego [Powstania] podłoża oraz poczynań jego kierownictwa a podkreśleniem wielkiego znaczenia bohaterskiej walki ludu warszawskiego w powstaniu”.

 

Ponieważ AK-owcy byli po wojnie wrogiem nr 1 komunistów, ale ci ostatni nie mogli całkowicie zbagatelizować Powstania, wymyślili taką właśnie interpretację wydarzeń.

 

Nazarewicz pisał dalej: „Walka wykazała raz jeszcze nieugięty patriotyzm ludu Warszawy i jego bezkompromisowy stosunek do hitlerowskiego okupanta, udokumentowany najwyższymi ofiarami”, ale „stały się one konsekwencją polityki przywódców burżuazyjnych, gotowych na wszystko dla narzucenia Polski swej władzy”. Dowódcy AK „zawsze usiłowali się zasłonić, jak tarczą, bohaterstwem powstańców i ludności stolicy, a tragicznymi skutkami swej polityki obciążyć obóz lewicy polskiej i dowództwo radzieckie”.

 

W tym miejscu warto przywołać relację kuriera Jana Nowaka-Jeziorańskiego, przybyłego do Warszawy pod koniec lipca 1944 r. Na pytanie, które zadał Delegatowi Rządu Stanisławowi Jankowskiemu, kto podjął decyzję podjęcia walki o wyzwolenie Warszawy, usłyszał: „Proszę Pana, tę decyzję naród polski podjął przed pięcioma laty w pierwszych dniach okupacji Warszawy”.

 

Zgodnie z wcześniejszymi planami wojska marszałka Rokossowskiego miały zająć Warszawę do 6 sierpnia. Kontruderzenie niemieckie zatrzymało je co prawda, ale od 20 sierpnia mogły kontynuować natarcie. Stalin grał jednak na czas. Czekał, aż Warszawa się wykrwawi, aż zginą młodzi powstańcy, przyszła polska elita. Gdyby Niemcy nie stłumili Powstania, musiałby zniszczyć ich sam. Oszczędził swoich ludzi i pociski.

 

Tadeusz Płużański

Jak w „Trybunie Ludu” – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o chocholim tańcu wokół daty 22 lipca

Pałac Stalina – kiedyś opiewany przez „Trybunę Ludu”, dziś „Gazetę Wyborczą”. 22 lipca 1955 r. – ten dzień otwarcia „daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego” wybrano nieprzypadkowo: to rocznica zniewolenia Polski przez Sowietów. 22 lipca 1944 r. i sowieckie „wyzwolenie” też znajduje uznanie na Czerskiej.

 

22 lipca 2015 r. pod hasłem „Największe urodziny w mieście”, stołeczny magistrat – wówczas pod wodzą Hanny Gronkiewicz-Waltz – reklamował cykl (tygodniowych!) imprez na cześć jubilata. Były toasty, lasery, fajerwerki, tańce i koncert Zbigniewa Wodeckiego. Równie radośnie świętowano też jubileusz osiedla Przyjaźń na Jelonkach, wybudowanego dla sowieckich budowniczych PKiN (żyli tam pod ścisłą ochroną sołdatów; 16 z nich zginęło). W „Gazecie Wyborczej”, która cieszyła się radością HGW i jej urzędników, też zapewne strzelało „sowietskoje igristoje”.

 

22 lipca 1955 r. premier rządu PRL Józef Cyrankiewicz, oraz sowiecki ambasador Pantelejmon Kondratowicz Ponomarienko oświadczyli, iż: „uważają wybudowany przez Związek Radziecki w stolicy Polski – Warszawie – Pałac Kultury i Nauki za symbol wieczystej, niewzruszonej przyjaźni narodów radzieckiego i polskiego„. Placem Defilad, jak dziś placem Czerwonym w Moskwie, paradowały ruskie czołgi. Huczały ruskie armaty. Tym wszystkim zachwycała się „Trybuna Ludu”. Tak jak ponurym żartem, że ponad dwa lata wcześniej – 7 marca 1953 r. – PKiN nadano imię „darczyńcy”, zmarłego dwa dni wcześniej Józefa Stalina.

 

Tak jak do PKiN, tak sentyment do PKWN, i sowieckiego „wyzwolenia” mają do dziś media w Polsce. Jakby zapominały o podstawowych faktach: że datowany na 22 lipca 1944 r. Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie był ani polski, ani nie zakładał wyzwolenia Polski, tylko jej zniewolenie. Nie powstał również i nie został ogłoszony w Chełmie, ale w Moskwie. Sankcjonował objęcie władzy w naszym kraju przez szajkę komunistycznych zbrodniarzy działających na pasku Stalina.

 

Przywołam jeden – ale jakże charakterystyczny – artykuł Michała Cichego (tak, tego samego, który napisał wcześniej „Polacy – Żydzi: Czarne karty Powstania”) pt. „1945: Koniec i Początek” (26 maja 1995). Zdaniem dziennikarza „Gazety Wyborczej” 1945 rok to „Koniec” okropnej okupacji hitlerowskiej i „Początek” prawdziwego i niemal niczym niezmąconego wyzwolenia. Cichy uznał, że twierdzenia o nowej, tym razem sowieckiej okupacji, są grubo przesadzone. Na widok Sowietów „tłum dookoła szalał z radości, obsypywał żołnierzy kwiatami, śmiał się i płakał…„. Wszyscy się cieszyli, chodzili do kin i teatrów, na zakupy, rozpoczynali naukę i pracę. Nade wszystko pili i rozmnażali się – kobiety chętnie oddawały się przygodnym mężczyznom („wyzwolenie erotyczne„), czasem dochodziło do grabieży, ale dla Rosjan rabunek był „ekonomiczną koniecznością„. Słowem – istna sielanka. Do redakcji na Czerskiej napłynęło wiele listów. Większość napisali „zwykli ludzie” w tonie entuzjastycznym: „dziękuję za bezstronny i wnikliwy opis wydarzeń po wkroczeniu Armii Czerwonej„, „żołnierze pozdrawiali nas wesoło”.

 

Będzie trwał tak jak miłość do dziecka. (.) Będzie trwał tak jak przyjaźń radziecka” – pisał o Pałacu Kultury i Nauki… Jan Brzechwa. I tak PKiN – symbol sowieckiego zniewolenia – trwa już kilka dziesięcioleci. Tak jak trwają nieosądzeni zbrodniarze komunistyczni, do dziś często z ogromnymi resortowymi emeryturami, czy ulice czerwonych patronów, których przywrócił następca HGW – Rafał Trzaskowski.

 

Ale tak jak szczęśliwie nie wszyscy zachwycają się sowieckim „wyzwoleniem” i Manifestem PKWN, tak nie wszystkim podoba się „Pekin”. Nie podobał się z pewnością twórcy tego określenia – Leopoldowi Tyrmandowi („Pekin” nawiązuje do nazwy pewnej przedwojennej kamienicy, w której funkcjonowała agencja towarzyska).

 

I „Pekin”, czyli Pałac Stalina, nie podoba się też dziś przynajmniej części środowisk patriotycznych, które domagają się jego rozbiórki. Podobnie jak wyniesienia ze stołecznych Powązek Wojskowych komunistycznych zbrodniarzy. Aby przyjaźń polsko-radziecka przestała w końcu trwać.

Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: 14 czerwca – dzień, którego nie ma

14 czerwca to Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady. Rocznica pierwszego transportu Polaków do Auschwitz w 1940 r. Niestety, media albo przemilczają, albo zakłamują historie niemieckich katów i polskich ofiar Auschwitz, Ravensbruck i innych miejsc zagłady.

 

14 czerwca 1940 r. z Tarnowa do Auschwitz Niemcy przewieźli 728 mężczyzn. Byli to głównie młodzi ludzie, żołnierze września 1939 r., członkowie tajnych organizacji. Powtórzmy – Niemcy przewieźli Polaków. Niemieccy oprawcy wrzucili polskich więźniów do bydlęcych wagonów, aby ich dalej eksterminować w tworzonym przez siebie obozie koncentracyjnym. Tymczasem współczesne niemieckie gazety mają czelność pisać o „polskich obozach koncentracyjnych”.

 

„Brednie Morawieckiego”

 

Właśnie, Niemcy – to szczególnie skandaliczne, kiedy Niemcy produkują i rozpowszechniają kłamstwa medialne o Auschwitz i innych niemieckich obozach sprzed lat. Ale podobne fałszerstwa pojawiają się też w Polsce. Niesłychane, bo to tak, jakby współcześni Polacy mieli w poważaniu cierpienia swoich ojców i dziadków.

 

Brednie Morawieckiego w Oświęcimiu nie do zniesienia. Chce przerzucić zbrodnie nazistów na naród niemiecki” – taki ubiegłoroczny Twitt Izabeli Leszczyny cytowały media od lewa do prawa. Posłanka PO wpisała się tym samym w hejt wobec premiera RP. Skąd ten hejt? Podczas uroczystości 74 rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz – w styczniu 2019 r. – Mateusz Morawiecki stwierdził, że Holocaustu nie dokonali żadni naziści, lecz Niemcy hitlerowskie. Słowom szefa rządu nie mogła się nadziwić „Gazeta Wyborcza”, czy spokrewniony portal oko.press.pl. Dlaczego? Bo Niemcy nie mieli, nie mają i nie mogą mieć z eksterminacją Polaków nic wspólnego.

 

Głos zabrał wówczas również dyrektor Muzeum Auschwitz Piotr Cywiński: „Dlaczego media używają języka wojny dla opisania pokoju? Już zaczęliśmy za to płacić”. Sugestia odnosiła się nie do historii, ale współczesności: że do śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza doprowadziły media (publiczne). Tych słów słuchał przedstawiciel prezydenta minister Wojciech Kolarski, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Piotr Gliński. Podziwiam szczególnie spokój tego ostatniego: bo minister kultury nadzoruje muzeum Auschwitz, a dyr. Cywiński jest ministra podwładnym. Spokój spokojem, ale do dziś nie wyciągnięto konsekwencji wobec krnąbrnego urzędnika, którego działania oceniane są przez wielu – w tym ofiary i rodziny ofiar niemieckich obozów  – jako nie licujące z polską racją stanu.

 

Technika nazistów

 

Niestety to nie koniec zakłamywania historii Auschwitz. Były więzień Leon Weintraub, który do obozu trafił w sierpniu 1944 r., podczas oficjalnych uroczystości mówił, że „technikę masowego i przemysłowego mordowania” wprowadzili naziści [nie Niemcy]. A później wypalił ciężką amunicją, że naziści są do dziś w Europie, a szczególnie w Polsce.

 

Jakieś usprawiedliwienie dla słów byłego więźnia? Żadnego. Nie może być nim również to, że na co dzień p. Weintraub mieszka w Szwecji, gdzie poprawność polityczna nakazuje mówić o „polskich obozach koncentracyjnych” i w Polakach, nie Niemcach widzieć nazistów.

 

„Po terenie biegają faszyści”

 

 

Ale to nie tylko problem Szwecji. Prym w zrzucaniu odpowiedzialności za zło II wojny światowej z Niemców na Polaków wiodą… Niemcy. „Czy można zgodzić się na to, by goście z symbolami antysemickich ugrupowań upamiętniali swoich zmarłych w Ravensbrueck?” – zastanawiała się Insa Eschebach, dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck w wywiadzie dla niemieckiego „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

 

Jakie to antysemickie symbole? Opaski Narodowych Sil Zbrojnych i transparenty „German Death Camps. Not Polish. Remember„. Na nic zdały się tłumaczenia polskiej ambasady, że kobiety z NSZ były więzione w Ravensbrueck. Pani dyrektor z rozrzewnieniem wspominała, że „w czasach NRD i w pierwszych latach po demokratycznym zwrocie (uroczystości) przebiegały bardziej harmonijnie”. A teraz były skargi, że „po terenie (obozu) biegają faszyści”. Faszyści, czyli Polki, Polacy.

 

Zachowanie Polaków podczas uroczystości dyrektor Muzeum KL Ravensbrueck oceniła jako… „uprawianie polityki historycznej„, co „bardzo przybiera na sile (…) na fali neonacjonalistycznych procesów”. Czyli kto jest nazistą? Polacy. Naziści, faszyści – wszystko jedno. Plan jest taki, aby odpowiedzialnymi za wszelkie zło tego świata, a przede wszystkim za zło niemieckiego nazizmu byli Polacy.

 

„Brednie Szydło”

 

Przed „bredniami Morawieckiego” były „brednie Szydło”. W czerwcu 2017 r. premier rządu RP powiedziała: „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby uchronić swoich obywateli”. Powiedziała oczywistą oczywistość, odnosząc się do historycznych faktów, że Polacy, w tym mieszkający w okolicy niemieckiego obozu, starali się ratować więźniów – przecież przez pierwsze lata przede wszystkim obywateli polskich.

 

Premier Beata Szydło tymi słowami wywołała polityczną burzę. No bo jak to, przecież poprawno-polityczna wersja brzmi: w Auschwitz ginęli Żydzi, a że wielu było obywatelami Rzeczpospolitej – kogo to obchodzi. A że Auschwitz Niemcy stworzyli dla eksterminacji Polaków, polskich elit – to tylko zaciemnia obraz Holocaustu Żydów.

 

Po słowach premier Szydło larum podniosła krajowa opozycja, a także – z Brukseli – Donald Tusk. Że to skandal i wykorzystywanie Auschwitz do bieżących celów (można spytać – wykorzystywanie w jaki sposób?). Taki przekaz dnia popłynął następnie w świat – dzięki polskim, a może bardziej polskojęzycznym mediom. I znów Polska została napiętnowana jako kraj zaściankowy, ksenofobiczny, który nie potrafi nawet uszanować pamięci ofiar.

 

I skandalem jest zarówno to, że 14 czerwca, w rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz o „polskich obozach koncentracyjnych” piszą niemieckie gazety. Ale nie mniej kompromitujący jest fakt, że przeciw temu kłamstwu oświęcimskiemu nie protestują polskie, a może bardziej polskojęzyczne media. A także polscy, a może bardziej polskojęzyczni politycy. Że te media i ci politycy z łatwością pomijają polskie ofiary Auschwitz i polskie transporty – w tym pierwszy z 14 czerwca 1940 r.

 

Tadeusz Płużański

Pilecki nie był konfidentem UB! – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o tym, jak media kłamią na temat bohatera

25 maja – w rocznicę zamordowania w 1948 r. – rtm Witold Pilecki jest dziś upamiętniany, ale są też tacy, którzy go atakują. W książkach, mediach wciąż pojawiają się kłamstwa o ochotniku do Auschwitz, jakby żywcem wyjęte z komunistycznej propagandy. Autorzy ataków – z lewa i prawa – czytają akta UB tak, jakby katownia bezpieki przy ul. Rakowieckiej 37 była sanatorium.

 

Zaczęło się od tego, że literaturoznawca prof. Andrzej Romanowski w tygodniku „Polityka” (nr 20/2013) opublikował tekst „Tajemnica Witolda Pileckiego”. Sugerował w nim, że Pilecki nie był postacią jednowymiarową, że akceptował władzę komunistyczną i sypał w śledztwie do tego stopnia, że stał się konfidentem UB. Twierdził też, że nie ma dowodów na to, że rotmistrz był torturowany. Romanowski postawił zatem tezę, że Pilecki nie był tak do końca bohaterem, jakim chcielibyśmy go widzieć.

 

Pilecki nie doniósł na Płużańskiego

 

Na zarzuty odpowiadał Jacek Pawłowicz, historyk, w wywiadzie dla „Super Expressu”: „Jego [Romanowskiego] tekst jest wyjątkowo plugawy i kłamliwy. Przez myśl by mi nie przeszło, że człowiek posługujący się tytułem profesorskim może zniżyć się do poziomu kloaki.”

 

Pawłowicz ujawniał motywy autora tekstu w „Polityce”: „W obrzydliwy sposób posłużył się Pileckim, by zaatakować Instytut Pamięci Narodowej”.

 

Wątek rozwinął, także w „Super Expressie”, dr Łukasz Kamiński, ówczesny prezes IPN: „Wolałbym, żeby Romanowski skupiał się nadal na atakach na Instytut, a nie bawił w historyka zajmującego postaciami z naszej historii. Z jego tekstu wynika bowiem, że nie ma o warsztacie historyka najmniejszego pojęcia. I ofiarą jego niewiedzy pada rotmistrz Pilecki.”

 

Romanowski swój wywód oparł na protokole przesłuchania rotmistrza Pileckiego przez funkcjonariusza UB wkrótce po aresztowaniu – 8 maja 1947 roku. Zeznania zapisane ręką UB-eka wyrywa z kontekstu i czyta linearnie na zasadzie: skoro Pilecki był pytany o to, czy zna Tadeusza Płużańskiego (mojego Ojca, członka grupy rotmistrza) i Pilecki potwierdził, to znaczy, że doniósł na Płużańskiego.

 

Nabijany na nogę od stołka

 

IPN wydał w tej sprawie publikowane w mediach oświadczenie: „Romanowski w żaden sposób nie odnosi się do faktu, że 8 maja 1947 roku rtm. Witolda Pileckiego przesłuchiwał Eugeniusz Chimczak, jeden z najokrutniejszych stalinowskich śledczych w Polsce. (…) Romanowski ignoruje powszechnie dostępną wiedzę o stalinowskich metodach śledczych, a w szczególności relacje świadków o torturach wobec rotmistrza Pileckiego. Według relacji sądzonych razem z nim współwięźniów – Tadeusza Płużańskiego i Marii Szelągowskiej, a także księdza Antoniego Czajkowskiego – w czasie przesłuchań rotmistrz był torturowany, wyrwano mu paznokcie z rąk i nóg, miał miażdżone jądra, był nabijany na nogę od stołka”.

 

Do tej kwestii odniósł się również dr Łukasz Kamiński: „W aktach Pileckiego pada stwierdzenie o śledztwie <<operatywnym>>. To był szczególny rodzaj intensywnego śledztwa. Prof. Romanowski swoim tekstem usiłuje nas skłonić do zapomnienia o wszystkim, co wiemy o przebiegu śledztw w latach 40. czy 50. A oprócz tortur fizycznych był też element szantażu z prześladowaniem rodziny.”

 

Z pobudek patriotycznych

 

Andrzej Arseniuk, rzecznik prasowy IPN, podniósł jeszcze jeden ważny argument (www.polskieradio.pl): „Według znanych przekazów nikt ze współoskarżonych nigdy nie formułował żadnych zastrzeżeń co do postawy rotmistrza Pileckiego w śledztwie”.

 

Potwierdzam – Tadeusz Płużański (mój Ojciec) nazywał swojego dowódcę „świętym polskiego patriotyzmu”, a więc jak święty może być kapusiem?

 

A za podsumowanie wątku niech posłuży dwugłos RomanowskiKamiński. Prof. Romanowski napisze, że Pileckiegoskazano za szpiegostwo. (…) a żadne państwo nie lubi szpiegostwa”. Na co dr Łukasz Kamiński odpowie: „Cała trójka skazanych na śmierć [Pilecki, Płużański, Szelągowska] nie przyznała się do szpiegostwa. Mówili wprost, że pracowali na rzecz polskich władz, kierując się pobudkami patriotycznymi”.

 

A gdzie wyjątkowość Holocaustu?

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego i jego „oryginalnego” podejścia do akt śledczo-procesowych grupy rotmistrza pójdą inni dziennikarze – prócz (post)komunistycznej „Polityki”, również np. tej samej proweniencji – „Przeglądu”.

 

Pójdzie też historyk dr Ewa Cuber-Strutyńska, która w periodyku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” (wydawany przez Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN) napisze m.in.: „Pilecki nie był – jak się przyjęło powszechnie uważać – inicjatorem przedostania się do obozu. Dlatego też właściwsze jest traktowanie misji „Witolda” w kategoriach realizowania rozkazu przełożonych niż uznanie jej za dobrowolne poświęcenie”. Autorka stara się nas przekonać, że Pilecki żadnym ochotnikiem do Auschwitz nie był!

 

Albo stwierdzi tak: „>>Raportu W<< [opisującego przez Pileckiego sytuację w KL Auschwitz] nie można traktować jako raportu sensu stricto o Holocauście, ponieważ na kilkudziesięciu stronach informacje dotyczące traktowania Żydów i wskazujące na ich zagładę pojawiły się zaledwie kilka razy, bez wyróżnienia ich szczególnej sytuacji”. To kolejny nonsens, bo przecież nie jest istotne, ilu się słów użyje, najważniejszy jest cel: a Pilecki chciał powstrzymać ludobójstwo dokonywane przez Niemców w Auschwitz i na Polakach i na Żydach.

 

Od duchowości do zdrady

 

Śladem literaturoznawcy prof. Andrzeja Romanowskiego pójdzie też filozof dr Anna Mandrela, która od rozważań o duchowości Pileckiego przejdzie do wymagającego dużego doświadczenia tematu komunistycznych służb specjalnych. Do jej twórczości, prezentowanej w tzw. mediach narodowych, można by odnieść większość cytowanych w tekście opinii Jacka Pawłowicza czy dr Łukasza Kamińskiego, chociaż zapewne na pani filozof nie zrobiło by to większego wrażenia. Bo wieloletni (często – jak w przypadku prof. Wiesława Wysockiego sięgający okresu PRL) dorobek historyków badających życiorys Witolda Pileckiego zdaje się całkowicie bagatelizować. Szczególnie musi dziwić ignorowanie badań najlepszego znawcy rozpracowania grupy Rotmistrza dr Tomasza Łabuszewskiego. Ten historyk z IPN w ostatnim wywiadzie dla Polskiego Radia 24 (23 maja 2020 r.) na podstawie wszechstronnej analizy akt powtórzył ponad wszelką wątpliwość, że Witolda Pileckiego, Tadeusz Płużańskiego i pozostałych wywiadowców rozpracowało trzech agentów bezpieki (zresztą wszyscy członkowie przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego), w kolejności alfabetycznej: Wacław Alchimowicz, Kazimierz CzarnockiLeszek Kuchciński.

 

Tadeusz Płużański

Co to za afera? – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

No i się zrobiła burza w szklance wody. Nie byłem i nie jestem dziennikarzem radiowej „Trójki”. Nie znam się na tamtejszych personaliach: kto, z kim i dlaczego. Wypowiem się tylko w kwestii równego traktowania i historii.

 

Czytamy komunikat dyrektora i redaktora naczelnego „Trójki” Tomasza Kowalczewskiego: „Szanowni Słuchacze, podczas elektronicznego głosowania nad Listą Przebojów Trójki w dn. 15.05.2020 r. został złamany regulamin i do głosowania wprowadzono piosenkę spoza listy. Nadto dokonano manipulacji przy liczeniu głosów oddawanych na poszczególne piosenki, co zafałszowało wynik końcowy. W związku z tym Redakcja podjęła decyzję o unieważnieniu tego głosowania

 

Przeczytaliśmy? Ale czy na pewno? Uważnie i ze zrozumieniem? Jeśli tak, to o co ta cała awantura?

 

Rozumiem, że każdy program ma swoje reguły. Nawet Lista Przebojów w tej „starej, dobrej >>Trójce<<. I jeżeli ktoś reguły łamie, a tu – jak czytamy – reguły zostały złamane dwukrotnie, ponosi konsekwencje. Proste? Tak powinno być, ale jak widać nie dla wszystkich. I nawet najlepsza piosenka Kazika, skądinąd jednego z moich ulubionych Twórców (choć tekst utworu „Twój ból jest lepszy niż mój” uważam za nieprawdziwy, krzywdzący, dziwnie tożsamy z totalniacką propagandą) powinna podlegać tym samym regułom, co inne piosenki innych wykonawców. Czyż nie tak?

 

Ale w tej całej awanturze, która w związku z piosenką Kazika się rozpętała, tej wymianie pism, wyjaśnień, odejściach dziennikarzy, jakimś przedziwnym bojkocie stacji przez kolejnych artystów (ok, to pewnie solidarność zawodowa), zaniepokoiło mnie co innego. Bo cóż znaczy „stara, dobra >>Trójka<<”. To, rozumiem ta „Trójka” z czasów komuny i postkomuny. Przyznaję, wtedy – za komuny – jej słuchałem, słuchałem bardziej niż teraz, bo teraz zwyczajnie nie mam czasu.

 

Wtedy, w czasach pogardy – a „Lista Przebojów” pojawiła się w stanie wojennym – była powiewem wolności. Jako młodego chłopaka nie obchodziło mnie, czy była to wolność kontrolowana (że tak było, chyba nikt nie ma wątpliwości – tak jak wentylem bezpieczeństwa był festiwal w Jarocinie). Dziś o tamtych czasach chcę wiedzieć i wiem więcej. Dlatego dla mnie nie jest to „stara i dobra >>Trójka<<”, tylko po prostu „Trójka”. Bo „stara, dobra” ma być przeciwieństwem obecnej – nowej i niedobrej. Według tej logiki wtedy, przez dziesięciolecia „Trójka” była „bezpartyjna” – tak jak „bezpartyjny” był morderca Bierut, a partyjna stała się dopiero w 2015 r., razem z objęciem władzy przez Zjednoczoną Prawicę.

 

Przypomnę jeszcze, że „stara, dobra >>Trójka<<” powstała 1 kwietnia 1962 roku, a 21 października 1963 roku rządzący komuniści zamordowali ostatniego Żołnierza Wyklętego Józefa Franczaka, ps. „Laluś”. Potem była jeszcze m.in. masakra na Wybrzeżu w 1970 roku i stan wojenny. „Trójka’ grała, gdy czerwoni mordowali ks. Jerzego Popiełuszkę, Grzegorza Przemyka i wielu innych Polaków. Nawiasem mówiąc, ktoś wtedy w „Trójce” protestował? Odchodził? Bojkotował?

 

Znając historię nie zgadzam się na określenia typu: teraz jest gorzej niż za komuny, PiS jest gorszy od PZPR, a Kaczyński od Jaruzelskiego. Bo to po prostu kłamstwa. Bo twierdzenia o zawłaszczaniu mediów publicznych, w tym „Trójki” byłyby prawdziwe, gdyby strażnikami wolności słowa byli komuniści i postkomuniści.

 

Koniec „Trójki”? Koniec Listy Przebojów? Z powodu złamania regulaminu? Wolne żarty. No chyba, że nie o regulamin tu chodzi.

 

Tadeusz Płużański

Duch Stalina – TADEUSZ PŁUŻANSKI o manipulacjach wokół zakończenia II wojny światowej

Większość mediów w Polsce – od prawej strony do lewej – zgadza się, że w maju 1945 r. zakończyła się w Europie II wojna światowa. Schody – również medialne – zaczynają się przy ocenie tego, co było potem. Czy Polska była suwerenna, czy okupowana przez Sowietów. I może w takim razie ład pojałtański pożegnaliśmy dopiero w 1989 r., albo jeszcze później?

 

W tym miejscu krótkie przypomnienie – koniec wojny ogłoszono 8 maja 1945 r. o godz. 15.00. Dzień wcześniej, 7 maja, Niemcy podpisały kapitulację we francuskim Reims, w obecności przedstawicieli Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRS. Rosjanie zażądali jednak od Niemiec osobnego podpisania kapitulacji. Nastąpiło to w Berlinie ok. północy z 8 na 9 maja.

 

„Życie Warszawy” w wydaniu nadzwyczajnym krzyczało tytułem: „Niemcy skapitulowały!” Dalej, w nagłówku, można było przeczytać: „Po 2077 dniach najkrwawszej w dziejach świata wojny. Wczoraj o godzinie 23.01 padł rozkaz przerwania działań wojennych w Europie, na morzu, lądzie i w powietrzu”.

 

Polska pozostała wierna sowieckiej wersji aż do… 2015 r., bo dopiero wtedy parlament RP przegłosował przesunięcie tego dnia na 8 maja. Ale czy w ogóle świętowanie Dnia Zwycięstwa ma sens?

 

Dukaczewski dla „Wyborczej”

 

Przypominam sobie 8 maja 2000 r., moment znamienny, skutkujący do dziś. Wtedy bowiem, w rocznicę zakończenia wojny, po przemówieniu Aleksandra Kwaśniewskiego miał wystąpić prezes Światowego Związku Żołnierzy AK płk Stanisław Karolkiewicz (walczący z Niemcami i Sowietami żołnierz AK i WiN). Nie wystąpił, bo Kancelarii Prezydenta (a oficjalnie innym organizacjom kombatanckim) nie spodobało się przemówienie reprezentanta AK-owców.

 

„Gazeta Wyborcza” odnotowała skandal średniej wielkości zdjęciem, przedstawiającym dwójkę uśmiechniętych kombatantów (kobietę i mężczyznę), obwieszonych orderami (głównie sowieckimi, kobieta miała ich ponad 20, mężczyzna chyba koło 40-tki). W niewielkiej informacji poniżej dziennikarz wyraził żal, że „obchody miały być manifestacją jedności ruchu kombatanckiego. Nie były”, a dalej, że „zbojkotował je Światowy Związek Żołnierzy AK”, co było tylko częścią prawdy, a właściwie konsekwencją politycznego (czytaj: komunistycznego) kłamstwa. Bo „Wyborcza” cytowała dalej Marka Dukaczewskiego (tak, tak, tego Dukaczewskiego z WSI, wówczas ministra u prezydenta Kwaśniewskiego), który nie widział problemu w odsunięciu od uroczystości przedstawicieli ŚZŻAK, bo „w uroczystości brali udział b. żołnierze AK z innych związków kombatanckich”. Dukaczewski „zapomniał” powiedzieć, że to związki post-zbowidowskie, czyli post-komunistyczne. Wśród nich: Związek Kombatantów RP, Związek Żołnierzy LWP, Związek Oficerów WP. Dukaczewski był znany z tego, że to ich działania gloryfikował, a szczególnie zbrojnego ramienia komunistów: Armii Ludowej. A dziennikarz „GW” nie ciągnął tematu, bo i po co.

 

Koniec wojny nie nastąpił

 

Co się nie spodobało w przemówieniu płk Karolkiewicza? Informował o tym „Dziennik Polski” z 9 maja 2000 r. Przypominanie sowiecko-niemieckiego paktu z 1939 r. Akcji „Burza” i Powstania Warszawskiego. W końcu – co najbardziej musiało boleć towarzyszy KwaśniewskiegoDukaczewskiego – słowa prawdy o fałszowaniu historii w PRL, stalinowskich represjach, procesie 16-tu, katowniach UB i NKWD, Archipelagu Gułag, tragicznej walce i ofierze żołnierzy II konspiracji niepodległościowej.

 

I teraz sprawa kluczowa dla naszych rozważań. Bo ten sam „Dziennik Polski” cytował opinię płk Stanisława Karolkiewicza o tym, że prawdziwy koniec wojny nie nastąpił ani 8, ani 9 maja 1945 r. Nie nastąpił nawet w 1989 r., razem z obaleniem komunizmu. Ani w 1993 r., kiedy z Polski wyjechały ostatnie okupujące nasze ziemie wojska rosyjskie. Prawdziwy koniec wojny – w opinii prawdziwego polskiego kombatanta – tożsamy z Dniem Zwycięstwa, nastąpi dopiero wtedy, gdy przywódcy Rosji ujawnią i potępią wszystkie zbrodnie komunizmu i napiętnują ich sprawców.

 

A Światowy Związek Żołnierzy AK „zbojkotował uroczystości” (jak tego chciała „Gazeta Wyborcza”) dopiero po odrzuceniu ich przemówienia przez organizatorów, aby swoją obecnością na Placu Piłsudskiego nie firmować fałszowania historii.

 

Co zrobi Stalin

 

Nietypowo jak na siebie w tamtych czasach zachowała się publiczna TVP zarządzana przez lewicę, a konkretnie Roberta Kwiatkowskiego. 9 maja 2000 r., po nowej produkcji Izabeli Cywińskiej – filmie „Cud Purymowy” (o Polaku-antysemicie, który dowiedział się, że jest Żydem), pokazała dokument o zakończeniu wojny. Kombatanci opowiadali w nim nie tylko o radości z pokonania Niemców, ale również o strachu przed Sowietami. Niektórzy pamiętali wejście Armii Czerwonej w 1939 r., inni w maju 1945 r. siedzieli w sowieckich łagrach, jeszcze inni rozbijali ubeckie więzienia. Co zastanawiające, film był podobny w treści do zablokowanego przemówienia prezesa ŚZŻAK. A może po prostu dały o sobie znać podziały na lewicy?

 

Podobnie zresztą komuniści byli podzieleni 8 maja 1945 r. Wtedy zebrała się stworzona przez nich Krajowa Rada Narodowa. „Marszałek” Michał Rola-Żymierski mówił, że to właśnie 8 maja powinien być uznany za dzień zakończenia wojny, a przesunięcie daty na 9, czy 10 maja będzie historycznym błędem. Inni członkowie KRN, z Bierutem na czele, stwierdzili jednak, że należy poczekać, co zrobi tow. Stalin. Generalissimus postanowił: 9 maja i ten dzień był przez cały PRL obchodzony (oczywiście tylko oficjalnie) jako Dzień Zwycięstwa. To kolejny dowód na to, jak rodzimi komuniści byli podporządkowani Moskwie.

 

„Życie Warszawy” przywoływało artykuł 1 dekretu KRN: „Celem upamiętnienia po wsze czasy zwycięstwa Narodu Polskiego i Jego Wielkich Sprzymierzeńców nad najeźdźcą germańskim, demokracji nad hitleryzmem i faszyzmem, wolności i sprawiedliwości nad niewolą i gwałtem – dzień 9 maja, jako dzień zakończenia działań wojennych, stanowić będzie Narodowe Święto Zwycięstwa i Wolności”.

 

Maj 1945 a walka Wyklętych

 

I to podporządkowanie Moskwie pozostało. Mimo symbolicznego przeniesienia Dnia Zwycięstwa z 9 na 8 maja, duch Stalina, Bieruta, a potem KwaśniewskiegoDukaczewskiego wciąż trwa, unosi się nad Polską. Dlatego do dziś w wielu mediach umniejsza się zbrodnie sowieckie (pisałem o tym w tekście dla portalu sdp.pl „Kto fałszuje prawdę o Katyniu, 8 kwietnia 2020). Dlatego też z wielkim zapałem opluwa się tych, którzy walczyli po 1945 r., bo jeśli wojna się skończyła, i nastał czas pokoju, to po lasach chowali się tylko przestępcy i bandyci.

 

Przykładów takiej twórczości mamy multum, by wymienić tylko te najbardziej charakterystyczne:

 

„Gazeta Wyborcza” w artykule „Dzień <<żołnierzy wyklętych>>, czyli radosne święto wojny domowej, autorstwa Radosława Wiśniewskiego z 29 lutego 2020;

 

„Polityka”, rozmowa Violetty Krasnowskiej z prof. Rafałem Wnukiemo micie wyklętych, czyli szantażu patriotycznym, który zniekształca naukę i dzieli społeczeństwo”, 14 marca 2017;

 

I na koniec w „Przeglądzie”, Paweł Dybicz, 24 lipca 2017, stosuje ciekawy manewr wyrażony w tytule artykułu: „Wyklęci to nie AK”.

 

W kontekście notorycznego zakłamywania naszej historii lokowanie końca wojny 8 czy 9 maja 1945 r. nie ma większego znaczenia (najlepiej byłoby w Polsce to święto w ogóle znieść). A znając fakty uznać należy, że walka Polaków o wolność i niepodległość – walka z Sowietami i komunistami – trwała jeszcze wiele lat, a nawet dekad, a nie pomyli się ten, kto stwierdzi, że walka o pamięć trwa do dziś.

 

Tadeusz Płużański

TADEUSZ PŁUŻAŃSKI: Jak media niszczą prezydenta Kaczyńskiego

Minęła 10 rocznica katastrofy smoleńskiej i takaż sama uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej w Warszawie i Krakowie. Wróciło pytanie o dorobek śp. profesora Lecha Kaczyńskiego i tego, jak był niszczony. Niechlubną rolę odegrały media III RP. Hejtowanie trwa do dziś.

 

Nieprzypadkowo Marcin Wolski napisał po Smoleńsku wiersz dedykowany mediom:

 

Bo pamięta poeta, zapamięta też naród

wasze jady sączone, bez ustanku dzień w dzień.

Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru…

Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!”

 

Wielką, niespotykaną wcześniej kampanię nienawiści wobec głowy państwa skomentował prof. Zdzisław Krasnodębski, w słynnym tekście dla „Rzeczpospolitej” (14.04.2010): „Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godność najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej”. Socjolog gorzko puentował: „Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu.” A od siebie dodawał ocenę, kierowaną w dużej mierze pod adresem mediów: „Gardzę wami”.

 

 „Ofiary politycznego sporu”

 

W tym roku, w tej samej „Rzeczpospolitej” (28.02.2020) czytamy tekst pod znamiennym tytułem: „Żołnierze Wyklęci, ofiary politycznego sporu”. Tekst zawiera takie, pozornie obiektywne stwierdzenie: „Dokładnie dziesięć lat temu śp. Lech Kaczyński złożył w Sejmie projekt ustawy, która 1 marca ustanowiła Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Inicjatywa zmarłego kilka tygodni później prezydenta wynikała z faktu, że po upamiętnianiu Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Solidarności coraz większe społeczne zainteresowanie, najczęściej całkiem oddolne, budzili Wyklęci.” Możemy te słowa odczytać jako pochwałę wrażliwości Lecha Kaczyńskiego, dobrego odczytywania nastrojów społecznych, ale też jako zachowanie politycznie koniunkturalne. Ale to nic.

 

Droga do dyktatury

 

Polscy niepodległościowcy zmagający się po 1944 roku z drugim sowieckim okupantem i dedykowane im przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego święto – Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych – to jeden z najważniejszych punktów dorobku głowy państwa. Część składowa jakże ważnej dla Niego polityki historycznej do dziś powoduje prawdziwą medialną kanonadę.

 

Nie będę przywoływał haniebnych opinii polityków lewej, (post)komunistycznej strony, w tym brylującej w hejcie na Wyklętych Joanny Senyszyn. O tym barbarzyństwie myślowo-słownym pisałem wielokrotnie, również na tym portalu. Przywołam typowy dla wspomnianych środowisk tekst medialny z portalu koduj24.pl, z 2016 roku (choć mógł się on ukazać w dowolnym miejscu i momencie po 2010 roku): „Historia na usługach polityki i poglądów to nie historia, to czysta konfabulacja, która prowadzi donikąd. Jedno jest pewne – każdy system dyktatorski buduje swoją siłę na legendach. Tworzy je, wbija swoim obywatelom do głów, uzasadniając swoją rację, swoją prawdę, swoją niezłomność i wyższość. Hitler odwoływał się do mitów starogermańskich, wyższości rasy aryjskiej. Mussolini budował Wielkie Włochy, które miały być kontynuacją Imperium Rzymskiego. Co robi PiS? Wykorzystuje Lecha Kaczyńskiego, by oprzeć się na legendzie smoleńskiej i dorzuca do tego, ot tak, w pakiecie, Żołnierzy Wyklętych. To ma być podstawa nowej Polski. To mają być jej bohaterowie, których czczenie da przyzwolenie na wszystko, co wykombinuje poseł K. To ma być siła, wokół której zbiorą się prawdziwi, polscy patrioci i poprowadzą nas drogą do dyktatury.”

I choć w tym przypadku Lech Kaczyński nie jest podmiotem ataku, to został sprytnie wkomponowany w dyktatorską koncepcję państwa jego brata „posła K”.

 

„Newsweek” jak Senyszyn

 

Podobne teksty, z inaczej rozłożonymi akcentami, mniej czy bardziej złośliwe, agresywne, tendencyjne i nieprawdziwe można było przeczytać na przestrzeni ostatniej dekady w wielu tytułach, by wymienić tylko „Gazetę Wyborczą”, czy „Politykę”.

 

Przywołam jedynie niedawny materiał „Newsweeka” (1 marca br.) Znów wystarczy właściwie tytuł: „Zlikwidować święto <<żołnierzy wyklętych>> [pisownia oryginalna – małą literą]”: „Nieco ponad dziesięć lat temu, zimą 2010 roku, prezydent Lech Kaczyński powierzył młodemu podsekratarzowi stanu w swojej kancelarii, Andrzejowi Dudzie, specjalne zadanie. 1 marca, na rocznicę stracenia w 1951 roku w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej przywódców IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, urzędnicy pałacu prezydenckiego złożyli w Sejmie projekt ustanawiający w Polsce nowe święto – „Narodowy dzień pamięci Żołnierzy Wyklętych”. Pomimo tragicznej śmierci prezydenta w katastrofie pod Smoleńskiem, zwolnienia Andrzeja Dudy z pracy w pałacu i zmiany władzy, projekt ustanawiający święto wyklętych nie doznał żadnego uszczerbku.” I może tekst nie byłby warty zauważenia, gdyby nie finał: „W tym roku po raz dziesiąty obchodzony jest <<narodowy dzień pamięci żołnierzy wyklętych>> [znów pisownia oryginalna]. Oby po raz ostatni”. To towarzyszka Senyszyn w wersji „Newsweekowej”.

 

O co w tym wszystkim chodzi? 1. Wyklinać dalej polskich żołnierzy niepodległości. 2. Niszczyć dorobek Lecha Kaczyńskiego.

 

Lech Kaczyński w Muzeum?

 

I na koniec przykład, jak śp. prezydenta RP można niszczyć „subtelniej”. Na portalu naszemiasto.pl, w marcu 2019 r. znalazłem taki oto kwiatek: „Lech Kaczyński w Muzeum Żołnierzy Wyklętych? Okazuje się, że dyrektor placówki złożył prośbę o przekazanie tabliczek m.in. z nazwiskiem zmarłego prezydenta do zbiorów muzeum”.

 

Po tym następuje cytat z dyrektora Muzeum Jacka Pawłowicza: „To już jest historia, te nazwy, te tablice – tutaj jest ich miejsce. Nie na śmietniku, nie w jakimś skupie złomu, tylko tutaj, w polskiej Golgocie”.

 

I dalej: „Podkreślał też (Jacek Pawłowicz), że do zbiorów miałyby trafić nie tylko tabliczki z nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego, ale też innych „zdekomunizowanych” patronów ulic, którzy nie przeszli pomyślnie procesu sądowej weryfikacji”.

 

Oczywiście ulica Lecha Kaczyńskiego nie została w Warszawie zdekomunizowana – jak sugeruje tekścik – ale zrekomunizowana na prosowiecką Armię Ludową. Ale o to właśnie chodzi. Wyśmiać – na poważnie, czy nieco lżej – dorobek bodaj najlepszego prezydenta Rzeczpospolitej po 1989 roku. Wcale nie śmieszno, tylko straszno.

 

 Tadeusz Płużański

Jaka „Gazeta”, taki ranking – komentarz TADEUSZA PŁUŻAŃSKIEGO

Rozbawił mnie raport organizacji „Reporterzy bez Granic” mówiący o pogorszeniu się stanu wolności mediów w Polsce. Szczególnie w punkcie, który wymienia „Gazetę Wyborczą” jako medium wyjątkowo represjonowane. Bo na przestrzeni lat pamiętam szereg procesów, jakie w związku z wolnością słowa wytaczała… „Gazeta Wyborcza”.

 

Moje rozbawienie wynika jednak przede wszystkim z autopsji. Z wielu przypadków, jakie miałem z rzeczoną gazetą, opiszę jeden – moim zdaniem najbardziej smaczny.

 

Rzecz miała miejsce w 2013 roku. Wówczas organ Adama Michnika przytoczył mój apel opublikowany w „Super Expressie” do prezydenta RP (a był nim Bronisław Komorowski) o objęcie patronatem pogrzebu żołnierzy niezłomnych, ekshumowanych i identyfikowanych przez IPN na „Łączce” Powązek Wojskowych. Apelowałem, by było to wielkie patriotyczne święto, z mszą w katedrze, uroczystościami na Placu Piłsudskiego i przemarszem konduktu żałobnego przez miasto na cmentarz.

 

Już nie wspomnę, że „Wyborcza” przytoczyła mój apel na stronach stołecznych, uznając najwyraźniej za sprawę lokalną. A ona była ogólnopolska, tak jak ogólnopolscy byli nasi bohaterowie walczący z komuną. Problem był jednak poważniejszy.

 

Dziennikarz „GW” napisał: „Apel poparły prawicowe portale. Rozpoczęły zbiórkę podpisów. Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz odpowiedział, że pogrzeb odbędzie się w przyszłym roku według scenariusza, który planuje Bronisław Komorowski: z ceremoniałem wojskowym”. Była to tylko część prawdy, bo prof. Nałęcz przede wszystkim poparł mój apel opublikowany w „Super Expressie”.

 

I teraz będzie najlepsze. Przeczytałem w „Wyborczej”, że „według rzecznika IPN Andrzeja Arseniuka mówienie dziś o pogrzebach jest przedwczesne. Akcję uważa za niepotrzebną”. Rozmawiałem potem z rzecznikiem Arseniukiem, który nie krył oburzenia: „Z dziennikarzem <<GW>> nie rozmawiałem o pana apelu, nie mogłem więc powiedzieć, że akcję uważam za niepotrzebną” – zapewniał mnie i dodawał: „Nigdy nie było moją intencją dezawuowanie akcji, której gorąco kibicuję. Przepraszam za to całe zamieszanie”. Rzecznik IPN dodawał, że „Wyborcza” obiecała opublikować jego wyjaśnienie. Tak się jednak nie stało.

 

Żeby kontestować pogrzeb na „Łączce” (czy dlatego, że w tamtejszych dołach śmierci znalazły się ofiary zbrodniczego sędziego Stefana Michnika?) „Wyborcza” wykorzystywała jeszcze inne słowa rzecznika IPN, że „rodziny jeszcze takich decyzji nie podjęły”. Musiały być znowu „zmodyfikowane”, bo przełożony Andrzeja Arseniuka, prezes IPN dr Łukasz Kamiński mówił zupełnie co innego: „Z naszych kontaktów z rodzinami wynika, że większość z nich przychyla się jednak do wspólnego pogrzebu”.

 

I jeszcze w skrócie, moje wcześniejsze doświadczenie z „Gazetą Wyborczą”. Kiedy w 1999 roku pracowałem w „Życiu Warszawy” i omawiałem zasadność ekstradycji Heleny Wolińskiej-Brus z Wielkiej Brytanii do Polski, Marek Beylin z „GW” nazwał to wstrętną pomarcową propagandą. Odpisałem, że chyba cofnął się do 1956 r., bo wtedy krwawa prokurator dostała ciężkie zarzuty od ekipy Gomułki, tyle że za swoje zbrodnie (podobnie jak inni zbrodniczy towarzysze) nigdy nie odpowiedziała.

 

Tak, tak. To ten sam Marek Beylin, który teraz napisał, że „udział w łże-wyborach grozi śmiercią” i że przestrzeganie konstytucyjnego – majowego terminu prezydenckiej elekcji to „zamach stanu”.

 

I tacy dziennikarze i ich gazety są, jak można domniemywać, informatorami „Reporterów Bez Granic” walnie przyczyniając się do powstawania „wolnościowych” raportów. Przepraszam – sygnalistami – bo tak to się chyba dziś nazywa.

 

Tadeusz Płużański

 

Protest CMWP SDP przeciwko nierzetelnej ocenie stanu wolności mediów w Polsce w raporcie organizacji „Reporterzy bez Granic” (RSF)

 

Kto fałszuje prawdę o Katyniu – na to pytanie odpowiada TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Nie tylko w Rosji, ale i w Polsce działa propaganda medialna żywcem wyjęta z czasów Stalina. Propaganda, która bagatelizuje wielkość sowieckich zbrodni na Polakach, a nawet zaprzecza sprawstwu ludobójstwa ZSRS w Katyniu, wyśmiewając się przy tym z ofiar.

 

W Rosji Putina cały czas zakłamywana jest prawda o zbrodni katyńskiej. Przykłady? W marcu br. w RIA Nowosti ukazał się np. artykuł Władisława Szwieda, byłego II sekretarza KC Komunistycznej Partii Litwy, który zasugerował, że masakry polskich jeńców dokonali Niemcy.

 

Myślę, że autorzy zaprzeczający sowieckiej winie nie są oficjalnymi rzecznikami państwa, ale jednak działają za jego cichym przyzwoleniem” – skomentował dla Telewizji Biełsat Aleksandr Gurjanow, szef polskiej sekcji Stowarzyszenia Memoriał, organizacji badającej i upamiętniającej sowieckie zbrodnie.

 

 

„Katyń to byli Niemcy”

 

 

Ale fałsze dotyczące ludobójstwa katyńskiego – bo tak powinniśmy definiować tą masową, planową zbrodnię na Polakach – pojawiają się też w naszym kraju.

 

Przypomnę rok 2016, bo wtedy doszło do intensyfikacji rosyjskich działań hybrydowych. Media w Polsce szeroko informowały o działalności Komunistycznej Młodzieży Polski (Komsomołu) i prokremlowskiej partii Zmiana. W dużej mierze za sprawą przewodniczącej KMP i skarbniczki Zmiany Ludmiły Dobrzynieckiej. Towarzyszka ta dała się poznać opinii publicznej najpierw za sprawą akcji na stołecznych Powązkach Wojskowych, kiedy z mauzoleum jednego z największych zbrodniarzy we współczesnych dziejach naszego kraju – Bolesława Bieruta – zmywała namalowany czerwoną farbą napis: KAT. Towarzyszka „Luda” Dobrzyniecka negowała przy tym zbrodnie Stalina: „Stalin był dobrym przywódcą, na pewno nie totalitarnym. Uratował Polskę po wojnie, choć wcale nie musiał. Przypisuje mu się różne błędy, ale nie można do nich zaliczyć >>jakichś czystek<<, bo o tym nie wiedział. Był w końcu prostym człowiekiem, a ile miał na głowie (panowanie nad tyloma krajami)”. Broniła idei sowieckich łagrów: „Praca kształci człowieka”. A o ludobójstwie dokonanym na polskich jeńcach w 1940 roku wypowiadała się tak: „Katyń to byli Niemcy, a dziś głoszenie, że to zbrodnia Stalina, jest antyrosyjską propagandą”. Antyrosyjska propaganda. Jakże często słyszymy w Polsce podobne stwierdzenia.

 

„W tył głowy, w rowie katyńskim”

 

Na tym nie koniec prorosyjskiej, a co za tym idzie antypolskiej propagandy. Jak podawał „Super Express” inny aktywista Zmiany – Bartosz Tomassi, na swoim facebookowym koncie zaproponował nową dyscyplinę olimpijską: „strzelanie w tył głowy na czas, w rowie katyńskim”.

 

Nie zabrakło wtedy w mediach głosów, że działaczy partii Zmiana powinno się aresztować (tak jak wcześniej przewodniczącego tego ugrupowania Mateusza Piskorskiego). Za propagowanie totalitaryzmu grozi przecież w Polsce do dwóch lat więzienia. Naturalną konsekwencją powinna być także delegalizacja takich organizacji.

 

Żonglowanie ofiarami

 

Ale prawdę o sowieckich zbrodniach podważa się też inaczej. I tak na popularnym portalu ciekawostkihistoryczne.pl, w 2017 roku można było przeczytać tekst Romana Sidorskiego – historyka. Znamienny był już tytuł: „Stalin wcale nie wywiózł na Sybir milionów Polaków”. Znamienny, bo o milionach żaden z poważnych polskich badaczy nie mówił. Autor twierdzi, że te przesadzone cyfry zostały zweryfikowane po otwarciu rosyjskich archiwów w latach 90-tych: „Okazało się, że cztery opisane deportacje [w latach 1939-1941] objęły ok. 320 000 obywateli II RP”. I dalej: „Nie ma powodu, by przypuszczać, że NKWD oszukiwało samo siebie i swoich zwierzchników z Ławrientijem Berią i Józefem Stalinem na czele”.

 

I niby wszystko jest ok., ale… historycy Instytutu Pamięci Narodowej np. uważają ujawnione dane za wyrywkowe, a rosyjskie archiwa za otwarte tylko częściowo. Warto przytoczyć tu również słynnego brytyjskiego historyka Rogera Moorhousea, który podważył dokumenty NKWD, choćby z jednego, prostego powodu: nie uwzględniają one skazanych w trybie doraźnym i niezarejestrowanych. Moorhouse ocenił liczbę deportowanych Polaków na 1,5 miliona. Jest to zbieżne z danymi IPN z 2009 roku, kiedy ustalono liczbę polskich ofiar reżimu stalinowskiego na 1,8 mln. Większość 1,6 mln to osoby represjonowane w latach 1939–1941, kiedy dokonała się zbrodnia katyńska i cztery wielkie wywózki Polaków w głąb Rosji, pozostałe 200 tys. przypadają na lata 1944-1952.

 

Tadeusz Płużański

Kto nie chce dekomunizacji Powązek – pyta TADEUSZ PŁUŻAŃSKI

Wrócił pomysł dekomunizacji Powązek Wojskowych w Warszawie. Tym razem nie na zasadzie apelów do władz Warszawy, bo od lat nic nie dają, ale przejęcia tej szczególnej polskiej nekropolii przez państwo – wzorem terenu Westerplatte, czy stołecznego Placu Piłsudskiego. Repolonizacja Powązek ma jednak od dawna wielu przeciwników po stronie lewicowych polityków, dziennikarzy i mediów.

 

 

1 sierpnia na cmentarzu powązkowskim w Warszawie dwie osoby zdewastowały grób Bolesława Bieruta, pierwszego sekretarza KC PZPR. W sprawę zaangażował się sam minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zażądał wypuszczenia podejrzanych z aresztu, ponieważ uznał, że sprawa nosiła znamiona >>niskiej szkodliwości społecznej czynu<<. Sprawa znów zapoczątkowała dyskusję o tym, czy cmentarz wojskowy i Aleja Zasłużonych to odpowiednie miejsce spoczynku dla komunistycznych dygnitarzy i wojskowych.” – można było przeczytać 21 sierpnia 2016 r. na portalu www.polityka.pl.

„Dewastacja” grobu Bieruta polegała na napisaniu na ogromnym mauzoleum – nie tylko pierwszego sekretarza KC PZPR, ale przede wszystkim jednego z największych morderców w historii Polski (podpisał tysiące wyroków śmierci na polskich niepodległościowców) – czerwoną farbą słowa KAT.

 

 

Bierut, Jaruzelski i inni

 

 

A dyskusja faktycznie powróciła. Prof. Jan Żaryn, historyk i senator PiS mówił portalowi www.wp.pl (4 sierpnia 2016 r.): „Powązki Wojskowe w Warszawie to miejsce, w którym odbywa się zbiorowy hołd wspólnoty narodowej składany bohaterom. Jestem zwolennikiem tego, by groby komunistycznych aparatczyków i groby komunistów, którzy symbolizują wkroczenie na teren Polski obcej siły przenieść, w godny sposób, w inne miejsce”.

 

Podobnie były opozycjonista i senator PO Jan Rulewski: „Powinno się poprosić rodziny, między innymi Bolesława Bieruta, o to, żeby przenieśli te groby w inne miejsce”.

 

Przeniesienie miało dotyczyć nie tylko Bieruta, ale innych komunistycznych funkcjonariuszy, nie wyłączając kolejnego namiestnika Moskwy – Wojciecha Jaruzelskiego.

 

Innego zdania była np. posłanka Nowoczesnej Joanna Schmidt: „Jako osoba wierząca uważam, że osoby zostały już po śmierci osądzone. Osądziła je też historia. Dajmy im spokojnie spoczywać. (…) Przechodzimy obok tych grobów i wtedy jest refleksja, że takie czasy były, można opowiedzieć o historii dzieciom. To część naszej historii”.

 

Do sprawy odniosła się „Gazeta Wyborcza” (16 października 2017 r.) nazywając domagających się dekomunizacji Powązek „tzw. środowiskami patriotycznymi”. I dalej z nieukrywanym żalem, że te środowiska „swoje żądania (…) artykułowały do niedawna tylko w prawicowych mediach. Ostatnio sprawa nabrała rozmachu. Polska Agencja Prasowa opublikowała wywiad z Adamem Borowskim, opozycjonistą z czasów PRL-u, obecnie szefem warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”. Rozmowę zamieścił u siebie m.in. portal Polskiego Radia”. Cóż, daremne żale. Monopol „GW” kilka lat temu się skończył.

 

 

„Profanacja miejsca pochówku”

 

 

Środowiska prawicowe nazywają nekropolię >>panteonem polskich bohaterów<< i coraz głośniej żądają usunięcia stąd grobów komunistycznych prominentów. Wtórują im rządowe media, powołując się na opinię kombatantów” – oceniała w innym materiale „Gazeta Wyborcza” (8 listopada 2017 r.), która przywołała zdanie „swoich dyżurnych” weteranów.

 

I tak prezes Światowego Związku Żołnierzy AK Leszek Żukowski, powiedział o dekomunizacji Powązek: „A po co to robić? Przecież ci ludzie nie żyją, nikomu nie zagrażają. Nie popieram komunistów, ale też nie wyobrażam sobie urządzania szopki z przenoszeniem ich grobów. Zresztą, dokąd je przenieść? Będzie specjalny cmentarz dla wyrzuconych?

 

Żukowskim prof. Sławomir Cenckiewicz w tygodniku „Do Rzeczy” napisał: „Zamiast obrażać pamięć żołnierzy niezłomnych, niech prezes Leszek Żukowski sam wytłumaczy się z własnej przeszłości, o której w kartotece SB możemy przeczytać: <<Były t[ajny] w[spółpracownik] akta złożone w archiwum Wydz[iału] C K[omendy] W[ojewódzkiej] M[ilicji] O[bywatelskiej] Gdańsk do Nr 2396 (IPN Kartoteka Ogólnoinformacyjna b. Biura „C” MSW)>>”.

 

„Gazeta Wyborcza” przyznała dalej, że dziś – inaczej niż w II Rzeczpospolitej – Powązki są cmentarzem wojskowym tylko z nazwy, że właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. A jaki jest stosunek magistratu do dekomunizacji cmentarza? Rzeczniczka Zarządu Cmentarzy Komunalnych Anna Obuchowicz wypowiedziała się jednoznacznie: „IPN nie ma żadnej mocy sprawczej, żeby przenosić groby. Byłaby to profanacja miejsca pochówku i naruszenie praw rodziny. Zarząd cmentarza na pewno nie wydałby na to zgody”.

 

Wyjaśnijmy, że Instytut Pamięci Narodowej, obok Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych – przynajmniej od 2015 r. jest orędownikiem dekomunizacji Powązek Wojskowych.

 

 

TW Adam

 

 

Tropem „GW” podążył portal twojahistoria.pl (19 października 2017). „Czy dekomunizacja obejmie Powązki?” – pytała Agnieszka Wolnicka, która wśród dekomunizatorów Powązek wymieniła także moją osobę: „Z ust prawicowego publicysty Tadeusza Płużańskiego padł projekt przeniesienia komunistycznych dygnitarzy na Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, by wreszcie byli >>przy swoich<<”.

Autorka, prócz cytowanej już wypowiedzi Leszka Żukowskiego, przywołała jeszcze m.in. opinię Zbigniewa Galperyna, wiceprezesa Związku Powstańców Warszawskich, oczywiście opinię negatywną: „Jestem przeciwny zmianie nazw ulic, burzeniu pomników, a już zwłaszcza usuwaniu grobów z cmentarzy. Dojdzie kiedyś do władzy jakaś nowa ekipa i będzie robiła to samo”.

 

O rzeczonym kombatancie można przeczytać: „Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Galperyn atakował prezydenta Andrzeja Dudę i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza, a jednocześnie bronił generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego (zarejestrowanego jako TW Zdzisławski) w związku z jego lustracją. Okazuje się, że sam był zarejestrowany jako konsultant komunistycznej Służby Bezpieczeństwa. (…) Współpraca Zbigniewa Galperyna – „Adama” rozpoczęła się w grudniu 1982 r. i trwała do końca PRL, czyli do 1989 r. Został on zwerbowany przez wchodzący w skład SB Departament VI MSW”. (Dorota Kania, niezalezna.pl, 1 sierpnia 2016 r.).

 

 

„W imię chrześcijaństwa?”

 

 

I jeszcze, jakże podobnie do niektórych polskich mediów brzmiący rosyjski, prokremlowski portal sutniknews.com (Tomasz Dudek, 1 sierpnia 2017 r.): „Według ogarniętych szałem dekomunizacji kombatantów, chęć >>wywalenia<< de facto szczątków z ich grobowców to >>uzasadniony przypadek<< dla przeprowadzenia ekshumacji. Jerzy Bukowski na swoim blogu twierdzi nawet, że mieści się to w ramach >>etyki chrześcijańskiej<<. To doprawdy bardzo oryginalna interpretacja. I tak dobrze, że IPN nie wpadł na pomysł przenoszenia grobów z Powązek do Muzeum Komunizmu. To przecież, jakby nie patrzeć, miłosierni chrześcijanie”.

 

Wywołany do tablicy Jerzy Bukowski, szef Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych, odpowiadał cytując dyrektora Muzeum Powstania Warszawskiego, doktora Jana Ołdakowskiego: „Jak byśmy postąpili, gdyby w 1943 roku faszystowska władza postawiła na Powązkach grobowiec kata Warszawy – Franza Kutschery? Czy mielibyśmy podobne obiekcje przed usunięciem jego grobu? Czy też broniono by go w imię chrześcijaństwa? Mamy obowiązek kierować naszą polityką historyczną. Gdyby nie to, że umarli w czasie trwania totalitarnego systemu, nie dostaliby nigdy tych miejsc”.

 

 

Tadeusz Płużański

Niezłomni dalej wyklinani – TADEUSZ PŁUŻAŃSKI o kłamstwach lewicowych mediów

Dziś państwo polskie oddaje hołd, przywraca pamięć o Żołnierzach Niezłomnych. Dzięki odwołaniu do II RP, a nie do PRL, nasza historia jest odkłamywana. Ale czarna legenda, stworzona przez komunistów, nie została jeszcze pokonana. Kontynuują ją politycy, historycy, media. Kłamstwa nasilają się zawsze przed 1 marca – Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

 

Wiemy dobrze, że komuna (rodzinna, środowiskowa, światopoglądowa) nie zniknęła. Ci ludzie żyją, protestują, bronią starego porządku, PRL-owskich układów. Szczęśliwie nie odbywa się to już pod patronatem Rzeczpospolitej.

 

Walka trwa. Jak powiedział kiedyś Piotr Radwański, ojciec naszych tenisistek, to „wojna między trzecim pokoleniem UB, a trzecim pokoleniem AK”. I teraz jest pytanie: kto kogo pokona? Patriotyczna Polska wygrała już kilka bitew. Ale tu trzeba wygrać wojnę. Wojnę rozpoczętą 1 i 17 września 1939 roku.

 

„Okrągły stół” w sprawie Wyklętych

 

Kolejna odsłona tej wojny będzie miała miejsce w wigilię Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. I tak 29 lutego (w sobotę) Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd” organizują w Sejmie konferencję o jakże klarownym tytule: „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o »żołnierzach wyklętych«”.

 

Jak czytamy w tym (post)komunistycznym tygodniku: „Głównym celem konferencji jest zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż czyni to prawica, posługując się głównie IPN. Ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych”.

 

W programie przewidziano Okrągły Stół promowany pod hasłem: „Co zrobić z kultem »wyklętych«?”, w którym mają wziąć udział politycy, historycy i publicyści. Swój udział zapowiedzieli m.in. dr hab. Maciej Gdula (poseł Nowej Lewicy), dr hab. August Grabski, oraz redaktorzy „Przeglądu”.

 

Teraz moje pytanie: czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, święto państwowe, zakładające przecież szacunek dla polskich niepodległościowców II konspiracji powinien być obchodzony w ten sposób, na domiar złego w gmachu Sejmu Rzeczpospolitej?

 

Hejt w murach UW

 

Dr August Grabski uaktywnił się już w ubiegłym roku. To za jego sprawą temat Żołnierzy Niezłomnych przeniósł się z polityki i mediów na inny poziom. Akademicki. Chwilę przed 1 marca 2019 r. ten pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego poprowadził na Uniwersytecie Warszawskim wykład pt. „Zbrodnie >>żołnierzy wyklętych<< na Żydach 1944-47”, gdzie „udowadniał”, że ci polscy żołnierze, wojsko II Rzeczpospolitej, nie miało nic wspólnego z Armią Krajową i Polskim Państwem Podziemnym. Że byli małą bandą prawicową, której celem było mordowanie Żydów. To tezy nieprawdziwe, wyjęte z publicystyki „Gazety Wyborczej”. Mimo protestów, rektor UW nie odciął się od wykładu dr. Grabskiego.

 

Jaka jest prawda?

 

Choć gen. Leopold Okulicki w styczniku 1945 r. formalnie rozwiązał AK, polecił żołnierzom działać dalej wedle własnego sumienia, a największym kontynuatorem idei i czynu Armii Krajowej w skolonizowanej przez Stalina Polsce było Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość – złożone głównie z AK-owców.

 

O co się bili?

 

Gwoli ścisłości. Czasem faktycznie dochodziło do incydentów. Ale niesubordynacja była karana, nawet śmiercią. Wbrew temu, co od lat publikują takie tytuły jak „Gazeta Wyborcza”, „Przegląd”, czy „Polityka” polska armia podziemna zachowała hierarchię i dyscyplinę, ale przede wszystkim broniła wartości. Oni się bili o Boga, Honor i Ojczyznę. Bo to było wojsko polskie wychowane w dwudziestoleciu międzywojennym, reprezentanci tego wyjątkowo ideowego polskiego pokolenia Kolumbów. To, że dziś się ich opluwa, wynika z bolszewickiej propagandy, która robiła z polskich żołnierzy bandytów, morderców, faszystów, antysemitów. Do tego komunistyczne grupy pozorowane, podszywające się pod oddziały polskie, miały kompromitować niepodległościowe podziemie.

 

Ostatni komendant

To kiedy w takim razie nastąpił faktyczny koniec Armii Krajowej? Choć walka polskich niepodległościowców z narzuconą Polsce przez Stalina komunistyczną władzą trwała do połowy lat 50. XX wieku, za symboliczny kres oporu należy uznać 1 marca 1951 r. Wtedy, po brutalnym śledztwie zakończonym wyrokiem śmierci, zostali zamordowani w mokotowskim więzieniu sowieckim strzałem w tył głowy: prezes IV Zarządu Głównego WiN ppłk Łukasz Ciepliński i sześciu jego współpracowników – mjr Adam Lazarowicz, mjr Mieczysław Kawalec, kpt. Franciszek Błażej, kpt. Józef Rzepka, por. Karol Chmiel, por. Józef Batory.
I to Łukasz Ciepliński – wcześniej dowódca AK – był de facto ostatnim komendantem Armii Krajowej.

 

UB aresztował go 28 listopada 1947 r. w Zabrzu. W areszcie przy ul. Rakowieckiej w Warszawie podczas trwającego trzy lata śledztwa często leżał skatowany w kałuży własnej krwi. Wskutek tortur ogłuchł na jedno ucho, a na przesłuchania oprawcy wnosili go na kocu. Przed krzywoprzysiężnym sądem, który skazał go na pięciokrotną karę śmierci, pozostał niezłomny: „Staję przed zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież już w młodości życie moje Polsce ofiarowałem i dla niej chciałem pracować. Dla mnie sprawa polska była największą świętością„. Ppłk Łukasz Ciepliński, ostatni komendant Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, a de facto Armii Krajowej. Jego szczątki – za sprawą komunistycznego barbarzyństwa – do dziś nie zostały zidentyfikowane.

 

Tadeusz Płużański